Nawiasem Pisząc
Tragikomedia z dwoma głównymi aktorami
Nawet nie wiem, jak inaczej mam rozpocząć ten post, jeśli nie od zdania: „Dzieje się, nie?”. Ewentualnie: „Tośmy sobie wybrali”. Jednak, żeby przejść do wydarzeń wczorajszych, trzeba się odpowiednio wcześnie cofnąć.
Początek przedstawienia
I to tak dużo wcześniej, bo afera gruntowa miała miejsce w 2007 roku i doprowadziła do rozpadu ówczesnego rządu (to były pamiętne, choć krótkotrwałe rządy PiS, LPR i Samoobrony; jeżeli nie pamiętacie, to w tamtych czasach Roman Giertych był ultraprawicowym kozakiem). W wyniku tego skandalu ówczesny premier, Jarosław Kaczyński, zdymisjonował Andrzeja Leppera, który pełnił wówczas funkcję wicepremiera i ministra rolnictwa – w wyniku zresztą tej decyzji mieliśmy wtedy przedwczesne wybory parlamentarne. Do tej pory wszystko jest jasne, ale teraz zaczynają się różne nieścisłości, a wręcz machloje i kombinacje. Według tego, co opisują media, dwóch dżentelmenów miało w tamtym czasie chwalić się, że są w stanie odrolnić każdą działkę, ale – rzecz jasna – za swoje usługi pobierali sowitą opłatę. Nie spodobało się to jednak CBA, którzy zdecydowali się zastosować pewną prowokację. Wobec powyższego dwóch podstawionych agentów, którzy występowali wtedy jako szwajcarscy przedsiębiorcy, dogadali się z dwójką mężczyzn, że oni im zapłacą, a tamci im odrolnią. Oczywiście, jak to w polskiej rzeczywistości bywa, nie wszystko poszło tak, jak powinno pójść, ponieważ wspomnianych dwóch panów miało odpowiednio wcześnie otrzymać przeciek o prowokacji. Z tego też powodu odwołano szefa MSWiA, Janusza Kaczmarka. Już się zaczyna człowiek trochę gubić, prawda? Ale to nie wszystko, bo CBA miało odkryć, że część łapówki miała trafić w ręce Andrzeja Leppera, Janusza Maksymiuka i jeszcze jednej osoby. Podstawieni agenci przekazali więc tzw. „kontrolowaną łapówkę” za wspomniane odrolnienie i rzekomo incydent ten dokonał się to w ówczesnym Ministerstwie Rolnictwa. A co mieli do tego Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik? Pierwszy był szefem CBA, drugi jego zastępcą i mieli oni wówczas przekroczyć swoje uprawnienia.
Niewiarygodne ułaskawienie
Skoro już przypomnieliśmy sobie zamierzchłe czasy sprzed siedemnastu lat, możemy przejść do tych troszkę aktualniejszych. Kamiński i Wąsik zostali skazani na trzy lata pozbawienia wolności w marcu 2015 roku, ale jeszcze przed prawomocnym wyrokiem ułaskawił ich Andrzej Duda. I tu zaczyna się pierwsza kontrowersja. PiS zarzuca Platformie, że oto za ich rządów mamy pierwszych więźniów politycznych w „wolnej Polsce” (to sformułowanie kojarzy mi się z często używanym przez Tomasza Wiejskiego zdaniem – ewentualnie sparafrazowanym przez innych – że „w wolnej Polsce będziesz siedział” i między innymi dlatego dałam to w cudzysłów), z drugiej strony Platforma obstaje przy stwierdzeniu, że prezydent RP chroni swoich, nawet jeśli łamali prawo. Nie jestem w stanie ustalić, kto ma rację, a kto kłamie, nie mam dostępu do akt sprawy, nie mam takiej wiedzy, która uprawniałaby mnie do ferowania wyroków, więc muszę podkreślić, że nie wiem, po czyjej stronie leży prawda. Kolejna sprawa to właśnie to ułaskawienie. Czy prezydent mógł to zrobić, czy jednak nie. Kontrowersje dotyczą tego, czy Andrzej Duda mógł ich ułaskawić przed prawomocnym wyrokiem, czy nie. To jest kolejnym sporem pomiędzy Platformą, a Prawem i Sprawiedliwością. Inna sprawa, że pretekstem do sporu między tymi partiami może być już absolutnie wszystko. Niby w wielu sprawach głosują podobnie (co ciekawe są to kwestie, które mają jak najbardziej udupić Polaków, ale to tylko moja subiektywna opinia), ale przy każdej, absolutnie każdej, dupereli się nie zgadzają. Byłabym w stanie nawet napisać, ze przynajmniej w kwestii COVID-a byli w miarę zgodni, gdyby nie to, że lewa strona nie była ukontentowana działaniami PiS-u, bo domagała się ona zaostrzenia przepisów i obowiązkowych szczepionek, czego ówczesny rząd, dzięki Bogu, nie wprowadził. Nieważne, w każdym razie, kłócą się prawie o wszystko.
Brak jednoznacznego zapisu
Słuchajcie, sprawdziłam to sobie. I naprawdę, nie widzę żadnego zapisu, według którego prezydent musiał czekać do uprawomocnienia się wyroku. Albo jestem głupia, albo ślepa, albo jedno i drugie (możecie mi to wypomnieć, chociaż prosiłabym o jako taką kulturę), bo jak Boga kocham, nie widzę artykułu, według którego prezydent nie miałby prawa ułaskawić kogoś przed uprawomocnieniem się wyroku. I ja naprawdę nie rozumiem, w jaki sposób odczytywać ten konkretny argument nowego rządu, żeby coś, czego nie ma ma w zapisach, stało się nagle obowiązującym, wiążącym i ściśle przestrzeganym źródłem prawnym. Ale ja jestem prawnym laikiem – wiem, czego nie robić, a co robić, żeby nie nikomu nie podpaść, jak zapewne większość ludzi – i tego przestrzegam. Kieruję się tutaj również własnym kodeksem moralnym. Ale już szczegóły poszczególnych zapisów są dla mnie nieznane, niepewne i w żadnym wypadku nie mogę na nich opierać swojej wypowiedzi. Dlatego zostawmy to ekspertom. Profesor Waltoś stwierdził jednoznacznie, że według obowiązującej nas Konstytucji prezydent miał prawo zrobić, to co zrobił, więc ułaskawienie było prawomocne, jakkolwiek byśmy na słuszność tej decyzji nie patrzyli. Powołuję się akurat na Waltosia nie przez przypadek, a są ku temu dwa powody. Po pierwsze, nazwisko Waltosia kojarzyłam jako autorytet w świetle prawa, ponieważ wielokrotnie się na niego powoływano w różnych publikacjach, sprawozdaniach czy choćby zwykłych artykułach, a studenci prawa uczyli się z jego podręczników. Po drugie, przytaczają je bardzo często przedstawiciele PiS-u, bo Waltoś tak powiedział, więc tak jest. Odniosła się jednak do tego kandydatka na posła z list Konfederacji, Ewa Zajączkowska-Hernik, która w programie w Super-Ekspressu, przyznała rację, że interpretacja Waltosia wskazuje na to, że Duda mógł ułaskawić tych dwóch posłów, ale… No i właśnie to „ale” jest zasadnicze, bo posłowie PiS-u jakby o nim zapominali. Rzecznik prasowa Konfederacji wyraźnie jednak podkreśla, że Waltoś w swoim podręczniku powoływał się również na Konstytucję Marcową z 1921 roku i Konstytucję Kwietniową z 1935 roku, w których takie ułaskawienie nie było w ogóle dopuszczalne, ponieważ byłaby to zbyt duża ingerencja w system sprawiedliwości, praworządności itd., itp. I, według niej, profesor Waltoś wyraźnie podkreślał, że w jego opinii tamten zapis był słuszniejszy. Obowiązuje nas jednak ta aktualna Konstytucja z 97 roku i wedle niej ułaskawienie prezydenta było prawomocne. Tutaj, znowu, możemy się sprzeczać – było słuszne, nie było? Wydaje mi się jednak (podkreślam, okiem, interesującego się polityką, społeczeństwem itd., laika), że obowiązują nas – niestety, albo stety – te najnowsze zapisy z aktualnej Konstytucji naszego państwa. A w związku z powyższym ułaskawienie Andrzeja Dudy było zgodne z prawem i teraz nikt nie powinien podnieść ręki na Kamińskiego i Wąsika, o ile oczywiście później nie zrobiliby nic niezgodnego z prawem. A to, że nasza Konstytucja jest dziurawa jak ser szwajcarski, więc pewnie należałoby ją zmienić, to inna sprawa. Ale też nie widzę ludzi na tyle kompetentnych, żeby ją poprawić. A gdyby się ktoś taki trafił, to potem i tak trzeba zdobyć odpowiednią większość w Parlamencie, co w naszej obecnej sytuacji jest niemożliwe.
Narastający konflikt
Nowy rząd jednak się upierał, PiS się nie zgadzał; ten łamie Konstytucję, ale tamten trochę też, więc doczekaliśmy się sytuacji, w której dwóch oskarżonych posłów ukrywało się w Pałacu Prezydenckim. Trochę słabo to wygląda, przyznacie chyba wszyscy, bo ktoś powie, że należałoby to przyjąć z godnością, ale już ktoś inny będzie argumentował, że nic innego im nie zostało. W tym momencie wypadałoby wyjaśnić, co się wczoraj wydarzyło. Wydarzyło się to, że funkcjonariusze policji wpadli do Pałacu Prezydenckiego, bez żadnych nakazów, pism, odznak, dzięki którym można by było spisać ich tożsamość. Wpadli i wytargali dwóch, wspominanych wielokrotnie w tym tekście, posłów. I tu pojawiają się kolejne kwestie, no bo… czy policja mogła tak sobie, bez żadnych nakazów, wtargnąć się do Pałacu Prezydenckiego, żeby aresztować dwóch facetów, którzy mogli być winni, ale mogli być też więźniami politycznymi? Ja, podkreślę kolejny raz, nie czuję się kompetentna, żeby to oceniać, ale – jeśli mogę wtrącić jedno słowo ignoranta – coś mi w tym ułaskawieniu jednak śmierdzi, delikatnie mówiąc. Mimo wszystko, chyba jest tu coś trochę nie halo. Bo nie wydaje mi się, żeby można było wejść tam z buta, bez żadnych nakazów, i wyprowadzić stamtąd dwóch gości, tym bardziej, że – tak sobie myślę – ułaskawienie było jednak, mimo wszystko, prawomocne. Wyobraźcie sobie teraz, że policja wbija Wam się do mieszkania, bez nakazu aresztowania, i wywleka Wam członka rodziny, bo coś tam kiedyś zrobił nie tak. Albo przeszukuje Wam chałupę bez odpowiedniego nakazu. Niefajnie, prawda? A tymczasem dokładnie to się działo, według słów pani Grażyny Ignaczak-Bandych, która jest szefem Kancelarii Prezydenta. I tu się pojawiają kolejne wątpliwości. Jak widać, niepewności jest pełno, a jedna i druga partia rzuca między sobą tą Konstytucją, niczym szmacianą piłką. Tak jak w tej grze, którą bawiliśmy się w podstawówce, a nazywała się ona „dwa ognie”. Zostałeś trafiony, to lecisz. Tyle tylko, że Konstytucja nie jest odbijaniem szmacianej piłeczki. Jest Konstytucją. Obojętnie jak nielogiczna by nie była.
Zaplanowana akcja?
Ale są następne niejasności, ponieważ Andrzej Duda miał wtedy zaplanowane spotkanie ze Svietłaną Cichonauską, białoruską opozycjonistką, które miało miejsce w Belwederze. I nie było ono żadną tajemnicą. Wniosek z tego jest prosty: prezydenta nie było wtedy w PP, a policjanci, pod jego nieobecność, weszli, zabrali dwóch panów i wyszli. I tutaj się pojawiają kolejne wątpliwości, bo jednak prezydent, jakby na to nie patrzeć, jest głową państwa – zwykłemu Kowalskiemu nie można tak wjechać na chatę, a prezydentowi można? A potem było tylko lepiej. Ponieważ Duda, kiedy dowiedział się, co się dzieje, zamierzał udać się do Pałacu, ale… nie mógł. Po wyjazd zagrodził mu autobus miejski, którzy podobno rozklekotał się przy wyjeździe, więc nie mógł ruszyć ani w tę, ani we w tę. Oczywiście, zupełnym przypadkiem rozkraczył się w tym konkretnym miejscu, w tym konkretnym dniu i o tej konkretnej godzinie. OK, może i tak było, (ja akurat nie wierzę w aż takie przypadki), ale w takim razie, dlaczego nie wpuszczano później przedstawicieli PiS-u w ramach interwencji poselskiej i blokowano im wejście do aresztu? Chyba już wszyscy mamy podobne wątpliwości. Jedni wierzą w przypadki, inni nie, ale żeby akurat tego dnia, o tej godzinie i w tej konkretnej sytuacji wszystko się spięło. Ciężko uwierzyć, prawda?
Ale, mimo wszystko, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o jednej – drobnej, ale według mnie istotnej – sprawie. Otóż, oglądając relację w TV Republice, zwróciłam uwagę na transparent jednego z uczestników manifestacji, na którym panowie Kamiński i Wąsik zestawieni byli z… błogosławionym ks. Jerzym Popiełuszko. Wyglądało to tak, jakby zestawiono w jednym szeregu dwóch wspomnianych posłów z naszym polskim bohaterem i męczennikiem za czasów komuny. Przepraszam bardzo, ale wypadałoby tu zachować pewne proporcje – ci dwaj panowie nie zostali jednak napadnięci, związani, dotkliwie pobici i wyrzuceni do rzeki. Oni zostali prawomocnie skazani i ułaskawieni. Co do słuszności ich winy – jak wspominałam, zostawmy to sądom (fajnie, jakby były niezależne), ja nie mam kompetencji, żeby wyrokować, ale umówmy się, że nie jest to porównywalne z gehenną ks. Popiełuszki. Tutaj nie sposób postawić znaku równości. Nie da się, z jakiegokolwiek punktu widzenia byśmy nie patrzyli. Nie przesadzajmy w tej obronie Konstytucji. I jeszcze – a propos TV Republiki – obserwuję ich od bardzo dawna. I o ile kiedyś była to telewizja przedstawiająca wartości prawicowe i konserwatywne, o tyle ostatnimi laty stała się jednak, niedocenianą i niedofinansowaną przez poprzednią władzę, ale jednak tubą propagandową PiS. Widzę tę różnicę, dlatego chciałam na sam koniec wspomnieć, że nie stałam się nagle ślepym odbiorcą tej stacji. Podkreślam to, ponieważ w ostatnich postach ich broniłam, ale chciałabym, żeby była jasność. Dostrzegam, to co się dzieje i jaki przekaz płynie z tej telewizji. Tak tylko gwoli wyjaśnienia.
M.
fot.: nieoceniony Cezary Krysztopa
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Taka tam orka na Wojewódzkim
Wszyscy o tym piszą, to ja też napiszę, a co! Tym bardziej, że już wcześniej chciałam napisać parę słów o Kanale Zero, a dzięki pewnemu wywiadowi będę mogła zmieścić to w jednym tekście. Ale zanim do tego przejdę, chciałabym Was przeprosić, że pojawiam się tutaj tak rzadko. Dużo złych i niefajnych sytuacji podziało się ostatnio w moim życiu i straciłam całą ochotę, żeby babrać się w naszej rodzimej polityce. Miałam nadzieję, że Igrzyska Olimpijskie pomogą mi zresetować umysł, ale nie do końca się udało. Ale spokojnie, powoli podnoszę się z kolan, zaraz wyjdę na prostą i wtedy ruszymy z tematem! Na razie proszę Was jeszcze o trochę wyrozumiałości i jeszcze raz przepraszam.
Naiwne wypominanie dawno wyjaśnionych spraw
Podejrzewam, że po wstępie i zdjęciu już wiecie, o czym będę pisała. Tak, chodzi o słynny już wywiad, którego Krzysztof Stanowski udzielił Jakubowi Wojewódzkiemu i Piotrowi Kędzierskiemu. Temu ostatniemu niewiele poświęcę czasu, bo podczas tej rozmowy niewiele mówił (a odnosiłam wręcz wrażenie, że był zażenowany tym, co wyprawiał jego kolega z pracy), ale Kuba znany jest z tego, że nie ma hamulców. I tym razem faktycznie nie wyhamował i wpierdzielił się z całym impetem w ścianę. Bo, Drodzy Obserwujący, co tam się nie działo! Było o Dorocie Wysockiej-Schnepf i rzekomym ataku Stanowskiego na jej syna (atak miał polegać na tym, że właściciel Kanału Zero wspomniał o tym, jak – wówczas – czternastolatek ma na imię), było o zatrudnieniu Tomasza Kammela (Wojewódzkiemu nie pasowało, że dostał pracę u Stanowskiego, ale od kiedy to jego sprawa i co takiego złego zrobił Kammel, że nie powinno się go zatrudniać?), tradycyjne już czepianie się, że do Kanału Zero zapraszane są te osoby, które nie powinny być zapraszane, przynajmniej w oczach main-streamu (Braun czy Rodacy Kamraci). Bardzo spodobała mi się odpowiedź Stana, że Wojewódzki może zapraszać do swoich wywiadów tylko i wyłącznie Krystynę Jandę i ona będzie opowiadała to, co ludzie „powinni” usłyszeć, ale to nie sprawi z automatu, że pewne zjawiska przestaną istnieć. A ja też osobiście uważam, że dziennikarz powinien zajmować się wszystkimi tematami, nie tylko takimi, które mu się podobają.
Samozaoranie Wojewódzkiego
Ale najpiękniej Wojewódzki wykaszanił się tuż pod koniec rozmowy (tak mi się wydaje, chociaż przyznam szczerze, że wywiad oglądałam partiami, bo praktycznie w całości polegał na słownych przepychankach i wchodzeniu w słowo, czego nie lubię; więc chronologia mogła mi się popierdzielić). Próbował sugerować Stanowskiemu, że na słynnych urodzinach Roberta Mazurka (a były słynne, bo Mazurek zaprosił polityków, zarówno z KO, jak i z PiS; ci politycy nie wzięli się za łby i pewna część społeczeństwa była tym bardzo zaskoczona) rozmawiał z pewnym posłem PiS-u, żeby przyjąć korzyści majątkowe na poczet swoich mediów. No i się okazało, że Stanowskiego w ogóle nie było na tych urodzinach. Fizycznie nie miał możliwości rozmawiania tam z nikim. Nawet zadzwonił do Mazurka, żeby potwierdził. Wojewódzki próbował potem i tak wszystko obrócić w ten sposób, że Stano po prostu nie szanuje swoich kolegów i olewa ich urodziny. Jak rozumiem, miał to być rozpaczliwy żart, żeby odwrócić uwagę od tej wtopy. Ja naprawdę nie rozumiem tego rodzaju weryfikacji, bo wystarczyło po prostu wcześniej zadzwonić do Mazurka i dopytać. „Król TVN-u” nie musiał w tym celu sprawdzać tajnych akt i siedzieć nad nimi godzinami, wystarczył jeden telefon. Ale nawet to było za dużo.
Niezrozumiałe zarzuty
I tym pięknym sposobem przejdziemy do tematu, który chciałam poruszyć wcześniej, ale życie prywatne mnie ostatnio nie rozpieszcza. Otóż dojdziemy do materiałów Marii Wiernikowskiej, która pojechała do Rosji, żeby pokazać, jak ten kraj wygląda „od środka”. I do których Kuba Wojewódzki też miał zarzuty. Tutaj trzeba przyznać, że Wojewódzki się przygotował, bo obejrzał aż sześć odcinków z trzyodcinkowej serii, więc „szapoba”. Ja obejrzałam tylko trzy. I naprawdę zachodzę w głowę, co w tym było prorosyjskiego? Ja, na przykład, po obejrzeniu całości doszłam do wniosku, że nigdy nie chciałabym żyć w tym kraju. Maria Wiernikowska prowadzi swoje materiały lekko, nawet jeśli dotykają poważnych tematów, bo posiada umiejętność rozmawiania z ludźmi. I z nimi rozmawia. A oni opowiadają. I naprawdę, po tym trzęsieniu ziemi, które wybuchło w Kanale Zero po publikacji tego materiału (na znak protestu odeszło stamtąd paru dziennikarzy; jeśli się nie mylę m. in. Jarosław Wolski) tracę wiarę w ludzi.
Czy wolno nam jeszcze myśleć samodzielnie?
Odnoszę bowiem wrażenie, że współczesne dziennikarstwo polega na tym, że trzeba dokładnie wskazać ludziom palcem, co jest dobre, a co złe. Że trzeba im wytłumaczyć, co mają myśleć. Kiedy widziałam Rosjan, którzy się w tym materiale wypowiadali, byłam przerażona, że można być aż tak zindoktrynowanym, tak zamkniętym w swojej bańce. Ale Maria Wiernikowska popełniła jeden, niewybaczalny błąd. Ona nie powiedziała potem widzom: „O, patrzcie, jaki zmanipulowany”. Ona po prostu pokazała te wypowiedzi, ale pozwoliła widzom samodzielnie wyciągnąć wnioski. Zastanawiam się w takim razie, kto jest bardziej prorosyjski, skoro z takiego materiału ktoś wyciągnął wnioski, że został zrobiony „ku chwale wielkiej Rosji”. Ja tego nie widziałam. Ja tym ludziom po prostu współczułam. Naprawdę.
Należy pokazywać nieprawdę?
Czytałam też zarzuty, że pokazała, że w Rosji są centra handlowe, że mają tam jakieś rozrywki i że na straganach naprawdę można coś kupić, a nie że rozstawiają je dla samego rozstawiania, a potem tam bezczynnie siedzą, bo i tak nie mają nic innego do robienia. Czyli, jak rozumiem, miała udawać, że tego nie ma? Miała przekłamać w tym materiale? Celowo chodzić po jakichś podejrzanych zaułkach, żeby udowodnić ludziom, że Rosja to nic innego, jak bieda i nędza? Czy podpalić to centrum handlowe i stragany, żeby potem powiedzieć z satysfakcją „patrzcie, jacy biedni”? A może ten materiał pokazał co innego? Że te sankcje, które Unia Europejska nakłada na Rosję, wcale nie działają. Przecież ja na samym początku wojny na Ukrainie słyszałam, że nałożyliśmy na Rosję już takie sankcje, że rok, góra dwa i Rosji praktycznie nie będzie. Tymczasem wojna trwa już cztery lata i teraz to Rosja jest bardziej dominującą stroną.
Podwójne standardy?
Okazuje się również, że Maria Wiernikowska naraża swojego operatora na niebezpieczeństwo, zmuszając go do tego wyjazdu. Nie wiem, skąd informacje o jakimkolwiek zmuszaniu? Podejrzewałam raczej, że zaproponowali konkretnemu człowiekowi takie zadanie do wykonania, a on się zgodził. Być może o czymś nie wiem. Zadaję sobie w takim razie pytanie: a co z Ukrainą? Czy kiedy dziennikarze i ich operatorzy jadą tam, żeby realizować reportaże z frontu, nie narażają się na niebezpieczeństwo? Dlaczego o tym się nie mówi? Super bezpiecznie tam na pewno też nie jest. Wtedy jest w porządku? Było też o tym, jakim cudem kobieta dostała w ogóle akredytację dziennikarską. Problem polega na tym, że wcale jej nie dostała. Nie mogła wchodzić na pałę, gdziekolwiek chciała. Ona to nagrywała z ulicy, z ogólnodostępnych miejsc albo z pociągu. Z tego co pamiętam, dostała jakąś „kartę influencera”, żeby tam wjechać, ale jakie to jej dawało uprawnienia, nie mam pojęcia. Ona też nie wiedziała.
Trzecia strona medalu
Zresztą, Maria Wiernikowska była też w Strefie Gazy. Dokładnie wtedy, kiedy wybuchło tam całe szambo, kiedy Ż dokonywali ludobójstwa na Palestyńczykach. I co, wtedy nie narażała swojego operatora na niebezpieczeństwo? Nie rozumiem tej logiki. Z tamtych materiałów mogliśmy zresztą dowiedzieć się, czarno na białym, jaki stosunek do Polaków mają obywatele Izraela. Nie, żebyśmy wcześniej o tym nie wiedzieli, ale w tamtych reportażach Wiernikowska zaczepiała przypadkowych ludzi, którzy byli przekonani, że Polacy mordowali Żydów. Na odpowiedź, że to nie Polacy, tylko Niemcy, mogliśmy usłyszeć odpowiedź: „Tak, ale Polacy im pomagali”. Ale po tamtych materiałach było jeszcze spokojniej, bomba wybuchła, kiedy dziennikarka postanowiła pokazać Rosję od środka. I widocznie to było nie do przetrawienia, bo okazało się, że Rosja wcale nie jest taką ruiną, jak nam to media przedstawiały. Nie, żeby było tam sielsko i anielsko, ale kamień na kamieniu jeszcze stoi. Sankcje nie działają, a zapewniano nas, że działają. I może o to jest ten cały raban?
M.
Nawiasem Pisząc
Podwójne standardy
My jesteśmy niepodrabialni jako naród. Zdecydowanie: niepodrabialni. Bo czy wyobrażacie sobie, żeby w jakimkolwiek innym kraju, tuż po tym jak wyszły naprawdę kompromitujące fakty na temat partii rządzącej, tłum najbardziej obruszył się tym, że prezydent w końcu się zdenerwował i wytłumaczył idiocie, że jest idiotą? A u nas, proszę bardzo: jak kraść, to miliony, jak kochać, to nie tylko dzieci, ale też psy… ale podnosić głos na dziennikarza TVN-u? Skandal, nie godzi się! Pewnie teraz mu przykro. Zamknął się w łazience i od dziesięciu godzin nie chce wyjść! Mamusia mu musi jedzenie przez drzwi podawać.
Słuszne oburzenie?
Wiecie, że ta cała afera z frankami kojarzyła mi się do tej pory głównie z dwoma politykami? Z Ryszardem Petru, który zachęcał ludzi, żeby brali kredyty we frankach, bo są super pewne i bezpieczne. A potem śmiał się z tych ludzi, że co za kretyn bierze kredyty w obcej walucie i potem się dziwi, że trzeba płacić po kursie? A ci kretyni, którzy na niego głosowali, potem razem z nim śmiali się z innych kretynów, którzy na niego głosowali, ale ci pierwsi akurat w tamtym okresie nie potrzebowali kredytu. Śmiali się, że przecież trzeba było się słuchać Ryśka. Drugim takim politykiem jest Roman Giertych, który lubi od czasu do czasu (zwłaszcza od 2023 roku) odpalać się, że frankowicze wciąż czekają na pomoc, a PiS nie robi nic, podkreślam: NIC (tu należy wstawić długi ciąg wykrzykników przerywanych jedynkami, żeby to odpowiednio wybrzmiało), żeby tych ludzi w jakikolwiek sposób wesprzeć! Nic, a nic!
Nasz cyrk… nasza foka i nasz koń
Cóż, taka to rola konia, żeby od czasu do czasu rżeć, ale jednak wypadałoby zachować jakieś resztki przyzwoitości. Bo kancelaria Giertycha na tych frankach zarobiła już ponad 8 milionów złotych. I w sumie, co chłopu żałujecie, wredny PiS nie chciał pomóc, więc on przyszedł i zrobił, naturalna sprawa, prawda? Tak by było, gdyby nie fakt, że procesy frankowiczów były bardzo konsekwentnie sabotowane – przez pana Sebastiana, na którego wszyscy wołają „Foka”, a tak się składa, że to bliski kumpel Giertycha. A to składał nieprawdziwe oświadczenia, a to popełniał błędy na poziomie proceduralnym. Normalna kancelaria już by takiego gagatka wzięła na dodatkowe szkolenia, opierdzieliła, w najgorszym razie zasugerowała szukanie nowej pracy, ale Romek widocznie rozumie, że foka to foka i nie ma co od niej oczekiwać cudów. Pan Sebastian na razie jest na poziomie obracania piłki na własnym nosie przy jednoczesnym klaskaniu – uczy się więc i rozwija. A w tym czasie pan Roman może batem okładać ten wstrętny PiS, że tak ludzi zostawił bez pomocy.
Krystaliczny poseł!
W międzyczasie kasa do kieszeni strumieniem spływała, ale podobno dzielny Roman ani razu nie zemdlał w tym czasie. Każde takie opóźnienie było mu, bardzo niewygodnie, na rękę. I za każde takie opóźnienie była przyznawana premia, więc z góry widać, że to jeden, wielki przypadek. Oczywiście, od wyjaśniania i załatwiania jakichkolwiek nieprawidłowości (bo teraz mamy do czynienia z nieprawidłowościami jedynie, drodzy Państwo, gdyby to się zdarzyło w partii PiS byłaby to skandaliczna kradzież) w szeregach Platformy, jest Donald Tusk. Więc przyszedł i wyjaśnił, że w sumie ma to w poważaniu, bo on ocenia Romana Giertycha jako posła, a nie adwokata. A posłem, Drodzy Obserwujący, jest PRZE-UCZ-CI-WYM! W życiu uczciwszego nie znajdziecie.
Prywatne kontakty
Chociaż trochę się dziwię, jakim cudem taki troskliwy mąż, ojciec i dziadek aż tak nie interesuje się prawniczą działalnością swojego kolegi, bo tak się składa, że Giertych reprezentował też jego i jego rodzinę. Między innymi dlatego jego córka trafiła na nagrania z Pegasusa, a sam Tusk rozkręcił z tego powodu kolejną aferę. No, chyba że jego córka zadzwoniła tylko do wujka Romana, żeby się go zapytać, jaką szczotę następnym razem zabrać do czesania jego długiej grzywy, po tym jak tam się gdzieś wybiorą na wspólny galopik. Jeżeli teraz coś sobie niejednoznacznie wyobrażacie, to przestańcie, proszę Was. Naprawdę, przestańcie. Bo zaraz będę Wam musiała napisać, że w tej partii wcale nie jest tak źle, jak się Wam wszystkim wydaje. Jest jeszcze gorzej. I zaraz będę musiała Wam ten sielski obrazek zniszczyć.
Skomplikowane powiązania
Tak naprawdę nie wiem, od czego to niszczenie mam zacząć? Czy od tego, że prawie zawsze w takich sprawach, jakiś parszywiec dobierający się do dzieci okazuje się być związany z KO? A to Józefaciuk zapraszał jakiegoś do Sejmu, a to syn posłanki KO popełnia samobójstwo, bo ktoś opublikował jego dane… i tylko dlatego, bo w przekazie medialnym dość mocno umyka fakt, że chłopak był molestowany przez… działacza KO. Ale to by było zbyt brutalne, więc może napiszmy to jakoś lżej. Otóż, kiedy posłowie KO tak mocno krytykowali prezydenta za weto tej ustawy, co to niby tylko nie pozwalała trzymać psów na łańcuchu, to tylko i wyłącznie dlatego, że oni ze swojego całego i szczerego serca… kochają psy. A rzecz dotyczy jednej z działaczek partii, która wplątała się w związek, jaki na FB określilibyśmy jako: „To skomplikowane”.
„Czy przestał Pan…?”
Na początek, żeby być wierną wobec faktów. A więc facet tej kobiety został skazany na 25 lat więzienia za znęcanie się nad partnerką i jej dzieckiem. I tutaj nie ma co oceniać, źle trafiła na chłopa, chłop okazał się sk****lem – co jakiś czas w Polsce, niestety, słyszy się o podobnych historiach. Tylko nie tym razem, bo niestety ta pani również usłyszała wyrok – 6,5 roku. Za ukrywanie sprawcy, nie udzielenie pomocy dziecku i… zabawianie się ze zwierzętami. Był kiedyś wywiad Bogdana Rymanowskiego ze Sławomirem Mentzenem. Polityk upierał się, że nie da się odpowiedzieć na każde pytanie „tak” lub „nie”, a taki sposób odpowiedzi narzucała mu formuła tego wywiadu. Kiedy Rymanowski wciąż nalegał, że się da, Mentzen zadał mu pytanie: „Czy przestał pan już molestować swojego kota nocą w piwnicy?”. Po tym pytaniu zapadła chwila ciszy, a potem sam Rymanowski się roześmiał. Cóż, obawiam się, że gdyby takie pytanie padło w tej sytuacji, cisza mogłaby być znacznie dłuższa, a śmiech po niej dużo bardziej nerwowy.
Bardzo chcielibyśmy to nagłośnić, ale…
Oczywiście tylko na takie afery czekali dziennikarze mediów głównego ścieku. Już tylko zacierali rączki, czekając, aż znajdzie się coś stawiającego w gorszym świetle KO, stanęli na starcie, szykując się do biegu i… nic się nie stało. Obie te afery nagle się rozpłynęły, a przekazem dnia stał się wybuch gniewu Karola Nawrockiego, który po prostu podszedł do dziennikarza TVN-u, żeby mu wytłumaczyć, co mówił na konferencji, bo biedak nie zrozumiał. Wiecie pewnie, jak to jest z idiotami? Niby człowiek wie, że nie powinien się irytować, bo idiota znowu nie zrozumiał, taki się urodził, nie jego wina, trzeba wspierać, ale jednak ma się ochotę czasem na niego fuknąć, bo ile można powtarzać to samo? No właśnie. I to właśnie ten krótki wybuch złości sprawił, że… nie mamy już o czym innym mówić. Walić Giertycha, który znowu nas wali na miliony, walić panią, która być może waliła psy i walić innych zboczeńców powiązanych z KO. Teraz mamy grubą aferę. Nawrocki się wkurwił.
Cierpliwość prezydenta
Wiecie, to już nawet nie jest zabawne, bo niektórzy opisują to zdarzenie tak, jakby dziennikarz TVN-u kompletnie pobity trafił do szpitala i musiał być utrzymywany przez miesiąc w śpiączce farmakologicznej. Jakby Karol Nawrocki urządził sobie na tej konferencji ustawkę, oklepał pysk temu facetowi, a potem splunął i poszedł dalej. A ja Wam napiszę, że trochę Nawrockiego rozumiem – od kiedy został kandydatem na prezydenta, codziennie musi mierzyć się z obrzydliwymi atakami. Na siebie, na swoją żonę i na swoje dzieci. I w końcu nie wytrzymał, podszedł do dziennikarza, który zadawał mu pytanie, na które odpowiedział zresztą parę chwil wcześniej, właśnie na tej konferencji, wkurzony widocznie, że musi oczywiste rzeczy trzy razy powtarzać. Tutaj nie ma wiele więcej do dodania – poza tym, że jak będziecie wybierać się gdzieś na wakacje, to zostawiajcie swoje zwierzaki pod opieką kogoś, kto nie jest działaczem KO.
Nie twierdzę, że oni wszyscy tak mają, ale wiecie – licho nie śpi.
M.
Nawiasem Pisząc
Budowany od lat przemysł pogardy i nienawiści
Szczerze Wam napiszę, że nie przepadam za Dariuszem Michalczewskim. Ani mnie specjalnie nie ciągnęło do jego walk, kiedy zawodowo uprawiał boks, ani tym bardziej po zakończeniu kariery. Często jak się wypowiadał, zastanawiałam się, czy przypadkiem jednak za dużo w głowę nie oberwał. Głównie dlatego, że lubił wypowiadać się na tematy polityczne, a sympatyzował raczej z tym środowiskiem, do którego mi daleko. A jednak to właśnie Dariusz Michalczewski wykazał się honorem. Napisałabym, że jak ktoś jest sportowcem to honor nie jest dla niego uczuciem obcym, ale w porę przypomniałam sobie, ilu sportowców po zakończeniu kariery zapisało się do KO, więc zrezygnowałam.
Prawy sierpowy Michalczewskiego
A o co chodzi? Otóż popularny „Tiger” wyznał niedawno, że nakłaniano go do… udziału w kampanii, nie bójmy się tego słowa, nienawiści w stronę Karola Nawrockiego. Bokser miał być namawiany do opowiadania bzdur na temat ówczesnego kandydata na prezydenta. Jakich? Pewnie zarzutów o bycie alfonsem. Michalczewski nie dość, że odmówił, to jeszcze stwierdził, że Nawrocki jest „równym gościem”. To musiał być mocny cios dla salonu, z którego jednak wywodzi się pięściarz. A skoro Michalczewski odmówił, to trzeba było ratować się postacią znaną, Jackiem Murańskim. Cóż, nie wyszło im to chyba tak, jak planowali. Zastanawiam się, czy może jeszcze Marcina Najmana nie zwerbowali, bo on ostatnio też zaczął politykować. I to tak, że zęby bolą. Bardzo rozbawił mnie jego wpis: Wielki błąd Panie Prezydencie. Historia o tym nie zapomni. Starałem się to Panu wytłumaczyć. Nie udźwignął Pan tego na temat zawetowania ustawy SAFE, czyli tego kredytu, co wszyscy wokół bardzo chcą, żebyśmy wzięli. Tak bardzo chcą, że mimo prezydenckiego weta już zapowiadają, że nam go wcisną. W ten sposób niedługo cały system prawny nam pierdzielnie, bo prezydent będzie wetował, a rząd i tak zrobi, co chce.
Depresja Szymona Hołowni?
Ofiarą ich nagonki padł również Szymon Hołownia, którego oskarżono, że… choruje na depresję. Redaktor Nizinkiewicz, który dokonał tego wielkiego odkrycia, oczywiście dał do zrozumienia, że depresja to ciężka choroba i należy wspierać takie osoby, podkreślając, że dzień, w którym pisał swojego paszkwila, akurat był Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. Swój chłop, tylko że w całym artykule sugerował, że Hołownia z racji choroby i przyjmowania leków być może nie nadawał się do sprawowania funkcji marszałka Sejmu i nie wszystkie jego decyzje były rozsądne. Pił oczywiście do zaprzysiężenia prezydenta. A skąd pan „dziennikarz” czerpał informacje? Podobno z „otoczenia” ówczesnego marszałka, bo z nim samym się nie kontaktował, po co? A wiecie jak na początku zareagowało środowisko, kiedy Hołownia napisał o wszystkim na swoich mediach społecznościowych? Ano, przyznali rację Nizinkiewiczowi. Pod jego wpisem na X-ie wyrazy wsparcia widziałam tylko… z prawej strony. Aha, i Szymon Hołownia w swoim wpisie zaprzeczył jakoby chorował na depresję.
Gorzej miał Cenckiewicz
Przyznać jednak trzeba, że po tym wpisie Nizinkiewicz i cała Rzeczpospolita przeprosiła i artykuł usunęła. Co syfu zdążyli tym artykułem narobić, narobili, ale Hołownia przeprosiny oczywiście przyjął, bo to dobry chłopak jest. Szkoda tylko, że ta cała sytuacja nie dała mu do myślenia, w jakim środowisku się tak naprawdę obraca. Bo przypomnę, że Sławomir Cenckiewicz nie miał tyle szczęścia. Szczegóły jego stanu zdrowia bezlitośnie opublikowali, sugerując, że w wyniku swojej choroby nie może sprawować funkcji, którą sprawuje, bo nie powinien mieć dostępu do pewnych akt. Tam przepychanka trwała przez kilka ładnych tygodni i nikomu nie spieszyło się Cenckiewicza przepraszać. On jest niewygodny, kiedyś dokopał się do prawdy o Wałęsie, więc cholera wie, do czego może się jeszcze dokopać. Być może dlatego aż tak bardzo atakują Karola Nawrockiego, bo też się go boją. Ostatecznie pracował w IPN-ie, cholera wie, co tam się mogło na nich wszystkich znaleźć.
Dlatego aż tak nienawidzą Nawrockiego?
Bo naprawdę nie widzę innych powodów, dla których mają go aż tak nienawidzić. To już nie wygląda tylko na frustrację po przegranych wyborach. Teraz znowu się zmobilizowali w sprawie prezydenckiego weta dotyczącego programu SAFE, o którym już wcześniej pisałam. Mnie się wydaje, że jeśli bankowi bardziej zależy, żebyś wziął kredyt, niż Tobie, to widocznie jest w tym kredycie coś takiego, co sprawia, że bardziej opłaca się bankowi go udzielić, niż Tobie brać. Zresztą mam wrażenie, że kiedyś już przerabialiśmy całkiem podobną aferę z kredytami we frankach. Dotyczyła zupełnie czego innego, jasne, ale zasady były te same. Oczywiście wyszli gorący zwolennicy Tuska, żeby protestować przeciwko temu wetu, trzymając tabliczki z obraźliwymi hasłami w stronę Nawrockiego i widocznie uznali, że taka forma przekazu skłoni prezydenta do zmiany opinii. Przodowała tam, oczywiście, Babcia Kasia, która nie przepuści żadnej okazji, żeby nie zrobić zadymy na ulicy. I Joanna Szczepkowska. Już raz o niej pisałam, więcej nie chce mi się tracić więcej czasu na tę starą wariatkę. Napiszę więc tylko, że ta pani odpaliła się tak bardzo po zwycięstwie Karola Nawrockiego, że też zaczynam się zastanawiać, czy w jej stronę również nie padła delikatna sugestia, żeby zaczęła z siebie idiotkę publicznie robić.
Żonglowanie emocjami
To jest właśnie przemysł pogardy, który zbudował Donald Tusk. Jest on tak skuteczny, że ci ludzie wciąż są święcie przekonani, że to Jarosław Kaczyński jest jedynym człowiekiem, który podzielił Polaków (nie twierdzę, że tego nie robił, ale przynajmniej taką samą robotę wykonywał tutaj Tusk – a teraz wykonuje większą) i że PiS jest partią prorosyjską. To ostatnie mnie zawsze będzie śmieszyło, bo przypominam sobie czasy po tym, co działo się w Gruzji, a potem po Smoleńsku. Ale jeśli przypomnisz o tym w dyskusji, usłyszysz jedynie, że – no właśnie – „czasy się zmieniają”. Premier doskonale wie, co robi. Pobudza nie tylko emocje, ale też najbardziej prymitywne odruchy u ludzi. Dlatego z całej ustawy łańcuchowej słyszeliśmy tylko o biednych pieskach na łańcuchach, z ustawy wiatrakowej, że Nawrocki nie chce dać Polakom tańszego prądu i tak dalej, i tym podobnie. W przypadku SAFE podjudza jednak najbardziej prymitywne ludzkie emocje, jaką jest między innymi strach.
