Connect with us

Nawiasem Pisząc

Dla dobra dzieci

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Barbara Nowacka bierze się za reformę oświaty i edukacji. I tak się za to zabiera, że niedługo tej oświaty i edukacji w ogóle nie będzie. Jakoś dwa lata temu temu Sylwia Spurek wyznała na swoich mediach społecznościowych, że marzy o ministrze rolnictwa, która zlikwiduje rolnictwo. Teraz mamy ministrę edukacji, która likwiduje edukację. I najważniejszą dla niej sprawą jest, żeby tytułować ją „ministrą”, a nie „panią minister”. Ja nawet nie będę się starała – wcześniejszych ministrowych feminatywów użyłam tylko po to, żeby jak najlepiej przytoczyć cytat. FB jednak cały czas mi podkreśla na czerwono ową „ministrę”, więc pretensje proszę zgłaszać do Cukierberga.

Idzie nowe… Czy lepsze?

Cała sytuacja mnie trochę śmieszy, a trochę martwi. Śmieszy, bo przecież przez ostatnie osiem lat, to lewica głównie gardłowała, że za dużo jest religii w szkołach, powinno jej wcale nie być, a zamiast tego więcej… fizyki, chemii, biologii, geografii, historii i polskiego. Pani Nowacka jednak podzieliła się w mediach swoim nowym pomysłem i zapowiedziała, że ucinamy… fizykę, chemię, biologię, geografię, historię i język polski. Ogólnie wszystkie najważniejsze przedmioty. Co jeszcze ciekawego? Po feriach zimowych ma nie być już prac domowych. Znaczy do końca nie wiadomo, czy mają je znieść w ogóle, czy tylko mocno ograniczyć, ale takie pomysły chodzą im po głowach. Aha, i mają zostać zniesione oceny z takich przedmiotów, jak plastyka, muzyka czy w-f. Tutaj wkrada się jednak pewna niekonsekwencja, bo z drugiej strony pojawiają się głosy, że z tych przedmiotów powinno być więcej godzin lekcyjnych. Oczywiście, „Historia i Teraźniejszość” też ma od przyszłego roku szkolnego iść do lamusa. Nie wiem, jak to w końcu będzie z tym tęczowym paskiem na świadectwach, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby faktycznie zaczęli kombinować, jak ten chory pomysł wcielić w życie. Martwi, bo chodzi jednak o najmłodszych ludzi, których najłatwiej jest ogłupić…

Rewolucyjne pomysły

Pozwolę sobie odnieść się do pomysłów pani minister (sorry, Baśka, musiałam!). Przede wszystkim, o ile zmniejszyć? Dlaczego zmniejszyć? Po co? Ja na przykład nie jestem wielką zwolenniczką religii w szkołach – uważam, że dzieci i młodzież wywodzące się z wierzących rodzin mogą spokojnie takie nauki pobierać w kościołach albo szkołach parafialnych – na przykład w ramach Mszy Świętej, które dla najmłodszych dzieci są zwyczajnie nudne i bardzo często głośnym płaczem albo marudzeniem manifestują, że wcale nie chcą tam być. Ośmielę się jednak wtrącić swoje parę zdań, co do planowanych zmian. Media podają dwa różne rozwiązania, więc nie do końca wiem, czy chodzi o zmniejszenie zakresu materiału, obcięcie godzin lekcyjnych, czy jedno i drugie. Mogę jednak tutaj opisać, jak u mnie wyglądały lekcje historii. W podstawówce zaczynaliśmy oczywiście od starożytnej Grecji i Rzymu. W gimnazjum – to samo powtarzanie materiału. W liceum? Od początku. Pod koniec szkoły średniej już tak pędziliśmy z materiałem, żeby zdążyć, że II wojnę światową i okres PRL-u przelecieliśmy po łebkach. Wiedzę z tych dwóch okresów w lwiej części zdobywałam sama, bo zwyczajnie się tym interesuję. Ale już fizyka i chemia nie należały do moich ulubionych przedmiotów, więc jeśli w tych przedmiotach mam jakieś zaległości, to już ich nie nadrobiłam.

Niepotrzebne zmiany

Z tego samego powodu niespecjalnie podoba mi się pomysł likwidowania „Historii i Teraźniejszości”. Zgadzam się, że podręcznik Wojciecha Roszkowskiego był mocno tendencyjny i w wielu kwestiach wręcz indoktrynujący. Niemniej jednak wiedzę o naszej historii XX w. osobiście uważam za niezwykle ważną, a prawdą jest fakt, że na zwykłych lekcjach historii zwyczajnie nie zdążyliśmy tego przerobić – mimo że mieliśmy naprawdę świetnego nauczyciela, pełnego entuzjazmu i pasji. Ten człowiek po prostu uwielbiał uczyć. Ale co z tego, skoro czasu nie starczało? Uważam, że przedmiot, jako taki, powinien zostać zachowany, a jeżeli komuś nie pasuje podręcznik, to przecież można wprowadzić nowy. Pozbawiony wszelkiej ideologii, poglądów czy właśnie indoktrynacji. Podobno zrobiliście już to z mediami publicznymi, prawda? Inna sprawa, że zamieniliście jedną propagandę na inną, więc mam duże obawy, że z podręcznikiem by było to samo. To przecież już w nowej, odświeżonej i odpolitycznionej TVP pewien bezstronny dziennikarz wprost powiedział, że ma nadzieję, że aborcja będzie w Polsce legalna, a w telewizyjnej śniadaniówce dwóch gejów, znanych tylko i wyłącznie z tego, że są gejami, radośnie obwieściło, że „6 stycznia skończyła się w TVP homofobia”. To tyle, jeśli chodzi o to odpolitycznienie i niezależność…

Znęcamy się nad uczniami?

Idźmy dalej – zadania domowe. Za moich szkolnych czasów wiedzę na lekcjach się zdobywało, a przy odrabianiu zadań domowych – utrwalało. Temu służą prace domowe. Zgadzam się, że nauczyciel nie powinien zwalać na uczniów nie wiadomo ile zadań do odrobienia, ale chodziło jednak o to, żeby taki dzieciak/nastolatek przysiadł na tyłku i spróbował przyswoić wiedzę. Dostrzegam również problemy, wynikające z tego, że uczeń nie zrozumiał materiału, a rodziców niekoniecznie stać na korepetycje. Ale czy rozwiązaniem tej bolączki ma być brak zadań domowych? Serio? Przecież, jeśli taki uczeń ma dane lekcje dwa razy w tygodniu, to zdąży zapomnieć, czego go nauczyciel próbował nauczyć. A po weekendzie? Nie ma opcji. Od tego są właśnie zadania domowe. Jestem niemal pewna, że nauczyciele znajdą też na to sposób. Na przykład na każdej lekcji będą robili kartkówki, które – jeszcze – będą oceniane. Nie wiem więc, czy to jest najlepszy sposób na zrobienie ze szkoły „lepszego i przyjaznego miejsca”. Inna sprawa, że wcale mnie takie pomysły nie dziwią, od kiedy – parę lat temu – przeczytałam artykuł, że uczniowie są zasypywani lekturami, bo muszą ich przeczytać aż… siedem. Tak, był taki artykuł w Wybiórczej. Dokładnie było opisane, jak zamęczamy dzieci tymi siedmioma książkami w roku. Być może mnie jest łatwo mówić, bo lubiłam czytać, więc te obowiązkowe lektury nie robiły mi większego problemu. Ale na przykład zmierzenie się z opowieścią Ernesta Hemingwaya: „Stary człowiek i morze” było dla mnie bardzo trudne. Przeczytałam, ale niewiele z tej książki wyciągnęłam. Prawdopodobnie nie byłam wtedy jeszcze na tyle dojrzała. Ale ciągle czytam dużo i niedługo będę chciała znowu wrócić do Hemingwaya, bo z biegiem lat troszkę jednak wydoroślałam. 😉

Panie i Panowie, wjeżdżamy taranem

Mowa była jeszcze o „uwspółcześnieniu lektur”, ale nie znajduję tutaj żadnych konkretów. Jakie uwspółcześnienie? Duża część tych lektur naprawdę jest ponadczasowa. Począwszy od Mickiewicza, przez Sienkiewicza, aż do „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa (uwielbiam!). Jak oni je chcą uwspółcześniać? Na co wymienią powieści wspomnianych przeze mnie autorów? Chciałabym znać konkrety, bo już trochę poznałam się na lewicy, więc mnie takie pomysły mocno niepokoją. Pamiętam, że wprowadzali pierwszą część sagi o Harrym Potterze jako lekturę, ale do dziś nie jestem przekonana, czy to dobry pomysł. Przede wszystkim, nie wiem w miejsce jakieś książki została wciągnięta. Czy w ramach tego „uwspółcześnienia” dzieciaki będą musiały przeczytać całą sagę o młodym czarodzieju? Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do książek o Potterze, sama się zaczytywałam za dzieciaka, ale czy naprawdę jest to książka nadająca się na lekturę szkolną? Znam argumenty o „sile przyjaźni”, jaka jest przedstawiana w tych powieściach, ale czy np. „Dzieci z Bullerbyn” też nie niosą podobnego przesłania? Osobiście uważam, że saga HP jest warta przeczytania, zwłaszcza przez dzieciaki, ale czy nadaje się na lekturę? Tu mam swoje własne, subiektywne (podkreślam) wątpliwości.

Zabierzmy nauczycielom narzędzia

Przejdźmy teraz do pomysłu braku ocen z plastyki, muzyki i w-fu. Ja się zgadzam, że to niekoniecznie są najważniejsze przedmioty na świecie i nie uważam, żeby było zasadne robić uczniowi problemy z przejściem do następnej klasy w przypadku tych akurat przedmiotów. Myślę jednak, że tutaj ważne jest podejście nauczyciela, który powinien oceniać nie talent, ale starania ucznia. Czy takie dziecko faktycznie poświęciło czas na namalowanie obrazka, czy oddaje prace w terminie, i tak dalej. Jak – w sytuacji braku ocen – nauczyciel plastyki ma rozróżnić ucznia, który przygotował mu obrazek w terminie i widać, że sam do tego przysiadł, od takiego, który oddał mu pracę dwa tygodnie po terminie, a narysował ją sobie na kolanie na przerwie przed lekcją. No, ludzie… Powiem Wam coś o sobie, żeby zobrazować przykład. Ja mam dystrofię mięśniową – wtedy o tym nie wiedziałam, ale prawdopodobnie skutkowało to niższymi wynikami w skokach czy rzutach. Jednak moja nauczycielka od w-fu w szkole podstawowej pochwaliła mnie przed całą klasą, bo widziała, że się starałam. I to było dla niej najważniejsze. Doceniała wysiłek i trud. A ja, dzięki jej wsparciu, osiągałam coraz lepsze wyniki nawet – w znienawidzonym przez siebie – skoku wzwyż. I na koniec podstawówki miałam szóstkę w z w-fu, mimo że byłam wtedy naprawdę chucherkiem. Dlatego uważam, że nauczyciele z plastyki, muzyki, w-fu powinni mieć możliwość oceny swoich uczniów, ale powinni brać pod uwagę przede wszystkim zaangażowanie, motywację i starania, a nie tylko sam talent. Ja przynajmniej takich nauczycieli – od tych konkretnych przedmiotów – miałam. Wszyscy inni uważali, że ich przedmiot jest najważniejszy. Ale akurat plastyka, muzyka czy w-f była okazją do podreperowania sobie średniej, bo akurat nauczyciele, których ja spotkałam w większości doceniali po prostu wysiłek i starania.

Uczmy podstawy

Na zakończenie chciałabym przypomnieć pani minister, że w liceum można już sobie wybrać profil. Czy to humanistyczny, czy językowy, czy matematyczny, czy nawet fizyczno-chemiczny. I wtedy, jak taki młody człowiek zda do odpowiedniego liceum i na odpowiedni profil, to niektórych przedmiotów ma więcej, a niektórych mniej. Dlatego mnie się wydaje, że w szkole podstawowej powinno się uczyć podstawowych rzeczy. Co prawda, dla wielu jest to kwestia nie do przeskoczenia, bo nie wiedzą, na przykład, ile jest płci. Ale może właśnie dlatego na tej podstawowej nauce powinniśmy się skupić? Chociaż mam wrażenie, że pani Barbarze o coś innego chodzi. I może mieć to związek z penalizacją mowy nienawiści i zrobieniu ze szkół narzędzi propagandowych.

A może po prostu liczy na coraz głupszych obywateli, bo wiadomo – im głupsi, tym chętniej na nią zagłosują.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Szopka w Sejmie

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

W tej naszej kochanej Polsce chyba nigdy nie będzie normalnie. Przecież to, co się dzisiaj odchajzerowało w polskim Sejmie, to Święci Pańscy nie widzieli. Ludzie, którzy zostali wybrani do rządzenia krajem, najzwyczajniej w świecie robią sobie z nas jaja. I to takie najbardziej chamskie i prymitywne jaja. I tak zastanawiam się, kiedy pękła ta niewidzialna granica, po której politycy przestali nawet udawać, że traktują nas poważnie? Czy tym symbolicznym momentem była słynna debata Trzaskowskiego z Dudą, w której każdy z nich debatował w innej telewizji, czy jeszcze wcześniej? Kiedy zaczęliśmy pozwalać sobie, żeby nam się śmiali w twarz? Od którego momentu im przestało zależeć, żeby chociaż stwarzać pozory? Bo umówmy się, jeśli politycy wprost śmieją się ze swoich niezrealizowanych obietnic, bo ciemny lud to kupił i „cóż szkodzi obiecać”, to znaczy, że oni się nami w ogóle nie przejmują. Nie to, że się nie boją – oni mają centralnie na nas wszystkich wygwizdane.

Ślubowanie przed Prezydentem… bez Prezydenta

Nie to, żebym była tym specjalnie zaskoczona, bo szanowni nam panujący zdążyli nas już do tego przyzwyczaić, ale że my się tak kopać w tyłek pozwalamy jest dla mnie rzeczą niepojętą. Dzisiaj marszałek Czerworzasty postanowił publicznie pochwalić się nieprzestrzeganiem przepisów prawnych i sam sobie zorganizował ślubowanie sędziów TK. Co prawda Prezydenta RP nie było, ale za to był notariusz, który nie wiadomo na jakiej podstawie dostał prawo notyfikowania ślubowania tych sędziów. A żeby kompromitowania polskiego Sejmu stało się zadość, zarówno marszałek Sejmu, jak i nominowani sędziowie używali zwrotu „wobec prezydenta RP”. I ja nie wiem, gdzie oni widzieli prezydenta. To była naprawdę tragikomedia – chwilę się pośmialiśmy, ale jakie będą konsekwencje z tego wszystkiego, to się dopiero przekonamy. W każdym razie wypadałoby zacząć od początku, bo ta cała sytuacja jest smutną kwintesencją tego, co dzieje się w Polsce – zero rozmów, zero debaty, zero jakiejkolwiek próby dojścia do porozumienia, tylko złośliwie podstawiamy sobie nogę, wybijamy zęby, a potem brniemy w to dalej, udając, że prawo nie istnieje, a jeśli nawet istnieje, to nie dla nas, a jeśli nawet dla nas, to tylko takie, jakim my je rozumiemy. Otóż prezydent miał przyjąć nominacje sześciu sędziów, a przyjął tylko dwóch. Co do pozostałych czterech zostały zgłoszone wątpliwości, czy Sejm miał prawo wybrać tych sędziów w danym terminie – czy nie zostali wybrani za wcześnie albo na czyjeś miejsce.

Kopanie się po kostkach

I już tutaj zaczęły się spory, bo tutaj konkretnie Prezydent rzeczywiście ma niewiele do gadania – ma przyjąć i koniec. On nie jest od interpretowania i oceniania słuszności tych wyborów. Szkopuł polega na tym, ze wbrew temu, co głosi Roman Giertych (który zapowiedział dzisiaj, że skieruje sprawę przeciwko Nawrockiemu do sądu) i jemu podobni politycy, że Karol Nawrocki nie odrzucił tej czwórki nominowanych sędziów. Po prostu jeszcze tych czwórki sędziów do złożenia ślubowania nie zaprosił. I samo to można już różnie oceniać, być może mieliśmy nawet do czynienia z nadużywaniem uprawnień, bo trochę słabo to jednak wygląda, jeśli poszczególni sędziowie składają ślubowanie osobno. Ale za to dzisiaj wyglądało i słabo, i śmieszno, więc warto było. W każdym razie według ustawy do TK: „Sędzia Trybunału Konstytucyjnego składa ślubowanie wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Zgodnie z tym zapisem ślubowanie więc nie było ważne – komiczne, owszem, kiedy nominowani sędziowie zwracali się do nieobecnego Prezydenta, ale w sensie prawnym ta cała hucpa w Sejmie nie powinna mieć żadnych skutków prawnych. Dodatkowo ustawa nie wyznacza Prezydentowi terminu na odebranie ślubowania. I już widzę, że Kancelaria Prezydenta będzie teraz grała tą kartą – bo oni przecież chcieli, ale Sejm ich ubiegł, więc dalej można się nawalać. Tutaj pojawiają się też głosy, że przepis o obecności Prezydenta jest zawarty w ustawie dotyczącej Trybunału Konstytucyjnego, nie zaś w samej Konstytucji. I tutaj znowu mnogość interpretacji – jedni mówią, że skoro nie ma w Konstytucji to Prezydent nie musi być obecny, koniec tematu, można się rozejść; drudzy, że Konstytucja, owszem, jest nad ustawą, ale tylko w sytuacji, gdy ich przepisy się wykluczają – tutaj nie ma mowy o tym mowy, ustawę należy więc traktować jako uzupełnienie do zapisów z Konstytucji.

Sędziowie bez pracy

Jak widać z naszym prawem można już robić dosłownie wszystko. Kiedy zmieni się władza zacznie się pewnie poddawać w wątpliwość wyroki tych dzisiaj nie-zaślubionych sędziów. Mam nadzieję, że nie będą robić takich cyrków, jak teraz KO z tzw. neo-sędziami. Oczywiście pod warunkiem, że ci sędziowie w ogóle będą w jakiejkolwiek sprawie orzekać, ponieważ prezes TK już zapowiedział, że takiego wała. Nie mogę ich uznać za sędziów TK, bo Prezydent nie poinformował mnie, że złożyli wobec niego ślubowanie. Nie dostaną spraw ani gabinetów. Jako obywatele mogą odwiedzać TK i spotykać się w bibliotece oraz biurze podawczym – zapowiedział Bogdan Święczkowski. Czyli dalej się bierzemy za pyski, żadna ze stron gardy nie opuszcza. Ja się tylko zastanawiam, czy ci sędziowie będą otrzymywać wynagrodzenie, skoro nie dostaną żadnych spraw, więc de facto będą tam przychodzić, żeby posiedzieć w bibliotece albo nie przychodzić wcale? Czy cała ich praca skończyła się na tym, że poszli ślubować Prezydentowi, którego nie było? Już był kiedyś taki sędzia, Tuleya się nazywał. On był oczywiście męczennikiem wykorzystywanym przez totalitarne władze PiS, bo został zawieszony i nie mógł pracować. Ale to że nie pracował, wcale nie znaczy, że nie zarabiał. Obniżyli mu, co prawda, wynagrodzenie, ale prawda jest taka, że on w okresie kiedy był najbardziej terroryzowany i inwigilowany przez PiS otrzymywał wypłatę za nic nie robienie. Nie wiem, jak nazwać rzeczywistość, w jakiej się obecnie znajdujemy, bo to nawet nie jest Matrix. Takiego burdelu na kółkach, to ja nie widziałam, odkąd żyję. Będziemy się z tego jeszcze długo wygrzebywać – zakładając, oczywiście, że kiedyś w ogóle zaczniemy się wygrzebywać.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Odpowiedzialność za słowa

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Jakiś czas temu wpadł mi w ucho pewien francuski zespół. Muzyka niby nie z mojej bajki, bo wolę raczej ostrzejsze brzmienia, ale dobrze się słucha do pracy, albo żeby sobie leciało w tle. No i często, jak coś tam robię na komputerze, to właśnie dziewczyny tam sobie w tle śpiewają. I w pewnym momencie wskoczył mi francuski, kobiecy rap, a że ten gatunek muzyki to zupełnie nie moje klimaty, chciałam szybko przełączyć, gdy nagle usłyszałam nazwisko Romana Polańskiego, więc z ciekawości sprawdziłam, o co chodzi.

Przemoc wobec słabszych

Nie była to jednak pochwała talentu reżyserskiego tego twórcy, a piosenka traktująca o przemocy wobec kobiet. I ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, żeby takie utwory powstawały. Jak wiemy przemoc wobec kobiet się zdarza, w Polsce na szczęście rzadko, ale też nie jest to niestety zupełnie niespotykane zjawisko, więc jeśli kobieta ma ochotę wykrzyczeć swoją złość w utworze muzycznym, nie mam z tym żadnego problemu, nawet jeśli to francuska raperka. 😉 Ogólnie jestem osobą, którą brzydzi przemoc wobec słabszych. Nie znoszę, kiedy facet bije kobietę (tutaj piszę przykładowo, bo statystycznie mężczyźni są silniejsi, ale gdyby Anita Włodarczyk miała ochotę pobić Adama Małysza na przykład, to też by mi nie pasowało), dorosły znęca się nad dzieckiem albo ktoś kopie psa. Uważam, że jak jesteś taki kozak, to znajdź sobie kogoś równego sobie. Być może dlatego ta cała afera z ustawkami prezydenta Nawrockiego mnie jakoś szczególnie nie oburzyła, bo jeśli obie strony chcą, robią to na określonych zasadach i z dala od ludzi postronnych, to nie jest to mój problem. Nie twierdzę, że to dobre, chwalebne, ani że powinno być legalne (ogólnie wychodzę z założenia, że oklepywanie się po mordzie, dlatego, że kibicuje się innym drużynom jest… debilne), ale wolę to, niż żeby samej dostać w pysk, bo mam na sobie szalik nie tej drużyny.

Emocjonalne oskarżenie

Ale nieważne. Chilla, bo taki pseudonim ma ta raperka, wymieniła tam kilka nazwisk. Z Romanem Polańskim wszyscy wiemy, o co chodzi i nie ma sensu wyjaśniać. Poszperałam więc w poszukiwaniu innych nazwisk. Był Harvey Weinstein i on akurat został prawomocnie skazany za gwałty i napaści seksualne. I to całkiem ładną sumę latek dostał na siedzenie w pasiaku. Był Dominique Strauss-Kahn – to francuski polityk z partii komunistycznej. On poszedł na ugodę, wypłacił miliony euro odszkodowania, ale ostatecznie siedzieć nie poszedł. Francuzi są przekonani o jego winie i panuje tam powszechne przekonanie, że więzienia udało mu się uniknąć przez różne układy i układziki. Znamy to z naszej polskiej polityki, więc wcale bym się nie zdziwiła, ale skazany oficjalnie nie został. Ale na samym końcu wymieniony został… Kevin Spacey. Utwór jest zdaje się z 2018 roku, kiedy wszyscy byli przekonani o winie aktora (szczerze mówiąc ja też, ale ja o nic go publicznie nie oskarżałam akurat), który… został uniewinniony w 2022 roku zdaje się. I tu już pojawia mi się pewien zgrzyt, bo artystka wrzuciła Spacey’a między różnych zwyrodnialców bez wyroku sądowego. I treści piosenki do tej pory nie zmieniła, a tam wystarczyło tylko wyciąć ostatni wers, bo wymieniała go dosłownie na samym końcu, ale za to kilkukrotnie.

Uczciwość i wiarygodność

I tutaj chyba należałoby przejść do odpowiedzialności twórcy za własny utwór. Oskarżyć kogoś publicznie jest bardzo łatwo, bo skoro w mediach pisali, to coś musi być na rzeczy, prawda? I rozumiem emocje, nie przemyślała, napisała, poszło. Ale potem wypadałoby jednak przeprosić i zmienić treść. Przeglądałam sobie jej FB, żeby sprawdzić, czy na pewno takie sprostowanie nie padło i nie znalazłam. Inna sprawa, że przejrzałam tylko FB, a ona podobno bardziej aktywna jest na Instagramie, ale nie chce mi się specjalnie konta zakładać, żeby to sprawdzić, przepraszam. Możliwe więc, że gdzieś indziej takie sprostowanie padło, ale tak czy inaczej – tekst utworu wciąż jest niezmieniony. A fałszywe oskarżenia, zwłaszcza na tak obrzydliwe przestępstwa, mogą zniszczyć facetowi życie. Kevinowi Spacey’owi zniszczyły. Widzieliście go w jakimś filmie po 2022 roku? Ja nie. To jest nazwisko, które do tej pory źle się kojarzy i reżyserzy wolą nie ryzykować i nie zatrudniać go. Wątpię, żeby udało mu się odbudować swoją karierę, nie wiem nawet, czy po tym wszystkim ma jeszcze na to ochotę, skoro całe środowisko filmowe odcięło się od niego przed wyrokiem. Doczytywałam, że jakiekolwiek zmiany w utworze to ogromne pierdzielenie się z platformami, na których ten utwór został już udostępniony (np. Spotify), ale mimo wszystko.

Chilla nic by na tym nie straciła. Jedynie zyskałaby na wiarygodności. I pokazała, że dostrzega nie tylko krzywdę kobiet, ale też mężczyzn. Bo to też nie jest tak, że ona facetów nienawidzi – współpracuje z wieloma muzykami płci męskiej i nigdzie nie znalazłam informacji, żeby kogokolwiek niesłusznie oskarżyła. Dlatego uważam, że w tej konkretnej sytuacji mogłaby próbować jakkolwiek naprawić swój własny błąd.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Taka tam orka na Wojewódzkim

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Wszyscy o tym piszą, to ja też napiszę, a co! Tym bardziej, że już wcześniej chciałam napisać parę słów o Kanale Zero, a dzięki pewnemu wywiadowi będę mogła zmieścić to w jednym tekście. Ale zanim do tego przejdę, chciałabym Was przeprosić, że pojawiam się tutaj tak rzadko. Dużo złych i niefajnych sytuacji podziało się ostatnio w moim życiu i straciłam całą ochotę, żeby babrać się w naszej rodzimej polityce. Miałam nadzieję, że Igrzyska Olimpijskie pomogą mi zresetować umysł, ale nie do końca się udało. Ale spokojnie, powoli podnoszę się z kolan, zaraz wyjdę na prostą i wtedy ruszymy z tematem! Na razie proszę Was jeszcze o trochę wyrozumiałości i jeszcze raz przepraszam.

Naiwne wypominanie dawno wyjaśnionych spraw

Podejrzewam, że po wstępie i zdjęciu już wiecie, o czym będę pisała. Tak, chodzi o słynny już wywiad, którego Krzysztof Stanowski udzielił Jakubowi Wojewódzkiemu i Piotrowi Kędzierskiemu. Temu ostatniemu niewiele poświęcę czasu, bo podczas tej rozmowy niewiele mówił (a odnosiłam wręcz wrażenie, że był zażenowany tym, co wyprawiał jego kolega z pracy), ale Kuba znany jest z tego, że nie ma hamulców. I tym razem faktycznie nie wyhamował i wpierdzielił się z całym impetem w ścianę. Bo, Drodzy Obserwujący, co tam się nie działo! Było o Dorocie Wysockiej-Schnepf i rzekomym ataku Stanowskiego na jej syna (atak miał polegać na tym, że właściciel Kanału Zero wspomniał o tym, jak – wówczas – czternastolatek ma na imię), było o zatrudnieniu Tomasza Kammela (Wojewódzkiemu nie pasowało, że dostał pracę u Stanowskiego, ale od kiedy to jego sprawa i co takiego złego zrobił Kammel, że nie powinno się go zatrudniać?), tradycyjne już czepianie się, że do Kanału Zero zapraszane są te osoby, które nie powinny być zapraszane, przynajmniej w oczach main-streamu (Braun czy Rodacy Kamraci). Bardzo spodobała mi się odpowiedź Stana, że Wojewódzki może zapraszać do swoich wywiadów tylko i wyłącznie Krystynę Jandę i ona będzie opowiadała to, co ludzie „powinni” usłyszeć, ale to nie sprawi z automatu, że pewne zjawiska przestaną istnieć. A ja też osobiście uważam, że dziennikarz powinien zajmować się wszystkimi tematami, nie tylko takimi, które mu się podobają.

Samozaoranie Wojewódzkiego

Ale najpiękniej Wojewódzki wykaszanił się tuż pod koniec rozmowy (tak mi się wydaje, chociaż przyznam szczerze, że wywiad oglądałam partiami, bo praktycznie w całości polegał na słownych przepychankach i wchodzeniu w słowo, czego nie lubię; więc chronologia mogła mi się popierdzielić). Próbował sugerować Stanowskiemu, że na słynnych urodzinach Roberta Mazurka (a były słynne, bo Mazurek zaprosił polityków, zarówno z KO, jak i z PiS; ci politycy nie wzięli się za łby i pewna część społeczeństwa była tym bardzo zaskoczona) rozmawiał z pewnym posłem PiS-u, żeby przyjąć korzyści majątkowe na poczet swoich mediów. No i się okazało, że Stanowskiego w ogóle nie było na tych urodzinach. Fizycznie nie miał możliwości rozmawiania tam z nikim. Nawet zadzwonił do Mazurka, żeby potwierdził. Wojewódzki próbował potem i tak wszystko obrócić w ten sposób, że Stano po prostu nie szanuje swoich kolegów i olewa ich urodziny. Jak rozumiem, miał to być rozpaczliwy żart, żeby odwrócić uwagę od tej wtopy. Ja naprawdę nie rozumiem tego rodzaju weryfikacji, bo wystarczyło po prostu wcześniej zadzwonić do Mazurka i dopytać. „Król TVN-u” nie musiał w tym celu sprawdzać tajnych akt i siedzieć nad nimi godzinami, wystarczył jeden telefon. Ale nawet to było za dużo.

Niezrozumiałe zarzuty

I tym pięknym sposobem przejdziemy do tematu, który chciałam poruszyć wcześniej, ale życie prywatne mnie ostatnio nie rozpieszcza. Otóż dojdziemy do materiałów Marii Wiernikowskiej, która pojechała do Rosji, żeby pokazać, jak ten kraj wygląda „od środka”. I do których Kuba Wojewódzki też miał zarzuty. Tutaj trzeba przyznać, że Wojewódzki się przygotował, bo obejrzał aż sześć odcinków z trzyodcinkowej serii, więc „szapoba”. Ja obejrzałam tylko trzy. I naprawdę zachodzę w głowę, co w tym było prorosyjskiego? Ja, na przykład, po obejrzeniu całości doszłam do wniosku, że nigdy nie chciałabym żyć w tym kraju. Maria Wiernikowska prowadzi swoje materiały lekko, nawet jeśli dotykają poważnych tematów, bo posiada umiejętność rozmawiania z ludźmi. I z nimi rozmawia. A oni opowiadają. I naprawdę, po tym trzęsieniu ziemi, które wybuchło w Kanale Zero po publikacji tego materiału (na znak protestu odeszło stamtąd paru dziennikarzy; jeśli się nie mylę m. in. Jarosław Wolski) tracę wiarę w ludzi.

Czy wolno nam jeszcze myśleć samodzielnie?

Odnoszę bowiem wrażenie, że współczesne dziennikarstwo polega na tym, że trzeba dokładnie wskazać ludziom palcem, co jest dobre, a co złe. Że trzeba im wytłumaczyć, co mają myśleć. Kiedy widziałam Rosjan, którzy się w tym materiale wypowiadali, byłam przerażona, że można być aż tak zindoktrynowanym, tak zamkniętym w swojej bańce. Ale Maria Wiernikowska popełniła jeden, niewybaczalny błąd. Ona nie powiedziała potem widzom: „O, patrzcie, jaki zmanipulowany”. Ona po prostu pokazała te wypowiedzi, ale pozwoliła widzom samodzielnie wyciągnąć wnioski. Zastanawiam się w takim razie, kto jest bardziej prorosyjski, skoro z takiego materiału ktoś wyciągnął wnioski, że został zrobiony „ku chwale wielkiej Rosji”. Ja tego nie widziałam. Ja tym ludziom po prostu współczułam. Naprawdę.

Należy pokazywać nieprawdę?

Czytałam też zarzuty, że pokazała, że w Rosji są centra handlowe, że mają tam jakieś rozrywki i że na straganach naprawdę można coś kupić, a nie że rozstawiają je dla samego rozstawiania, a potem tam bezczynnie siedzą, bo i tak nie mają nic innego do robienia. Czyli, jak rozumiem, miała udawać, że tego nie ma? Miała przekłamać w tym materiale? Celowo chodzić po jakichś podejrzanych zaułkach, żeby udowodnić ludziom, że Rosja to nic innego, jak bieda i nędza? Czy podpalić to centrum handlowe i stragany, żeby potem powiedzieć z satysfakcją „patrzcie, jacy biedni”? A może ten materiał pokazał co innego? Że te sankcje, które Unia Europejska nakłada na Rosję, wcale nie działają. Przecież ja na samym początku wojny na Ukrainie słyszałam, że nałożyliśmy na Rosję już takie sankcje, że rok, góra dwa i Rosji praktycznie nie będzie. Tymczasem wojna trwa już cztery lata i teraz to Rosja jest bardziej dominującą stroną.

Podwójne standardy?

Okazuje się również, że Maria Wiernikowska naraża swojego operatora na niebezpieczeństwo, zmuszając go do tego wyjazdu. Nie wiem, skąd informacje o jakimkolwiek zmuszaniu? Podejrzewałam raczej, że zaproponowali konkretnemu człowiekowi takie zadanie do wykonania, a on się zgodził. Być może o czymś nie wiem. Zadaję sobie w takim razie pytanie: a co z Ukrainą? Czy kiedy dziennikarze i ich operatorzy jadą tam, żeby realizować reportaże z frontu, nie narażają się na niebezpieczeństwo? Dlaczego o tym się nie mówi? Super bezpiecznie tam na pewno też nie jest. Wtedy jest w porządku? Było też o tym, jakim cudem kobieta dostała w ogóle akredytację dziennikarską. Problem polega na tym, że wcale jej nie dostała. Nie mogła wchodzić na pałę, gdziekolwiek chciała. Ona to nagrywała z ulicy, z ogólnodostępnych miejsc albo z pociągu. Z tego co pamiętam, dostała jakąś „kartę influencera”, żeby tam wjechać, ale jakie to jej dawało uprawnienia, nie mam pojęcia. Ona też nie wiedziała.

Trzecia strona medalu

Zresztą, Maria Wiernikowska była też w Strefie Gazy. Dokładnie wtedy, kiedy wybuchło tam całe szambo, kiedy Ż dokonywali ludobójstwa na Palestyńczykach. I co, wtedy nie narażała swojego operatora na niebezpieczeństwo? Nie rozumiem tej logiki. Z tamtych materiałów mogliśmy zresztą dowiedzieć się, czarno na białym, jaki stosunek do Polaków mają obywatele Izraela. Nie, żebyśmy wcześniej o tym nie wiedzieli, ale w tamtych reportażach Wiernikowska zaczepiała przypadkowych ludzi, którzy byli przekonani, że Polacy mordowali Żydów. Na odpowiedź, że to nie Polacy, tylko Niemcy, mogliśmy usłyszeć odpowiedź: „Tak, ale Polacy im pomagali”. Ale po tamtych materiałach było jeszcze spokojniej, bomba wybuchła, kiedy dziennikarka postanowiła pokazać Rosję od środka. I widocznie to było nie do przetrawienia, bo okazało się, że Rosja wcale nie jest taką ruiną, jak nam to media przedstawiały. Nie, żeby było tam sielsko i anielsko, ale kamień na kamieniu jeszcze stoi. Sankcje nie działają, a zapewniano nas, że działają. I może o to jest ten cały raban?

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej