Connect with us

Nawiasem Pisząc

Tragikomedia z dwoma głównymi aktorami

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Nawet nie wiem, jak inaczej mam rozpocząć ten post, jeśli nie od zdania: „Dzieje się, nie?”. Ewentualnie: „Tośmy sobie wybrali”. Jednak, żeby przejść do wydarzeń wczorajszych, trzeba się odpowiednio wcześnie cofnąć.

Początek przedstawienia

I to tak dużo wcześniej, bo afera gruntowa miała miejsce w 2007 roku i doprowadziła do rozpadu ówczesnego rządu (to były pamiętne, choć krótkotrwałe rządy PiS, LPR i Samoobrony; jeżeli nie pamiętacie, to w tamtych czasach Roman Giertych był ultraprawicowym kozakiem). W wyniku tego skandalu ówczesny premier, Jarosław Kaczyński, zdymisjonował Andrzeja Leppera, który pełnił wówczas funkcję wicepremiera i ministra rolnictwa – w wyniku zresztą tej decyzji mieliśmy wtedy przedwczesne wybory parlamentarne. Do tej pory wszystko jest jasne, ale teraz zaczynają się różne nieścisłości, a wręcz machloje i kombinacje. Według tego, co opisują media, dwóch dżentelmenów miało w tamtym czasie chwalić się, że są w stanie odrolnić każdą działkę, ale – rzecz jasna – za swoje usługi pobierali sowitą opłatę. Nie spodobało się to jednak CBA, którzy zdecydowali się zastosować pewną prowokację. Wobec powyższego dwóch podstawionych agentów, którzy występowali wtedy jako szwajcarscy przedsiębiorcy, dogadali się z dwójką mężczyzn, że oni im zapłacą, a tamci im odrolnią. Oczywiście, jak to w polskiej rzeczywistości bywa, nie wszystko poszło tak, jak powinno pójść, ponieważ wspomnianych dwóch panów miało odpowiednio wcześnie otrzymać przeciek o prowokacji. Z tego też powodu odwołano szefa MSWiA, Janusza Kaczmarka. Już się zaczyna człowiek trochę gubić, prawda? Ale to nie wszystko, bo CBA miało odkryć, że część łapówki miała trafić w ręce Andrzeja Leppera, Janusza Maksymiuka i jeszcze jednej osoby. Podstawieni agenci przekazali więc tzw. „kontrolowaną łapówkę” za wspomniane odrolnienie i rzekomo incydent ten dokonał się to w ówczesnym Ministerstwie Rolnictwa. A co mieli do tego Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik? Pierwszy był szefem CBA, drugi jego zastępcą i mieli oni wówczas przekroczyć swoje uprawnienia.

Niewiarygodne ułaskawienie

Skoro już przypomnieliśmy sobie zamierzchłe czasy sprzed siedemnastu lat, możemy przejść do tych troszkę aktualniejszych. Kamiński i Wąsik zostali skazani na trzy lata pozbawienia wolności w marcu 2015 roku, ale jeszcze przed prawomocnym wyrokiem ułaskawił ich Andrzej Duda. I tu zaczyna się pierwsza kontrowersja. PiS zarzuca Platformie, że oto za ich rządów mamy pierwszych więźniów politycznych w „wolnej Polsce” (to sformułowanie kojarzy mi się z często używanym przez Tomasza Wiejskiego zdaniem – ewentualnie sparafrazowanym przez innych – że „w wolnej Polsce będziesz siedział” i między innymi dlatego dałam to w cudzysłów), z drugiej strony Platforma obstaje przy stwierdzeniu, że prezydent RP chroni swoich, nawet jeśli łamali prawo. Nie jestem w stanie ustalić, kto ma rację, a kto kłamie, nie mam dostępu do akt sprawy, nie mam takiej wiedzy, która uprawniałaby mnie do ferowania wyroków, więc muszę podkreślić, że nie wiem, po czyjej stronie leży prawda. Kolejna sprawa to właśnie to ułaskawienie. Czy prezydent mógł to zrobić, czy jednak nie. Kontrowersje dotyczą tego, czy Andrzej Duda mógł ich ułaskawić przed prawomocnym wyrokiem, czy nie. To jest kolejnym sporem pomiędzy Platformą, a Prawem i Sprawiedliwością. Inna sprawa, że pretekstem do sporu między tymi partiami może być już absolutnie wszystko. Niby w wielu sprawach głosują podobnie (co ciekawe są to kwestie, które mają jak najbardziej udupić Polaków, ale to tylko moja subiektywna opinia), ale przy każdej, absolutnie każdej, dupereli się nie zgadzają. Byłabym w stanie nawet napisać, ze przynajmniej w kwestii COVID-a byli w miarę zgodni, gdyby nie to, że lewa strona nie była ukontentowana działaniami PiS-u, bo domagała się ona zaostrzenia przepisów i obowiązkowych szczepionek, czego ówczesny rząd, dzięki Bogu, nie wprowadził. Nieważne, w każdym razie, kłócą się prawie o wszystko.

Brak jednoznacznego zapisu

Słuchajcie, sprawdziłam to sobie. I naprawdę, nie widzę żadnego zapisu, według którego prezydent musiał czekać do uprawomocnienia się wyroku. Albo jestem głupia, albo ślepa, albo jedno i drugie (możecie mi to wypomnieć, chociaż prosiłabym o jako taką kulturę), bo jak Boga kocham, nie widzę artykułu, według którego prezydent nie miałby prawa ułaskawić kogoś przed uprawomocnieniem się wyroku. I ja naprawdę nie rozumiem, w jaki sposób odczytywać ten konkretny argument nowego rządu, żeby coś, czego nie ma ma w zapisach, stało się nagle obowiązującym, wiążącym i ściśle przestrzeganym źródłem prawnym. Ale ja jestem prawnym laikiem – wiem, czego nie robić, a co robić, żeby nie nikomu nie podpaść, jak zapewne większość ludzi – i tego przestrzegam. Kieruję się tutaj również własnym kodeksem moralnym. Ale już szczegóły poszczególnych zapisów są dla mnie nieznane, niepewne i w żadnym wypadku nie mogę na nich opierać swojej wypowiedzi. Dlatego zostawmy to ekspertom. Profesor Waltoś stwierdził jednoznacznie, że według obowiązującej nas Konstytucji prezydent miał prawo zrobić, to co zrobił, więc ułaskawienie było prawomocne, jakkolwiek byśmy na słuszność tej decyzji nie patrzyli. Powołuję się akurat na Waltosia nie przez przypadek, a są ku temu dwa powody. Po pierwsze, nazwisko Waltosia kojarzyłam jako autorytet w świetle prawa, ponieważ wielokrotnie się na niego powoływano w różnych publikacjach, sprawozdaniach czy choćby zwykłych artykułach, a studenci prawa uczyli się z jego podręczników. Po drugie, przytaczają je bardzo często przedstawiciele PiS-u, bo Waltoś tak powiedział, więc tak jest. Odniosła się jednak do tego kandydatka na posła z list Konfederacji, Ewa Zajączkowska-Hernik, która w programie w Super-Ekspressu, przyznała rację, że interpretacja Waltosia wskazuje na to, że Duda mógł ułaskawić tych dwóch posłów, ale… No i właśnie to „ale” jest zasadnicze, bo posłowie PiS-u jakby o nim zapominali. Rzecznik prasowa Konfederacji wyraźnie jednak podkreśla, że Waltoś w swoim podręczniku powoływał się również na Konstytucję Marcową z 1921 roku i Konstytucję Kwietniową z 1935 roku, w których takie ułaskawienie nie było w ogóle dopuszczalne, ponieważ byłaby to zbyt duża ingerencja w system sprawiedliwości, praworządności itd., itp. I, według niej, profesor Waltoś wyraźnie podkreślał, że w jego opinii tamten zapis był słuszniejszy. Obowiązuje nas jednak ta aktualna Konstytucja z 97 roku i wedle niej ułaskawienie prezydenta było prawomocne. Tutaj, znowu, możemy się sprzeczać – było słuszne, nie było? Wydaje mi się jednak (podkreślam, okiem, interesującego się polityką, społeczeństwem itd., laika), że obowiązują nas – niestety, albo stety – te najnowsze zapisy z aktualnej Konstytucji naszego państwa. A w związku z powyższym ułaskawienie Andrzeja Dudy było zgodne z prawem i teraz nikt nie powinien podnieść ręki na Kamińskiego i Wąsika, o ile oczywiście później nie zrobiliby nic niezgodnego z prawem. A to, że nasza Konstytucja jest dziurawa jak ser szwajcarski, więc pewnie należałoby ją zmienić, to inna sprawa. Ale też nie widzę ludzi na tyle kompetentnych, żeby ją poprawić. A gdyby się ktoś taki trafił, to potem i tak trzeba zdobyć odpowiednią większość w Parlamencie, co w naszej obecnej sytuacji jest niemożliwe.

Narastający konflikt

Nowy rząd jednak się upierał, PiS się nie zgadzał; ten łamie Konstytucję, ale tamten trochę też, więc doczekaliśmy się sytuacji, w której dwóch oskarżonych posłów ukrywało się w Pałacu Prezydenckim. Trochę słabo to wygląda, przyznacie chyba wszyscy, bo ktoś powie, że należałoby to przyjąć z godnością, ale już ktoś inny będzie argumentował, że nic innego im nie zostało. W tym momencie wypadałoby wyjaśnić, co się wczoraj wydarzyło. Wydarzyło się to, że funkcjonariusze policji wpadli do Pałacu Prezydenckiego, bez żadnych nakazów, pism, odznak, dzięki którym można by było spisać ich tożsamość. Wpadli i wytargali dwóch, wspominanych wielokrotnie w tym tekście, posłów. I tu pojawiają się kolejne kwestie, no bo… czy policja mogła tak sobie, bez żadnych nakazów, wtargnąć się do Pałacu Prezydenckiego, żeby aresztować dwóch facetów, którzy mogli być winni, ale mogli być też więźniami politycznymi? Ja, podkreślę kolejny raz, nie czuję się kompetentna, żeby to oceniać, ale – jeśli mogę wtrącić jedno słowo ignoranta – coś mi w tym ułaskawieniu jednak śmierdzi, delikatnie mówiąc. Mimo wszystko, chyba jest tu coś trochę nie halo. Bo nie wydaje mi się, żeby można było wejść tam z buta, bez żadnych nakazów, i wyprowadzić stamtąd dwóch gości, tym bardziej, że – tak sobie myślę – ułaskawienie było jednak, mimo wszystko, prawomocne. Wyobraźcie sobie teraz, że policja wbija Wam się do mieszkania, bez nakazu aresztowania, i wywleka Wam członka rodziny, bo coś tam kiedyś zrobił nie tak. Albo przeszukuje Wam chałupę bez odpowiedniego nakazu. Niefajnie, prawda? A tymczasem dokładnie to się działo, według słów pani Grażyny Ignaczak-Bandych, która jest szefem Kancelarii Prezydenta. I tu się pojawiają kolejne wątpliwości. Jak widać, niepewności jest pełno, a jedna i druga partia rzuca między sobą tą Konstytucją, niczym szmacianą piłką. Tak jak w tej grze, którą bawiliśmy się w podstawówce, a nazywała się ona „dwa ognie”. Zostałeś trafiony, to lecisz. Tyle tylko, że Konstytucja nie jest odbijaniem szmacianej piłeczki. Jest Konstytucją. Obojętnie jak nielogiczna by nie była.

Zaplanowana akcja?

Ale są następne niejasności, ponieważ Andrzej Duda miał wtedy zaplanowane spotkanie ze Svietłaną Cichonauską, białoruską opozycjonistką, które miało miejsce w Belwederze. I nie było ono żadną tajemnicą. Wniosek z tego jest prosty: prezydenta nie było wtedy w PP, a policjanci, pod jego nieobecność, weszli, zabrali dwóch panów i wyszli. I tutaj się pojawiają kolejne wątpliwości, bo jednak prezydent, jakby na to nie patrzeć, jest głową państwa – zwykłemu Kowalskiemu nie można tak wjechać na chatę, a prezydentowi można? A potem było tylko lepiej. Ponieważ Duda, kiedy dowiedział się, co się dzieje, zamierzał udać się do Pałacu, ale… nie mógł. Po wyjazd zagrodził mu autobus miejski, którzy podobno rozklekotał się przy wyjeździe, więc nie mógł ruszyć ani w tę, ani we w tę. Oczywiście, zupełnym przypadkiem rozkraczył się w tym konkretnym miejscu, w tym konkretnym dniu i o tej konkretnej godzinie. OK, może i tak było, (ja akurat nie wierzę w aż takie przypadki), ale w takim razie, dlaczego nie wpuszczano później przedstawicieli PiS-u w ramach interwencji poselskiej i blokowano im wejście do aresztu? Chyba już wszyscy mamy podobne wątpliwości. Jedni wierzą w przypadki, inni nie, ale żeby akurat tego dnia, o tej godzinie i w tej konkretnej sytuacji wszystko się spięło. Ciężko uwierzyć, prawda?

Ale, mimo wszystko, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o jednej – drobnej, ale według mnie istotnej – sprawie. Otóż, oglądając relację w TV Republice, zwróciłam uwagę na transparent jednego z uczestników manifestacji, na którym panowie Kamiński i Wąsik zestawieni byli z… błogosławionym ks. Jerzym Popiełuszko. Wyglądało to tak, jakby zestawiono w jednym szeregu dwóch wspomnianych posłów z naszym polskim bohaterem i męczennikiem za czasów komuny. Przepraszam bardzo, ale wypadałoby tu zachować pewne proporcje – ci dwaj panowie nie zostali jednak napadnięci, związani, dotkliwie pobici i wyrzuceni do rzeki. Oni zostali prawomocnie skazani i ułaskawieni. Co do słuszności ich winy – jak wspominałam, zostawmy to sądom (fajnie, jakby były niezależne), ja nie mam kompetencji, żeby wyrokować, ale umówmy się, że nie jest to porównywalne z gehenną ks. Popiełuszki. Tutaj nie sposób postawić znaku równości. Nie da się, z jakiegokolwiek punktu widzenia byśmy nie patrzyli. Nie przesadzajmy w tej obronie Konstytucji. I jeszcze – a propos TV Republiki – obserwuję ich od bardzo dawna. I o ile kiedyś była to telewizja przedstawiająca wartości prawicowe i konserwatywne, o tyle ostatnimi laty stała się jednak, niedocenianą i niedofinansowaną przez poprzednią władzę, ale jednak tubą propagandową PiS. Widzę tę różnicę, dlatego chciałam na sam koniec wspomnieć, że nie stałam się nagle ślepym odbiorcą tej stacji. Podkreślam to, ponieważ w ostatnich postach ich broniłam, ale chciałabym, żeby była jasność. Dostrzegam, to co się dzieje i jaki przekaz płynie z tej telewizji. Tak tylko gwoli wyjaśnienia.

M.

fot.: nieoceniony Cezary Krysztopa

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.

Tu nie o łańcuch chodziło

Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.

Od kogo i dla kogo była ta ustawa?

No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.

Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Smutna złego końcówka

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?

Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia

Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:

– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?

– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*

– No pan podpisał tę ustawę.

– No dobrze, no, podpisałem.

– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.

– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…

– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?

– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.

Żałuje pan tego?

– Nie.

Twardym trzeba być…

Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Żenujący popis posła Treli

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa

Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.

Podwójne standardy

Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej