Connect with us

Nawiasem Pisząc

Ciemna strona tęczy

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Mniej więcej pół roku po założeniu tego profliu, opisałam tu historię Johna Shupe’ego – byłygo amerykańskiego żołnierza, który w 2015 roku ogłosił, że czuje się kobietą, rok później zmienił zdanie i był jednak osobą niebinarną, a dzisiaj głośno ostrzega młodych ludzi przed tranzycją, opisując, że to niebezpieczne i smutne doświadczenie, które nie uczyniło jego życia ani trochę lepszym – wbrew temu, co głoszą niektórzy aktywiści trans, jakoby zmiana płci miała być odpowiedzią na wszystkie ich problemy. Shupe bił się w pierś i przyznał się, że sam wielokrotnie uciekał się do szantażu i gróźb, byle tylko uzyskać zgodę na tranzycję. Ze wstydem przyznał, że pozbawił pracę pewną psycholog, która nie chciała mu postawić diagnozy dysforii płciowej po jednej wizycie. Amerykanin twierdzi, że robił to przy ogromnym wsparciu main-streamowych mediów i środowisk trans (były żołnierz, bohater narodowy, czuje się kobietą – tego nie można było zmarnować, prawda?). Z czasem wyszło na jaw, że cierpiał on na depresję, PTSD, a podejrzewano też u niego chorobę afektywną dwubiegunową oraz zaburzenia osobowości z pogranicza, inaczej borderline. Ogólnie facet przykładem zdrowia psychicznego raczej nie był, dodatkowo okazało się, że jako dziecko był molestowany, co też zostawiło trwałe zmiany na jego psychice. Lobby LGBT obiecywało mu, że wszystkie jego problemy miną jak ręką odjął, jeśli tylko podda się tranzycji. Cóż, nie muszę chyba tłumaczyć, że psychika mu się nie poprawiła, a do tego doszły problemy fizyczne – pod wpływem zażywania hormonów. Rzecz jasna, kiedy mężczyzna ujawnił to wszystko, środowiska, które do tej pory tak go wspierały i traktowały jako najlepszego przyjaciela, odwróciły się od niego, a media już nie były tak chętne, żeby opisać jego historię.

„Transfobiczna” teoria

Parę dni temu do podobnych przeżyć przyznał się autor bloga „To tylko teoria”, który zresztą od dawna jest na celowniku tych najbardziej tolerancyjnych, ponieważ ośmielił się twierdzić, że są tylko dwie płcie (skandal!) i że tranzycja wcale nie jest magicznym sposobem na rozwiązanie wszystkich problemów, z jakimi boryka się człowiek (skandal do kwadratu!), w związku z tym jego oświadczenie też spotkało się z krytyką, wyśmianiem i negacją. A zresztą, nawet jeśli to prawda to facet i tak jest „ujem” i nic go nie usprawiedliwia. Ot, takie przyjacielskie przekomarzanie się wśród tej bardziej tolerancyjnej części społeczeństwa. Ta sprawa jest jednak jeszcze bardziej bulwersująca, bo Łukasz Sakowski doświadczył tego jeszcze jako dzieciak – w przeciwieństwie do Amerykanina, który zdecydował się na to sam; prawdopodobnie w obrzydliwy sposób zmanipulowany, ale jednak była to już decyzja dorosłego człowieka. Nastolatka miał do tego namówić czterdziestoletni transseksualista, który w ten sposób chciał go chyba „wyleczyć z homoseksualizmu”. Dodatkowo bloger wyjawił, że diagnozę dysforii płciowej postawiono mu po jednej wizycie i bez żadnych badań. Można zaobserwować, jak bardzo od czasów Shupe’a świat stanął na głowie, bo jeszcze przed 2015 roku znalazła się psycholog, który starał się sprzeciwić temu szaleństwu i naprawdę pomóc pacjentowi, ale pod wpływem działań środowisk trans-aktywistycznych (i również samego Shupe’a, niestety) ciężko powiedzieć, czy są w tym zawodzie jeszcze jacyś odważni, czy po prostu potracili pracę, albo dali się zastraszyć. W każdym razie 14-letni wówczas chłopak dał się zmanipulować i niedługo później przeżył to samo, co Amerykanin – tylko że na o wiele młodszym organizmie. Te doświadczenia stanowiły jedną z przyczyn, dla których Sakowski zaczął zajmować się tematem tranzycji i kwestionowaniem jej jako „lekarstwa na dysforię”. Tym bardziej, że jego historia pokazuje, że wielu lekarzy, w obawie przed ostracyzmem społecznym (łatka homofoba i transfoba jest dla psychologa szczególnie uciążliwa), po prostu ulega. To naprawdę nie jest tak, że ja neguję dysforię płciową i tranzycję jako taką, bo coś mi się nie podoba. Zgadzam się tutaj jednak zarówno z twórcą bloga „To tylko teoria”, jak i Waldkiem, znanym jako „Prawicowy gej” czy „Gej przeciwko światu”, że po pierwsze w żadnym wypadku nie powinny być jej poddawane nastoletnie dzieci (a mieliśmy przecież przykłady, w których rodzice twierdzili, że ich KILKULETNIE dziecko jest transseksualne!) oraz że takich diagnoz nie powinno się rozdawać jak lizaków. Uważam, że jeśli dorosła osoba ma taką potrzebę, to jak najbardziej, niczego nikomu nie zabraniam, ale jestem też zdania, że taka osoba powinna otrzymać największą możliwość pomoc od specjalistów, zanim zdecyduje się na samookalecznie, bo tego nie można nazwać inaczej. Przykład Shupe’a i Sakowskiego mówi sam za siebie, a przecież nie wszyscy, którzy tego doświadczyli, mają odwagę dzisiaj głośno zaprotestować.

Mastektomia nie pomogła

I w tym miejscu chyba warto wspomnieć o jeszcze jednej osobie, która zmagała się z podobnymi traumatycznymi doświadczeniami w dzieciństwie. Dziewczyna na zdjęciu nazywa się Chloe Cole i niestety również miała wątpliwą przyjemność zetknięcia się z takimi praktykami w wieku zaledwie trzynastu lat. Zmanipulować dała się już jako jedenastolatka – kiedy przeglądała Internet znalazła jakąś stronę o tematyce LGBT i z ciekawości poczytała. Dziwnym trafem, niedługo po tej lekturze zaczęła mieć problem z tożsamością, a pod wpływem coraz większej ilości tekstów o tej tematyce zaczęła się w końcu identyfikować jako chłopiec. Cole nie poprzestała jednak na opowiedzeniu swojej historii – pozwała wszystkich lekarzy, którzy trzynastoletnią wówczas dziewczynkę zaczęli poddawać tranzycji. Cały proces trwał cztery lata. Mniej więcej rok po jego zakończeniu dziewczyna zbuntowała się i sprawa trafiła do sądu. Chloe przeszła m.in. nieodwracalną, trwałą mastektomię. Blokery dojrzewania i testosteron otrzymała od swoich lekarzy już w wieku 13 lat. W pozwie napisano, że formularz zgody, który został przekazany jej i jej rodzicom (swoją drogą, brawa dla rodziców – trzynastoletnie dziecko może być jeszcze głupie i naiwne, ale dorosłym to już chyba trochę nie wypada) „nie zawierał konkretnych informacji dotyczących rzeczywistego ryzyka związanego ze stosowaniem testosteronu i blokerów dojrzewania płciowego, w tym o skutkach ubocznych, takich jak trwała utrata płodności, bolesne współżycie, zwiększone ryzyko osteoporozy czy złamań kości i myśli samobójcze”. Powtórzę się – wydaje mi się, że rodzice Chloe powinni zdawać sobie z tego sprawę, bo choćby utrata płodności jest dosyć logiczną konsekwencją tego typu interwencji, ale z drugiej strony lekarze mają psi obowiązek poinformować o wszystkich skutkach takiego zabiegu – również, a może przede wszystkim tych negatywnych. „W wyniku tak zwanego 'leczenia’ osób transpłciowych, które pozwani przeprowadzili na Chloe, ma ona obecnie głębokie rany emocjonalne, poważny żal i nieufność do systemu medycznego (wcale się jej nie dziwię – przyp. M). Chloe cierpi fizycznie, społecznie, neurologicznie i psychicznie. Wśród innych szkód doznała okaleczenia swojego ciała i straciła możliwość rozwoju społecznego razem ze swoimi rówieśnikami podczas etapów rozwojowych, których nie można cofnąć ani odzyskać”.

Nieodwracalna krzywda

Cóż, ja mam krytyczny stosunek do opiekunów dziewczyny, jednak ona sama nie chowa urazy. Podkreślała w wywiadach, że pamięta całą sprawę i rodzice wcale nie byli od razu chętni na ten proces, „bali się podjęcia decyzji i desperacko potrzebowali konsultacji”. Zdaniem całej trójki decyzja o zgodzie była „dokonana pod ogromnym przymusem ze strony lekarzy”. W to jestem w stanie uwierzyć. Przekonują oni, że decyzja została na nich wymuszona poprzez wmówienie im, że istnieje wysokie ryzyko samobójstwa, jeśli tego nie zrobią. Decydującym miało okazać się pytanie: „Wolicie martwą córkę, czy żywego syna?”. Dziwnym trafem, po przejściu podwójnej masektomii, myśli samobójcze znacznie się nasiliły. Operacja spowodowała też przerwanie zakończeń nerwowych w okolicach piersi oraz trwałe skutki uboczne – dwa lata później Cole nadal odczuwała komplikacje pooperacyjne, bo uszkodzenia nigdy się nie zagoiły. Obecnie Cole najbardziej żałuje, że pozbawiono jej możliwości macierzyństwa i jest zdruzgotana, że nigdy nie będzie w stanie karmić piersią własnego dziecka: „W wieku piętnastu lat tak naprawdę o tym nie myślałam. Po prostu byłam dzieckiem, próbowałam się dopasować – nie myślałam wówczas o możliwości zostania mamą w przyszłości”. Cóż, lata minęły, Chloe z zagubionej nastolatki stała się młodą kobietą, priorytety się zmieniły i dzisiaj świadomość tej straty okazuje się być najbardziej bolesna dla Amerykanki. Pełen zakres szkód, jakich doświadczyła poprzez „leczenie” ciągle jest badany, ale obecnie szacuje się je na co najmniej 700 000 dolarów. „Ci rzeźnicy zbyt długo pozostawali bezkarni, a ich działania niekwestionowane” – opowiada dzisiaj Cole – „Moim celem w tym pozwie jest ustanowienie precedensu, który zmieni sytuację w podejmowaniu takich barbarzyńskich działań oraz stworzenie ścieżki dla innych osób, które odchodzą od transformacji, aby mogły szukać sprawiedliwości”. Trzymam kciuki, bo jeśli to się uda, być może więcej osób odważy się mówić o takich przykrych doświadczeniach? Na razie pojedyncze osoby dopiero te szlaki przecierają.

Quo vadis, lewico?

Jak się możecie domyślać, Amerykanka też przestała być pupilką lobby LGBT, które dzisiaj albo na nią warczy, albo próbuje zatuszować temat. Zastanawiam się tylko, jak długo lewica zamierza udawać, że problem nie istnieje. Po sprawie Davida Reinera tłumaczono, że sytuacja w ogóle tego nie dotyczy, bo David nie chciał być dziewczyną, poza tym prowadzący go lekarz (John Money) chciał mu jedynie pomóc i nie wiedział o ewentualnych konsekwencjach. Aha, czyli jak nie wiedział, to można było przeprowadzić eksperyment na dziecku, prawda? Mnie się nasuwa porównanie do dra Mengele, ale to na pewno jest przesada i nie powinnam tak mówić, na pewno chciał dobrze. Cóż, Mengele na swój chory, pokrętny sposób też, ale zostawmy to. Kiedy na światło dzienne wyszły doświadczenia Johna Shupe, to mówiono, że to jeden, jedyny przypadek i nie ma co wyciągać pochopnych wniosków, cała reszta osób po tranzycji na pewno jest przeszczęśliwa! Mnie się wydaje, że nawet jeśli to byłaby faktycznie odosobniona sytuacja, to i tak należałoby się zastanowić nad tym, czy dostęp do tranzycji nie jest przypadkiem zbyt łatwy? A dziś już wiemy, że Shupe nie był osamotniony – niedawne zwierzenie Łukasza Sakowskiego komentuje się tak, że on od zawsze był transfobem (czytałam dzisiaj komentarze, że pod wpływem jego wpisów, transseksualne dzieci popełniają samobójstwa – śmiała teza, pytanie tylko, jak można ją zweryfikować, bo rzucanie takich oskarżeń „bo mi się wydaje” jest, delikatnie mówiąc, niepoważne), chciał dokonać zmiany płci, ale mu nie wyszło, stąd ta nienawiść. No racja, nie wyszło. Tyle że podobno to całkowicie normalna, bezpieczna procedura i nic złego się nie ma prawa stać, a po jej zakończeniu wszystkie problemy i zmartwienia idą w kąt, a człowiek może się zatopić w poczuciu nieopisanej błogości, czy nie tak? A młoda Amerykanka, której historię przed chwilą opisałam? Na pewno kłamie, lekarze poinformowali ją o wszystkim, sama nie wie, czego chce i tak dalej. Znowu nasuwają się wątpliwości, bo przecież zmiana płci miała uwolnić ją od depresji i poczucia osamotnienia. Jak to się stało, że po amputacji piersi myśli samobójcze się nasiliły? Co mogło pójść nie tak? Tyle pytań i, jak to zwykle bywa w przypadku lewicy, żadnej odpowiedzi.

M.

https://www.facebook.com/photo/?fbid=627551092719653&set=a.362082925933139

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Niezależna nagroda dla niezależnej artystki

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Na Czerskiej bez zmian. Mogą wręcz udzielać korepetycji z tego, jak dokonywać możliwie najbardziej antypolskich wyborów, a potem je wyjaśnić w sposób wybitnie idiotyczny.

Wszyscy szukamy artystycznej wybitności

Już zostawmy tę ludzką przyzwoitość, bo wszyscy wiemy, jakim człowiekiem jest pani Holland i jaka jest ta jej przyzwoitość, ale gdzie oni widzą artystyczną wybitność? Reżyser po prostu przeniosła na ekran wszystkie antyimigranckie i kłamliwe przekazy z lewicujących mediów, o których dziennikarka GW potem pisała, że nie były prawdziwe. Nie wiem, po co to wyjaśniła, bo każdy średnio ogarnięty człowiek widział to od razu, ale może chciała to wyjaśnić swoim czytelnikom? A może artystyczną wybitnością była scena, w której Agata Kulesza przedstawia litanię ku czci Świętej Platformy? Albo kiedy Maciej Stuhr robił z siebie sfrustrowanego na władzę impotenta? W którym miejscu w tym filmie była ta artystyczna wybitność!?

Znaleźliśmy polityczną propagandę

A o pani Agnieszce można by powiedzieć, że jest przyzwoita, gdyby jej film faktycznie niósł za sobą jakieś zmartwienie sytuacją uchodźców, a nie był elementem cynicznej i kłamliwej kampanii wyborczej. Byłaby, chociaż w głupi, naiwny i typowo emocjonalny sposób. Ale ten film to typowa polityczna propaganda. A pani Holland jest jedną z największych antypolskich propagandystek. I wszyscy wiemy, dlaczego. Bo w działaniach Straży Granicznej nic się nie zmieniło. Dalej pilnują, żeby nikt nielegalnie nie przekraczał granicy. Dalej stosują push-backi. Dalej robią te wszystkie złe i niepoprawne politycznie rzeczy, ale pani Agnieszce i innym jej podobnym wyznawcom polityki multi-kulti już to nie przeszkadza.

Być może teraz pogranicznicy stosują te metody z uśmiechem na ustach. I dzięki temu ci wszyscy wypychani uchodźcy też są jacyś tacy bardziej uśmiechnięci.

M.

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Nowy Czeczko? Nie do końca…

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Chciałabym napisać, że mamy kolejnego Emila Czeczkę. Że znowu jakiś odklejeniec zwiał na Białoruś, że pewnie Białorusini zrobią z nim porządek, ale w sumie żadnych większych konsekwencji jako państwo nie będziemy mieli. Że w sumie nic wielkiego się nie stało, bo co może się wydarzyć, jeśli komuś się wydaje, że w Polsce reżim jest gorszy, niż na Białorusi, więc pojechał się przekonać. Ale nie mogę. Bo Tomasz Szmydt nie jest Emilem Czeczką. Czeczko był zwykłym żołnierzem, który mało o czym wiedział, mało o czym słyszał i mało o czym miał pojęcie – i nie mówię tu o jego wiedzy jako takiej, ale tej, która w niepowołanych rękach mogłaby mieć dla nas fatalny skutek. Chcę też napisać, że szanuję polskich żołnierzy, obojętnie w jakim stopniu sprawują swoją funkcję – ale akurat nie tych, którym się wydaje, że w Polsce jest dramat, zamordyzm i mordowanie obywateli, a u Łukaszenki to kraj mlekiem i miodem płynący. No, ale panu Emilowi Białorusini bardzo szybko podziękowali.

Sędzia sprawiedliwy i nieustępliwy

Ze Szmydtem sprawa jest już jednak dużo poważniejsza. Bo facet był sędzią. I to nie takim, który rozstrzyga, który sąsiad podszedł do płotu – jako że i tamten podszedł – i drugiemu szybę wybił (znowu – z całym szacunkiem, ale to też po prostu nie są informacje, które mogłyby wyrządzić nam jakąś większą szkodę), ale takim, który miał dostęp do wiadomości najbardziej tajnych i najbardziej wrażliwych. Podobno „ściśle tajnych”. I sobie wziął te wszystkie informacje i zwiał na Białoruś. I tymi danymi zapewne hojnie obdaruje Łukaszenkę (za gościnne przyjęcie, wszak wódkę ponoć nawet dostał), a tym samym i Putina. A co oni raczą z tym zrobić? Bóg jeden wie, ale chyba raczej nic takiego z czego my, jako państwo, moglibyśmy być zadowoleni. Obawiam się, że wręcz przeciwnie. Nikt nie wie, do jakich informacji Szmydt uzyskał dostęp. Nikt nie wie, ile z nich już sprzedał, nikt nie wie, ile ma jeszcze w zanadrzu i nikt nie wie, od kiedy zaczął kapować. Tak naprawdę nikt nie wie nic. Co najgorsze – nikt nie ma bladego pojęcia, jak go ściągnąć z powrotem. Facet zwiał nam sprzed nosa – podobnie jak Roman do Włoch, Gaweł do Norwegii czy Sebastian M. do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W żadnym z tych przypadków polskie służby nie są w stanie zrobić dosłownie nic, ci ludzie uniknęli odpowiedzialności. Jeden z nich zdążył już wrócić w pełni chwały i zaczął zaprowadzać sprawiedliwość nad złymi ludźmi, którzy chcieli go skazać (i nad paroma innymi przy okazji też), a co my robimy? Dywagujemy nad tym, czy pan Tomasz był bardziej propisowski czy prokoalicyjny. Bo to jest rzeczywiście najważniejsze w tym momencie. Wiszą nad nami Bóg wie, jakie konsekwencje z tego tytułu, ale nasi politycy muszą to wykorzystać, żeby udowodnić, że ta druga strona jest gorsza.

Wypominanie prorosyjskości

Nie jest wiedzą chyba tajemną, że PiS jest antyrosyjski do granic możliwości. Do przesady wręcz. Po katastrofie smoleńskiej od razu wiedzieli, kto za nią stoi i nie omieszkali poinformować o tym wszystkich. I przypominać na każdym kroku. Niestety, kiedy przyszło do okazywania dowodów, to niewiele z tego wyniknęło, ot po prostu słali jakieś „druzgocące” raporty na podstawie zabaw z parówkami i helem. I nie chcę tutaj mówić, że wiem od początku do końca, co się wydarzyło nad Smoleńskiem – po prostu uważam, że ani jedna, ani druga strona nie stanęła na wysokości zadania, żeby tę tragedię wyjaśnić i że obie – tak, jak w tym przypadku – wykorzystały ją, żeby obrzucić się wzajemnie gównem. Bo trzeba znać priorytety. Z kolei Platformę pamiętamy z tzw. „resetu” i znamiennych słów dwóch jej czołowych polityków o Putinie. Tusk, na wieść o tym, że któreś z rosyjskich, proputinowskich mediów nazwało go „naszym człowiekiem w Warszawie”, odparł, że Putina spokojnie można określić jako „naszego człowieka w Moskwie”, a pan Radosław Sikorski stwierdził, że „Rosja nie jest naszym wrogiem, a Putin to nie Stalin – jeśli morduje to detalicznie, a nie hurtowo” – więc jak rozumiem, wszystko spoko. Bo detalicznie można, ale hurtowo już nie. Ale naprawdę w tej konkretnej sytuacji nie jest ważne, która partia była bliżej ze Szmydtem, a która dalej. I na pewno nie to, która lepiej na tym całym incydencie politycznie najlepiej wyjdzie. Chociaż – wielu ludzi to podłapało i radośnie głosi w Internecie, że Szmydt to był bliżej do tamtych, niż do naszych.

Konsekwencje – nie dla wszystkich

Najważniejsze jest dobro państwa i to, czy i w jaki sposób wiedza, którą teraz pan sędzia dzieli się z Łukaszenką (a pewnie dzielił od dawna) jest dla nas zagrożeniem. Bo cholera wie, kogo znał ten facet. Cholera wie, z kim rozmawiał i o czyich słabościach wiedział. Przecież sąd stoi praktycznie ponad prawem – co pokazuje sprawa małego Kamila z Częstochowy, gdzie wszystkie osoby dalej spokojnie sprawują swój urząd, mimo że nie zrobiły nic, by ratować tego chłopca. Nie chciało im się nawet porządnie wykonywać swoich obowiązków. Było dziecko, nie ma dziecka, a kto jest winny? Tylko bezpośredni zabójca, ewentualnie jego matka, ale już nie ci, którzy tego biednego chłopca wrzucili dosłownie w paszczę lwa. Poprawność polityczna? Solidarność jajników? Zostawmy już to, i tak prawdy nie dojdziemy. Niby toczy się w tej sprawie jakieś śledztwo, niby zbierają dowody, ale dobrze wiemy, jak będzie. Wracając do głównego wątku – obawiam się, że pan Szmydt może mieć haki na niektóre wysoko postawione osoby w państwie, które potem Rosja z Białorusią radośnie wykorzystają. Nie mam pojęcia na kogo i na jaką skalę, bo to wiedza ściśle tajna, przynajmniej dla nas. Martwię się, że dla Putina i Łukaszenki już nie za bardzo. I teraz wyobraźmy sobie, że tych dwóch dżentelmenów posiadło wiedzę, że któraś z wysoko postawionych osób w Polsce ma tam coś za uszami (w sumie – kto nie ma?) i zacznie taką osobę szantażować, że powiedzą to i to, jeśli ta nie zrobi tego i tego. Nie wierzę, że wśród tych ludzi wielu będzie takich, którzy twardo powiedzą, że „trudno, róbcie, co chcecie, ja polskiej racji stanu zdradzał nie będę”.

Szwajcarski ser

Im na wyższego konia wskoczysz, tym boleśniej zderzysz się z ziemią. I ci ludzie doskonale o tym wiedzą, ale w tym momencie wolą wrzucać gówno do wentylatora i nadstawiać go w stronę przeciwników. A jak dalekie ci ludzie mają kompetencje i co są w stanie zrobić, żeby ich własne szambo nie wybiło – wolę sobie nie wyobrażać. Polskie służby są jak szwajcarski ser – tą dziurą im jeden czmychnie, tamtą drugi, a potem można tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że kurde, w sumie to szkoda. I że do kolejnych takich sytuacji na pewno dochodzić nie będzie. Na mur beton. A nam pozostaje wzruszyć ramionami i uwierzyć, że jak mówią, że nie będzie to nie będzie. Bo co nas złego może spotkać, jesteśmy w NATO, więc jesteśmy mocarni. A to, że jakieś super tajne sprawy państwowe prawdopodobnie są teraz omawiane przy wódce z Łukaszenką, to już pal sześć. To oni są winni, a nie my, a jeśli będzie groźba, że to nam może coś zaszkodzić, to się będziemy martwić. Najwyżej zrobi się drugi reset. A interesy państwa czy dobro naszych obywateli są nieważne. Umówmy się, większość tych wysoko postawionych ludzi ma je w głębokim poważaniu. Jeżeli będzie ryzyko, że spadną z konika – bez skrupułów zrzucą kogoś innego, ale na razie jest najlepszy czas na to, żeby nawalać w przeciwnika politycznego. Bo jakoś to będzie. Dla nich, być może dla nas nie?

Ogłupiony polski naród

A my radośnie tańczymy, jak oni nam grają. Bo to PiS, a nie PO (albo na odwrót). I z miłą chęcią przystępujemy do tej politycznej wojenki, bo tak się już daliśmy spolaryzować przez te dwie partie, że wszystko inne mamy w pompie. Przyznaję, nie jestem bez winy, tez się w to dałam wciągnąć (chociaż bardziej pod względem postępowości vs konserwatywności, niż w tę wojenkę polityczną). Pan Szmydt zrobił sobie zdjęcie z człowiekiem z PiS-u – oho, mamy powiązanie! Podał rękę człowiekowi z PO – no to ich ugotujemy. A jakie poniesiemy konsekwencje – jako państwo – tego, że zdrajca i szpieg pije sobie teraz gdzieś na Białorusi wódeczkę z ludźmi, którzy mają możliwości nam ten nasz spolaryzowany grajdołek zburzyć? Oj tam, oj tam. I najgorsze jest to, że to jest racja. Jesteśmy w tym momencie kompletnie bezradni. Bo jak my mamy tego człowieka odbić?! Chyba tylko najeżdżając na Białoruś, ale wszyscy wiemy, jakie byłyby tego konsekwencje. Możemy więc tylko siedzieć z założonymi rękami i czekać, co wyskoczy. Ale do tej pory jakoś to było. Zwiał Roman Giertych – ale w sumie nic mu nie udowodniono, więc luz. Pani Magdalena Adamowicz nie stawia się na kolejne wezwania prokuratury – no przecież jest chora! Rafał Gaweł robi w Norwegii za wielce rodzinnego geja, który uciekł przed polskim reżimem – trudno, może tylko pluć na Polskę, ale do tej pory nam to nie przeszkadzało, prawda? Sebastian M. spalił całą rodzinę żywcem – szkoda, że nic mu już nie zrobimy, ale prawo to prawo. Co prawda, Romek wrócił i może robić, co mu się żywnie podoba (bo ma immunitet), a pan Szmydt pije sobie wódeczkę z prezydentem Białorusi (pewnie po to, żeby się zrobił bardziej wylewny), ale… jakoś to będzie, prawda?

Zawsze jakoś było.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

O kilka kieliszków za dużo?

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Ja naprawdę wiele jestem w stanie zrozumieć. Naprawdę – wiele. Że majówka, że dożynki, że imieniny i Bóg jeden wie, co jeszcze. Czasem się człowiek przecież zabawić musi. Józefa było. Albo Stefana. Grzegorza, Moniki czy innej Krystyny. Może nawet Marcina – chociaż to akurat w listopadzie chyba. W każdym razie człowiek ma naprawdę dużo okazji, żeby się towarzysko poudzielać. Może nawet codziennie – ale czy wypada, jeśli wraz z zabawą idą napoje wysokoprocentowe? I nie chodzi mi tu akurat o mleko.

Słaba głowa, słaby sprzęt…?

Pan Kierwiński postanowił świętować Dzień Strażaka wyjątkowo hucznie. Do tego stopnia, że przyszedł wygłosić oświadczenie z tej okazji w stanie nie do końca trzeźwym, co nie umknęło uwadze innych ludzi. Ale stanowisko jest jasne – to wcale, pod żadnym względem i absolutnie nie było tak, że on tam wszedł na scenę na****ny jak meserszmit, nigdy w życiu. No fucking way! To w ogóle są niedorzeczne podejrzenia, po prostu mieliśmy awarię sprzętu nagłaśniającego. I tylko przez to facet nie potrafił się wysłowić. Nic to, że słychać było wyraźnie, że pan Marcin zwyczajnie bełkocze. Że niektóre słowa przeciąga nie wiadomo jak długo, a innych nie jest w stanie skończyć. To była tylko i wyłącznie awaria, a nie, że szefowi MSWiA się za bardzo chlupnęło poprzedniego dnia – albo nawet tego samego. Nam pozostaje w to tylko uwierzyć. Nieszczęścia chodzą po ludziach. Już kiedyś Aleksandra Kwaśniewskiego dotknęła choroba filipińska. I kim my jesteśmy, żeby wątpić w jego słowa? Jak powiedział, tak było. Wtedy była choroba filipińska, a nie alkohol, a teraz jest awaria sprzętu nagłaśniającego. I nawet z tym, szary człowieczku, nie dyskutuj, bo pozwy pójdą. Awaria to awaria, a jeśli Ci po głowie chodzą inne myśli, to my to spokojnie, pokojowo i sądownie załatwimy – tak, żebyś myślał prawidłowo.

Niegodne działania pisowskiej Targowicy

Pan Marcin wspomniał również, że nie będzie się poddawać badaniom pod kątem stanu przeduradarowego, ponieważ część jego wyborców – nie mogąc uwierzyć, w to co słyszą – martwiło się, że może to kwestie zdrowotne, bo wiadomo przecież, że tak światły człowiek jak pan Kierwiński do kieliszka nie zagląda, a już na pewno nie wtedy, kiedy następnego dnia ma wygłosić przemówienie. Nie, nie zamierzam, bo wszystko jest w jak najlepszym porządku. Proszę mi wierzyć. Tak jak powiedziałem, był straszny pogłos z głośnika, który był niedaleko. Więc bardzo słabo słyszałem, nie wiem, czy to była też kwestia jakiegoś sprzęgnięcia mikrofonów. Zdarza się. Nie ma to nic wspólnego ze stanem zdrowia, aczkolwiek dziękuję za troskę, wszystko jest w porządku – tłumaczył – Różne komentarze były, także polityków z polskiego życia publicznego, którzy chluby mu raczej nie przynoszą. Raczej nadinterpretują tutaj fakty lub starają się uprawiać taką brudną walkę polityczną. Jak rozumiem mają coś, do czego mogą się przyczepić, ale te insynuacje są naprawdę niegodne. Jeżeli ktoś chce wykorzystywać to święto do swojej brudnej polityki, to sam sobie wystawia świadectwo. No i spoko, jasna sprawa. Tylko czy takie samo świadectwo wystawił sobie Roman Giertych, który od razu znalazł winnego całego zajścia?

To nie my, to PiS!

Tak tylko pytam, bo Romek pisał coś o pisowskiej targowicy i chciałabym wiedzieć czy tekst: Nazwisko dźwiękowca, który obsługiwał dzisiaj najbardziej chciałbym poznać. #PiStoTargowica nie jest przykładem wykorzystywania tego smutnego incydentu do uprawiania brudnej polityki? Mam wątpliwości, bo skoro pytania zwykłych ludzi, czy poseł Kierwiński na pewno był w pełni sił podczas swojego przemówienia, są przejawem brudnej polityki, to czym innym jest sugestia, że ktoś z PiS-u (a być może sam Kaczyński!) przełączał po kryjomu różne kabelki, żeby pan Marcin brzmiał tak jak brzmiał? W każdym razie, pan Giertych otrzymał odpowiedzi, że odpowiedzialnymi za całą tą sytuację mogą być Jack Daniels albo Johnny Walker. Śledztwo trwa! Poszukiwani się nie wywiną, nie ma bata. Niech no tylko pan Roman pozna miejsce przebywania obu żartownisiów, to im da do wiwatu. Podpowiadam, że poszukiwania można by było zacząć od jakichś sklepów monopolowych.

Choroba przenoszona drogą kropelkową

Pan Kierwiński postanowił jednak opublikować na swoim Twitterze dowody na to, że podczas swojego przemówienia był trzeźwy jak świnia i przedstawił wyniki badania alkomatem. Trochę wyglądają, jakby czternastolatek usiłował na szybko przepisać pracę domową, bo mogliśmy w nich przeczytać:

Policja: Kierwiński

Nazwisko badanego: Marcin

Imię badanego: 22.08.1976 r.

No, spoko, bardzo wiarygodne. Nie pozostawia już żadnych wątpliwości. Ja podejrzewam, że jak pan Kierwiński chuchnął, to od razu wzięło też policjanta, który miał wykonywać te badania i stąd te nieprawidłowości, ale na 100% jest tak, że pod hasłem „Policja” należy wpisać nazwisko, pod hasłem „Nazwisko” swoje imię, a pod imieniem datę urodzenia.

Albo to, albo poseł Kierwiński faktycznie przez kilka godzin przed wystąpieniem nie wylewał za kołnierz. I przypadkowo policjant, który wykonywał badania również. Ale w to żaden z nas nigdy nie uwierzy, prawda?

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej