Connect with us

Nawiasem Pisząc

Dalej brniemy w kłamstwo, czyli taktyka mediów

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Wydawałoby się, że po tym, jak ostatnie kłamstwo TVN-u zostało zdemaskowane, lewicowe środowisko schowa się na jakiś czas w kąt, liżąc rany. Że po tym nokaucie będą w stanie jedynie powiedzieć: „Nie wszyscy, którym z dobrego serduszka pomagamy, mają dobre zamiary, ale nasze intencje są krystalicznie czyste”, ewentualnie wymyślą jakąś inną bzdurę, ale że będą dalej brnąć w to kłamstwo i wymyślać kolejne pozbawione logiki argumenty, żeby tylko podtrzymać swoje racje, tego się chyba… No dobra, wszyscy się tego spodziewaliśmy, znamy lewicę i media im sprzyjające nie od dzisiaj i doskonale zdajemy sobie sprawę, że nie ma takiego idiotyzmu, którego by nie wymyślili, żeby jakoś uzasadnić swoje manipulacje. A że przy okazji robią z siebie durniów, to przecież dla nich nie pierwszyzna, w tym są akurat doświadczeni. Kiedy zbudowana przez TVN fałszywa narracja zaczęła się sypać, wszystkie inne antypisowskie media, które bezmyślnie ją podchwyciły, starały się udowodnić, że – mimo iż policja opublikowała nagrania – prawda leży tylko i wyłącznie po ich stronie.

Etyka Hartmana

Na pierwszy plan wysunął się wybitny znawca etyki i moralności, Jan Hartman. Ten sam, który przekonywał, że w sumie to kazirodztwo to nic złego. Ten sam, który apelował do ludzi, aby nie piętnować pedofilów, bo to narusza ich prawa. I dokładnie ten, który o tragedii, jaka przydarzyła się pielgrzymom, podróżującym do Chorwacji pisał, że sami sobie winni, bo na cholerę pielgrzymek im się zachciało. Taki to wybitny autorytet moralny. I teraz też postanowił wystosować apel, bo oczywiście ma najwięcej do powiedzenia w tej sprawie, jak i w każdej innej.

Uwierzcie mi, nigdy w życiu nie pomyślałabym, że na takie bzdury może wpaść facet, który posiada tytuł profesora. Chociaż ogólnie, patrząc na poziom naszych „uczonych” zaczynam się poważnie zastanawiać, czy oni te tytuły w chipsach poznajdowali? W tym jednak przypadku bardziej skłaniam się ku myśli, że tacy jak Hartman, doskonale wiedzą, że wypisują skończone debilizmy, ale że są skierowane wobec ludzi, którzy swoją wiedzę o świecie opierają na TVN-ach, Wybiórczych i innych Onetach, doskonale wiedzą, że ci nie będą się nad niczym zastanawiać, tylko łykną wszystko. Na uwagę zasługuję tak naprawdę sam wstęp, bo cały artykuł, który zaserwował nam pan Hartman (o wielkiej odwadze i nieustępliwości nie do końca stabilnej emocjonalnie dziewczyny) może spowodować albo nudności, albo migrenę. Moją uwagę zwrócił opis „lekarka, która zdradziła panią Joannę”. Ja nie wiem, z kim szanowny filozof się na łby pozamieniał, ale jestem przekonana, że Sokrates, Platon czy Arystoteles zapłakaliby się, gdyby zobaczyli jakich przedstawicieli ma teraz reprezentowana niegdyś przez nich nauka. Pani psychiatra, która zadzwoniła na numer alarmowy miała obowiązek to zrobić, jeżeli jej pacjentka zgłosiła się do niej i zapowiedziała, że zamierza odebrać sobie życie. Nie mogła tych słów ani zlekceważyć, ani stwierdzić: „OK, pogadamy sobie jutro”. Zrobiła to, co tak naprawdę każdy człowiek – nie tylko psycholog czy psychiatra – powinien zrobić, kiedy wie, że inna osoba zamierza targnąć na swoje życie. Gdzie tu mowa o zdradzie? Raczej powiedziałabym, że nastąpiła ona z drugiej strony, bo to pani Joanna próbuje robić teraz ze swojej lekarki panikarę i oszołomkę i otwarcie twierdzi, że ta zwyczajnie kłamała, ponieważ ona jej wyraźnie podkreślała, że nic nie zamierza sobie zrobić. To teraz możemy się zastanawiać, komu bardziej opłaca się, żeby w tym przypadku mówić nieprawdę – pani psychiatrze, która nagle uznała, że jej się nudzi, więc narobi trochę problemów pacjentce i narazi swoją karierę, czy niestabilnej emocjonalnie i psychicznie dziewczynie, której mottem życiowym jest „Uj z wami, aborcja z nami”. Pomyślmy przez chwilę… Czy tylko mi się wydaje, że raczej pani Joannie, która być może miała nadzieję nakręcić kolejną proaborcyjną aferę?

Na ratunek – Maja Staśko!

Na pomoc uciśnionej Aśce ruszyła – a jakże! – Maja Staśko, która znana jest z tego, że lubi zabierać głos we wszystkich sprawach i że za każdym razem będzie to głos głupi. I o ile w przypadku Jana Hartmana jestem pewna, że on pisze te wszystkie swoje bzdury cynicznie, żeby nakręcać aferę zgodnie ze swoimi przekonaniami, o tyle w przypadku naszej „Pszczółki” mam poważne wątpliwości, bo ona akurat wydaje mi się szczerze głupiutka. Coś jak Klaudia Jachira – plecie kompletne idiotyzmy, ale naprawdę w nie wierzy. Ale też pojawiają się wątpliwości, bo za każdym razem, kiedy czytam jakiś jej tekst, nie jestem w stanie uwierzyć, że osoba, która wpada na takie pomysły jest w stanie chodzić i oddychać jednocześnie. Że nie zakrztusiła się podczas jedzenia. Albo że nie wypadła z okna, twierdząc, że identyfikuje się jako ptaszek. Ta dziewczyna za każdym razem mnie zadziwia, bo udowadnia mi, że jest jeszcze głupsza od siebie samej. Ona postanowiła ugryźć temat od innej strony. Dała spokój pani psychiatrze, która zdecydowała się spełnić swój obowiązek i wezwać służby do grożącej samobójstwem dziewczyny; ofiarę upatrzyła sobie w policji. I zrobiła to w sposób typowy dla siebie – czyli lekkomyślny. Skrytykowała bowiem policję, ponieważ jak twierdzi: Udostępnienie nagrania ze 112 przez policję i TVP to odarcie z godności, przekroczenie prywatności i zaufania. Od teraz każda osoba zwracająca się o pomoc będzie podejrzewać, że jej rozmowa zostanie publicznie puszczona. To jest śmiertelnie niebezpieczne. Pani Maja zapomniała jednak o dwóch bardzo ważnych kwestiach. Po pierwsze policja nie udostępniła tych nagrań ot tak, bo taki miała kaprys. Zrobiła to, bo niekompetentna i nierzetelna dziennikarka TVN-u zebrała informacje tylko od „poszkodowanej”, nie zaprzątając sobie głowy, aby zapoznać się z wersją funkcjonariuszy, a później na tej podstawie zrobiła materiał, który – jak się szybko okazało – z prawdą ma niewiele wspólnego. Głównie właśnie dzięki nagraniu, które udostępniono. Nie wiem, czy Maja zdaje sobie sprawę, że taka „obrona” jest zwyczajnie bezczelna, kiedy ma się świadomość, że to właśnie środowiska poglądowo bliskie Majce, rozkręcają kłamliwe gównoburze, żeby tylko dalej grzać temat aborcji, a policja jedyne, co mogła zrobić, to tylko się bronić – praktycznie była do tego zmuszona. Majeczka widocznie nie potrafi zrozumieć, że gdyby to biedne, zagubione dziewczę nie pobiegło z płaczem do mediów i gdyby te media bezmyślnie nie zmontowały materiału opartego tylko na jej zwierzeniach, to nagranie w ogóle nie wyszłoby na światło dzienne. To ich kłamstwa – które teraz dalej powiela Staśko – wpłynęły na taką decyzję. I sama aktywistka wielokrotnie w podobnych akcjach brała udział, rozkręcając sztuczne afery, bo prawo do aborcji, bo tolerancja wobec LGBT, bo klimat, bo reklama alkoholu. I wielokrotnie po takich jej akcjach okazywało się, że wcale nie ma racji, ale ona się nie zraża i broni ludzkość przed wszystkim, co jej tylko przyjdzie do głowy. Inną kwestią, na którą nasza wyzwolicielka nie zwróciła uwagi jest fakt, że policja wycięła wszystkie informacje zawierające dane wrażliwe czy stan zdrowia kobiety, która podobno chciała odebrać sobie życie. Tak naprawdę otrzymaliśmy tylko informację o tym, dlaczego policja przyjechała na miejsce i odwiozła dziewczynę do szpitala. Nie wiemy tak naprawdę, czy rzeczywiście była w ciąży.

Prawdziwy dramat czy głupi teatrzyk?

No właśnie, bo tak naprawdę ta historia od samego początku „rozjeżdżała się” w paru kwestiach. Są choćby wątpliwości, czy kobieta wzięła już tabletki, za pomocą których chciała odebrać sobie życie, czy dopiero zamierzała. Nie ma też pewności, czy faktycznie była w ciąży. Nie chcę być niesprawiedliwa, bo być może to naprawdę zagubiona psychicznie dziewczyna, która zaszła w niechcianą ciążę, pozbyła się jej w sposób, który środowisko, w którym się obracała, znało najlepiej, a po wszystkim dopadły ją wyrzuty sumienia, jakie okazały się dla niej nie do udźwignięcia. Być może. Swoją drogą trochę kłóci się to z przekonaniem pro-aborcjonistek, że syndrom poaborcyjny nie istnieje i są to kłamstwa wymyślone przez tych wrednych obrońców życia. Zastanawiam się, czy nie widzą w tym pewnej niekonsekwencji – pani Joanna mówiła prawdę, ale jednocześnie taki syndrom nie istnieje? Wracając jednak do samej dziewczyny – niestety, patrząc na jej dotychczasową działalność, bardziej prawdopodobne jest to, że po prostu zrobiła sobie swego rodzaju „performance”, bo temat ostatnio zmarłej kobiety już trochę ucichł, media przerzuciły się na pewnego wariata drogowego z Krakowa (o tej sprawie napiszę krótko: nigdy nie cieszę się ze śmierci innych ludzi, ale w takich wypadkach wolę, żeby kończyło się to w taki sposób, niż gdyby miał on zabić jakąś postronną osobę), więc trzeba było podgrzać temat, żeby znów wszyscy trąbili tylko o biednych kobietach, których prawa są notorycznie łamane. Smutne jest to, że „dziennikarze” bezrefleksyjnie łykają takie bzdury i nawet nie chce im się ich zweryfikować.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Smutna złego końcówka

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?

Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia

Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:

– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?

– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*

– No pan podpisał tę ustawę.

– No dobrze, no, podpisałem.

– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.

– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…

– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?

– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.

Żałuje pan tego?

– Nie.

Twardym trzeba być…

Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Żenujący popis posła Treli

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa

Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.

Podwójne standardy

Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Zły wpis w złym momencie

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Ten wpis Jana Grabca pojawił się już kawał czasu temu. Zapisałam go sobie z planem opublikowania w ciągu maksymalnie 2-3 dni, a że z planów wyszła figa z makiem – jeszcze raz przepraszam. Mimo to, wracam do niego, bo niesamowicie mnie on uwiera. I nie potrafię sobie odpuścić, bo to był po prostu wpis wybitnie głupi… i zły. Już nie będę odnosić się do tego, że Polska w 1939 roku sama sobie szukała wrogów (w domyśle, jak rozumiem, mam sobie dopowiedzieć: „ma co chciała”?), bo że jest to bzdura, chyba wszyscy wiemy doskonale. Świeżo po odzyskaniu niepodległości myśleliśmy sobie, jak tu się jeszcze pogrążyć. Za dobrze nam było. Koniecznie musieliśmy coś pokomplikować, no i nam się oberwało… To już tak ironicznie piszę, z czystego przyzwyczajenia, bo głupotę naszych polityków można tylko ironizować – cóż nam innego pozostało? Albo gorzkie łzy, albo pusty śmiech. Ja zresztą doskonale rozumiem, co autor miał na myśli, bo to były echa ustnej (a raczej internetowej) przepychanki Karola Nawrockiego z Donaldem Tuskiem, wynikającej z tego, że ten pierwszy powiedział parę słów na temat Powstania Wielkopolskiego, a ten drugi wściekł się, że „znowu mu Niemcy atakujo”. Klasyka, przyzwyczailiśmy się. Do tego, że politycy KO dwoją się i troją, żeby wyciągnąć swojego szefa za każdym razem, kiedy się kompromituje – też.

Nasi przyjaciele, Niemcy

Nawet niespecjalnie uwiera mnie to, że oni mają Niemców za naszych najwspanialszych, bezinteresownych przyjaciół. Nie chce mi się tłumaczyć, że podchodzenie z nieufnością i sceptycyzmem to nie to samo, co usilne szukanie sobie wroga. Kto umie patrzeć, ten widzi, że Niemcom na przyjaźni z nami akurat nie zależy. Nikt nie twierdzi, że lada dzień zaatakują nas dronami, rakietami i czołgami, ale łudzenie się, że im zależy na jakimkolwiek naszym rozwoju gospodarczym jest głupotą. Ja w ich postulatach, decyzjach i ogólnym zachowaniu dostrzegam raczej chęć zrobienia sobie z nas skupiska rzeczy niepotrzebnych. Bo te wiatraki od Siemensa nie sprzedają się tak, jakby chcieli; bo tych elektrycznych super-luksusowych samochodów z do połowy rozładowaną baterią nikt już u nich nie chce, a po co mają się marnować? Ekonomia! Ach, i tutaj nie wszyscy inżynierowie i chirurdzy się dobrze zaaklimatyzowali, więc możemy się podzielić! Tych to oddamy nawet za darmo, znajcie nasze dobre serca! Wszystko się da przecież po dobroci załatwić. Wystarczy rozmawiać, a Wy, drodzy Polacy, i wiatraczki będziecie mieć, i zużyte auta elektryczne, a w ramach promocji dorzucimy Wam chirurgów z Afryki, bo plotki jakieś chodzą, że u Was w tej ochronie zdrowia to tak nie bardzo, prawda? No, to macie, przyjmijcie. I nie narzekajcie. My to wszystko z dobrego, szczerego serca robimy. Odrobinę wdzięczności tylko wymagamy, to chyba nie za dużo? Zamienili po prostu jedną metodę na drugą.

Śmiać się, żeby nie płakać

Dobrze, bo znowu się nabijam, a temat jednak poważny. Z drugiej strony, jak tu się nie śmiać, skoro ostatnie wystąpienia premiera na arenie międzynarodowej skończyły się tak, że nie dość, że sami sobie reparacje wypłacimy, to jeszcze podarujemy je Ukraińcom w imieniu Rosjan. Tacy skuteczni jesteśmy! Śpimy na pieniądzach, Drodzy Obserwujący, i w dupach nam się poprzewracało, tyle Wam napiszę. Przyznajcie jednak szczerze – jak tu nie kpić z czegoś takiego? Ten wpis brzmi słabo z jeszcze innej strony. Reprezentanci naszego państwa pozwalają sobie na takie bezmyślne wpisy w czasie, kiedy historia jest notorycznie zakłamywana, bo państwa, które w przeszłości przelewały najwięcej krwi w imię nie wiadomo czego, dzisiaj nie bardzo chcą się do tej swojej ponurej historii przyznawać. Lepiej rozmydlać winę na inne narody. A jak jest okazja, to i nakłamać do potęgi. Przecież ten tekst powstał w czasach, kiedy nasi wspaniali sąsiedzi postawili uporać się z własną historią na swój sposób za punkt honoru.

Konsekwentne rozmydlanie win

W czasach, kiedy Niemcy nie ograniczają się tylko do tłumaczenia o złych nazistach, którzy napadli i ich zmusili – za to coraz bardziej otwarcie mówią, że Polska w sumie tę II wojnę światową sprowokowała, a w ogóle to nie przesadzajcie. Kiedy Izrael łaskawie przyznaje, że OK, Holocaust to głównie Niemcy, ale nie tylko, bo Polacy im pomagali – i gdyby nie oni, to by im się na pewno nie udało. Kiedy jakakolwiek pamięć o Wołyniu jest uciszana narracją o ruskich trollach, a w ogóle to Ukraińcy nie chcieli, ale musieli, bo Polacy im cerkwie zamykali. Takie tłumaczenie to już klasyka. I weź wytłumacz własnym rodakom, że tak barbarzyńskie tortury stosowane na Polakach być może nie są współmierną karą za zamknięcie iluś tam cerkwi. Nie wspominając już o Rosjanach, którzy za Jelcyna przyznali się do Katynia, za Putina już im się coś nie zgadza (oglądałam kiedyś materiał, w którym pytano właśnie Rosjan o Katyń – wielu z nich jest przekonanych, że ten Katyń to zbrodnia… niemiecka), ale czegokolwiek by tak naprawdę nie zrobili, powinniśmy im być wdzięczni, bo nas wyzwolili. Wyzwolili, prawda? Czas, żebyśmy przyjęli to na klatę. A to, że oni po prostu odpierali Niemców na naszym terytorium; że to wyzwolenie polegało na mordowaniu, gwałceniu, podpalaniu czy rabowaniu i że zaraz potem zniewolili nas znowu na ponad czterdzieści lat, to już trudno. Wyzwolili, to wyzwolili. Takie są fakty, a z nimi się podobno nie dyskutuje.

Kiepscy asystenci

To, że inne państwa, którym ciąży niezbyt chlubna historia, próbują się od niej odgrodzić i rozmemłać tę winę na wszystkich wokoło po równo (dbając przy okazji o to, żeby ich „równa” połowa była jak najmniejsza) niezbyt mnie dziwi. Kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie natomiast to, że nasi politycy tak bardzo ułatwiają im pracę. Wcześniej swoją bezapelacyjną mądrością popisała się Barbara Nowacka, której wymsknęły się brednie o „polskich nazistach”. Ale to tylko dlatego, że się przejęzyczyła! A że czytała z kartki? Pewnie asystent napisał. W tych kręgach nabór na asystentów trwa cały bity rok – mam wrażenie, że oni im tam służą tylko i wyłącznie jako kozły ofiarne. „Powiedziałam/em coś idiotycznego, ale to nie moja wina, tylko tego tu Areczka. To mój asystent” – tak to z reguły wygląda. Albo asystenci, albo przejęzyczenia, albo niezrozumienie zacofanych obywateli, bo przecież pan Grabiec wcale nie miał do napisania tego, co napisał, tylko coś innego. A co, to już nie może powiedzieć, spieszy mu się. Szuka akurat asystenta, żeby mu podpisał papierek o dobrowolnym rozwiązaniu umowy. I to szybciutko, zanim tusz wyschnie, później się nie liczy.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej