Connect with us

Nawiasem Pisząc

Polityczny kameleon

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Już od ładnych paru lat obserwuję pewne zjawisko w Platformie, które wydaje mi się być kluczowym powodem, dla którego ta partia przegrywa kolejne wybory – obok chęci przyjmowania uchodźców i programu socjalnego zaproponowanego przez PiS. Platforma zaczynała jako centroprawicowa, konserwatywna partia – dbająca o dobro rodziny, sprzeciwiająca się aborcji na życzenie, stwarzająca wizerunek religijnej i patriotycznej. Już chyba nikt nie może mieć wątpliwości, że to zupełnie inne ugrupowanie, niż to, które powstawało w 2001-2002 roku. I bardzo ciężko uwierzyć również w to, że członkowie PO zupełnie naturalnie zmieniali swoje poglądy, bo przecież się rozwijali – jest raczej zupełnie oczywiste, że swoją powłokę polityczną zmieniali jak kameleon, aby przypodobać się jak największej liczbie wyborców. I, owszem, robi to pod wieloma względami każda partia, ale chyba żadna aż tak bardzo nie odeszła od swoich początkowych ideałów, jak właśnie Platforma. Wykopałam z sieci Deklarację Ideową PO. Już sam początek wzbudza dużo śmiechu, bo padają tam słowa: „Na progu trzeciego tysiąclecia pragniemy uwolnić energię Polaków, by czerpać dumę z godnego miejsca Rzeczypospolitej w jednoczącej się Europie”. OK, można powiedzieć, że chcieli dobrze, tylko że nie wyszło, ale patrząc na to, że sam Donald Tusk służył potem jako człowiek od przynoszenia, podawania i zamiatania dla Angeli Merkel, a europosłowie z tej partii konsekwentnie głosują za sankcjami dla Polski (ba, nawet sami biegają ze skargami do UE), to niespecjalnie tutaj te starania widać. Raczej wręcz przeciwnie. Ale pójdźmy dalej.

Platforma o honorze… i patriotyzmie

Punkt 1. owej deklaracji: „Polityka w służbie człowieka” mówi nam: Polityka łączy się z moralnością tylko tam, gdzie pielęgnowane są cnoty obywatelskie. Gdzie patriotyzm stawiany jest ponad walkę o partyjne interesy. Gdzie autorytet państwa wymusza bezwzględne przestrzeganie prawa, także przez rządzących. Gdzie roztropność nakazuje powściągać grupowe spory. Zaś honor ceniony jest bardziej niż spryt. Prawda, że urocze? Partia, która dzisiaj dba chyba tylko i wyłącznie o to, żeby pozycję Polski w UE osłabiać, głosiła wtedy tak dumne hasła o cnotach obywatelskich i patriotyzmie. O przestrzeganiu prawa (posłanka Jachira zdaje się nie została pociągnięta do odpowiedzialności za nawoływanie do chuligaństwa czy przeszkadzanie w obradach Sejmu swoim cyrkowym zachowaniem, nie wspominając o pośle Nitrasie, który lubił grzebać sobie w torbach swoich oponentów politycznych, Sławomirze Nowaku i wielu, wielu innych), o roztropnym powściągnięciu grupowych sporów, podczas gdy sami również chętnie dokładają paliwa do skłócenia Polaków ze względu na poglądy i ten spór podsycają, a o honorze nawet nie ma co debatować. Tusk staje się powoli w naszym kraju synonimem kłamstwa, a nie wiem czy honor można budować na kłamstwie. Donald, w każdym razie, wciąż próbuje. Platforma Obywatelska chce przywrócić blask tradycyjnym ideałom republikańskim. Ideałowi Państwa jako dobra wspólnego i skutecznego strażnika sprawiedliwości oraz bezpieczeństwa. Ideałowi obywatela – jako osoby wolnej i odpowiedzialnej za los swój i swojej rodziny – tego nawet nie trzeba komentować, wrzuciłam tutaj, żebyście mogli się pośmiać.

Najważniejszą wartością – Dekalog!

Punkt 2., czyli „Fundament wartości” już podpowiada mi, że będzie grubo. Pierwsze zdanie zdaje się to potwierdzać, bo mówi ono, że fundamentem cywilizacji jest Dekalog. Zadaniem Państwa jest roztropne wspieranie rodziny i tradycyjnych norm obyczajowych, służących jej trwałości i rozwojowi (np. poprzez wspieranie LGBT jak leci i pod każdym warunkiem, również wtedy, kiedy demolują akurat Kościoły, głoszące ten fundament cywilizacji – Dekalog – przyp. M). Dlatego prawo winno ochraniać życie ludzkie, tak jak czyni to obowiązujące dziś w Polsce ustawodawstwo, zakazując również eutanazji i ograniczając badania genetyczne (ale już aborcja do 12. tygodnia życia jest spoko, a potem pewnie i później, zobaczymy, jak tam będzie sobie lewicowy wyborca życzył – przyp. M). Zadaniem polityki jest ciągłe wytyczanie granic (na przykład właśnie w sprawie aborcji – przyp. M), których przekroczenie przez człowieka lub grupę ludzi wystawia całą wspólnotę na niebezpieczeństwo. Ale także granic władzy publicznej, których przekroczenie narusza autonomię jednostki. Dobra polityka potrafi obronić obywateli przed anarchią i prywatą (tylko że dzisiaj akurat bliżej nam do tej anarchii i prywaty, ale pierwsze wynika z obecnego nurtu politycznego, a drugie, to sami wiecie, rozumiecie, politycy też gdzieś mieszkać muszą, najchętniej w tanich kawalerkach – przyp. M).

Troska o polską przedsiębiorczość

Punkt 3. mówi o tym, że Platforma jest ruchem otwartym, które miałoby być miejscem spotkań i dyskusji zaprzyjaźnionych stowarzyszeń. Można powiedzieć, że ten punkt spełnili, albo próbowali spełnić. Nieudolne małżeństwo z Nowoczesną, później już otwarty romans z lewicą, dzięki któremu wiele z tych wartości wyrzucili bez żalu do kosza zdaje się to potwierdzać. Jeżeli o to im chodziło, to nie ma się czego czepiać, chłopaki robią, co mogą. Trochę mało tam dyskusji, a za dużo pajacowania, ale można im to darować. Ale pkt 4.: „Uwolnić energię Polaków” jest wręcz przezabawny. Zaczyna się od cytatu Jana Pawła II, bo pamiętajmy, że wtedy Platforma pozorowała na tych wierzących, religijnych i przepełnionych chrześcijańskimi wartościami: Zdolność człowieka do inicjatywy i przedsiębiorczości stanowi źródło bogactwa społecznego, zaś wolny rynek jest najbardziej skutecznym narzędziem wykorzystywania zasobów i zaspokajania potrzeb. Dlatego właśnie Platforma postawiła sobie za cel uwolnić energię Polaków. Zrobiła to tak dobrze, że trzeba było podnosić wiek emerytalny, bo inaczej nie mielibyśmy gdzie tej energii zużytkować i na emeryturze biegalibyśmy nakręceni jak różowe króliczki Duracell, a tak to na spokojnie można było zająć się odpoczynkiem. To dla naszego zdrowia było, jak wszystko inne zresztą. Polskę ogarnia fala stagnacji i niewiary w przyszłość. Główną przyczyną jest paraliżowanie rozwijającej się przedsiębiorczości i obywatelskiej inicjatywy przez biurokrację, złe prawo i grupowe interesy związków zawodowych. Nie ma innej drogi do szybkiego rozwoju i dobrobytu jak powrót do idei wolności. Nie ma innej skutecznej polityki gospodarczej – jak polityka konkurencji, ochrony własności prywatnej i twardego rozprawienia się przez państwo z przyczynami paraliżu przedsiębiorczości. W praktyce oznaczało to sprzedawanie naszych spółek i firm za granicę po obniżonych kosztach, bo nic tak nie napędzało polskiej przedsiębiorczości, jak Niemcy czy Rosjanie, którzy ją sukcesywnie wykupowali.

Dumni z polskości, na straży suwerenności

Punkt 5. brzmi: „Być Polakiem w Zjednoczonej Europie”. To już jest szczególnie cyniczne, bo posłowie PO nawet tę wartość wyrzucili do kosza, ponieważ ważniejsze jest dla nich bycie Europejczykami. To jest modne, postępowe i nowoczesne, a być Polakami to już chcą tylko zaściankowcy. Punkt 5 w całości mówi o chęci wprowadzenia Polski do Unii Europejskiej, ale podkreśla jak ważne jest zachowanie naszej suwerenności i tożsamości narodowej. Właśnie w tym celu powstała „Deklaracja Krakowska” z 2003, która była manifestem PO chęci wstąpienia w szeregii Unii. Uroczyście ogłoszono, że Platforma będzie z determinacją walczyć o wypełnienie najważniejszych polskich interesów państwowych i narodowych w Europie. Brzmi to teraz jak nieśmieszny żart, bo naprawdę nie wiem, jaki z naszych interesów państwowych został przez Unię wypełniony? Albo coś kiepsko u mnie z pamięcią, albo z ich determinacją w walce. Zwłaszcza że zobowiązali się walczyć o:

1. Będziemy walczyć o pełne prawa w Europie dla polskiej tożsamości narodowej, o obecność polskiego języka i równoprawne traktowanie Polski i Polaków przez inne narody Europy.
2. Będziemy zabiegać o rozwój i obecność w Europie polskiej kultury i literatury, polskich książek i dziel polskich twórców.
3. Będziemy bronić praw religii, rodziny i tradycyjnego obyczaju, bo tych wartości szczególnie potrzebuje współczesna Europa.
4. Będziemy walczyć o interesy gospodarcze polskich przedsiębiorców, polskich przedsiębiorców, polskich pracowników i polskich rolników, o ich prawo do rozwoju i ekspansji na zagranicznych rynkach.
5. Będziemy zabiegać o polityczną i gospodarczą atlantycką solidarność zjednoczonej Europy i Ameryki, bo tylko w tej solidarności upatrujemy najgłębszych korzeni cywilizacyjnej potęgi całego Zachodu.

Jak wiatr zawieje…

Prawda, że komedia? Czy którekolwiek z tych założeń zostało wypełnione? Nie, a czteroma pierwszymi obietnicami Platforma zwyczajnie wysmarkała sobie nos. To, co oni teraz robią to jest kompromitacja tych szczytnych idei, na które oszukali miliony Polaków, żeby oddali na nich głos. To, że pan Donald Tusk ciągle pokazuje się publicznie i ośmiela się otwierać usta, żeby atakować przeciwników politycznych, świadczy o to, że honoru, o którym tak dumnie pisał w owej Deklaracji już dawno się pozbył. Nie wiem, być może, kiedy służył na smyczy u pani Merkel spuścił go w toalecie, może zrobił to wcześniej, kiedy wyprzedawał polskie przedsiębiorstwa za granicę, a może po prostu nigdy go nie miał, bo bliżej mu było do Niemca niż do Polaka.

Widać jednak jak ta partia przybiera odpowiednie barwy polityczne, w zależności od sytuacji społecznej w kraju – tuż po „upadku” komuny dla Polaków ważne były wartości chrześcijańskie i patriotyczne, bo to je komuniści starali się najbardziej zdeptać i zohydzić. Kiedy jednak do głosu zaczęła dochodzić radykalny, współczesny odłam lewicy, mamiąc Polaków takimi pseudo-wartościami, jak tolerancja, miłość i szacunek (użyłam tutaj zwrotu „pseudo”, bo jak się zdążyliśmy przyzwyczaić, lewica stara się o tym ładnie krzyczeć, jednak niekoniecznie już chce jej się te wartości stosować – zwłaszcza wobec oponentów), łeb Platformy gwałtownie skierował się w lewo, politycy uznali tamte wartości za przebrzmiałe i ubrali się w tęczowo-czerwone łaszki. Bez mrugnięcia oka wyrzucają do kosza podobno swoje, ale przede wszystkim milionów Polaków, ideały do kosza, licząc na krótką pamięć swoich wyborców (i umiejętne kłamanie Donalda Tuska?) i złapanie na lep sympatyków lewicy. Na szczęście wyszło im to bokiem i mam nadzieję, że już nikt z tego towarzystwa do władzy się nigdy nie dorwie.

M.

źródło: https://klubjagiellonski.pl/2021/02/05/deklaracja-ideowa-po-deklaracja-krakowska-plan-rzadzenia-przypominamy-korzenie-platformy-obywatelskiej/

Link FB: https://www.facebook.com/photo?fbid=413541364120628&set=a.362082925933139

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Podsłuchiwać to my, ale nie nas

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Konto TT/X Szymona Hołowni

W uśmiechniętej Polsce prawo działa tak, że za popełnione czyny można skazać tylko kogoś, kto się uśmiechniętej Polsce nie podoba. Często też można tego kogoś skazać, nawet jeśli nie popełnił przestępstwa, bo sam fakt, że ktoś się uśmiechniętej Polsce nie podoba jest już przestępstwem. Jeśli natomiast jesteś uśmiechniętym Polakiem – to wszystko jest w porządku. Czyli wszystko zgodnie z doktryną Neumanna: Pamiętaj: jedna zasada jest dla mnie święta, k***a. Naucz się tego, jak będziesz o czymkolwiek rozmawiał. Jak będziesz w Platformie, będę cię bronił, k***a, jak niepodległości.

Pamiętne ośmiorniczki

I tak samo sprawa ma się z podsłuchami. Pamiętacie może aferę podsłuchową, w której w rolach głównych wystąpili politycy PO, zajadający się ośmiorniczkami? Dowiedzieliśmy się wtedy o wielu mało fajnych sprawach (na przykład o tym, że to nie narodowcy uczestniczący w Marszu Niepodległości są odpowiedzialni za podpalenie budki pod rosyjską ambasadą – co do czego mało kto powinien mieć wątpliwości, ale dzięki temu mieliśmy dowody czarno na białym). Ostatecznie skończyło się dymisją części ministrów, ale dopiero po tym, kiedy Zbigniew Stonoga udostępnił publicznie wszystkie skrypty i zeznania świadków. Wcześniej Donald Tusk grzmiał, że nikogo dymisjonować nie będzie, bo polski rząd nie może zginać się przez przestępcami. A to, że nagrane tam były większe przestępstwa? Oj tam, oj tam. Wiecie, mnie zachowanie naszego ówczesnego rządu skojarzyło się z pewną hipotetyczną sytuacją – mężczyzna, widząc, że niedaleko jakiś zwyrodnialec bije kobietę i usiłuje ją zgwałcić, rzuca się jej na ratunek i przepędza napastnika, a następnie ukarany zostaje on, a nie niedoszły gwałciciel, bo podczas próby obrony wbiegł on na trawnik, na którym wyraźnie było widać tabliczkę: „Zakaz deptania”. Albo może z mniej hipotetyczną sytuacją, w której Polka nagrywała swojego niemieckiego szefa, kiedy ten krzyczał, że jest nazistą i jako nazista uważa, że powinno się wymordować Polaków. Ta druga sprawa nie ma, co prawda, wiele wspólnego z Platformą Obywatelską, poza tym, że autorem tych skandalicznych słów był przedstawiciel ulubionej nacji Donalda Tuska. Dymisja była największą karą, jaka spotkała niektórych ministrów ówczesnego rządu, poza tym sprawę zamieciono pod dywan. Wszak nic się takiego nie stało, więc nie ma co drążyć tematu.

Wszystkich ukarać!

Potem mieliśmy aferę Pegasus i tutaj szefowie również byli zgodni – trzeba ukarać wszystkich, którzy mieli z tym cokolwiek wspólnego, a najlepiej jeszcze paru innych, mimo że pojęcia o niczym nie mieli. Profilaktycznie. Tak przynajmniej wygląda praca nowo powstałej komisji w tej sprawie, która jak na razie głownie się kompromituje. Najpierw postanowiono ukarać Jarosława Kaczyńskiego, za to, że członkowie (hehe) komisji nie wypełnili swoich obowiązków i nie załatwili od premiera zgody na to, żeby prezes PiS-u mógł zdradzić tajemnice państwowe. Pomijając oczywiście fakt, że kiedy kluczowy świadek przychodzi i zgodnie z prawdą informuje, że nie może powiedzieć wszystkiego, co wie z wiadomych przyczyn, komisja powinna przerwać obrady, bo na cholerę to całe przesłuchanie, skoro wiadomo, że nie dowiemy się wszystkiego? Ale to przecież podatnik płaci, więc możemy odbębnić ten cyrk, że niby tak ciężko pracujemy. Podobny wniosek o ukaranie do Sądu Okręgowego w Warszawie został skierowany w sprawie Michała Wosia, byłego ministra, za niestawiennictwo na przesłuchanie. Później jednak okazało się, że poseł jedynie się spóźnił i miał na to cholernie dobre usprawiedliwienie – mianowicie w tym czasie CBŚ przekopywało mu mieszkanie i pokój hotelowy i, nie wiedzieć czemu, pan Woś wolał być przy tym obecny. Został jednak poinformowany przez przewodniczącą komisji, panią Srokę, że wszystko spoko, ona rozumie, jednak wniosek został już przegłosowany, więc jest jej bardzo przykro, ale czasu przecież nie cofnie. Ogólnie więcej jaj jest na razie z tą komisją, niż pożytku, bo w dalszym ciągu nie wiemy tak naprawdę nic, a zadania jej członków ograniczają się do tego, żeby jak najbardziej uprzykrzyć życie posłom PiS, a nie żeby cokolwiek rozwiązać.

Dobre podsłuchiwanie

Mieliśmy tutaj dwa przykłady, w których podsłuchiwać nie wolno. A kiedy wolno? Kiedy robi to KO, rzecz jasna! I to nawet nie tych wrednych pisiorów, ale własnych koalicjantów. „Sejmowa telewizja transmitowała zamknięte posiedzenie klubu parlamentarnego Lewicy, na którym omawiano taktykę formacji dotyczącą m.in. projektów ustaw dotyczących aborcji” – czytamy na Wirtualnej Polsce. Wiadomo, że jest to temat dla Lewicy priorytetowy (ja się w ogóle zastanawiam, czy oni pamiętają o jakichkolwiek innych swoich postulatach), więc posłowie próbowali przygotować jak najskuteczniejszą taktykę. Tak więc debatowali i debatowali, a w międzyczasie ich rozmowa była transmitowana przez sejmową telewizję – tak więc wszyscy politycy wszystkich innych partii mogli sobie całą tę gorliwą dyskusję i końcowe wnioski obejrzeć. Co na to Lewica? Oczywiście są oburzeni i interweniowali u szefa Kancelarii Sejmu, ale mleko się rozlało. Mogą co najwyżej zorganizować nowe spotkanie i wpaść na inne pomysły, bo te już wszyscy znają. I trochę się jeszcze pooburzać, bo powodów mają sporo – nie tak dawno okazało się, że byli potrzebni Tuskowi tylko po to, żeby mógł zostać premierem, a dalej to niech sobie robią osobną listę, on już nie chce. Dostali parę śmiesznych ministerstw i powinno im wystarczyć. W sumie nie będę nawet zdziwiona, jeśli Lewica dalej zostanie w koalicji rządzącej, mimo że szefostwo KO coraz wyraźniej daje im do zrozumienia, że ich rola w obecnym nie-rządzie ma ograniczyć się do słuchania i wykonywania poleceń. Jednak idee ośmiu gwiazdek są widocznie mocniejsze niż jakiś tam honor, godność i szacunek do samego siebie.

Po prostu się uśmiechajmy

Dlaczego tak sądzę? Bo Szymon Hołownia wrzucił na swojego Twixa zdjęcie z Anną Marią Żukowską, której dziękował za dobre i miłe spotkanie. Tak, tą samą Anną Marią Żukowską, która niedawno za pośrednictwem tej samej platformy społecznościowej kazała mu… szybko sobie iść z tym swoim spokojem i cierpliwością. Bo, wiecie, spokojne one już były. A teraz Szymon, bez żadnej żenady, wrzuca zdjęcie z podziękowaniami. Nie wiem, być może marszałek Sejmu chce grać na bezdomnego pieska – możesz go kopnąć w tyłek raz, drugi, trzeci, ale potem pomachaj mu kiełbasą, to on przybiegnie, będzie się łasił i może nawet jakichś sztuczek się nauczy. Wszystkie te kryzysy obecnego nie-rządu mogą sugerować, że daleko w tym składzie nie pociągną, bo oni tam są już praktycznie wszyscy skłóceni. Przecież całkiem niedawno pan Hołownia przestał być już fajnym Szymkiem i dostało mu się od jednej i drugiej stronie, że sobie nie radzi, że zwleka z tym głosowaniem na temat aborcji. Na razie ciągle są jeszcze Donkowi potrzebni, żeby sprawiać w Sejmie wrażenie, że w ogóle robią cokolwiek innego, niż swoistą vendettę wobec polityków PiSu (chociaż fajnopolakom się to chore pojęcie sprawiedliwości podoba, więc aż tak ich nie ciśnie, żeby na przykład zająć się którymś ze swoich konkretów), ale kiedy będzie wystarczająco silny, to i Hołownia, i Żukowska, i pewnie całe to towarzystwo lewicowo-trzeciodrogowe zostaną po prostu spłukani w kiblu. Trzeba trzymać kciuki, żeby może otrząsnęli się wcześniej – nie dlatego, że byłoby mi ich przesadnie szkoda (uważam zresztą, że marszałek powinien przed sądem wytłumaczyć się z paru swoich zachowań), ale im szybciej się obudzą, tym szybciej ten rząd po prostu padnie. A im szybciej padnie, tym lepiej dla Polski.

M.

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Nie drążmy tematu

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Nie wiem, czy pamiętacie, co pisałam po zamachach terrorystycznych na Izrael 7 października zeszłego roku – część z Was na pewno nie, bo od tamtego czasu sporo zwiększyła się liczba obserwujących, za co bardzo dziękuję. Poddałam wtedy w wątpliwość, czy Mosad, Aman albo IDF na pewno nie wiedzieli o planowanym ataku. Ostatecznie mówimy o jednym z najlepszych, jeżeli nie najlepszym wywiadzie na świecie. I naprawdę nie zdołali dotrzeć do ani jednego przecieku? Postawiłam wtedy ryzykowną tezę, że Izrael doskonale wiedział o planach Hamasu, ale celowo im nie zapobiegał, bo potrzebował pretekstu, żeby – cóż, to będzie bardzo kontrowersyjne, co napiszę – „rozwiązać kwestię palestyńską”. Długo się zastanawiałam, czy użyć akurat tego akurat sformułowania, ale patrząc na to, co tam się dzieje, naprawdę nie znajduję innych słów. Czy moje podejrzenia okazały się słuszne, tego się pewnie nie dowiemy, ale już dzisiaj mogę napisać, że moja wczorajsza teza, że Izraelczycy doskonale wiedzieli w kogo celują jest najprawdopodobniej prawdziwa.

Strasznie ciekawy przypadek

Po pierwsze wszystkie trzy ostrzelane pojazdy były bardzo dobrze oznaczone, zarejestrowane i zgłoszone do IDF-u. Izraelczycy doskonale wiedzieli, że będą podróżowali tamtą trasą. Ba, izraelska armia wydała nawet zgodę na ten przejazd. Po drugie oberwali chwilę po tym, jak wjechali na teren Strefy Gazy. A po trzecie – odtworzono mniej więcej jak wyglądał przebieg tego ataku. Według tej wersji najpierw trafiony został pierwszy samochód z konwoju – podróżujący nim wolontariusze natychmiast z niego wysiedli i uciekli do kolejnego pojazdu, który chwilę później również oberwał pociskiem, ocaleni rozpaczliwie próbowali jeszcze schronić się w ostatnim aucie, chociaż już pewnie zdawali sobie sprawę, co się dzieje i że to nie jest pomyłka. W efekcie śmierć ponieśli wszyscy. Samochody znajdowały się w odstępie niecałych 2,5 kilometra (od pierwszego do ostatniego). Trzeba być albo skończonym idiotą albo bezwzględnym mordercą, żeby zrobić coś takiego – a o Izraelczykach można wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że są idiotami. Myślę więc, że wersję o pomyłce możemy śmiało wykluczyć, a twierdzenie że był to wypadek jest jedynie nieudolnym zaklinaniem rzeczywistości. Jakie więc hipotezy nam pozostały? Mówi się o jakimś ekstremiście, który się wyłamał i celowo zbombardował konwój z pomocą humanitarną. Też ciężko w to uwierzyć, bo wojna w Strefie Gazy dobitnie pokazuje nam, że to jest akurat dość częsta metoda działania Sił Obronnych Izraela – zwłąszcza jeśli spojrzymy na listę ofiar wśród ludności cywilnej. Izrael dzień w dzień robi tam dokładnie to samo, więc dlaczego akurat ten jeden konwój miałby stać się celem ekstremistycznego fanatyka? Akurat ten jeden? A pozostałe morderstwa? Ponadto dr Wojciech Szewko utrzymuje, że IDF wyznaczył w Strefię Gazy tzw. „strefę eksterminacji” w obrębie której izraelscy żołnierze mają rozkaz strzelać do wszystkiego, co się rusza. Jeśli Szewko ma rację, to zostają nam już tylko dwie opcje – albo Izrael daje ciche przyzwolenie zgodnie z zasadą „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”, albo było to właśnie celowe działanie. Tym bardziej, że wcześniej ONZ wstrzymał już swoje dostawy do północnej części Strefy Gazy, teraz to samo robi World Central Kitchen. Śmiała teza, ale wydaje mi się, że Izrael wyszedł po prostu z założenia, że gdzie nie sięgną ich pociski, tam dosięgnie głód.

Nic takiego się nie stało

Najbardziej jednak zdenerwowała, rozczarowala, a wręcz zszokowała mnie reakcja polskiego rządu. Wiem, że powinnam się tego spodziewać, bo jeśli chodzi o naszą dyplomację to nigdy nie mieliśmy jej zbyt dobrej i to niezależnie od tego, która partia sprawowała akurat władzę, ale nie mogę pogodzić się z faktem, że my wszystko musimy robić z pozycji klęczek – nawet jeśli chodzi o nieuzasadnioną śmierć Polaka za granicą. Wszystkie kraje, które straciły w tym zamachu swoich obywateli zareagowały natychmiast i stosownie do sytuacji – głos zabierały najważniejsze osoby w państwie. Oświadczenia były twarde, bezkompromisowe i wprost oskarżały stronę izraelską o dokonanie zbrodni. Na przykład Australia ŻĄDAŁA niezależnego i natychmiastowego śledztwa w tej sprawie i ukarania winnych oraz POTĘPIŁA łamanie prawa międzynarodowego. A Polska? Na samym początku nasze władze nie uznały chyba za stosowne, żeby fatygować tym naszego szefa dyplomacji czy premiera, więc krótkie oświadczenie napisał rzecznik MSZ:

Przekazujemy najszczersze wyrazy współczucia rodzinie polskiego wolontariusza, który niósł pomoc dla palestyńskiej ludności w Strefie Gazy. Polska nie zgadza się na brak przestrzegania międzynarodowego prawa humanitarnego i ochrony cywilów, w tym pracowników humanitarnych.

Strasznie kulawe gramatycznie, zwłaszcza to drugie zdanie, ale zostawmy to. Moją uwagę zwróciły dwie kwestie. Po pierwsze w oficjalnym oświadczeniu MSZ-u zamiast słowa „polskiego” użyto grafikę biało-czerwonej flagi. Rzeczywiście, bardzo poważnie. Mogli jeszcze dać zapłakaną buźkę i złamane serduszko, bo domyślam się, że emotka oznaczająca złość w ogóle nie wchodziła w rachubę. To ma być poważna reakcja poważnego państwa na nieuzasadnioną śmierć jego obywatela za granicą? Przecież to są kpiny. Wojciech Szewko zażartował, że być może piszący te słowa nie miał pojęcia z jakiej litery napisać przymiotnik „polskiego”, więc poradził sobie w ten sposób. Wcale bym się nie zdziwiła. Po drugie – co się właściwie stało z tym polskim wolontariuszem, bo z tej notki nic nie wynika. Spadł ze schodów? Zmarł na zawał? Ktoś go zabił? Kto? I kto nie przestrzegał tego międzynarodowego prawa? Ci wolontariusze? Oj, strasznie musieli się tam nakombinować, żeby w oświadczeniu informującym o tym, że w Strefie Gazy Polak został zabity przez izraelskie wojsko nie użyć przypadkiem słów „zabity” i „Izrael”. Wstyd jest tym większy, że na TT jest taka opcja, że jeśli jakiś wpis zawiera kłamliwe informacje, manipulacje albo półprawdy to dodają odpowiedni kontekst, żeby użytkownicy wiedzieli o co chodzi. I pod tym właśnie oświadczeniem MSZ pojawiła się notatka, że wpis nie zawiera wszystkich informacji – dodano więc tam konkretnie, co dokładnie się z naszym rodakiem stało i kto za to odpowiada. Pełna kompromitacja naszego MSZ-u.

Premier bije pięścią w stół?

Trudno więc się dziwić, że Polacy nie byli usatysfakcjonowani takim załatwieniem sprawy, więc trzeba było pofatygodwać Radosława Sikorskiego, żeby trochę uspokoić nastroje. No i nasz minister spraw zagranicznych, delikatnie mówiąc, nie poprawił sytuacji:

Osobiście poprosiłem ambasadora Izraela Yacofa Livne o pilne wyjaśnienia. Zapewnił mnie, że Polska wkrótce otrzyma wyniki badania tej tragedii. Nasze Ministerstwo Sprawiedliwości wszczyna śledztwo.

Jak widać, polska dyplomacja w dalszym ciągu raczyła sobie żartować. Dalej właściwie nie wiadomo, o co my w ogóle prosimy ambasadora Izraela, o jaką tragedię chodzi i jakie śledztwo zostanie wszczęte. No i pan minister grzecznie prosi, wiadomo, kultura musi być. Mam nadzieję, że nie zapomniał dygnąć na koniec rozmowy, żeby nie było żadnych wątpliwości z jakiej pozycji Polska przystępuje do swoich roszczeń. Oczywiście, zapewnienia będą musiały nam wystarczyć, bo chyba nikt nie ma złudzeń co do możliwości przeprowadzenia rzetelnego polskiego śledztwa w tej sprawie. Będziemy musieli zadowolić się tym, co nam podeśle Izrael i mieć słodką nadzieję, że tym razem będą łaskawi nas nie okłamywać. Dziwnym trafem to również nie zadowoliło Polaków i trzeba było obudzić Donalda Tuska. Po prawie czterdziestu ośmiu godzinach od tragedii nasz premier w końcu postanowił odnieść się do sytuacji, wcześniej po prostu musiał się wyspać, zjeść śniadanie, podrapać się po nosie i mlasnąć. Rodzina zabitego poczeka. No i pogroził nasz premier temu Izraelowi paluszkiem, oj, pogroził. Tak niezbyt zamaszyście, żeby przypadkiem nikogo nie urazić, bo sam wpis brzmiał, jakby pan Tusk po prostu usiłował wytłumaczyć panu Natenjahu, czemu właściwie ci Polacy są źli.

Panie premierze Natenjahu, panie ambasadorze Liwne, zdecydowana większość Polaków okazała pełną solidarność z Izraelem po ataku Hamasu. Dzisiaj poddajecie tę solidarność naprawdę ciężkiej próbie. Tragiczny atak na wolontariuszy i wasza reakcja budzą zrozumiałą złość.

Niby trochę ostrzej, ale w porównaniu z reakcjami władz australijskich i brytyjskich to tylko krótkie szczeknięcie. Wyobrażam sobie w tym momencie małego chłopczyka, który nieśmialo pociąga nauczycielkę za ubranie, bo rozdala cukierki wszystkim dzieciom, tylko nie jemu. Aaa, i warto podkreślić, że pan premier nie oznaczył dwóch wspomnianych jegomości w swoim wpisie, więc istnieje duża szansa, że nie mają oni słodkiego pojęcia, że szef polskiego rządu czegoś tam się od nich domaga.

Bogata tradycja porażek polskiej dyplomacji

Nie jest to niestety pierwsza i pewnie nie ostatnia sytuacja, w której polska dyplomacja kompletnie nie wie, jak się zachować i jak dbać o nasze interesy za granicą. Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek potrafili to robić, nie pamiętam rządu, który w odpowiedni sposób dbałby o dobre imię Polski za granicą. I nawet nie trzeba cofać się daleko, bo weźmy sobie dwa ostatnie lata – choćby okres od rozpoczęcia wojny na Ukrainie. Pamiętacie, jak ówczesny ambasador Ukrainy w Niemczech był łaskaw bronić banderowców i tłumaczyć, że nie ma żadnych dowodów, aby kiedykolwiek mordowali oni Żydów i Polaków? Słusznym gniewem zareagowała dyplomacja polska i izraelska, tyle że tylko jedna z nich doczekała się odpowiedzi. Melnyk gorąco przeprosił „żydowskich przyjaciół”, zapewniał, że zawsze potępiał Holocaust i stwierdził, że nazistowska zbrodnia Shoah jest powszechną izraelsko-ukraińską tragedią. Dlaczego ukraińską? Nie wiadomo, ale na pewno coś w tym jest, bo później dodał jeszcze, że Holokaust był i pozostaje śmiertelnym ciosem w serce i duszę każdego Ukraińca. Wzruszające, prawda? Polskiej strony już przepraszać nie zamierzał, widocznie uznał, że nie ma za co. Rozeszło się. Później mieliśmy tragedię w Przewodowie. Śledztwo i opinie biegłych wykazały, że dwóch rolników zabiła wówczas zabłąkana rakieta wystrzelona przez Ukraińców. Tutaj raczej nikt nie ma wątpliwości, że Ukraińcy nie zrobili tego celowo, ale zabrakło zwykłych przeprosin i odszkodowań dla rodzin dwóch rolników, którzy stracili wówczas życie. Tymczasem Ukraina twardo obstawiała, że to nie ich wina, ani nie ich rakieta, więc o przeprosinach, a tym bardziej odszkodowaniach możemy zapomnieć. I co? I nic. A ostatnio, już za kadencji obecnego rządu minister Sikorski wezwał ambasadora Rosji na dywanik, żeby może wyjaśnił, dlaczego rosyjskie rakiety co jakiś czas przelatują sobie nad polskim niebem i czy może dałoby radę coś z tym zrobić. Zamierzał być na pewno twardy i nieugięty, wszak jeśli chodzi o Rosję i Putina to oni będą wdeptywać w ziemię, tylko jeśli chodzi o Izrael są trochę mniej zachłanni. Oj, wyszkolili nas Żydzi tym wmawianym przez lata antysemityzmem, wyszkolili. Głośniej pisnąć nie możemy, bo od razu takim oskarżeniem dostajemy przez łeb jak obuchem. Tak więc nasz szef dyplomacji czekał, żeby bezkompromisowo przedstawić rosyjskiemu reprezentantowi swoje obiekcje i na pewno by to zrobił, gdyby nie fakt, że rosyjski ambasador się do niego nie pofatygował. Sikorski wyraził potem oczywiście swoje oburzenie, bo to skandal niesamowity był, tyle że nic z tego oburzenia nie wyniknęło. I naprawdę przykro się patrzy na taką pobłażliwość polskich władz wobec Izraela, jeśli przypomnimy sobie, jaką aferą zakończył się rajd Grzegorza Brauna z gaśnicą. Pomijając fakt, że wyprodukowano wtedy od groma kłamstw dotyczących całego zajścia, to jeszcze dużo się ulało obłudy i hipokryzji. I już po paru dniach nasz rząd dumnie i z szacunkiem po raz kolejny zapalał chanukowe świeczki. Nogi sobie prawie połamali, kiedy pędzili na tę, pożal się Boże, uroczystość.

Jestem niemal pewna, że nigdy nie dojdzie do osądzenia i ukarania tego izraelskiego żołnierza, który nacisnął za spust, doskonale zdając sobie sprawę, że podpisuje właśnie wyrok na niewinnych ludzi. Nie mam też wątpliwości, że gdyby jakimś cudem do tego doszło, to dzięki staraniom władz brytyjskich, australijskich czy amerykańskich, a nie polskich. Jestem jednak prawie pewna, że otrzymamy co najwyżej zapewnienia, że był to nieszczęśliwy wypadek i ze Izraelowi jest bardzo przykro. Na nic więcej nie możemy chyba liczyć, bo Wojciech Szewko przywoływał wpisy z jakiegoś izraelskiego forum, gdzie wyrażano zadowolenie z powodu śmierci wolontariuszy, których utożsamiano z samym szatanem za to, że próbowali dostarczyć żywność do głodujących Palestyńczyków. Gratulowano wręcz temu „dzielnemu, izraelskiemu żołnierzowi”. Trzeba jednak otwarcie powiedzieć, że ta zwierzęca, prymitywna, atawistyczna wręcz nienawiść jest obustronna, bo kiedy Hamas urządzał sobie rzeź na izraelskich ulicach, w Palestynie również świętowano. Nie wiem, czy istnieją jakiekolwiek szanse na to, żeby sytuacja na Bliskim Wschodzie się uspokoiła – nie jest tym jak na razie zainteresowana ani strona izraelska, ani palestyńska. Wiele zależy od Stanów Zjednoczonych, które z jednej strony grożą paluszkiem i ostrzegają IDF, że przesadzają i mogliby sobie darować ostrzeliwanie cywilów, z drugiej jednak strony cały czas dostarczają sprzęt i broń do Izraela… I mam małe nadzieje, że śmierć wolontariuszy z ich kraju cokolwiek tutaj zmieni.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Praworządność i poziom publicznej debaty – po europejsku!

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Kiedy Koalicja 13 Grudnia zabiera się za przywracanie praworządności to tak z przytupem i melodyjką. Udowadniają, że faktycznie potrafią zrobić wiele rzeczy na pstryknięcie, chociaż może akurat nie te na którym obywatelom teoretycznie najbardziej zależy – przy czym mam na myśli wszystkich obywateli, a nie tylko tych, których satysfakcjonuje jedynie odsunięcie PiS od władzy, a potem to już można zdychać z głodu w uśmiechniętej Polsce.

Niestrudzona bojowniczka o wolne media

Dlatego kiedy do prokuratury wpłynęło pismo Bartłomieja SIenkiewicza o zablokowanie betonowania przez Prawo i Sprawiedliwość mediów publicznych, od razu znalazła się odważna niewiasta gotowa się tego podjąć. Prokurator Ewa Wrzosek. No i się podjęła. Tak bardzo, że zapomniała o tym poinformować swoją bezpośrednią przełożoną, więc w ogóle nie została do tej sprawy przydzielona. Składała kolejne wnioski prokuratorskie do sądów i dumna z siebie chwaliła się postępami na łamach Gazety Wybiórczej. Kto nie chciałby się pochwalić, gdyby wykonał kawał dobrej roboty, prawda? Ludzka rzecz. Tyle tylko, że tych wniosków to nie pisała pani Ewa, a najprawdopodobniej międzynarodowa kancelaria prawna Clifford Chance. Świadczą o tym daty dokumentów, ich skany i format oraz fakt, że pismo zostało wysłane z poczty znajdującej się pod placówką międzynarodowej firmy prawniczej. Ogólnie pojawiło się całkiem sporo przesłanek, które sugerowałyby, że to jednak niekoniecznie sumienna praca wykonana przez Wrzosek. Ta sama kancelaria obsługuje teraz media publiczne, a żeby było jeszcze zabawniej pracuje tam jedna z założycielek fundacji Wolne Sądy, pani Grzegorczyk-Abram. Wygląda na to, że wszystko odbywa się w miłym, rodzinnym towarzystwie, ale chyba nie każdemu to pasowało, bo sprawę niestrudzonej misji pani prokurator bada teraz prokuratura krajowa. Jak widać, nie wszyscy w nowej uśmiechniętej Polsce podzielają zapał pani Ewy, która chciała pomóc swoim, a teraz od tych swoich dostaje po głowie. I podejrzewam, że nie za to, co robiła, ale za to, że dała się na tym przyłapać. Sienkiewicz tymczasem umywa ręce. A jeszcze niedawno była wielką bohaterką nowego nie-rządu, która „własnymi ręcoma” walczyła o „przywrócenie publicznego charakteru państwowym mediom”. Została nawet wskazana przez Bodnara do Krajowej Rady Prokuratorów. Okazało się jednak, że jakieś niedobitki pisowskie zaczęły wokół tej sprawy węszyć i pani Ewa przestała być bohaterką. Prawie tak szybko jak pani Joanna z Krakowa.

Rodzinna partia

Ale nie ma co się martwić o rodzinność w nowym nie-rządzie. Przeciwnie, Platforma jest tak rodzinna, że zatrudnia w swoich spółkach na przykład braci. Pamiętacie Pablo Moralesa, który okazał się Bartoszem Kopanią pobierającym wynagrodzenie od Platformy, a którego wielką misją i pasją było wylewanie pomyj na polityków i zwolenników Prawa i Sprawiedliwości za pośrednictwem Twittera/X? Rzecz jasna nie za tę działalność, ale za jakieś zupełnie inne, chociaż nie wiadomo jakie, zlecenia otrzymał 300 tysięcy złotych wynagrodzenia. Kariery pozazdrościł mu jego brat, Marcin, który z kolei został prezesem jednej z warszawskich spółek podległych Rafałowi Trzaskowskiemu (Miejskie Przedsiębiorstwo Realizowania Inwestycji w Warszawie). Brat-bliźniak Moralesa również postanowił spełniać się na Twixie, gdzie używa nicku: „CasperVanDeHag”. Niesamowita jest ta więź braterska. Ten sam pracodawca, ta sama pasja i jeszcze ksywy sobie takie oryginalne wymyślają. Żeby zmylić trop jeden udawał Portudalczyka, a drugi Holendra. Genialne. W każdym razie Marcin nie był jednak aż tak wulgarny, jak jego brat, chociaż rozszerzył on swoją działalność, bo atakował nie tylko PiS. Dostało się również Magdalenie Biejat (pusta jak bęben kapeli Zenka Martyniuka) i Szymonowi Hołowni (leszcz, bachor z wybujałym ego). Ale rzecz jasna sporo ciepłych słów otrzymał również Andrzej Duda (zesrał się Andriusza) i Jarosław Kaczyński (dewiacyjny umysł). Podejrzewam, że może „drugiemu Moralesowi” by się upiekło, gdyby ograniczył się tylko do tych wstrętnych pisiorów, ale że zaatakował również kandydatkę Lewicy, to o sprawie zrobiło się głośno. Co na to Rafał Trzaskowski? Oczywiście, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, jest głęboko poruszony, znajduje się w stanie permanentnego szoku i o niczym, w żadnym wypadku, nie miał pojęcia. Ja nie wiem, jak wyborcy mają im zaufać, skoro okazuje się, że oni sami nie mają pojęcia co się dzieje w swoich własnych kręgach.

Bezczelne insynuacje

Żeby utrzymywać Polskę w szerokim uśmiechu nie trzeba koniecznie uciekać się do trollowania w Internecie. Można też zażywać różne środki, które zapewniają bardzo dobry humor, przynajmniej do czasu zejścia. Podejrzewano już o to Sławomira Nitrasa, który kiedyś zaatakował wiceministra Sebastiana Kaletę, bo „jak trzeba, to on jest z ochrony”. Po wygranych przez nową koalicję wyborach Bartłomiej Sienkiewicz został przyuważony w Sejmie, jak trzyma w ręku torebkę foliową, w której znajdował się podejrzany proszek. I mniej więcej w tym samym czasie takie podejrzenie padły na jednego z prowadzących „Fakty”, ponieważ na jego stole zauważono usypaną „ściechę”. Oczywiście, na wszystkie te sytuacje są racjonalne wytłumaczenia – Nitras wypił za dużo kawy, stąd jego nadpobudliwość wobec wiceministra Kalety, Sienkiewicz pewnie wziął dla swojej żony proszek do prania, bo mu narzekała, że tamten jej plam nie usuwa (tak mało, bo tylko na spróbowanie od koleżanki z partii pożyczył – tanio to już było, więc trzeba żyć oszczędnie), a tajemniczy proszek na stole TVN-u to był puder. Ja się po prostu niepotrzebnie wyzłośliwiam. Okazuje się jednak, że nie tylko ja, bo Ukraińcy mieli podobne podejrzenia względem Michała Kołodziejczaka, który brał udział w negocjacjach obu państw w sprawach rolnych i jego zachowanie nie pozostało niezauważone przez przedstawicieli strony ukraińskiej: Podczas negocjacji wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi Michał Kołodziejczak zachował się dziwnie. Wiele razy zrywał się i wybiegał z pokoju, po czym wracał, pociągał nosem i zachowywał się dość nerwowo. Ukraińcy są przekonani, że to właśnie przez specyficzne zachowanie naszego wiceministra nie udało się osiągnąć porozumienia we wszystkich kwestiach. Trzeba jednak przyznać, że zdają się zaprzeczać sami sobie, bo zamieścili zdjęcie na którym… pan Kołodziejczak zdaje się być pogrążony w głębokim śnie. A podobno miał zachowywać się nerwowo, chodzić w tę i wewte i pociągać nosem. Oczywiście, za chwilę ktoś napisze, że pewnie pod koniec spotkania coś, co wcześniej być może zażył polityk AgroUnii, przestało działać i Michała opuściły już wszystkie siły. Oj tam, oj tam. Po prostu pan Kołodziejczak był zaaferowany tym, co się dzieje, a nerwowo reagował tylko wtedy, kiedy wydawało mu się, że ustalone kompromisy są niekorzystne dla polskiego rolnictwa. Na koniec zaś zwyczajnie się zmęczył. Innego wytłumaczenia nie ma!

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej