Nawiasem Pisząc
Kozioł ofiarny Konfederacji
A dzisiaj pogadamy sobie więcej o naszym środowisku, czyli prawacko-konserwatywnym. Dla zmylenia nazywanym przez lewicę faszystowskim. Bo ile można o tej opozycji mówić? Lista obietnic, z których powoli się wycofują jest długa i nawet nie da się ich spamiętać. Jedno pytanie mi się tylko nasuwa – czy ta przyszła koalicja poinformowała w jakikolwiek sposób swoich wyborców, że zamierzają połączyć siły (a jeśli tak, to na ile wcześniej), czy ustalili to po prostu między sobą za zamkniętymi drzwiami? To jest dosyć istotne, bo widzimy dzisiaj, że są one zwyczajnie sprzeczne. Znaczy – widzieliśmy już dawno, ale może niektórzy potrzebowali potwierdzenia, więc teraz mamy: czarno na białym. Bo, powiem szczerze, umknęła mi informacja o takiej koalicji przed wyborami. Ale jeżeli ogłosili to dopiero po wyborach, bo wcześniej sobie wszystko bez świadków ugadali, to trochę lipa, bo najzwyczajniej w świecie nie są w stanie spełnić większości swoich obietnic. Zwyczajnie się nie dogadają, chyba że wyborców wsadzą sobie głęboko w pewną część ciała i będą radośnie przyklepywać wszystko, co Tusk powie. Dążę do tego, że mówienie o tym, jak większość narodu zadecydowała – w sytuacji, w której nie poinformowali wyborców o koalicji – jest tanim, kłamliwym i populistycznym chwytem. Z tego, co ja pamiętam, jeszcze w czerwcu Tusk usiłował zdusić Hołownię butem. I prawie mu się udało. Niestety: prawie. Ale nieważne, umknęła mi po prostu ich przedwyborcza deklaracja, że ewentualny rząd utworzą wspólnie. Jeżeli ktoś coś o tym wie – poproszę o informację.
Garść suchych faktów
Ale dość już o naszym nowym (Boże, miej nas w opiece!) rządzie, bo chciałam napisać o pewnej mniejszej partii. Partii, która jeszcze wczesnym latem miała prawie 15% poparcia w większości sondaży, a ostatecznie skończyła na 7%, co jest dosyć spektakularnym zjazdem. Partii, która miała zająć trzecie miejsce w wyborach, a dała się wyprzedzić nawet odklejeńcom z lewicy i ostatecznie skończyła na miejscu ostatnim. Konfederacja, bo o niej mowa, wytypowała już Janusza Korwin-Mikkego, jako głównego winowajcę porażki. Czy to naprawdę była porażka? Na pewno członkowie Konfederacji i jej wyborcy liczyli na wyższy wynik, zwłaszcza że sondaże sprzed paru miesięcy mocno zaostrzyły apetyty, ale gdyby przyjrzeć się temu na sucho – to ugrupowanie jednak powiększyło liczbę posłów, są zdolni do założenia klubu poselskiego i będą mieli teoretycznie większy wpływ na decyzje Sejmu – wciąż minimalny, ale mimo wszystko, większy. Lewica natomiast odtrąbiła wielki sukces, mimo że straciła około 40% głosów, ale podlizali się Tuskowi, więc wg nich wszystko gra i buczy. Ale wróćmy do samego JKM, który został kozłem ofiarnym takiego wyniku Konfederacji. Zdaje się, że wczoraj, Sławomir Mentzen poinformował go, że nie będzie wpisany na żadną listę ich partii w kolejnych wyborach, wcześniej też pan Janusz został publicznie „połajany” przez Tumanowicza. Czy słusznie?
Jakby się tu wybronić?
Nie da się ukryć, że opinie wyrażane publicznie przez JKM są bardzo kontrowersyjne. Nie da się ukryć, że media słowa pana Janusza wykorzystywały do granic możliwości, więc kandydaci Konfederacji nie mieli za wiele okazji do opisywania własnego programu, a byli zmuszeni do tłumaczenia teorii Korwin-Mikkego. Mnie do feminizmu bardzo daleko, zresztą każda szanująca się (ekhm, ekhm) feministka uważa mnie za mizoginkę i kobietę zniewoloną przez patriarchat (do tego stopnia, że nie zdaję sobie sprawy z własnego zniewolenia), ale mimo wszystko jego komentarze o Karinie Bosak były jednak poniżej krytyki. Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że to nie Korwin wypowiadał się o kobiecie jako o „dobytku”, było zresztą wielokrotnie tłumaczone, że nawet dla niego teorie tam głoszone okazały się zbyt duże, więc postanowił wyjść stamtąd po angielsku. Uważam jednak, że on sam powinien publicznie odciąć się od takich wypowiedzi, a nie pozwalać kolegom robić to za niego. Brzmiałoby to po prostu bardziej wiarygodnie. Podobnie nie burzyły mnie jakoś specjalnie jego słowa o kobietach, bo – napiszę szczerze – co mi szkodzi, że jakiś starszy facet pierdzieli coś o kobietach, jeżeli program jego partii w jakiś tam sposób może mnie przekonywać? Inna sprawa, że mam wrażenie, że pan Janusz z tymi kobietami zabrnął za daleko (wiem, jak to brzmi, ale nie to miałam na myśli!
), bo cały szum o szowinizmie dało się łatwo wytłumaczyć. Pan Janusz głosił poglądy monarchistyczne – w monarchii nie ma demokracji, urząd króla jest dziedziczony, więc ani kobieta, ani mężczyzna nie ma prawa głosu. Dosyć logiczne i łatwe do wytłumaczenia – mimo medialnych ataków. Jednak później JKM zaszedł dalej w swoich teoriach i np. w programie „Kanału Sportowego” u Stanowskiego był łaskaw zakomunikować, że kobieta powinna móc głosować dopiero po pięćdziesiątce. Swoją porażkę w wyborach komentował w podobny sposób – kobiety nie powinny głosować, bo kobiety głosują z reguły na mężczyzn. Ja się nie będę kusiła o rozróżnienie na płeć, wydaje mi się, że wyborcy dosyć jednoznacznie wyrazili swoje krytyczne podejście do Korwina. I, według mnie, powinno się to uszanować. O komentarzach odnośnie pedofilii chyba nie ma co się rozpisywać – też wiem, o co mu chodziło, wiem również, że opowiadał się za karą śmierci dla takich zboczeńców, ale jednak mówił to w taki sposób, żeby wzbudzić kontrowersje, a nie przekonać do swoich racji. Co sprawiało wiele problemów innym konfederatom, którzy dwoili się i troili, żeby w jakikolwiek sposób opinie pana Janusza w mediach usprawiedliwić.
Nie tylko Korwin…
Dużo ludzi opinie, wygłaszane przez JKM, określa ironicznie jako: „protokół 4%”. I faktycznie, Korwin wygłasza je tym chętniej, im bliżej jest wyborów. Pamiętam zresztą debatę prezydencką w 2015 roku, w której – moim skromnym zdaniem – Janusz rozniósł konkurencje. Paweł Kukiz mógł tylko powtarzać: „Tak jak pan Janusz powiedział…”. Chwilę przed tą debatą, Konrad Berkowicz, wraz z innymi działaczami partii KORWiN, uruchomił streaming live, na którym na bieżąco komentowali wypowiedzi wszystkich kandydatów. I sama się śmiałam, kiedy widziałam ich zaniepokojenie, czy nie będzie nic o Hitlerze, a potem ulgę, że nie było. Ale, patrząc uczciwie – Korwin na pewno Konfederacji nie pomógł, ale czy tylko on zaszkodził? Najwięcej pretensji do niego miał pan Tumanowicz, którego słowa – co prawda sprzed prawie dziesięciu lat – dziennikarze wygrzebali i atakowali nimi kandydatów tej partii. Mowa oczywiście o „rejestrze p***łów” i pamiętam, że z tej opinii musiała się tłumaczyć np. pani Anna Bryłka w Radiu Zet. Warto czasem w tej krytyce i szukaniu winnych spojrzeć również na siebie. Tak, panie Witoldzie, te słowa ciągną się za Wami cały czas, jak smród po gaciach. Mieliśmy również wyolbrzymioną aferę z psim mięsem, którą starały się wykorzystać wszystkie stacje telewizyjne, łącznie z TV Republiką, której dziennikarka i prezes od social-mediów wyszła specjalnie z małym, uroczym pieskiem, żeby pytać ludzi, co sądzą o tym pomyśle. Mieliśmy również spadochroniarkę Siarkowską, ale też paru innych ludzi, których po wyborach pan Dobromir Sośnierz określił jako „pokemony”. Mowa o płaskoziemcach, przeciwnikach 5G i zwolenników wszelkiej maści teorii spiskowych. Dobrze, że tam reptilian nie było… Chociaż może? Szczerze mówiąc, mam wątpliwości, czy chciałabym widzieć posłankę, która na mównicy sejmowej przekonuje mnie, że ziemia jest płaska. Dołączył się również pan Wipler, który głosił w wywiadach poglądy sprzeczne, niż sama Konfederacja. Chociaż nie on jeden, bo Konfederacja zaczęła w pewnym momencie skręcać w stronę centrum, próbując przekonać do siebie kolejnych wyborców – skończyło się tak, że straciła dużą część swojego elektoratu. Dużo było spraw z pozoru błahych, które – po zsumowaniu – mogły dać taki, a nie inny wynik. Dlatego mam wątpliwości, czy TYLKO do Korwina można mieć tutaj pretensje.
Rozmnażanie przez podział?
Już widać, że decyzja Sławomira Mentzena o usunięciu JKM z list na kolejne wybory trochę podzieliła zwolenników Konfederacji. Zdecydowanie większa ich część ją popiera, tłumacząc, że powinno się to zrobić już dawno. Są jednak tacy, którzy zapowiadają, że więcej na Konfę nie zagłosują. Sam Korwin już się odgraża, że jest w stanie założyć nową partię. Dużo mówi się też o tym, że dołączy do niego również Braun. Nie siedzę w głowie pana Grzegorza, więc nie wiem, jakie jest jego zdanie odnośnie Mikkego, ale szczerze wątpię, żeby sama partia chciała się go pozbyć. Wykręcił chyba najlepszy wynik ze wszystkich, wprowadził do Sejmu trzech swoich posłów, zrezygnował też z publicznych wypowiedzi na czas kampanii, żeby trochę „ugrzecznić” przekaz. Decyzja więc należy do niego samego. Wyborcy z niepokojem patrzą na takie zapowiedzi, bo zdają sobie sprawę, że doprowadzi to do kolejnego rozłamu prawicowego środowiska. Mieliśmy w tej kampanii partię „Polska Jest Jedna”, do której odpłynęła część głosów, która prawdopodobnie poszłaby na Konfederację. W efekcie mamy słabszy jej wynik i PJJ, która w ogóle nie dostała się do Sejmu. Było warto? Zgadzam się z opiniami, że JKM należało w jakiś sposób zdyscyplinować, ale też podzielam głosy tych, którzy uważają, że niesprawiedliwie i niesłusznie zrobiono z niego jedynego winowajcę. Nie wiem, czy chciałabym, żeby startował znowu w wyborach parlamentarnych, ale z tego co pamiętam, całkiem nieźle radził sobie w Parlamencie Europejskim. Tam nie miałby za dużo okazji, żeby wypowiadać się na temat kobiet, pedofilii czy Hitlera, ale krytyka Unii Europejskiej dobrze mu wychodziła. Nie wiem tylko, czy forma jeszcze mu na to pozwala. Mam duży szacunek do tego człowieka, bo jest on zwyczajnie ojcem ruchu wolnościowego w Polsce – i obojętnie jakiej gafy by nie palnął, będę o tym zawsze pamiętała – ale może warto oddać pole do działania młodszym? Może warto było wykorzystać okazję i zejść ze sceny niepokonanym? A już na pewno nie powinno się stwarzać okazji do dalszego podziału prawej strony sceny politycznej. Bo już się chyba wszyscy nauczyliśmy, że ma to opłakane skutki.
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Taka tam orka na Wojewódzkim
Wszyscy o tym piszą, to ja też napiszę, a co! Tym bardziej, że już wcześniej chciałam napisać parę słów o Kanale Zero, a dzięki pewnemu wywiadowi będę mogła zmieścić to w jednym tekście. Ale zanim do tego przejdę, chciałabym Was przeprosić, że pojawiam się tutaj tak rzadko. Dużo złych i niefajnych sytuacji podziało się ostatnio w moim życiu i straciłam całą ochotę, żeby babrać się w naszej rodzimej polityce. Miałam nadzieję, że Igrzyska Olimpijskie pomogą mi zresetować umysł, ale nie do końca się udało. Ale spokojnie, powoli podnoszę się z kolan, zaraz wyjdę na prostą i wtedy ruszymy z tematem! Na razie proszę Was jeszcze o trochę wyrozumiałości i jeszcze raz przepraszam.
Naiwne wypominanie dawno wyjaśnionych spraw
Podejrzewam, że po wstępie i zdjęciu już wiecie, o czym będę pisała. Tak, chodzi o słynny już wywiad, którego Krzysztof Stanowski udzielił Jakubowi Wojewódzkiemu i Piotrowi Kędzierskiemu. Temu ostatniemu niewiele poświęcę czasu, bo podczas tej rozmowy niewiele mówił (a odnosiłam wręcz wrażenie, że był zażenowany tym, co wyprawiał jego kolega z pracy), ale Kuba znany jest z tego, że nie ma hamulców. I tym razem faktycznie nie wyhamował i wpierdzielił się z całym impetem w ścianę. Bo, Drodzy Obserwujący, co tam się nie działo! Było o Dorocie Wysockiej-Schnepf i rzekomym ataku Stanowskiego na jej syna (atak miał polegać na tym, że właściciel Kanału Zero wspomniał o tym, jak – wówczas – czternastolatek ma na imię), było o zatrudnieniu Tomasza Kammela (Wojewódzkiemu nie pasowało, że dostał pracę u Stanowskiego, ale od kiedy to jego sprawa i co takiego złego zrobił Kammel, że nie powinno się go zatrudniać?), tradycyjne już czepianie się, że do Kanału Zero zapraszane są te osoby, które nie powinny być zapraszane, przynajmniej w oczach main-streamu (Braun czy Rodacy Kamraci). Bardzo spodobała mi się odpowiedź Stana, że Wojewódzki może zapraszać do swoich wywiadów tylko i wyłącznie Krystynę Jandę i ona będzie opowiadała to, co ludzie „powinni” usłyszeć, ale to nie sprawi z automatu, że pewne zjawiska przestaną istnieć. A ja też osobiście uważam, że dziennikarz powinien zajmować się wszystkimi tematami, nie tylko takimi, które mu się podobają.
Samozaoranie Wojewódzkiego
Ale najpiękniej Wojewódzki wykaszanił się tuż pod koniec rozmowy (tak mi się wydaje, chociaż przyznam szczerze, że wywiad oglądałam partiami, bo praktycznie w całości polegał na słownych przepychankach i wchodzeniu w słowo, czego nie lubię; więc chronologia mogła mi się popierdzielić). Próbował sugerować Stanowskiemu, że na słynnych urodzinach Roberta Mazurka (a były słynne, bo Mazurek zaprosił polityków, zarówno z KO, jak i z PiS; ci politycy nie wzięli się za łby i pewna część społeczeństwa była tym bardzo zaskoczona) rozmawiał z pewnym posłem PiS-u, żeby przyjąć korzyści majątkowe na poczet swoich mediów. No i się okazało, że Stanowskiego w ogóle nie było na tych urodzinach. Fizycznie nie miał możliwości rozmawiania tam z nikim. Nawet zadzwonił do Mazurka, żeby potwierdził. Wojewódzki próbował potem i tak wszystko obrócić w ten sposób, że Stano po prostu nie szanuje swoich kolegów i olewa ich urodziny. Jak rozumiem, miał to być rozpaczliwy żart, żeby odwrócić uwagę od tej wtopy. Ja naprawdę nie rozumiem tego rodzaju weryfikacji, bo wystarczyło po prostu wcześniej zadzwonić do Mazurka i dopytać. „Król TVN-u” nie musiał w tym celu sprawdzać tajnych akt i siedzieć nad nimi godzinami, wystarczył jeden telefon. Ale nawet to było za dużo.
Niezrozumiałe zarzuty
I tym pięknym sposobem przejdziemy do tematu, który chciałam poruszyć wcześniej, ale życie prywatne mnie ostatnio nie rozpieszcza. Otóż dojdziemy do materiałów Marii Wiernikowskiej, która pojechała do Rosji, żeby pokazać, jak ten kraj wygląda „od środka”. I do których Kuba Wojewódzki też miał zarzuty. Tutaj trzeba przyznać, że Wojewódzki się przygotował, bo obejrzał aż sześć odcinków z trzyodcinkowej serii, więc „szapoba”. Ja obejrzałam tylko trzy. I naprawdę zachodzę w głowę, co w tym było prorosyjskiego? Ja, na przykład, po obejrzeniu całości doszłam do wniosku, że nigdy nie chciałabym żyć w tym kraju. Maria Wiernikowska prowadzi swoje materiały lekko, nawet jeśli dotykają poważnych tematów, bo posiada umiejętność rozmawiania z ludźmi. I z nimi rozmawia. A oni opowiadają. I naprawdę, po tym trzęsieniu ziemi, które wybuchło w Kanale Zero po publikacji tego materiału (na znak protestu odeszło stamtąd paru dziennikarzy; jeśli się nie mylę m. in. Jarosław Wolski) tracę wiarę w ludzi.
Czy wolno nam jeszcze myśleć samodzielnie?
Odnoszę bowiem wrażenie, że współczesne dziennikarstwo polega na tym, że trzeba dokładnie wskazać ludziom palcem, co jest dobre, a co złe. Że trzeba im wytłumaczyć, co mają myśleć. Kiedy widziałam Rosjan, którzy się w tym materiale wypowiadali, byłam przerażona, że można być aż tak zindoktrynowanym, tak zamkniętym w swojej bańce. Ale Maria Wiernikowska popełniła jeden, niewybaczalny błąd. Ona nie powiedziała potem widzom: „O, patrzcie, jaki zmanipulowany”. Ona po prostu pokazała te wypowiedzi, ale pozwoliła widzom samodzielnie wyciągnąć wnioski. Zastanawiam się w takim razie, kto jest bardziej prorosyjski, skoro z takiego materiału ktoś wyciągnął wnioski, że został zrobiony „ku chwale wielkiej Rosji”. Ja tego nie widziałam. Ja tym ludziom po prostu współczułam. Naprawdę.
Należy pokazywać nieprawdę?
Czytałam też zarzuty, że pokazała, że w Rosji są centra handlowe, że mają tam jakieś rozrywki i że na straganach naprawdę można coś kupić, a nie że rozstawiają je dla samego rozstawiania, a potem tam bezczynnie siedzą, bo i tak nie mają nic innego do robienia. Czyli, jak rozumiem, miała udawać, że tego nie ma? Miała przekłamać w tym materiale? Celowo chodzić po jakichś podejrzanych zaułkach, żeby udowodnić ludziom, że Rosja to nic innego, jak bieda i nędza? Czy podpalić to centrum handlowe i stragany, żeby potem powiedzieć z satysfakcją „patrzcie, jacy biedni”? A może ten materiał pokazał co innego? Że te sankcje, które Unia Europejska nakłada na Rosję, wcale nie działają. Przecież ja na samym początku wojny na Ukrainie słyszałam, że nałożyliśmy na Rosję już takie sankcje, że rok, góra dwa i Rosji praktycznie nie będzie. Tymczasem wojna trwa już cztery lata i teraz to Rosja jest bardziej dominującą stroną.
Podwójne standardy?
Okazuje się również, że Maria Wiernikowska naraża swojego operatora na niebezpieczeństwo, zmuszając go do tego wyjazdu. Nie wiem, skąd informacje o jakimkolwiek zmuszaniu? Podejrzewałam raczej, że zaproponowali konkretnemu człowiekowi takie zadanie do wykonania, a on się zgodził. Być może o czymś nie wiem. Zadaję sobie w takim razie pytanie: a co z Ukrainą? Czy kiedy dziennikarze i ich operatorzy jadą tam, żeby realizować reportaże z frontu, nie narażają się na niebezpieczeństwo? Dlaczego o tym się nie mówi? Super bezpiecznie tam na pewno też nie jest. Wtedy jest w porządku? Było też o tym, jakim cudem kobieta dostała w ogóle akredytację dziennikarską. Problem polega na tym, że wcale jej nie dostała. Nie mogła wchodzić na pałę, gdziekolwiek chciała. Ona to nagrywała z ulicy, z ogólnodostępnych miejsc albo z pociągu. Z tego co pamiętam, dostała jakąś „kartę influencera”, żeby tam wjechać, ale jakie to jej dawało uprawnienia, nie mam pojęcia. Ona też nie wiedziała.
Trzecia strona medalu
Zresztą, Maria Wiernikowska była też w Strefie Gazy. Dokładnie wtedy, kiedy wybuchło tam całe szambo, kiedy Ż dokonywali ludobójstwa na Palestyńczykach. I co, wtedy nie narażała swojego operatora na niebezpieczeństwo? Nie rozumiem tej logiki. Z tamtych materiałów mogliśmy zresztą dowiedzieć się, czarno na białym, jaki stosunek do Polaków mają obywatele Izraela. Nie, żebyśmy wcześniej o tym nie wiedzieli, ale w tamtych reportażach Wiernikowska zaczepiała przypadkowych ludzi, którzy byli przekonani, że Polacy mordowali Żydów. Na odpowiedź, że to nie Polacy, tylko Niemcy, mogliśmy usłyszeć odpowiedź: „Tak, ale Polacy im pomagali”. Ale po tamtych materiałach było jeszcze spokojniej, bomba wybuchła, kiedy dziennikarka postanowiła pokazać Rosję od środka. I widocznie to było nie do przetrawienia, bo okazało się, że Rosja wcale nie jest taką ruiną, jak nam to media przedstawiały. Nie, żeby było tam sielsko i anielsko, ale kamień na kamieniu jeszcze stoi. Sankcje nie działają, a zapewniano nas, że działają. I może o to jest ten cały raban?
M.
Nawiasem Pisząc
Podwójne standardy
My jesteśmy niepodrabialni jako naród. Zdecydowanie: niepodrabialni. Bo czy wyobrażacie sobie, żeby w jakimkolwiek innym kraju, tuż po tym jak wyszły naprawdę kompromitujące fakty na temat partii rządzącej, tłum najbardziej obruszył się tym, że prezydent w końcu się zdenerwował i wytłumaczył idiocie, że jest idiotą? A u nas, proszę bardzo: jak kraść, to miliony, jak kochać, to nie tylko dzieci, ale też psy… ale podnosić głos na dziennikarza TVN-u? Skandal, nie godzi się! Pewnie teraz mu przykro. Zamknął się w łazience i od dziesięciu godzin nie chce wyjść! Mamusia mu musi jedzenie przez drzwi podawać.
Słuszne oburzenie?
Wiecie, że ta cała afera z frankami kojarzyła mi się do tej pory głównie z dwoma politykami? Z Ryszardem Petru, który zachęcał ludzi, żeby brali kredyty we frankach, bo są super pewne i bezpieczne. A potem śmiał się z tych ludzi, że co za kretyn bierze kredyty w obcej walucie i potem się dziwi, że trzeba płacić po kursie? A ci kretyni, którzy na niego głosowali, potem razem z nim śmiali się z innych kretynów, którzy na niego głosowali, ale ci pierwsi akurat w tamtym okresie nie potrzebowali kredytu. Śmiali się, że przecież trzeba było się słuchać Ryśka. Drugim takim politykiem jest Roman Giertych, który lubi od czasu do czasu (zwłaszcza od 2023 roku) odpalać się, że frankowicze wciąż czekają na pomoc, a PiS nie robi nic, podkreślam: NIC (tu należy wstawić długi ciąg wykrzykników przerywanych jedynkami, żeby to odpowiednio wybrzmiało), żeby tych ludzi w jakikolwiek sposób wesprzeć! Nic, a nic!
Nasz cyrk… nasza foka i nasz koń
Cóż, taka to rola konia, żeby od czasu do czasu rżeć, ale jednak wypadałoby zachować jakieś resztki przyzwoitości. Bo kancelaria Giertycha na tych frankach zarobiła już ponad 8 milionów złotych. I w sumie, co chłopu żałujecie, wredny PiS nie chciał pomóc, więc on przyszedł i zrobił, naturalna sprawa, prawda? Tak by było, gdyby nie fakt, że procesy frankowiczów były bardzo konsekwentnie sabotowane – przez pana Sebastiana, na którego wszyscy wołają „Foka”, a tak się składa, że to bliski kumpel Giertycha. A to składał nieprawdziwe oświadczenia, a to popełniał błędy na poziomie proceduralnym. Normalna kancelaria już by takiego gagatka wzięła na dodatkowe szkolenia, opierdzieliła, w najgorszym razie zasugerowała szukanie nowej pracy, ale Romek widocznie rozumie, że foka to foka i nie ma co od niej oczekiwać cudów. Pan Sebastian na razie jest na poziomie obracania piłki na własnym nosie przy jednoczesnym klaskaniu – uczy się więc i rozwija. A w tym czasie pan Roman może batem okładać ten wstrętny PiS, że tak ludzi zostawił bez pomocy.
Krystaliczny poseł!
W międzyczasie kasa do kieszeni strumieniem spływała, ale podobno dzielny Roman ani razu nie zemdlał w tym czasie. Każde takie opóźnienie było mu, bardzo niewygodnie, na rękę. I za każde takie opóźnienie była przyznawana premia, więc z góry widać, że to jeden, wielki przypadek. Oczywiście, od wyjaśniania i załatwiania jakichkolwiek nieprawidłowości (bo teraz mamy do czynienia z nieprawidłowościami jedynie, drodzy Państwo, gdyby to się zdarzyło w partii PiS byłaby to skandaliczna kradzież) w szeregach Platformy, jest Donald Tusk. Więc przyszedł i wyjaśnił, że w sumie ma to w poważaniu, bo on ocenia Romana Giertycha jako posła, a nie adwokata. A posłem, Drodzy Obserwujący, jest PRZE-UCZ-CI-WYM! W życiu uczciwszego nie znajdziecie.
Prywatne kontakty
Chociaż trochę się dziwię, jakim cudem taki troskliwy mąż, ojciec i dziadek aż tak nie interesuje się prawniczą działalnością swojego kolegi, bo tak się składa, że Giertych reprezentował też jego i jego rodzinę. Między innymi dlatego jego córka trafiła na nagrania z Pegasusa, a sam Tusk rozkręcił z tego powodu kolejną aferę. No, chyba że jego córka zadzwoniła tylko do wujka Romana, żeby się go zapytać, jaką szczotę następnym razem zabrać do czesania jego długiej grzywy, po tym jak tam się gdzieś wybiorą na wspólny galopik. Jeżeli teraz coś sobie niejednoznacznie wyobrażacie, to przestańcie, proszę Was. Naprawdę, przestańcie. Bo zaraz będę Wam musiała napisać, że w tej partii wcale nie jest tak źle, jak się Wam wszystkim wydaje. Jest jeszcze gorzej. I zaraz będę musiała Wam ten sielski obrazek zniszczyć.
Skomplikowane powiązania
Tak naprawdę nie wiem, od czego to niszczenie mam zacząć? Czy od tego, że prawie zawsze w takich sprawach, jakiś parszywiec dobierający się do dzieci okazuje się być związany z KO? A to Józefaciuk zapraszał jakiegoś do Sejmu, a to syn posłanki KO popełnia samobójstwo, bo ktoś opublikował jego dane… i tylko dlatego, bo w przekazie medialnym dość mocno umyka fakt, że chłopak był molestowany przez… działacza KO. Ale to by było zbyt brutalne, więc może napiszmy to jakoś lżej. Otóż, kiedy posłowie KO tak mocno krytykowali prezydenta za weto tej ustawy, co to niby tylko nie pozwalała trzymać psów na łańcuchu, to tylko i wyłącznie dlatego, że oni ze swojego całego i szczerego serca… kochają psy. A rzecz dotyczy jednej z działaczek partii, która wplątała się w związek, jaki na FB określilibyśmy jako: „To skomplikowane”.
„Czy przestał Pan…?”
Na początek, żeby być wierną wobec faktów. A więc facet tej kobiety został skazany na 25 lat więzienia za znęcanie się nad partnerką i jej dzieckiem. I tutaj nie ma co oceniać, źle trafiła na chłopa, chłop okazał się sk****lem – co jakiś czas w Polsce, niestety, słyszy się o podobnych historiach. Tylko nie tym razem, bo niestety ta pani również usłyszała wyrok – 6,5 roku. Za ukrywanie sprawcy, nie udzielenie pomocy dziecku i… zabawianie się ze zwierzętami. Był kiedyś wywiad Bogdana Rymanowskiego ze Sławomirem Mentzenem. Polityk upierał się, że nie da się odpowiedzieć na każde pytanie „tak” lub „nie”, a taki sposób odpowiedzi narzucała mu formuła tego wywiadu. Kiedy Rymanowski wciąż nalegał, że się da, Mentzen zadał mu pytanie: „Czy przestał pan już molestować swojego kota nocą w piwnicy?”. Po tym pytaniu zapadła chwila ciszy, a potem sam Rymanowski się roześmiał. Cóż, obawiam się, że gdyby takie pytanie padło w tej sytuacji, cisza mogłaby być znacznie dłuższa, a śmiech po niej dużo bardziej nerwowy.
Bardzo chcielibyśmy to nagłośnić, ale…
Oczywiście tylko na takie afery czekali dziennikarze mediów głównego ścieku. Już tylko zacierali rączki, czekając, aż znajdzie się coś stawiającego w gorszym świetle KO, stanęli na starcie, szykując się do biegu i… nic się nie stało. Obie te afery nagle się rozpłynęły, a przekazem dnia stał się wybuch gniewu Karola Nawrockiego, który po prostu podszedł do dziennikarza TVN-u, żeby mu wytłumaczyć, co mówił na konferencji, bo biedak nie zrozumiał. Wiecie pewnie, jak to jest z idiotami? Niby człowiek wie, że nie powinien się irytować, bo idiota znowu nie zrozumiał, taki się urodził, nie jego wina, trzeba wspierać, ale jednak ma się ochotę czasem na niego fuknąć, bo ile można powtarzać to samo? No właśnie. I to właśnie ten krótki wybuch złości sprawił, że… nie mamy już o czym innym mówić. Walić Giertycha, który znowu nas wali na miliony, walić panią, która być może waliła psy i walić innych zboczeńców powiązanych z KO. Teraz mamy grubą aferę. Nawrocki się wkurwił.
Cierpliwość prezydenta
Wiecie, to już nawet nie jest zabawne, bo niektórzy opisują to zdarzenie tak, jakby dziennikarz TVN-u kompletnie pobity trafił do szpitala i musiał być utrzymywany przez miesiąc w śpiączce farmakologicznej. Jakby Karol Nawrocki urządził sobie na tej konferencji ustawkę, oklepał pysk temu facetowi, a potem splunął i poszedł dalej. A ja Wam napiszę, że trochę Nawrockiego rozumiem – od kiedy został kandydatem na prezydenta, codziennie musi mierzyć się z obrzydliwymi atakami. Na siebie, na swoją żonę i na swoje dzieci. I w końcu nie wytrzymał, podszedł do dziennikarza, który zadawał mu pytanie, na które odpowiedział zresztą parę chwil wcześniej, właśnie na tej konferencji, wkurzony widocznie, że musi oczywiste rzeczy trzy razy powtarzać. Tutaj nie ma wiele więcej do dodania – poza tym, że jak będziecie wybierać się gdzieś na wakacje, to zostawiajcie swoje zwierzaki pod opieką kogoś, kto nie jest działaczem KO.
Nie twierdzę, że oni wszyscy tak mają, ale wiecie – licho nie śpi.
M.
Nawiasem Pisząc
Budowany od lat przemysł pogardy i nienawiści
Szczerze Wam napiszę, że nie przepadam za Dariuszem Michalczewskim. Ani mnie specjalnie nie ciągnęło do jego walk, kiedy zawodowo uprawiał boks, ani tym bardziej po zakończeniu kariery. Często jak się wypowiadał, zastanawiałam się, czy przypadkiem jednak za dużo w głowę nie oberwał. Głównie dlatego, że lubił wypowiadać się na tematy polityczne, a sympatyzował raczej z tym środowiskiem, do którego mi daleko. A jednak to właśnie Dariusz Michalczewski wykazał się honorem. Napisałabym, że jak ktoś jest sportowcem to honor nie jest dla niego uczuciem obcym, ale w porę przypomniałam sobie, ilu sportowców po zakończeniu kariery zapisało się do KO, więc zrezygnowałam.
Prawy sierpowy Michalczewskiego
A o co chodzi? Otóż popularny „Tiger” wyznał niedawno, że nakłaniano go do… udziału w kampanii, nie bójmy się tego słowa, nienawiści w stronę Karola Nawrockiego. Bokser miał być namawiany do opowiadania bzdur na temat ówczesnego kandydata na prezydenta. Jakich? Pewnie zarzutów o bycie alfonsem. Michalczewski nie dość, że odmówił, to jeszcze stwierdził, że Nawrocki jest „równym gościem”. To musiał być mocny cios dla salonu, z którego jednak wywodzi się pięściarz. A skoro Michalczewski odmówił, to trzeba było ratować się postacią znaną, Jackiem Murańskim. Cóż, nie wyszło im to chyba tak, jak planowali. Zastanawiam się, czy może jeszcze Marcina Najmana nie zwerbowali, bo on ostatnio też zaczął politykować. I to tak, że zęby bolą. Bardzo rozbawił mnie jego wpis: Wielki błąd Panie Prezydencie. Historia o tym nie zapomni. Starałem się to Panu wytłumaczyć. Nie udźwignął Pan tego na temat zawetowania ustawy SAFE, czyli tego kredytu, co wszyscy wokół bardzo chcą, żebyśmy wzięli. Tak bardzo chcą, że mimo prezydenckiego weta już zapowiadają, że nam go wcisną. W ten sposób niedługo cały system prawny nam pierdzielnie, bo prezydent będzie wetował, a rząd i tak zrobi, co chce.
Depresja Szymona Hołowni?
Ofiarą ich nagonki padł również Szymon Hołownia, którego oskarżono, że… choruje na depresję. Redaktor Nizinkiewicz, który dokonał tego wielkiego odkrycia, oczywiście dał do zrozumienia, że depresja to ciężka choroba i należy wspierać takie osoby, podkreślając, że dzień, w którym pisał swojego paszkwila, akurat był Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. Swój chłop, tylko że w całym artykule sugerował, że Hołownia z racji choroby i przyjmowania leków być może nie nadawał się do sprawowania funkcji marszałka Sejmu i nie wszystkie jego decyzje były rozsądne. Pił oczywiście do zaprzysiężenia prezydenta. A skąd pan „dziennikarz” czerpał informacje? Podobno z „otoczenia” ówczesnego marszałka, bo z nim samym się nie kontaktował, po co? A wiecie jak na początku zareagowało środowisko, kiedy Hołownia napisał o wszystkim na swoich mediach społecznościowych? Ano, przyznali rację Nizinkiewiczowi. Pod jego wpisem na X-ie wyrazy wsparcia widziałam tylko… z prawej strony. Aha, i Szymon Hołownia w swoim wpisie zaprzeczył jakoby chorował na depresję.
Gorzej miał Cenckiewicz
Przyznać jednak trzeba, że po tym wpisie Nizinkiewicz i cała Rzeczpospolita przeprosiła i artykuł usunęła. Co syfu zdążyli tym artykułem narobić, narobili, ale Hołownia przeprosiny oczywiście przyjął, bo to dobry chłopak jest. Szkoda tylko, że ta cała sytuacja nie dała mu do myślenia, w jakim środowisku się tak naprawdę obraca. Bo przypomnę, że Sławomir Cenckiewicz nie miał tyle szczęścia. Szczegóły jego stanu zdrowia bezlitośnie opublikowali, sugerując, że w wyniku swojej choroby nie może sprawować funkcji, którą sprawuje, bo nie powinien mieć dostępu do pewnych akt. Tam przepychanka trwała przez kilka ładnych tygodni i nikomu nie spieszyło się Cenckiewicza przepraszać. On jest niewygodny, kiedyś dokopał się do prawdy o Wałęsie, więc cholera wie, do czego może się jeszcze dokopać. Być może dlatego aż tak bardzo atakują Karola Nawrockiego, bo też się go boją. Ostatecznie pracował w IPN-ie, cholera wie, co tam się mogło na nich wszystkich znaleźć.
Dlatego aż tak nienawidzą Nawrockiego?
Bo naprawdę nie widzę innych powodów, dla których mają go aż tak nienawidzić. To już nie wygląda tylko na frustrację po przegranych wyborach. Teraz znowu się zmobilizowali w sprawie prezydenckiego weta dotyczącego programu SAFE, o którym już wcześniej pisałam. Mnie się wydaje, że jeśli bankowi bardziej zależy, żebyś wziął kredyt, niż Tobie, to widocznie jest w tym kredycie coś takiego, co sprawia, że bardziej opłaca się bankowi go udzielić, niż Tobie brać. Zresztą mam wrażenie, że kiedyś już przerabialiśmy całkiem podobną aferę z kredytami we frankach. Dotyczyła zupełnie czego innego, jasne, ale zasady były te same. Oczywiście wyszli gorący zwolennicy Tuska, żeby protestować przeciwko temu wetu, trzymając tabliczki z obraźliwymi hasłami w stronę Nawrockiego i widocznie uznali, że taka forma przekazu skłoni prezydenta do zmiany opinii. Przodowała tam, oczywiście, Babcia Kasia, która nie przepuści żadnej okazji, żeby nie zrobić zadymy na ulicy. I Joanna Szczepkowska. Już raz o niej pisałam, więcej nie chce mi się tracić więcej czasu na tę starą wariatkę. Napiszę więc tylko, że ta pani odpaliła się tak bardzo po zwycięstwie Karola Nawrockiego, że też zaczynam się zastanawiać, czy w jej stronę również nie padła delikatna sugestia, żeby zaczęła z siebie idiotkę publicznie robić.
Żonglowanie emocjami
To jest właśnie przemysł pogardy, który zbudował Donald Tusk. Jest on tak skuteczny, że ci ludzie wciąż są święcie przekonani, że to Jarosław Kaczyński jest jedynym człowiekiem, który podzielił Polaków (nie twierdzę, że tego nie robił, ale przynajmniej taką samą robotę wykonywał tutaj Tusk – a teraz wykonuje większą) i że PiS jest partią prorosyjską. To ostatnie mnie zawsze będzie śmieszyło, bo przypominam sobie czasy po tym, co działo się w Gruzji, a potem po Smoleńsku. Ale jeśli przypomnisz o tym w dyskusji, usłyszysz jedynie, że – no właśnie – „czasy się zmieniają”. Premier doskonale wie, co robi. Pobudza nie tylko emocje, ale też najbardziej prymitywne odruchy u ludzi. Dlatego z całej ustawy łańcuchowej słyszeliśmy tylko o biednych pieskach na łańcuchach, z ustawy wiatrakowej, że Nawrocki nie chce dać Polakom tańszego prądu i tak dalej, i tym podobnie. W przypadku SAFE podjudza jednak najbardziej prymitywne ludzkie emocje, jaką jest między innymi strach.
