Nawiasem Pisząc
Komu nie zależy na bezpieczeństwie polskich granic?
Do sieci trafiła informacja, że na teren Polski przedarł się białoruski żołnierz i próbował uszkodzić płot na granicy. Podobno był uzbrojony. Niestety nie udało się go złapać. Jeżeli to nie jest dowód na to, że sytuacja na granicy polsko-białoruskiej jest prowokacją Łukaszenki i Putina oraz że jest ona zagrożona, to nie wiem, co nim jest. Do tej pory zaciekli przeciwnicy naszej Straży Granicznej uważali, że to kobiety i dzieci, w najgorszym wypadku lekarze i inżynierowie. Ogólnie nieszkodliwi ludzie, biedni, wykończeni i, rzecz jasna, pokojowo nastawieni. Optyka im się zmieniła, kiedy pogranicznicy zaczęli publikować nagrania z poszczególnych incydentów. Całkiem niedawno opublikowano inne nagranie, na którym widać, jak ci biedni inżynierowie również próbują przeciąć zaporę z drutu kolczastego, a inni rzucają kamieniami w polskich funkcjonariuszy. Niezbyt pokojowe to zachowanie, więc zwolennicy przyjmowania do kraju wszystkich jak leci wpadli na inne wyjaśnienie. Była to, Drodzy Czytelnicy, prowokacja… Kaczyńskiego. Tak, prezes PiS-u zakradł się nocą na terytorium Białorusi (w tym celu sam wcześniej uszkodził płot), a potem rzucał w Straż Graniczną kamieniami. Oczywiście, za ich wiedzą i zgodą, nie mogło być inaczej. A może po prostu strażnicy przerzucili go przez to ogrodzenie, jak kiedyś obywatelkę Konga w ciąży.

Uchodźcy, dywersanci, wagnerowcy?
Szkoda, że nie udało się schwytać tamtego człowieka, bo ciekawa jestem, jak wytłumaczyliby to ci przepełnieni współczuciem i tolerancją? Teraz można śmiało mówić, że to wcale nie białoruski żołnierz, tylko polski pogranicznik. A skąd miał mundur? Pewnie pożyczył. Według mnie nie ma żadnej wątpliwości, kim był ten mężczyzna, bo ci głodni i wykończeni ludzie nie daliby rady sforsować ogrodzenia. Chociaż cholera ich wie, oni potrafią sześć dni pływać rzeką praktycznie bez przerwy. Ale żarty na bok, bo sytuacja jest coraz poważniejsza – Łukaszenka poczyna sobie coraz śmielej. Doszło do nielegalnego przekroczenia granicy przez żołnierza innej armii. Pytaniem pozostaje, kogo chciał on wpuścić na terytorium Polski? Tylko tych biednych „uchodźców”, potencjalnych dywersantów, a może nawet członków Grupy Wagnera, która przecież całkiem niedawno zabawiała się niedaleko naszej granicy? Chociaż wagnerowcy muszą się przeorganizować, zresztą niedawno odgrażali jej, że jeśli śmierć Prigożyna się potwierdzi, to oni zrobią pucz w wersji 2.0. Bóg jeden wie, co tam się u nich dzieje. Próbuję znaleźć informacje, czy Białoruś jakoś odniosła się do tej sytuacji, ale nie widzę. Podejrzewam, że wyjaśnienie brzmiałoby, że to samowolna akcja jednego mundurowego, ale tak sobie chciałoby mi się w to wierzyć.
Słuszny zachwyt mediów?
Czyli tak, podsumujmy. W ostatnich miesiącach mieliśmy informacje o Grupie Wagnera niedaleko granicy, kilka, jeżeli nie kilkanaście prób wtargnięcia na teren Polski (w tym raz granicę próbowało sforsować 95 osób) i białoruskiego żołnierza, który dostał się na nasz teren i próbował przeciąć zapory. Jeden z liderów białoruskiej opozycji demokratycznej i były ambasador Białorusi w Polsce, Paweł Łatuszka, ostrzegał na początku sierpnia, że możliwe jest wtargnięcie uzbrojonych ludzi na teren Polski i ostrzelanie białoruskiej straży granicznej. Według niego to może być założenie akcji dywersyjnej, która miała być opracowywana w Mińsku i Moskwie. Białoruskie wojsko prowadzi ćwiczenia blisko granicy z Polską i Litwą niemal od początku wojny na Ukrainie. W tym czasie polskie media rozpływają się w zachwytach nad nowym filmem Agnieszki Holland, z dumą piszą o nagrodzie specjalnej na festiwalu w Wenecji (ciekawa jestem, czy to taka sama nagroda jak ta dla najsympatyczniejszej kobiety na wyborach miss dla Janoszek; według mnie znaczy to tylko tyle, że były tam lepsze filmy, pewnie dużo lepsze, ale dzieło reżyser trzeba było odpowiednio „docenić”) oraz o tym, że po zakończeniu filmu publiczność w Wenecji wstała i klaskała przez piętnaście minut.
Luźne skojarzenie
Zastanawia mnie, czy nie wyglądało to w ten sposób, w jaki opisywała to Dorota Terlikowska w swojej książce „Ono”. W pewnej szkole zorganizowano uroczystości żałobne po śmierci Stalina. Dyrektor najpierw wystosował płomienne przemówienie wychwalające rosyjskiego dyktatora, a potem zastanawiał się, jak jeszcze uczcić jego pamięć, żeby działacze komunistyczni tam zgromadzeni byli usatysfakcjonowani. „Minuta ciszy? Nie, to banalne, będą zawiedzeni. Pięć minut? Nieee, to musi być coś ekstra, żeby nikt nie miał pretensji”. Główkował tak, coraz bardziej zestresowany i spocony, aż w końcu zarządził, że dziesięć minut ciszy i stanie na baczność będzie w sam raz. No i tak stoją i milczą. Minęła pierwsza minuta, druga, trzecia. Ale niedługo już ktoś zaczął delikatnie przestępować z nogi na nogę, ktoś delikatnie zachrząkał, ktoś inny cichutko kaszlnął. Nikt jednak nie miał odwagi przerwać tego cyrku, każdy bał się konsekwencji. Z dziesięciu minut zrobiło się piętnaście, z piętnastu – dwadzieścia. Wszyscy stali, chociaż zaczynały już boleć mięśnie, kręgosłup, stopy. W końcu jeden z nauczycieli machnął na to ręką i usiadł. Ludzie odetchnęli z ulgą i natychmiast poszli za jego przykładem z wyrazem bezgranicznej wdzięczności na twarzach. Nauczyciel następnego dnia w szkole się już nie pojawił. Nie wiem, to takie luźne skojarzenie, ale patrząc na przekonania pani Holland może całkiem słuszne? Wydaje mi się jednak, że całe to piętnastominutowe klaskanie to bogata wyobraźnia naszych dziennikarzy.

Kto usiądzie w kinie?
Wiele z nich jest tak zachwyconych najnowszym filmem pani Agnieszki, że zapomnieli o jednym, małym szczególe. Twórczość Holland została doceniona nie tylko w Wenecji. Bardzo pozytywne recenzje zebrała również w… reżimowych mediach na Białorusi. Wychwalają ten obraz i przekonują, że zawiera on „faktyczne wydarzenia”. Ten wątek umknął większości mediów głównego nurtu w Polsce, ale za to znaleźli oni powód, żeby uderzać w Straż Graniczna, która apeluje do ludzi, żeby na film nie szli, nawiązując do słynnego hasła z II wojny światowej: „Tylko świnie siedzą w kinie”. Bo jakże to tak porównywać takie wybitne dzieło porównywać do nazistowskiej (bo przecież nie niemieckiej!) propagandy. Cóż, ja słyszałam wypowiedzi pani reżyser dotyczące jej interpretacji wydarzeń na granicy i jeżeli w filmie są przedstawione w taki sam sposób, to tak – jest to propaganda. Może nie niemiecka, tylko rosyjska lub białoruska, ale w dalszym ciągu propaganda. I zgadzam się z naszą Strażą Graniczną. Do kina na „Zieloną granicę” się nie wybiorę. Na mnie pani Holland nie zarobi ani grosza. Nie obejrzę go też, także kiedy trafi na streamingi, bo nie przyłożę ręki do kolejnej fali w polskich mediach: „Film Holland z rekordową liczbą wyświetleń. Gratulujemy!”. No nie. Dlatego dokładnej recenzji filmu Wam nie napiszę. Zresztą musiałabym się wcześniej skonsultować z lekarzem lub farmaceutą, bo to na pewno jest szkodliwe dla zdrowia i głowy. A o zdrowie trzeba dbać, ma się tylko jedno!
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Smutna złego końcówka
Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?
Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia
Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:
– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?
– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*
– No pan podpisał tę ustawę.
– No dobrze, no, podpisałem.
– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.
– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…
– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?
– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.
– Żałuje pan tego?
– Nie.
Twardym trzeba być…
Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.
M.
Nawiasem Pisząc
Żenujący popis posła Treli
Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa
Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.
Podwójne standardy
Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.
M.
Nawiasem Pisząc
Zły wpis w złym momencie
Ten wpis Jana Grabca pojawił się już kawał czasu temu. Zapisałam go sobie z planem opublikowania w ciągu maksymalnie 2-3 dni, a że z planów wyszła figa z makiem – jeszcze raz przepraszam. Mimo to, wracam do niego, bo niesamowicie mnie on uwiera. I nie potrafię sobie odpuścić, bo to był po prostu wpis wybitnie głupi… i zły. Już nie będę odnosić się do tego, że Polska w 1939 roku sama sobie szukała wrogów (w domyśle, jak rozumiem, mam sobie dopowiedzieć: „ma co chciała”?), bo że jest to bzdura, chyba wszyscy wiemy doskonale. Świeżo po odzyskaniu niepodległości myśleliśmy sobie, jak tu się jeszcze pogrążyć. Za dobrze nam było. Koniecznie musieliśmy coś pokomplikować, no i nam się oberwało… To już tak ironicznie piszę, z czystego przyzwyczajenia, bo głupotę naszych polityków można tylko ironizować – cóż nam innego pozostało? Albo gorzkie łzy, albo pusty śmiech. Ja zresztą doskonale rozumiem, co autor miał na myśli, bo to były echa ustnej (a raczej internetowej) przepychanki Karola Nawrockiego z Donaldem Tuskiem, wynikającej z tego, że ten pierwszy powiedział parę słów na temat Powstania Wielkopolskiego, a ten drugi wściekł się, że „znowu mu Niemcy atakujo”. Klasyka, przyzwyczailiśmy się. Do tego, że politycy KO dwoją się i troją, żeby wyciągnąć swojego szefa za każdym razem, kiedy się kompromituje – też.

Nasi przyjaciele, Niemcy
Nawet niespecjalnie uwiera mnie to, że oni mają Niemców za naszych najwspanialszych, bezinteresownych przyjaciół. Nie chce mi się tłumaczyć, że podchodzenie z nieufnością i sceptycyzmem to nie to samo, co usilne szukanie sobie wroga. Kto umie patrzeć, ten widzi, że Niemcom na przyjaźni z nami akurat nie zależy. Nikt nie twierdzi, że lada dzień zaatakują nas dronami, rakietami i czołgami, ale łudzenie się, że im zależy na jakimkolwiek naszym rozwoju gospodarczym jest głupotą. Ja w ich postulatach, decyzjach i ogólnym zachowaniu dostrzegam raczej chęć zrobienia sobie z nas skupiska rzeczy niepotrzebnych. Bo te wiatraki od Siemensa nie sprzedają się tak, jakby chcieli; bo tych elektrycznych super-luksusowych samochodów z do połowy rozładowaną baterią nikt już u nich nie chce, a po co mają się marnować? Ekonomia! Ach, i tutaj nie wszyscy inżynierowie i chirurdzy się dobrze zaaklimatyzowali, więc możemy się podzielić! Tych to oddamy nawet za darmo, znajcie nasze dobre serca! Wszystko się da przecież po dobroci załatwić. Wystarczy rozmawiać, a Wy, drodzy Polacy, i wiatraczki będziecie mieć, i zużyte auta elektryczne, a w ramach promocji dorzucimy Wam chirurgów z Afryki, bo plotki jakieś chodzą, że u Was w tej ochronie zdrowia to tak nie bardzo, prawda? No, to macie, przyjmijcie. I nie narzekajcie. My to wszystko z dobrego, szczerego serca robimy. Odrobinę wdzięczności tylko wymagamy, to chyba nie za dużo? Zamienili po prostu jedną metodę na drugą.
Śmiać się, żeby nie płakać
Dobrze, bo znowu się nabijam, a temat jednak poważny. Z drugiej strony, jak tu się nie śmiać, skoro ostatnie wystąpienia premiera na arenie międzynarodowej skończyły się tak, że nie dość, że sami sobie reparacje wypłacimy, to jeszcze podarujemy je Ukraińcom w imieniu Rosjan. Tacy skuteczni jesteśmy! Śpimy na pieniądzach, Drodzy Obserwujący, i w dupach nam się poprzewracało, tyle Wam napiszę. Przyznajcie jednak szczerze – jak tu nie kpić z czegoś takiego? Ten wpis brzmi słabo z jeszcze innej strony. Reprezentanci naszego państwa pozwalają sobie na takie bezmyślne wpisy w czasie, kiedy historia jest notorycznie zakłamywana, bo państwa, które w przeszłości przelewały najwięcej krwi w imię nie wiadomo czego, dzisiaj nie bardzo chcą się do tej swojej ponurej historii przyznawać. Lepiej rozmydlać winę na inne narody. A jak jest okazja, to i nakłamać do potęgi. Przecież ten tekst powstał w czasach, kiedy nasi wspaniali sąsiedzi postawili uporać się z własną historią na swój sposób za punkt honoru.
Konsekwentne rozmydlanie win
W czasach, kiedy Niemcy nie ograniczają się tylko do tłumaczenia o złych nazistach, którzy napadli i ich zmusili – za to coraz bardziej otwarcie mówią, że Polska w sumie tę II wojnę światową sprowokowała, a w ogóle to nie przesadzajcie. Kiedy Izrael łaskawie przyznaje, że OK, Holocaust to głównie Niemcy, ale nie tylko, bo Polacy im pomagali – i gdyby nie oni, to by im się na pewno nie udało. Kiedy jakakolwiek pamięć o Wołyniu jest uciszana narracją o ruskich trollach, a w ogóle to Ukraińcy nie chcieli, ale musieli, bo Polacy im cerkwie zamykali. Takie tłumaczenie to już klasyka. I weź wytłumacz własnym rodakom, że tak barbarzyńskie tortury stosowane na Polakach być może nie są współmierną karą za zamknięcie iluś tam cerkwi. Nie wspominając już o Rosjanach, którzy za Jelcyna przyznali się do Katynia, za Putina już im się coś nie zgadza (oglądałam kiedyś materiał, w którym pytano właśnie Rosjan o Katyń – wielu z nich jest przekonanych, że ten Katyń to zbrodnia… niemiecka), ale czegokolwiek by tak naprawdę nie zrobili, powinniśmy im być wdzięczni, bo nas wyzwolili. Wyzwolili, prawda? Czas, żebyśmy przyjęli to na klatę. A to, że oni po prostu odpierali Niemców na naszym terytorium; że to wyzwolenie polegało na mordowaniu, gwałceniu, podpalaniu czy rabowaniu i że zaraz potem zniewolili nas znowu na ponad czterdzieści lat, to już trudno. Wyzwolili, to wyzwolili. Takie są fakty, a z nimi się podobno nie dyskutuje.
Kiepscy asystenci
To, że inne państwa, którym ciąży niezbyt chlubna historia, próbują się od niej odgrodzić i rozmemłać tę winę na wszystkich wokoło po równo (dbając przy okazji o to, żeby ich „równa” połowa była jak najmniejsza) niezbyt mnie dziwi. Kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie natomiast to, że nasi politycy tak bardzo ułatwiają im pracę. Wcześniej swoją bezapelacyjną mądrością popisała się Barbara Nowacka, której wymsknęły się brednie o „polskich nazistach”. Ale to tylko dlatego, że się przejęzyczyła! A że czytała z kartki? Pewnie asystent napisał. W tych kręgach nabór na asystentów trwa cały bity rok – mam wrażenie, że oni im tam służą tylko i wyłącznie jako kozły ofiarne. „Powiedziałam/em coś idiotycznego, ale to nie moja wina, tylko tego tu Areczka. To mój asystent” – tak to z reguły wygląda. Albo asystenci, albo przejęzyczenia, albo niezrozumienie zacofanych obywateli, bo przecież pan Grabiec wcale nie miał do napisania tego, co napisał, tylko coś innego. A co, to już nie może powiedzieć, spieszy mu się. Szuka akurat asystenta, żeby mu podpisał papierek o dobrowolnym rozwiązaniu umowy. I to szybciutko, zanim tusz wyschnie, później się nie liczy.
M.
