Nawiasem Pisząc
Wszędzie ten antysemityzm
Ja się zbierałam, żeby opisać aferę wiatrakową, a tu nagle Grzegorz Braun zrzucił taką bombę na Sejm, że tę całą aferę mocno przykurzyło. W skrócie może tylko napiszę, że Donald Tusk poszedł na rekord, bo nie pamiętam, żeby którykolwiek rząd zaczynał afery jeszcze przed zaprzysiężeniem. Premier chyba nikogo nie zaskoczył tym, że znowu próbował zrobić dobrze Niemcom, ale Polakom już niekoniecznie. Niestety sprawa się rypła, bo ktoś zwrócił uwagę na pewne kontrowersje związane z tą ustawą (przede wszystkim te wywłaszczenia ludziom nie pasowały, ale wiatraki montowane niemal że pod oknami też nikogo nie wprawiły w zachwyt). Wszystko ładnie przykryte dbałością o pieniądze obywateli, bo przecież zamrażaliśmy ceny prądu, więc czego się czepiacie. Przy okazji spełniło się stare powiedzenie, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą. Ustawa okazała się bublem, więc nikt się nie chce do niej przyznać. O jej napisanie podejrzewano Hennig-Kloskę i Budkę, ale potem mówiono już tylko o eksperckim kolektywie. W każdym razie ustawa będzie poprawiana i pewnie miłościwie nam panujący zrobią wszystko, żeby tym razem przykryć wszystko jak należy. I tak sobie żyliśmy tymi Sejmowymi doniesieniami i nikt raczej nie był zaskoczony takimi, a nie innymi pomysłami Platformy. Dużą uwagę poświęcano Szymonowi Hołowni, bo okazuje się, że media głównego ścieku oceniają go zupełnie inaczej, niż ja. Moje zdanie wciąż jest takie, że nowy marszałek Sejmu jest zwyczajnie pyszałkowaty, bezczelny i uprawia pyskówkę na poziomie piaskownicy, a nie politykę. Więcej miejsca mu poświęcę innym razem. Nowo utworzony rząd też zszedł trochę na dalszy plan, ale tu w sumie zaskoczeń też nie było – Hennig-Kloska i Budka zostali nagrodzeni za swoją patriotyczną próbę ratowania niemieckiej firmy naszym kosztem; pozostali ministrowie w większości zupełnie niekompetentni (na przykład magister szkoły humanistycznej został ministrem cyfryzacji), dodatkowo Tusk lekką ręką utworzył trzy nowe ministerstwa (głównie po to, żeby koalicjantów stołkami poratować), za które, drodzy Państwo, będziemy musieli płacić my. Tu naprawdę nie ma co komentować, bo pamiętamy chyba poprzednie rządy pana Donalda i wiemy, że kompetencji i doświadczenia u jego ministrów ciężko szukać. Joanna Mucha jest już swoistym memem.
Sejm MMA
Pamiętacie, że pisałam, iż ta kadencja to bardziej przypomina jakieś patostreamingi, niż posiedzenia Sejmu? Szymon Hołownia zrobił sobie z Sejmu swoiste pato-show, do tego otworzył sobie własny kanał, żeby zainteresować ludzi (he,he) polityką. I tak sobie zupełnie bez żenady poczynał od pewnego czasu, dopóki Grzegorz Braun mu nie pokazał, że on też tak umie. „Szymek, chciałeś widowisko, to pa tera!”. Pisałam wielokrotnie, że nie cenię sobie polityki, jaką uprawia m.in. Klaudia Jachira, więc tutaj muszę być konsekwentna – nie uważam, żeby w Sejmie należało „debatować” w ten sposób. Nie wiem też, czy takie działania cokolwiek zmienią w tej sprawie, bo mam olbrzymie wątpliwości co do tego, że w przyszłym roku już świec chanukowych w Sejmie nie uświadczymy. Pamiętacie może, kiedy opisywałam jedną z interwencji poselskich pana Brauna, podczas której wyniósł on choinkę z budynku sądu, ponieważ przyozdobiona była bardziej polityczną agitacją, niż ozdobami świątecznymi? I jak to można podsumować – pan Grzegorz istotnie zwrócił uwagę na ważny aspekt, mianowicie na fakt, że większość sędziów to tak naprawdę polityczna kasta ekipy z Platformy i nie ma mowy o sprawiedliwych wyrokach w sporach społeczno-politycznych, czego przykładów mieliśmy aż nadto. Tylko że jego czyn został oczywiście przez lewicowe media odpowiednio opisany, więc koniec końców Braun zwrócił uwagę na problem tylko tym ludziom, którzy już o nim słyszeli (chociaż może nie spodziewali się, że sędziowie aż tak jawnie mogą już manifestować swoje poglądy, mimo że teoretycznie nie wolno im tego robić),, reszta uznała go za buca i chama, bo im media kazały tak myśleć. I tutaj obawiam się, że będzie podobnie – a może wręcz osiągnie cel odwrotny od zamierzonego, bo naprawdę dawno tylu świec chanukowych na portalach społecznościowych nie widziałam. Każdy chce się nagle solidaryzować, bo wszyscy są oburzeni, zniesmaczeni i zbulwersowani. Ja nie jestem, ale też nie ukrywam, że uważam, że trochę mniej cyrku w Sejmie. Co prawda Hołownia proszący o „nie podważanie powagi Sejmu” brzmi jak nieśmieszny żart, bo to on te cyrki zaczął tam pierwszy uprawiać…
Lewica znów wypunktowana
Braun jednak po raz kolejny zwrócił uwagę na coś, o czym zdążyliśmy już przez te kilka lat zapomnieć, czy – co gorsza – przyzwyczaić się. Mianowicie na to, że w polskim Sejmie, nie wiadomo z jakiego powodu, świętuje się żydowską Chanukę. Przepraszam bardzo, ale czy w parlamencie izraelskim świętuje się Boże Narodzenie albo Wielkanoc? Nie? To może my też się nie wygłupiajmy, bo tak – świece Chanukowe w polskim parlamencie to zwykły cyrk. Po drugie – na jaw wyszła cała lewicowa obłuda i hipokryzja, bo najgłośniej pyski z oburzenia darli ci, którzy jeszcze niedawno domagali się rozdziału Kościoła od państwa i apelowali za świeckością we wszystkich urzędach. Teraz im się ta świeckość znudziła? Hołownia ze Śmiszkiem jeszcze parę lat temu przekrzykiwali się, który z nich jest BARDZIEJ za tą świeckością i apelowali, aby nie karać ludzi, którzy dewastują obrazy Matki Boskiej, uprawiają wandalizm na kościołach (bo to „słuszny gniew” był), ale jak ktoś ośmieli się zgasić świece Chanukowe, to oczywiście pojawiają się zewsząd hasła o antysemityzmie. I co najważniejsze – kiedy trzy lata temu pani Joanna Scheuring-Wielgus zakłócała msze świętą (przeprowadzaną w kościele, a nie w Sejmie, więc ten rozdział, o który tak się upominają, chyba został tu zachowany) to nie oburzył się nikt z tych, którzy dzisiaj chcieliby prawdopodobnie tego Brauna publicznie wychłostać. To są właśnie te podwójne standardy. Ten rażący brak logiki i konsekwencji. Ta obłuda i hipokryzja. Im ktoś głośniej się teraz bulwersuje, tym bardziej to po nim widać. A już lewica, która domaga się ukarania całej Konfederacji, w tym Krzysztofa Bosaka, jakby to on zrobił sobie rajd z gaśnicą po Sejmie, świadczy tylko o tym, jak bardzo nienawidzą ludzi o innych poglądach. Wykorzystają każdy pretekst, żeby w nich nawalać i nawet przez myśl im nie przejdzie, że to idiotyzm. Ale w tej kadencji mamy sporo idiotów, więc kto wie, może uda się go uwalić za samą przynależność partyjną? Mamy przecież małpkę z TV w roli marszałka, więc jestem pewna, że nie ma takich absurdów, których Hołownia by się nie dopuścił, byleby tylko była okazja znowu zademonstrować ten swój cyniczny, pyszałkowaty uśmieszek.
Intencje – tak; forma – mniej
Mam więc mieszane uczucia, co do niedawnego występu Brauna w Sejmie. Rozumiem i popieram intencję, samą formę już może trochę mniej. Bo nie zapowiada się na to, żeby wynikło z tego coś dobrego. Za granicą znowu krzyczą o polskim antysemityzmie, ale do tego jestem już przyzwyczajona. Oni nie potrzebują pretekstu, żeby o tym krzyczeć, więc nie jest to dla mnie zaskoczenie. Skończyło się to jednak wykluczeniem posła z dalszych obrad i zawieszeniem w Konfederacji (którą poseł Śmiszek skomentował na swoim TT/X: „Pffffffff” – przepraszam bardzo, ale jakie pan Krzysztof ma kompetencje, jeśli chodzi o karanie członków innej partii; pilnowałby raczej swojej, bo może nie widzi, ale sam się z kolegami w tej chwili wybitnie kompromituje), co do którego mam wątpliwości czy było słuszne i potrzebne. Głównie dlatego, że już ptaszki ćwierkają, że może to się skończyć kolejnym rozłamem, bo Braun być może połączy siły z Januszem Korwin-Mikkem. Nie wiem, czy kolejne rozłamy są potrzebne w tej partii, ale mam tu trochę wrażenie, że Konfederacja chciała się przypodobać oburzonym, że oni wcale aż tak bardzo do tych Żydów nic nie mają.
Oni może nie, ale Żydzi mają do nas. Ja jestem Polką. I, kiedy głosy z Izraela opluwają mój kraj, to nie zamierzam udawać, że to deszcz pada. Nie zamierzam godzić się na to, żeby zrobiono z nas winnych II wojny światowej i Holocaustu. Jeżeli ten mój sprzeciw, to moje punktowanie polskich zasług i żydowskich win w czasach, kiedy Niemcy panoszyli się na naszych polskich ziemiach, jest antysemityzmem, to w takim razie – trudno. Jestem antysemitką. Głównie dlatego, że ci, którzy walą w Polaków tym hasłem jak obuchem – sami są anty-Polakami.
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Budowany od lat przemysł pogardy i nienawiści
Szczerze Wam napiszę, że nie przepadam za Dariuszem Michalczewskim. Ani mnie specjalnie nie ciągnęło do jego walk, kiedy zawodowo uprawiał boks, ani tym bardziej po zakończeniu kariery. Często jak się wypowiadał, zastanawiałam się, czy przypadkiem jednak za dużo w głowę nie oberwał. Głównie dlatego, że lubił wypowiadać się na tematy polityczne, a sympatyzował raczej z tym środowiskiem, do którego mi daleko. A jednak to właśnie Dariusz Michalczewski wykazał się honorem. Napisałabym, że jak ktoś jest sportowcem to honor nie jest dla niego uczuciem obcym, ale w porę przypomniałam sobie, ilu sportowców po zakończeniu kariery zapisało się do KO, więc zrezygnowałam.
Prawy sierpowy Michalczewskiego
A o co chodzi? Otóż popularny „Tiger” wyznał niedawno, że nakłaniano go do… udziału w kampanii, nie bójmy się tego słowa, nienawiści w stronę Karola Nawrockiego. Bokser miał być namawiany do opowiadania bzdur na temat ówczesnego kandydata na prezydenta. Jakich? Pewnie zarzutów o bycie alfonsem. Michalczewski nie dość, że odmówił, to jeszcze stwierdził, że Nawrocki jest „równym gościem”. To musiał być mocny cios dla salonu, z którego jednak wywodzi się pięściarz. A skoro Michalczewski odmówił, to trzeba było ratować się postacią znaną, Jackiem Murańskim. Cóż, nie wyszło im to chyba tak, jak planowali. Zastanawiam się, czy może jeszcze Marcina Najmana nie zwerbowali, bo on ostatnio też zaczął politykować. I to tak, że zęby bolą. Bardzo rozbawił mnie jego wpis: Wielki błąd Panie Prezydencie. Historia o tym nie zapomni. Starałem się to Panu wytłumaczyć. Nie udźwignął Pan tego na temat zawetowania ustawy SAFE, czyli tego kredytu, co wszyscy wokół bardzo chcą, żebyśmy wzięli. Tak bardzo chcą, że mimo prezydenckiego weta już zapowiadają, że nam go wcisną. W ten sposób niedługo cały system prawny nam pierdzielnie, bo prezydent będzie wetował, a rząd i tak zrobi, co chce.
Depresja Szymona Hołowni?
Ofiarą ich nagonki padł również Szymon Hołownia, którego oskarżono, że… choruje na depresję. Redaktor Nizinkiewicz, który dokonał tego wielkiego odkrycia, oczywiście dał do zrozumienia, że depresja to ciężka choroba i należy wspierać takie osoby, podkreślając, że dzień, w którym pisał swojego paszkwila, akurat był Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. Swój chłop, tylko że w całym artykule sugerował, że Hołownia z racji choroby i przyjmowania leków być może nie nadawał się do sprawowania funkcji marszałka Sejmu i nie wszystkie jego decyzje były rozsądne. Pił oczywiście do zaprzysiężenia prezydenta. A skąd pan „dziennikarz” czerpał informacje? Podobno z „otoczenia” ówczesnego marszałka, bo z nim samym się nie kontaktował, po co? A wiecie jak na początku zareagowało środowisko, kiedy Hołownia napisał o wszystkim na swoich mediach społecznościowych? Ano, przyznali rację Nizinkiewiczowi. Pod jego wpisem na X-ie wyrazy wsparcia widziałam tylko… z prawej strony. Aha, i Szymon Hołownia w swoim wpisie zaprzeczył jakoby chorował na depresję.
Gorzej miał Cenckiewicz
Przyznać jednak trzeba, że po tym wpisie Nizinkiewicz i cała Rzeczpospolita przeprosiła i artykuł usunęła. Co syfu zdążyli tym artykułem narobić, narobili, ale Hołownia przeprosiny oczywiście przyjął, bo to dobry chłopak jest. Szkoda tylko, że ta cała sytuacja nie dała mu do myślenia, w jakim środowisku się tak naprawdę obraca. Bo przypomnę, że Sławomir Cenckiewicz nie miał tyle szczęścia. Szczegóły jego stanu zdrowia bezlitośnie opublikowali, sugerując, że w wyniku swojej choroby nie może sprawować funkcji, którą sprawuje, bo nie powinien mieć dostępu do pewnych akt. Tam przepychanka trwała przez kilka ładnych tygodni i nikomu nie spieszyło się Cenckiewicza przepraszać. On jest niewygodny, kiedyś dokopał się do prawdy o Wałęsie, więc cholera wie, do czego może się jeszcze dokopać. Być może dlatego aż tak bardzo atakują Karola Nawrockiego, bo też się go boją. Ostatecznie pracował w IPN-ie, cholera wie, co tam się mogło na nich wszystkich znaleźć.
Dlatego aż tak nienawidzą Nawrockiego?
Bo naprawdę nie widzę innych powodów, dla których mają go aż tak nienawidzić. To już nie wygląda tylko na frustrację po przegranych wyborach. Teraz znowu się zmobilizowali w sprawie prezydenckiego weta dotyczącego programu SAFE, o którym już wcześniej pisałam. Mnie się wydaje, że jeśli bankowi bardziej zależy, żebyś wziął kredyt, niż Tobie, to widocznie jest w tym kredycie coś takiego, co sprawia, że bardziej opłaca się bankowi go udzielić, niż Tobie brać. Zresztą mam wrażenie, że kiedyś już przerabialiśmy całkiem podobną aferę z kredytami we frankach. Dotyczyła zupełnie czego innego, jasne, ale zasady były te same. Oczywiście wyszli gorący zwolennicy Tuska, żeby protestować przeciwko temu wetu, trzymając tabliczki z obraźliwymi hasłami w stronę Nawrockiego i widocznie uznali, że taka forma przekazu skłoni prezydenta do zmiany opinii. Przodowała tam, oczywiście, Babcia Kasia, która nie przepuści żadnej okazji, żeby nie zrobić zadymy na ulicy. I Joanna Szczepkowska. Już raz o niej pisałam, więcej nie chce mi się tracić więcej czasu na tę starą wariatkę. Napiszę więc tylko, że ta pani odpaliła się tak bardzo po zwycięstwie Karola Nawrockiego, że też zaczynam się zastanawiać, czy w jej stronę również nie padła delikatna sugestia, żeby zaczęła z siebie idiotkę publicznie robić.
Żonglowanie emocjami
To jest właśnie przemysł pogardy, który zbudował Donald Tusk. Jest on tak skuteczny, że ci ludzie wciąż są święcie przekonani, że to Jarosław Kaczyński jest jedynym człowiekiem, który podzielił Polaków (nie twierdzę, że tego nie robił, ale przynajmniej taką samą robotę wykonywał tutaj Tusk – a teraz wykonuje większą) i że PiS jest partią prorosyjską. To ostatnie mnie zawsze będzie śmieszyło, bo przypominam sobie czasy po tym, co działo się w Gruzji, a potem po Smoleńsku. Ale jeśli przypomnisz o tym w dyskusji, usłyszysz jedynie, że – no właśnie – „czasy się zmieniają”. Premier doskonale wie, co robi. Pobudza nie tylko emocje, ale też najbardziej prymitywne odruchy u ludzi. Dlatego z całej ustawy łańcuchowej słyszeliśmy tylko o biednych pieskach na łańcuchach, z ustawy wiatrakowej, że Nawrocki nie chce dać Polakom tańszego prądu i tak dalej, i tym podobnie. W przypadku SAFE podjudza jednak najbardziej prymitywne ludzkie emocje, jaką jest między innymi strach.
Ryzykowna gra
Nawiasem Pisząc
Niemcy na liście homofobicznych państw
Pamiętacie olbrzymi skandal homofobiczny w Niemczech? Pewien sędzia po jednym z meczów FC Koln oświadczył się swojemu chłopakowi. Wzruszenie odebrało oczywiście wszystkim mowę. Natomiast zaledwie kilka dni później Pascal Kaiser został pobity. Oburzonych artykułów pojawiło się co nie miara, bo wiadomo… homofobia. Sama się zastanawiałam, jak to możliwe? W wyzwolonych i tęczowych Niemczech? Nie ma mowy, musiał pewnie na Polaków trafić. Inna sprawa, że w samym Berlinie dochodzi rocznie do większej liczby przestępstw, niż w całej zacofanej i nietolerancyjnej Polsce. I że za większość z nich odpowiadają imigranci. Ale to nieważne, bo „Polak też gwałci”.
„Szokujący” sprawcy
Ale do brzegu, wróćmy do tego biednego Kaisera. Rzecz miała miejsce pod koniec stycznia, teraz mamy końcówkę lutego, a sprawca wciąż nieujęty. Opieszałość policji czy po prostu… nie ma kogo ujmować? Okazuje się, że policja na razie… przeszukała mieszkanie Kaisera. Zabezpieczyła między innymi jego skrzynkę mailową, na którą miał dostawać groźby. I wyszło im, homofobom pieprzonym, że sędzia wysyłał je sobie sam. Obecnie policja bada, czy Kaiser obrażeń nie zgotował sobie sam, ewentualnie czy nie pomógł mu w tym jego partner. Na razie żaden z nich nie jest podejrzany, ale policja wysłała już sygnał, że właśnie taki scenariusz biorą w tej chwili przede wszystkim pod uwagę.
Była już Hiszpania
Zobaczymy, jak to się skończy. Niczego nie wykluczam, bo tak jak pisałam, Niemcy obecnie tak bezpiecznym państwem, że w pysk można tam zebrać codziennie i wcale to już nikogo nie zaskakuje. Ale, kurczę, nie byłby to pierwszy raz. Pamiętacie inny taki skandal w Hiszpanii, zdaje się w 2021 roku? Jakiś gej zgłosił się na policję, bo „nieznani sprawcy” mieli mu wyciąć homofobiczne hasła na tyłku. Szybko się okazało, że nieznanych sprawców było w liczbie… jeden. I wcale nie był taki nieznany, bo znał go właśnie poszkodowany gej. I sam go o to poprosił. Nie wiem, ja bym się zdziwiła, gdyby któryś z moich znajomych poprosił mnie o wycinanie sobie czegoś na d*pie, ale ja jestem nietolerancyjna, więc się nie znam.
Była Wielka Brytania
Pisałam Wam też o innej sprawie, znacznie wcześniejszej, bo z 2014 roku. Richard Kennedy zgłosił się na policję, że został pobity. I że to na pewno przez homofobię. Obrażenia były poważne, więc policja oczywiście zgłoszenie przyjęła i szybko rozpoczęła śledztwo. Osiemnastolatek przyznał się im, gdzie był wtedy na imprezie, a policja po prostu zabezpieczyła monitoring. I szybko znaleziono sprawcę. Agresywnym homofobem okazał się krawężnik, o który kompletnie pijany Kennedy wziął i się potknął. A że wypił sobie wcześniej odpowiednio dużo, to nie wpadł na pomysł, żeby jakoś zamortyzować upadek, więc wydzwonił twarzą o chodnik. Policjanci przeanalizowali dokładnie całe nagranie z tego dnia i żadnych innych homofobów nie stwierdzono. Bo chyba nie powinno się do nich wliczać grupy Brytyjczyków, którzy usiłowali chłopaka podnieść, bo biedak był tak oszołomiony rażącą nietolerancją, która go spotkała.
Teraz pora na Niemcy
Wszystko wskazuje na to, że ta historia skończy się podobnie, bo ciężko mi wyobrazić sobie, żeby niemiecka policja dzieliła się takimi wątpliwościami z opinią publiczną, gdyby nie miała przekonujących dowodów. I tak się tylko zastanawiam, czy oni nie uczą się na błędach? Była Wielka Brytania, była Hiszpania, teraz są Niemcy, a przypomnę przecież, że w Polsce też mieliśmy aferę z dziewczyną Margota, którą podobno ktoś chciał wepchnąć pod tramwaj, bo była facetem. Tylko że biedne dziewczę było w takim szoku, że nie przypomniała sobie, bidulka, gdzie to konkretnie miało miejsce. A warszawski ZTM powiedział, że żaden z motorniczych nie zgłosił takiej sytuacji, a mają taki obowiązek, żeby od razu można było zabezpieczyć nagrania.
M.
Nawiasem Pisząc
To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!
Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.
Tu nie o łańcuch chodziło
Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.
Od kogo i dla kogo była ta ustawa?
No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.
Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?
M.
