Connect with us

Damian Małecki

Nie jest złem się bać, złem jest strach celowo podsycać

Opublikowano

on

Od początku obecnych działań wojennych na Ukrainie staram się racjonalnie oceniać sytuację i niejednokrotnie pod moimi wpisami zmuszony byłem do podejmowania dyskusji z osobami prezentującymi inne od moich opinie. I bardzo dobrze, że takie dyskusje się pojawiają, bo nie ma nic gorszego niż zamknięcie się w sterylnym kółku wzajemnej adoracji.


Ten wpis jest próbą subiektywnej kompilacji pojawiających się w dyskusjach argumentów dotyczących oceny obecnej i przyszłej sytuacji migracyjno-uchodźczej w Polsce, przy uwzględnieniu kontekstu – moich 10-letnich emigracyjnych doświadczeń z Irlandii, obecnego zaangażowania w pomoc uchodźcom z Ukrainy, obserwacji ich zachowań, i wniosków z dotychczasowych dyskusji z  czytelnikami.

Zacznę jednak od wyjaśnienia sprawy podstawowej, czyli oskarżenia, które pojawiło się w pierwszym akapicie tego komentarza:



Nie, nie i jeszcze raz nie. Drogi Januszu, dyskutujesz ze mną, pod moim wpisem na FB, a nie ze stanowiskiem redakcji TakŻeTego. TŻT to agregat twórców, a nie wykonawców i jako taki nie posiada redakcyjnej linii programowej. Specjalnie to pogrubiam, bo to ogromnie ważne, by wszyscy odbiorcy mieli tego świadomość.

Twórca pisze w sposób dowolny, tworzy materiał na podstawie swoich własnych opinii, swojego researchu, swoich umiejętności. Natomiast wykonawca dostaje temat zlecony do wykonania i musi dostarczyć produkt zgodny z zamówieniem redakcji.

W TakŻeTego każdy twórca prezentuje swoje własne opinie i pracuje nad swoją marką w ramach TŻT. Dlatego naturalnym jest, że część z naszych twórców pokochasz, a twórczość innych może nie trafić w Twoje gusta.

Masz pełne prawo się ze mną nie zgadzać, ale nie wylewaj dziecka z kąpielą i wiedz, że naszym celem jest przede wszystkim sprawienie, byś to Ty, a nie jakiś portal społecznościowy, decydował, kiedy i które treści będziesz mógł przeczytać.


Przejdźmy więc dalej, zaczynając od przedstawienia pewnego kontekstu w porządku chronologicznym.

Białoruś – prolog

Tutaj sytuacja dla mnie od początku była zero-jedynkowa. Cała zadyma na granicy z Białorusią to była cyniczna rozgrywka białorusko-rosyjska, wykorzystująca migrantów ekonomiczych, a nie jak to by chciała przedstawić opozycja w Polsce – uchodźców z Syrii. Ci ludzie, w większości młodzi mężczyźni, wcale nie uciekali przed Putinem, oni zostali przez niego przywiezieni.

Kiedy Newsweek cynicznie zapytał, czym różniła się syryjska matka z dzieckiem na granicy z Białorusią od ukraińskiej matki z dzieckiem na granicy z Ukrainą, z pełnym przekonaniem odpowiedziałem, że ta matka różniła się wąsami i brakiem dziecka.

 
Paszport w ręce zamiast kamienia w ręce robi różnicę. Przejście graniczne zamiast lasu nocą robi różnicę. Pierwszy bezpieczny kraj, od dziesiątego kraju po drodze do Niemiec robi różnicę.

Jak to jest, że różne telewizje przygotowując materiały z granicy z Ukrainą, już nie muszą się męczyć w „cherry picking”, nie muszą starannie dobierać kadrów, odpowiednio nastrajać muzyką w tle i jednoznaczną narracją opowiadać widzowi, że właśnie widzi biednych uchodźców, kobiety i dzieci?


 

Przemyśl – strach numer 1

Mam nadzieję, że mamy już ustalone, że nie należałem do osób krzyczących „wpuścić ich wszystkich”, „mordercy ze straży granicznej”, „potem się sprawdzi kim są”.

Niestety, kiedy pierwsza fala uchodźców z Ukrainy dotarła do Przemyśla, dość szybko zderzyłem się z komentarzami wyzywającymi mnie od najgorszych, bo przecież tak fajnie pisałem o sprawie Białorusi, a teraz bronię tych „wiadomego koloru studentów plądrujących Przemyśl”, bo tak przedstawiane były (niestety powodując erekcję propagandystów rosyjskich) te 3 potwierdzone wydarzenia z Przemyśla.

Kiedy, w mojej opinii przytomnie, wyliczałem poniższe podpunkty, kolejny raz mierzyłem się z oskarżeniami i oburzonymi głosami „przyjedź i zobacz”, „to są ci sami co byli na Białorusi”, „zobaczysz, zaleją nas”, „boję się wyjść z domu”…




Poniżej dwa komentarze z tego rodzaju zastraszającą narracją. W pierwszym następuje ewidentne kłamstwo, w drugim – myślę, że niewiedza sprawiająca, że niewinny Sikh stał się według komentującej Pani groźnym terrorystą, w którego oczach niemal widać rządzę gwałtu.




Rozsądek podpowiadał mi, że za kilka dni problem zniknie, że cały ten „strach o Przemyśl” to mniej lub bardziej świadome podsycanie narracji korzystnej dla Rosji i czas pokazał, że miałem chyba rację.




Kiedy więc indyjskie samoloty wykonały prawie 30 lotów, zabierając swoich studentów do domu, kiedy ambasada Nigerii zajęła się swoimi obywatelami, kiedy „zagrożenie” dla Przemyśla minęło, w komentarzach przeciwnych moim wpisom zaczęły się pojawiać takie, z których bije strach przed Ukraińcami i ich wpływem na programy socjalne i rynek pracy w Polsce.

Programy socjalne i rynek pracy – strach numer 2

„Dlaczego oni dostają 500+”, „[…] to nieuczciwa konkurencja. Mając tyle przywilejów i darmowe to czy tamto, to chyba logiczne, że może się zgodzić taka osoba na niższa stawkę, bo i tak wyżyje spokojnie. Sam bilet miesięczny na dojazd do pracy dla Polaka kosztuje minimum 100zł, no to o czym my rozmawiamy?”

Tutaj muszę przypomnieć fakt, że sam przez 10 lat żyłem i pracowałem w Irlandii i tak – sporo nasłuchałem się od własnych rodaków o „zmywakach za granicą” oraz czytałem te – na szczęście nieliczne – komentarze od Irlandczyków piszących, że dlaczego Polacy pobierają nasze benefity, że „they took our jobs” i co? I nic – Irlandia przetrwała, na ulicach nie było wojen irlandzko-polskich. I wiecie co? Bankomaty w Irlandii też mają język polski do wyboru, w bankach i urzędach też często są informacje po polsku.

I nie zauważyłem, by Irlandczycy byli tym faktem przerażeni, ani żeby nawoływali rząd do stworzenia narodowego planu integracji z Polakami.



Fakty są takie, że to pracownicy z zagranicy pozwolili Irlandii tak szybko wyjść z kryzysu finansowego, że ostatecznie jako emigranci wpłynęliśmy pozytywnie na dochody budżetu Irlandii, bo nasza praca i wynikające z niej podatki stanowiły więcej wpływów do irlandzkiego budżetu, niż z niego na nas wypłynęło.

Bo to Polki mając zapewnione lepsze warunki finansowe, rodziły tam dzieci, które w sporej większości pozostaną już w Irlandii. Bo sporą część z zarobionych pieniędzy wydawaliśmy w Irlandii, napędzając podaż. Bo można długo wymieniać.

Dlaczego z Ukraińcami w Polsce miałby być inaczej? NIE WIEM.

Polecam zastanowić się jakie to uczucie opuścić swój dom, swój kraj, zostawić w nim męża albo patrzeć jak żona i dzieci oddalają się od granicy w poszukiwaniu właściwie nie wiadomo czego. Ktoś z Was zrobiłby to za możliwość uzyskania 500 zł miesięcznie?

Przypomnę, że to nie są imigranci pchający się przez zieloną granicę po socjal, tylko ludzie uciekający z kraju, bo im wojna w kilka chwil przemodelowała dotychczasowe życie. I zdecydowana większość chce jak najszybciej wrócić, a dopóki to niemożliwe, przynajmniej usamodzielnić się, podejmując pracę.

Na lokalnych grupach pomocowych aż roi się od wpisów typu: pielęgniarka z Żytomierza szuka pracy, dwie panie fryzjerki, kosmetyczka, dwie 17-latki szukają dorywczo, pani posprząta – słowem minęło dzień czy dwa, odkąd pojawili się w Polsce i zabezpieczyli sprawy noclegowe, a już szukają dla siebie pracy.


Dlatego przewidując przyszłość, podejrzewam, że niedługo z komentarzy znikną ci co piszą, że „dlaczego oni mają dostawać ten socjal, dla mnie braknie”, a ich narracja szybko zmieni się na „dlaczego oni zabierają mi pracę i psują mi rynek„.

I tu znów uważam, że będą w błędzie, nie tylko z powodu doświadczeń irlandzkich, ale przede wszystkim z powodu doświadczeń polskich.

Czy to się komuś podoba, czy nie, w Polsce mamy do czynienia z niedoborem pracowników i to mimo tego, że od 2014 roku do Polski już przyjechało ponad milion Ukraińców, których rynek pracy wchłonął, ale wciąż nie zaspokoił swoich potrzeb.

Bo Ukraińcy pracujący w Polsce to tu zapłacą podatki, to tu wydadzą sporą część ze swoich zarobków, to od Ciebie może wynajmą mieszkanie, pokrywając tym samym ratę Twojego kredytu.


Wracając do Ciebie, Januszu Steinhagen, bo to Ty natarczywie prowokowałeś mnie do odpowiedzi na Twój komentarz, sugerując, że jej brak oznacza bycie pseudodziennikarzem, mam nadzieję, że choć odrobinę Cię uspokoiłem. Na koniec jeszcze muszę nawiązać do tej części Twojego komentarza:

„Czy kto się zastanowił, spojrzał na mapę? Działania wojenne obejmują ca. 5% pow. 🇺🇦, więc skąd ten wielomilionowy napływ uchodźców do Polski? Czemu nie przemieszczają się po swoim terytorium? Tym bardziej, że informacje potwierdzają, że uchodźcy z terenów objętych działaniami to niewielki odsetek wśród tych co pojawili się na granicy.”

Wyjdź na ulice, zobaczysz kobiety i dzieci, które Ukraina stara się uratować, nie tylko z terenu tych 5% jak piszesz, ale też z terenów, na które co jakiś czas spadają rakiety, z terenów, które w każdej chwili mogą się stać rumowiskiem.

I nie masz racji, że nie przemieszczają się po swoim terytorium – ocenia się, że na zachodnią Ukrainę przeniosło się obecnie ponad 7 milionów ludzi. Kto może, zostaje na Ukrainie, kto nie może, ten jest teraz w Polsce i liczy, że wróci, niektórzy już wracają, korzystając z tego, że linia frontu na szczęście się nie przesuwa.


A tych, którzy zostaną, ja się nie obawiam.

 
Powtórzę, nie jest złem się bać, złem jest strach celowo podsycać. W moim wpisie celowo pominąłem pojawiający się jeszcze jeden strach, ten historyczny, bo tutaj wystarczy mi zacytowanie poniższego tweetu Roberta Winnickiego.
 
 


 

Racjonalny republikanin komentujący życie polityczne. W latach 2013-2016 współtworzył portal Żelazna Logika. Pomysłodawca i organizator serii wywiadów oraz oddolnych akcji społecznościowych. Fan rzetelności dziennikarskiej. Przez 11 lat jedną nogą w Irlandii, gdzie aktywnie działał w społeczności polonijnej. Pomysłodawca inicjatywy SejmLog, założyciel Fundacji SejmLog.

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Damian Małecki

Opinia – Wołyń a teraźniejsza sytuacja polityczna, racjonalnie.

Opublikowano

on

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Poland_and_Ukraine.png

„Małecki ty ukrainofilu, jeszcze ci te twoje ukry bokiem wyjdą, zobaczysz. Nie przeprosili za Wołyń, to nie nasza wojna, wjeżdżają tu na jeden dzień, żeby dostać 500+” i pewnie jeszcze z milion innych fobii pojawia się w komentarzach zawsze, gdy okazuje się, że będąc szczery i pisząc to co myślę, nie mieszczę się w bańce światopoglądowej niektórych czytelników.

Pewne sprawy muszę więc jasno określić, żeby nikt z Was nie był potem zaskoczony, dlaczego na pewne tematy mam takie, a nie inne opinie.

 

 

Ludobójstwo na Wołyniu i moralna racja.

Zacznę od zaznaczenia czegoś bezdyskusyjnego: ludobójstwo na Wołyniu jest faktem, jest zadrą na relacjach polsko-ukraińskich a z punktu widzenia Polaka nie ma innej możliwości rozpatrywania tych wydarzeń, jak nazwanie ówczesnych Ukraińców sprawcami. Koniec i kropka.

Historia jest jasna – Lwów kiedyś był polski, Wrocław był kiedyś niemiecki, były czasy gdy Polski nie było na mapie, były czasy, gdy nazwa Ukraina znaczyła po prostu wschodnie peryferia Rzeczpospolitej.

Natomiast ja żyję obecnie, moje dzieci będą żyły w niedalekiej przyszłości i moim obowiązkiem, jak każdego z nas, jest dbanie o to, by ta przyszłość była dla Polski korzystna. Na ile to możliwe staram się patrzeć na politykę racjonalnie i na ile to możliwe jak najmniej emocjonalnie. Osobiście wolę trzeźwo myślącego Cata-Mackiewicza, niż epatującego górnolotnymi hasłami o honorze Becka i dziś tym mocniej widzę potrzebę odejścia od naszego historycznego afektu do „moralnej racji”, która zawsze stawiana była wyżej niż realna korzyść i prawdziwa wygrana.

Dlatego, kiedy słyszę słowa w rodzaju „My Polacy znamy pojęcie honor, nie pomagajmy bo Wołyń, nie dawajmy broni, bo Wołyń, wypad z Polski, bo Wołyń, a te ukry to nie chcą pracować, tysiące dostają 500+” nie potrafię się przyłączyć do takiego chóru. Można powiedzieć, że w tej sprawie mam stanowisko zbieżne z Robertem Winnickim, który za te swoje mądre słowa też zebrał cięgi od sporej części swoich wyborców.

 

Oni wciąż nie przeprosili!

Argument, który słyszę najczęściej, Niemcy przeprosili za wojnę, Rosjanie przeprosili za Katyń a Ukraińcy wciąż nie! Wybaczcie, ale to jest dla mnie idealny przykład „Beckizmu”, w którym jako naród oczekujemy gestów i pochwał zamiast realnych działań. Co nam realnie dadzą przeprosiny? Kogo z ludzi antyukraińskich takie przeprosiny zadowolą? Przecież widać, że niektórych nie zadowolą żadne gesty, bo będą one uznane, za niewiarygodne, za nieszczere, za niepełne itp itd. Na Cmentarzu Łyczakowskim znów odsłonięto nasze lwy, niejako w geście pojednania i podziękowania za nasze obecne wsparcie a malkontenci skomentowali to jako „zakłamane” oraz „ale bez napisów”… Beckisty nie zadowolisz.

 

Jak to jest, że Rosjanie zgwałcili i zamordowali tysiące Niemek, że Niemcy dopuścili się niezliczonych zbrodni na terenie Rosji, a po latach oba te kraje potrafiły na potrzeby bieżącej polityki schować historyczne zadry i przybić sobie gazowo-benzynowe żółwiki? Ba, można by nawet powiedzieć, że politycy obu krajów poszli ze sobą do łóżka. Jak to jest, że my nie mamy takiego samego prawa do racjonalnej decyzji o współpracy z Ukrainą, gdy jasne jest, że w obecnej sytuacji geopolitycznej, taka współpraca jest konieczna?

I żeby była jasność, skoro ustaliliśmy, że wiemy, że na Wołyniu mordowali Ukraińcy, dobrze by było aby przeprosili, ale sensem tego wpisu jest to, że to jest jeden z tysiąca wątków w naszych stosunkach i jeżeli będziemy ewentualną współpracę uzależniać od tych przeprosin, to Niemcy z radością zajmą nasze miejsce, dla nich biznes to biznes.

 

Jeśli więc moi krytycy tak bardzo chcą sprawiedliwości dla Polski i Polaków (co dziwne, emanacja tego żądania eskalowała przypadkiem akurat po 24 lutego), to właściwym adresem są raczej Niemcy z reparacjami za zniszczenia wojenne a nie Ukraina z przeprosinami za Wołyń. Przeprosinami inflacji nie pokonamy.

Oczywiście, że Zełenski wychodzący przed kamery i przepraszający w imieniu Ukrainy za Wołyń to byłby miły krok, ale raczej wolałbym, aby ten Zełenski powiedział, że oto rozpoczynają się rozmowy z Polską na temat pakietu umów gospodarczych-wojskowych itp.

 

Wołyń w moich oczach jest z dzisiejszej perspektywy tematem wyłącznie emocjonalnym (oczywiście w kontekście relacji polityki międzypaństwowej a nie odczuć wciąż żyjących świadków). Racjonalnie prowadzące politykę państwa po II wojnie światowej dostały pieniądze, my prowadzący politykę na „honorze”, „gestach” i poklepywaniach po plecach, wylaliśmy krew za honor i zostaliśmy w dupie. Nie chcę aby mój kraj znów odwiedził to miejsce. Dlatego cieszę się, że choć raz to ktoś inny ginie za sprawę, cieszę się, że nasze Kraby testują się na Ukrainie a nie w Polsce i nie uważam, aby pieniądze wydane na pomoc Ukrainie były wydane niepotrzebnie.

 

Spotykam się z opiniami, że „my pomagamy a koniec końców na ten rynek wjadą Niemcy i zarobią na odbudowie”. I najczęściej te same osoby zmieniają front i mówią, że jeśli analogicznie miałaby to zrobić Polska, to „za czyje pieniądze? z pieniędzy podatnika?!”

To bardzo ciekawa wizja jest – niemieckie firmy wjadą odbudować Ukrainę i na tym zarobią, ale gdy polskie firmy mają wjechać i odbudowywać Ukrainę, to nagle pojawia się „z naszych kieszeni odbudowa”. Pal licho, że Beckisty nie zadowolisz. Gorzej jeśli rozmówcą nie jest Beckista zakręcony na punkcie moralnej konieczności uzyskania przeprosin, tylko zwykły opłacany troll mający podsycać animozje polsko-ukraińskie.

No, ale dla niektórych to moje wpisy są złe, antypolskie i zapewne to ja mam pod łóżkiem ołtarzyk Bandery, natomiast taki wpis, jak ten poniżej, jest mądry i prawdopodobny i znowu to po prostu ja nie rozumiem Korwina. Zresztą obecne bożyszcze opozycji, Roman Giertych też wieszczy, że cała ta wojna, to od początku plan Kaczora na odbicie Lwowa…

Czytaj dalej

Damian Małecki

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, czyli jak „idiota” pouczał „mądre” Niemcy.

Opublikowano

on

Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych, rok 2018, do zgromadzonych przemawia prezydent USA Donald Trump. Jego słowa spotykają się z szyderczymi uśmieszkami i festiwalem kpiących komentarzy o idiocie pouczającym Niemcy.

Sprawdźmy co takiego powiedział wtedy Donald Trump i dlaczego te szyderstwa nie zestarzały się najlepiej.

„Zależność od pojedynczego, zagranicznego dostawcy, sprawi, że naród będzie bezbronny wobec zastraszania i wymuszania. Dlatego wyróżniamy kraje takie jak Polska, prowadząca budowę rurociągu Baltic Pipe, co sprawi, że te kraje nie będą uzależnione od Rosji w zaspokajaniu swojego zapotrzebowania w energię. Niemcy staną się totalnie uzależnione od rosyjskiej energii, jeżeli natychmiast nie zmienią swojego kursu”

 



Te niemieckie szydercze uśmieszki jako reakcja na słowa Trumpa mają dziś podwójne znaczenie, bo jak się okazuje, słowa te padły do nich z ust polityka, który do dziś jest obsmarowywany, jako agent Putina. Pomyśleć można, że było to więc przypadkowe nawiązanie Trumpa do współpracy niemiecko-rosyjskiej?

Otóż nie, Donald Trump wielokrotnie przestrzegał Niemców przed zacieśnianiem współpracy z Rosją. Jeszcze przed Zgromadzeniem ONZ, na szczycie NATO w lipcu 2018 wypowiedział następujące słowa:

„To bardzo smutne, że Niemcy zawierają ogromny układ naftowo-gazowy z Rosją. Gdy powinniśmy chronić się przed Rosją, to Niemcy wychodzą i płacą Rosji miliardy dolarów rocznie. Ochraniamy Niemcy, chronimy Francję, chronimy wszystkie te kraje, a potem te kraje zawierają umowę rurociągową z Rosją, na mocy której wpłacają miliardy dolarów do skarbca Rosji.

Więc jeżeli mamy cię chronić przed Rosją, a ty płacisz Rosji miliardy dolarów to myślę, że to bardzo niestosowne, zwłaszcza jeśli były Kanclerz Niemiec, jest obecnie szefem rosyjskiej firmy, która dostarcza gaz. Koniec końców Niemcy będą miały prawie 70 proc. swojego kraju kontrolowanego przez Rosję za pomocą gazu ziemnego. Powiedz mi, czy to właściwe?” –
  Trump pytał wtedy sekretarza NATO, Jensa Stoltenberga, podsumowując, że:

„Jeśli na to spojrzeć, to Niemcy są zniewoleni przez Rosję. Pozbyli się elektrowni węglowych, pozbyli się atomu, 70% ropy i gazu dostają z Rosji. Myślę, że NATO musi się temu przyjrzeć, bo to jest bardzo niestosowne.”

 


„Nie bardzo rozumiem co on ma na myśli, ciężko powiedzieć, ale jeżeli jest jakiś region, który widzi zmianę rosyjskiego zachowania, to jest to Europa a w Europie są to oczywiście Niemcy….” – z uśmiechem skomentowała jego słowa Ursula von der Leyen. A o tym, że miała rację, realizator zapewnił nas pokazując wyselekcjonowane ujęcie z widowni, gdzie pewna blondynka ze zrozumieniem i uśmiechem potakuje głową, szach mat, Trump zaorany…



Cokolwiek nie mówił Trump, spotykało się ze śmieszkami, szyderstwami, udawaniem zdziwionego unoszenia brwi. Pół biedy, że śmieszkowali zwykli ludzie, przyzwyczajeni, że śmiać się z Trumpa jest modnie. Gorzej, że tej samej retoryki używali również dziennikarze i komentatorzy polityczni.

Przykładowo BuzzFeed sugerował, że „wyśmiewanie się z Trumpa to sposób na jego rozbrojenie”

Natomiast Bloomberg niemieckie uśmieszki nazwał „najlepszą reakcją na przemowę Trumpa”…



Mamy rok 2022 i co się stało?

Spełniło się wszystko przed czym ostrzegano Niemców, o czym na forum unijnym głośno mówiła także strona rządowa z Polski. Dziś te roześmiane wtedy twarze, wspominają o tym, że inne kraje powinny solidarnie wspomóc Niemcy w zaopatrzeniu w gaz, że może te sankcje to niezbyt dobry pomysł, że może Ukraina powinna zrezygnować z części terytorium, wreszcie, że Kanada powinna ominąć sankcje i wysłać do Rosji (za pośrednictwem Niemiec) turbinę potrzebną do ponownego uruchomienia Nord Stream 1.

I jakoś dziwnie mi się wydaje, że transport tej turbiny do Rosji, Niemcy ogarnęliby o wiele szybciej, niż obiecywane transporty broni na Ukrainę.

Chciałoby się członkom tamtej niemieckiej podśmiechującej się delegacji powiedzieć dziś „Stecken Sie sich dieses Grinsen in Ihren Arsch

Czytaj dalej

Damian Małecki

Bez absurdów o Orlenie

Opublikowano

on

Niestety w debacie publicznej, zwłaszcza tej prowadzonej w internetowych komentarzach, gołym okiem widać nadreprezentację osób wypowiadających się w temacie Orlenu, które to osoby mówiąc kolokwialnie – „nie potrafią samodzielnie pokolorować drwala”, czyli nie posiadają wystarczającej wiedzy, zrozumienia podstawowych pojęć, oraz umiejętności łączenia faktów, pozwalającej im na dostrzeżenie oczywistej sprzeczności głoszonych przez siebie tez.

 

Porozmawiajmy więc o faktach w zderzeniu z niektórymi popularnymi narracjami, które pojawiają się w w internetowych dyskusjach. Nie zamierzam tutaj opiniować, czy zniżka Orlenu jest duża, wspaniała, mała czy nikczemna. Nikt z Orlenu mi też za ten wpis nie płaci. Po prostu jeśli zabieramy się za dyskusję, warto abyśmy znali podstawowe informacje i rozumieli pewne pojęcia.

Wymienię jedynie suche fakty, by zestawić je z absurdalnymi komentarzami lansowanymi przez osoby, które albo nie wstydzą się swojej niewiedzy albo co gorsza, nawet nie zauważają, jak bardzo ich wpisy są odklejone od rozsądku i logiki. Uważam, że taki wpis może się tym ludziom przydać edukacyjnie.

 

Zacznijmy od wyjaśnienia, jak dokładnie działa „paliwowa zniżka Orlenu”:

– Zniżka wynosi 30 groszy za litr paliwa.
– Ze zniżki można skorzystać do 3 razy w miesiącu, czyli 6 krotnie podczas wakacji.
– Jednorazowo można zatankować do 50 litrów, czyli do końca wakacji można kupić do 300 litrów paliwa w obniżonej cenie.
– Oznacza to, że maksymalna wartość zniżki na jednego klienta to 90 złotych.
– Zniżkę uzyskać można jedynie posiadając zainstalowaną aplikację Orlen Vitay albo samodzielnie drukując kupon po zalogowaniu na swoim koncie na stronie orlenowskiego programu lojalnościowego.
– Posiadacze Karty Dużej Rodziny otrzymują dodatkowe 10 groszy zniżki.

 

Tyle jeśli chodzi o fakty, przejdźmy do pojawiających się „argumentów” i narracji. Na początek zauważalna gładka zmiana w narracji u osób, które nic sobie nie robią z tego, że to co mówią dziś, zupełnie przeczy temu, co mówili jeszcze wczoraj:

 

Wczoraj – „Orlen nabija sobie kasę na biednych klientach, zdzierca Obajtek, paliwo za drogie!”

Taką narrację słyszeliśmy od dłuższego czasu – krzyczano, że cena paliwa jest za duża, że Orlen powinien obniżyć ceny, że przecież wyniki finansowe Orlenu potwierdzają łupieżczą marżę Orlenu. Ba – pojawiły się grupy osób nawołujące do blokowania stacji należących do Orlenu. Nawoływano do uwaga – podjęcia przez Orlen decyzji o obniżeniu cen paliwa.

 

Dziś – „Orlen obniża cenę paliwa, to dumpingowa zagrywka monopolisty, przez Obajtka inne stacje zbankrutują, to jest gra na wykoszenie konkurencji!”

Szanowni Państwo bez zająknienia krzyczący, że obniżenie ceny paliwa o 30 groszy to jest dumping Orlenu, czyli Z DEFINICJI tego słowa – sprzedaż wyprodukowanego przez siebie produktu PONIŻEJ JEGO KOSZTU PRODUKCJI.

Poważnie nie dostrzegacie absurdu polegającego na tym, że stwierdziliście właśnie, że różnica pomiędzy krwiożerczym wyzyskiem a sprzedażą ze stratą wynosi 30 groszy?

Kurtyna…

 

Im dalej w las, tym „cięższe działa” wytaczają przeciwnicy Orlenu i wciąż najczęściej są na bakier z logiką:

 

„Tylko 50 litrów, nawet do pełna nie można zatankować, taka to zniżka!”
Oczywiście, że można tankować do pełna, można zatankować i 200 litrów jeśli ktoś ma tak pojemny bak, po prostu tylko pierwsze 50 litrów będzie naliczone po obniżonej cenie. Tak proste, a tak trudne do zrozumienia przez niektórych.

 

„Jeśli ktoś ma zbiornik powiedzmy 50 litrów, to statystycznie tankuje do niego jakieś 42 litry, czyli na trzech tankowaniach jest stratny 24 litry tańszego paliwa.”
Taka strata brzmi konkretnie, zwłaszcza kiedy przeliczymy ją na złotówki i dowiemy się, że takie niewykorzystanie przysługującego limitu, to utrata zniżki w kwocie 7,20 zł w skali miesiąca. Osobom wybitnie oszczędnym podpowiadam, że po zatankowaniu 42 litrów, pozostałe 8 litrów można w zupełności legalnie zatankować do kanistra.

 

„Sztuczne pompowanie liczby użytkowników apki”
Gratulacje! Epokowe odkrycie, ta sztuczność ma nawet swoją nazwę – MARKETING i w każdej szkole marketingu obecna akcja Orlenu byłaby prawdopodobnie przedstawiana jako przykład taniej i skutecznej reklamy. Jedni wolą marketing w postaci wszechobecnych reklam „shopipi”, inni w postaci zniżki na paliwo. Z punktu widzenia Orlenu, w dość tani sposób pozyskują więcej użytkowników swojej aplikacji, co za tym idzie poszerzają bazę potencjalnych klientów. Nie ma chyba żadnej firmy na świecie, której akcjonariusze nie odebrali by takiego efektu pozytywnie.

 

„Ceną za rabat jest udostępnienie swoich zwyczajów konsumenckich”
Kolejne odrycie argumentu „inwalidy” – w marketingu nigdy nie ma nic za darmo, praktycznie gdziekolwiek słowo „rabat” oznacza oddanie przez klienta czegoś w zamian, czy to swojego maila, czy też zgód marketingowych. Dlaczego w tym wypadku miało by być inaczej? Dlaczego sześć tankowań w przeciągu 90 dni miałoby ujawniać nasze tajemnice i bliżej nie określone zwyczaje konsumenckie, a zakup z tej samej aplikacji tańszego o złotówkę zestawu z hot dogiem i kawą już nie?

Aplikacja Vitay nie jest nowym pomysłem i punkty na Orlenie Polacy mogą zbierać od wielu lat, tak samo jak zbierają je posiadając analogiczne aplikacje, czy karty klienci na BP czy Shellu. Aby zakupić paliwo ze zniżką nie trzeba robić nic więcej poza wygenerowaniem w aplikacji kodu kreskowego dla zniżki, analogicznie jak przy zakupie tańszego hot doga… Sugerowanie, że to rząd knuje i śledzi nas przy użyciu aplikacji, gdy tankujemy paliwo, ale odmawia sobie śledzenia nas przy okazji zakupu hot doga jest zwyczajnie żenujące.

 

Na koniec najważniejsze czego większość komentujących zdaje się nie zauważać:

Orlen to spółka akcyjna, której zadaniem jest generowanie i maksymalizacja zysków swoich akcjonariuszy i inwestorów, w tym Skarbu Państwa posiadającego zaledwie 27% udziału w Orlenie. Orlen nie jest instytucją charytatywną, choć jak większość firm przeznacza również pewne środki finansowe na działalność charytatywną. Ale naiwnością jest oczekiwanie, że jakakolwiek firma będzie działać wbrew interesowi swoich akcjonariuszy, sprzedając swoje towary w cenach niezgodnych z aktualnymi warunkami rynkowymi, bo każda firma, z definicji, nastawiona jest na generowanie zysków.

I Orlen taki zysk generuje i rzeczywiście jest on rekordowy – z tym, że Orlen zarabia głównie na sprzedaży paliwa w innych krajach stosując tam wyższe marże. Rzadko też wspomina się, że największe zyski Orlenu pochodzą z pozapaliwowych źródeł przychodu.

Dyskutujmy o cenach paliwa i o polityce Orlenu, ale róbmy to w oparciu o fakty i logikę, a nie o teorie narażające komentujących na śmieszność.

Czytaj dalej