Connect with us

Nawiasem Pisząc

Ciemna strona tęczy

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Mniej więcej pół roku po założeniu tego profliu, opisałam tu historię Johna Shupe’ego – byłygo amerykańskiego żołnierza, który w 2015 roku ogłosił, że czuje się kobietą, rok później zmienił zdanie i był jednak osobą niebinarną, a dzisiaj głośno ostrzega młodych ludzi przed tranzycją, opisując, że to niebezpieczne i smutne doświadczenie, które nie uczyniło jego życia ani trochę lepszym – wbrew temu, co głoszą niektórzy aktywiści trans, jakoby zmiana płci miała być odpowiedzią na wszystkie ich problemy. Shupe bił się w pierś i przyznał się, że sam wielokrotnie uciekał się do szantażu i gróźb, byle tylko uzyskać zgodę na tranzycję. Ze wstydem przyznał, że pozbawił pracę pewną psycholog, która nie chciała mu postawić diagnozy dysforii płciowej po jednej wizycie. Amerykanin twierdzi, że robił to przy ogromnym wsparciu main-streamowych mediów i środowisk trans (były żołnierz, bohater narodowy, czuje się kobietą – tego nie można było zmarnować, prawda?). Z czasem wyszło na jaw, że cierpiał on na depresję, PTSD, a podejrzewano też u niego chorobę afektywną dwubiegunową oraz zaburzenia osobowości z pogranicza, inaczej borderline. Ogólnie facet przykładem zdrowia psychicznego raczej nie był, dodatkowo okazało się, że jako dziecko był molestowany, co też zostawiło trwałe zmiany na jego psychice. Lobby LGBT obiecywało mu, że wszystkie jego problemy miną jak ręką odjął, jeśli tylko podda się tranzycji. Cóż, nie muszę chyba tłumaczyć, że psychika mu się nie poprawiła, a do tego doszły problemy fizyczne – pod wpływem zażywania hormonów. Rzecz jasna, kiedy mężczyzna ujawnił to wszystko, środowiska, które do tej pory tak go wspierały i traktowały jako najlepszego przyjaciela, odwróciły się od niego, a media już nie były tak chętne, żeby opisać jego historię.

„Transfobiczna” teoria

Parę dni temu do podobnych przeżyć przyznał się autor bloga „To tylko teoria”, który zresztą od dawna jest na celowniku tych najbardziej tolerancyjnych, ponieważ ośmielił się twierdzić, że są tylko dwie płcie (skandal!) i że tranzycja wcale nie jest magicznym sposobem na rozwiązanie wszystkich problemów, z jakimi boryka się człowiek (skandal do kwadratu!), w związku z tym jego oświadczenie też spotkało się z krytyką, wyśmianiem i negacją. A zresztą, nawet jeśli to prawda to facet i tak jest „ujem” i nic go nie usprawiedliwia. Ot, takie przyjacielskie przekomarzanie się wśród tej bardziej tolerancyjnej części społeczeństwa. Ta sprawa jest jednak jeszcze bardziej bulwersująca, bo Łukasz Sakowski doświadczył tego jeszcze jako dzieciak – w przeciwieństwie do Amerykanina, który zdecydował się na to sam; prawdopodobnie w obrzydliwy sposób zmanipulowany, ale jednak była to już decyzja dorosłego człowieka. Nastolatka miał do tego namówić czterdziestoletni transseksualista, który w ten sposób chciał go chyba „wyleczyć z homoseksualizmu”. Dodatkowo bloger wyjawił, że diagnozę dysforii płciowej postawiono mu po jednej wizycie i bez żadnych badań. Można zaobserwować, jak bardzo od czasów Shupe’a świat stanął na głowie, bo jeszcze przed 2015 roku znalazła się psycholog, który starał się sprzeciwić temu szaleństwu i naprawdę pomóc pacjentowi, ale pod wpływem działań środowisk trans-aktywistycznych (i również samego Shupe’a, niestety) ciężko powiedzieć, czy są w tym zawodzie jeszcze jacyś odważni, czy po prostu potracili pracę, albo dali się zastraszyć. W każdym razie 14-letni wówczas chłopak dał się zmanipulować i niedługo później przeżył to samo, co Amerykanin – tylko że na o wiele młodszym organizmie. Te doświadczenia stanowiły jedną z przyczyn, dla których Sakowski zaczął zajmować się tematem tranzycji i kwestionowaniem jej jako „lekarstwa na dysforię”. Tym bardziej, że jego historia pokazuje, że wielu lekarzy, w obawie przed ostracyzmem społecznym (łatka homofoba i transfoba jest dla psychologa szczególnie uciążliwa), po prostu ulega. To naprawdę nie jest tak, że ja neguję dysforię płciową i tranzycję jako taką, bo coś mi się nie podoba. Zgadzam się tutaj jednak zarówno z twórcą bloga „To tylko teoria”, jak i Waldkiem, znanym jako „Prawicowy gej” czy „Gej przeciwko światu”, że po pierwsze w żadnym wypadku nie powinny być jej poddawane nastoletnie dzieci (a mieliśmy przecież przykłady, w których rodzice twierdzili, że ich KILKULETNIE dziecko jest transseksualne!) oraz że takich diagnoz nie powinno się rozdawać jak lizaków. Uważam, że jeśli dorosła osoba ma taką potrzebę, to jak najbardziej, niczego nikomu nie zabraniam, ale jestem też zdania, że taka osoba powinna otrzymać największą możliwość pomoc od specjalistów, zanim zdecyduje się na samookalecznie, bo tego nie można nazwać inaczej. Przykład Shupe’a i Sakowskiego mówi sam za siebie, a przecież nie wszyscy, którzy tego doświadczyli, mają odwagę dzisiaj głośno zaprotestować.

Mastektomia nie pomogła

I w tym miejscu chyba warto wspomnieć o jeszcze jednej osobie, która zmagała się z podobnymi traumatycznymi doświadczeniami w dzieciństwie. Dziewczyna na zdjęciu nazywa się Chloe Cole i niestety również miała wątpliwą przyjemność zetknięcia się z takimi praktykami w wieku zaledwie trzynastu lat. Zmanipulować dała się już jako jedenastolatka – kiedy przeglądała Internet znalazła jakąś stronę o tematyce LGBT i z ciekawości poczytała. Dziwnym trafem, niedługo po tej lekturze zaczęła mieć problem z tożsamością, a pod wpływem coraz większej ilości tekstów o tej tematyce zaczęła się w końcu identyfikować jako chłopiec. Cole nie poprzestała jednak na opowiedzeniu swojej historii – pozwała wszystkich lekarzy, którzy trzynastoletnią wówczas dziewczynkę zaczęli poddawać tranzycji. Cały proces trwał cztery lata. Mniej więcej rok po jego zakończeniu dziewczyna zbuntowała się i sprawa trafiła do sądu. Chloe przeszła m.in. nieodwracalną, trwałą mastektomię. Blokery dojrzewania i testosteron otrzymała od swoich lekarzy już w wieku 13 lat. W pozwie napisano, że formularz zgody, który został przekazany jej i jej rodzicom (swoją drogą, brawa dla rodziców – trzynastoletnie dziecko może być jeszcze głupie i naiwne, ale dorosłym to już chyba trochę nie wypada) „nie zawierał konkretnych informacji dotyczących rzeczywistego ryzyka związanego ze stosowaniem testosteronu i blokerów dojrzewania płciowego, w tym o skutkach ubocznych, takich jak trwała utrata płodności, bolesne współżycie, zwiększone ryzyko osteoporozy czy złamań kości i myśli samobójcze”. Powtórzę się – wydaje mi się, że rodzice Chloe powinni zdawać sobie z tego sprawę, bo choćby utrata płodności jest dosyć logiczną konsekwencją tego typu interwencji, ale z drugiej strony lekarze mają psi obowiązek poinformować o wszystkich skutkach takiego zabiegu – również, a może przede wszystkim tych negatywnych. „W wyniku tak zwanego 'leczenia’ osób transpłciowych, które pozwani przeprowadzili na Chloe, ma ona obecnie głębokie rany emocjonalne, poważny żal i nieufność do systemu medycznego (wcale się jej nie dziwię – przyp. M). Chloe cierpi fizycznie, społecznie, neurologicznie i psychicznie. Wśród innych szkód doznała okaleczenia swojego ciała i straciła możliwość rozwoju społecznego razem ze swoimi rówieśnikami podczas etapów rozwojowych, których nie można cofnąć ani odzyskać”.

Nieodwracalna krzywda

Cóż, ja mam krytyczny stosunek do opiekunów dziewczyny, jednak ona sama nie chowa urazy. Podkreślała w wywiadach, że pamięta całą sprawę i rodzice wcale nie byli od razu chętni na ten proces, „bali się podjęcia decyzji i desperacko potrzebowali konsultacji”. Zdaniem całej trójki decyzja o zgodzie była „dokonana pod ogromnym przymusem ze strony lekarzy”. W to jestem w stanie uwierzyć. Przekonują oni, że decyzja została na nich wymuszona poprzez wmówienie im, że istnieje wysokie ryzyko samobójstwa, jeśli tego nie zrobią. Decydującym miało okazać się pytanie: „Wolicie martwą córkę, czy żywego syna?”. Dziwnym trafem, po przejściu podwójnej masektomii, myśli samobójcze znacznie się nasiliły. Operacja spowodowała też przerwanie zakończeń nerwowych w okolicach piersi oraz trwałe skutki uboczne – dwa lata później Cole nadal odczuwała komplikacje pooperacyjne, bo uszkodzenia nigdy się nie zagoiły. Obecnie Cole najbardziej żałuje, że pozbawiono jej możliwości macierzyństwa i jest zdruzgotana, że nigdy nie będzie w stanie karmić piersią własnego dziecka: „W wieku piętnastu lat tak naprawdę o tym nie myślałam. Po prostu byłam dzieckiem, próbowałam się dopasować – nie myślałam wówczas o możliwości zostania mamą w przyszłości”. Cóż, lata minęły, Chloe z zagubionej nastolatki stała się młodą kobietą, priorytety się zmieniły i dzisiaj świadomość tej straty okazuje się być najbardziej bolesna dla Amerykanki. Pełen zakres szkód, jakich doświadczyła poprzez „leczenie” ciągle jest badany, ale obecnie szacuje się je na co najmniej 700 000 dolarów. „Ci rzeźnicy zbyt długo pozostawali bezkarni, a ich działania niekwestionowane” – opowiada dzisiaj Cole – „Moim celem w tym pozwie jest ustanowienie precedensu, który zmieni sytuację w podejmowaniu takich barbarzyńskich działań oraz stworzenie ścieżki dla innych osób, które odchodzą od transformacji, aby mogły szukać sprawiedliwości”. Trzymam kciuki, bo jeśli to się uda, być może więcej osób odważy się mówić o takich przykrych doświadczeniach? Na razie pojedyncze osoby dopiero te szlaki przecierają.

Quo vadis, lewico?

Jak się możecie domyślać, Amerykanka też przestała być pupilką lobby LGBT, które dzisiaj albo na nią warczy, albo próbuje zatuszować temat. Zastanawiam się tylko, jak długo lewica zamierza udawać, że problem nie istnieje. Po sprawie Davida Reinera tłumaczono, że sytuacja w ogóle tego nie dotyczy, bo David nie chciał być dziewczyną, poza tym prowadzący go lekarz (John Money) chciał mu jedynie pomóc i nie wiedział o ewentualnych konsekwencjach. Aha, czyli jak nie wiedział, to można było przeprowadzić eksperyment na dziecku, prawda? Mnie się nasuwa porównanie do dra Mengele, ale to na pewno jest przesada i nie powinnam tak mówić, na pewno chciał dobrze. Cóż, Mengele na swój chory, pokrętny sposób też, ale zostawmy to. Kiedy na światło dzienne wyszły doświadczenia Johna Shupe, to mówiono, że to jeden, jedyny przypadek i nie ma co wyciągać pochopnych wniosków, cała reszta osób po tranzycji na pewno jest przeszczęśliwa! Mnie się wydaje, że nawet jeśli to byłaby faktycznie odosobniona sytuacja, to i tak należałoby się zastanowić nad tym, czy dostęp do tranzycji nie jest przypadkiem zbyt łatwy? A dziś już wiemy, że Shupe nie był osamotniony – niedawne zwierzenie Łukasza Sakowskiego komentuje się tak, że on od zawsze był transfobem (czytałam dzisiaj komentarze, że pod wpływem jego wpisów, transseksualne dzieci popełniają samobójstwa – śmiała teza, pytanie tylko, jak można ją zweryfikować, bo rzucanie takich oskarżeń „bo mi się wydaje” jest, delikatnie mówiąc, niepoważne), chciał dokonać zmiany płci, ale mu nie wyszło, stąd ta nienawiść. No racja, nie wyszło. Tyle że podobno to całkowicie normalna, bezpieczna procedura i nic złego się nie ma prawa stać, a po jej zakończeniu wszystkie problemy i zmartwienia idą w kąt, a człowiek może się zatopić w poczuciu nieopisanej błogości, czy nie tak? A młoda Amerykanka, której historię przed chwilą opisałam? Na pewno kłamie, lekarze poinformowali ją o wszystkim, sama nie wie, czego chce i tak dalej. Znowu nasuwają się wątpliwości, bo przecież zmiana płci miała uwolnić ją od depresji i poczucia osamotnienia. Jak to się stało, że po amputacji piersi myśli samobójcze się nasiliły? Co mogło pójść nie tak? Tyle pytań i, jak to zwykle bywa w przypadku lewicy, żadnej odpowiedzi.

M.

https://www.facebook.com/photo/?fbid=627551092719653&set=a.362082925933139

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Smutna złego końcówka

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?

Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia

Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:

– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?

– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*

– No pan podpisał tę ustawę.

– No dobrze, no, podpisałem.

– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.

– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…

– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?

– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.

Żałuje pan tego?

– Nie.

Twardym trzeba być…

Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Żenujący popis posła Treli

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa

Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.

Podwójne standardy

Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Zły wpis w złym momencie

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Ten wpis Jana Grabca pojawił się już kawał czasu temu. Zapisałam go sobie z planem opublikowania w ciągu maksymalnie 2-3 dni, a że z planów wyszła figa z makiem – jeszcze raz przepraszam. Mimo to, wracam do niego, bo niesamowicie mnie on uwiera. I nie potrafię sobie odpuścić, bo to był po prostu wpis wybitnie głupi… i zły. Już nie będę odnosić się do tego, że Polska w 1939 roku sama sobie szukała wrogów (w domyśle, jak rozumiem, mam sobie dopowiedzieć: „ma co chciała”?), bo że jest to bzdura, chyba wszyscy wiemy doskonale. Świeżo po odzyskaniu niepodległości myśleliśmy sobie, jak tu się jeszcze pogrążyć. Za dobrze nam było. Koniecznie musieliśmy coś pokomplikować, no i nam się oberwało… To już tak ironicznie piszę, z czystego przyzwyczajenia, bo głupotę naszych polityków można tylko ironizować – cóż nam innego pozostało? Albo gorzkie łzy, albo pusty śmiech. Ja zresztą doskonale rozumiem, co autor miał na myśli, bo to były echa ustnej (a raczej internetowej) przepychanki Karola Nawrockiego z Donaldem Tuskiem, wynikającej z tego, że ten pierwszy powiedział parę słów na temat Powstania Wielkopolskiego, a ten drugi wściekł się, że „znowu mu Niemcy atakujo”. Klasyka, przyzwyczailiśmy się. Do tego, że politycy KO dwoją się i troją, żeby wyciągnąć swojego szefa za każdym razem, kiedy się kompromituje – też.

Nasi przyjaciele, Niemcy

Nawet niespecjalnie uwiera mnie to, że oni mają Niemców za naszych najwspanialszych, bezinteresownych przyjaciół. Nie chce mi się tłumaczyć, że podchodzenie z nieufnością i sceptycyzmem to nie to samo, co usilne szukanie sobie wroga. Kto umie patrzeć, ten widzi, że Niemcom na przyjaźni z nami akurat nie zależy. Nikt nie twierdzi, że lada dzień zaatakują nas dronami, rakietami i czołgami, ale łudzenie się, że im zależy na jakimkolwiek naszym rozwoju gospodarczym jest głupotą. Ja w ich postulatach, decyzjach i ogólnym zachowaniu dostrzegam raczej chęć zrobienia sobie z nas skupiska rzeczy niepotrzebnych. Bo te wiatraki od Siemensa nie sprzedają się tak, jakby chcieli; bo tych elektrycznych super-luksusowych samochodów z do połowy rozładowaną baterią nikt już u nich nie chce, a po co mają się marnować? Ekonomia! Ach, i tutaj nie wszyscy inżynierowie i chirurdzy się dobrze zaaklimatyzowali, więc możemy się podzielić! Tych to oddamy nawet za darmo, znajcie nasze dobre serca! Wszystko się da przecież po dobroci załatwić. Wystarczy rozmawiać, a Wy, drodzy Polacy, i wiatraczki będziecie mieć, i zużyte auta elektryczne, a w ramach promocji dorzucimy Wam chirurgów z Afryki, bo plotki jakieś chodzą, że u Was w tej ochronie zdrowia to tak nie bardzo, prawda? No, to macie, przyjmijcie. I nie narzekajcie. My to wszystko z dobrego, szczerego serca robimy. Odrobinę wdzięczności tylko wymagamy, to chyba nie za dużo? Zamienili po prostu jedną metodę na drugą.

Śmiać się, żeby nie płakać

Dobrze, bo znowu się nabijam, a temat jednak poważny. Z drugiej strony, jak tu się nie śmiać, skoro ostatnie wystąpienia premiera na arenie międzynarodowej skończyły się tak, że nie dość, że sami sobie reparacje wypłacimy, to jeszcze podarujemy je Ukraińcom w imieniu Rosjan. Tacy skuteczni jesteśmy! Śpimy na pieniądzach, Drodzy Obserwujący, i w dupach nam się poprzewracało, tyle Wam napiszę. Przyznajcie jednak szczerze – jak tu nie kpić z czegoś takiego? Ten wpis brzmi słabo z jeszcze innej strony. Reprezentanci naszego państwa pozwalają sobie na takie bezmyślne wpisy w czasie, kiedy historia jest notorycznie zakłamywana, bo państwa, które w przeszłości przelewały najwięcej krwi w imię nie wiadomo czego, dzisiaj nie bardzo chcą się do tej swojej ponurej historii przyznawać. Lepiej rozmydlać winę na inne narody. A jak jest okazja, to i nakłamać do potęgi. Przecież ten tekst powstał w czasach, kiedy nasi wspaniali sąsiedzi postawili uporać się z własną historią na swój sposób za punkt honoru.

Konsekwentne rozmydlanie win

W czasach, kiedy Niemcy nie ograniczają się tylko do tłumaczenia o złych nazistach, którzy napadli i ich zmusili – za to coraz bardziej otwarcie mówią, że Polska w sumie tę II wojnę światową sprowokowała, a w ogóle to nie przesadzajcie. Kiedy Izrael łaskawie przyznaje, że OK, Holocaust to głównie Niemcy, ale nie tylko, bo Polacy im pomagali – i gdyby nie oni, to by im się na pewno nie udało. Kiedy jakakolwiek pamięć o Wołyniu jest uciszana narracją o ruskich trollach, a w ogóle to Ukraińcy nie chcieli, ale musieli, bo Polacy im cerkwie zamykali. Takie tłumaczenie to już klasyka. I weź wytłumacz własnym rodakom, że tak barbarzyńskie tortury stosowane na Polakach być może nie są współmierną karą za zamknięcie iluś tam cerkwi. Nie wspominając już o Rosjanach, którzy za Jelcyna przyznali się do Katynia, za Putina już im się coś nie zgadza (oglądałam kiedyś materiał, w którym pytano właśnie Rosjan o Katyń – wielu z nich jest przekonanych, że ten Katyń to zbrodnia… niemiecka), ale czegokolwiek by tak naprawdę nie zrobili, powinniśmy im być wdzięczni, bo nas wyzwolili. Wyzwolili, prawda? Czas, żebyśmy przyjęli to na klatę. A to, że oni po prostu odpierali Niemców na naszym terytorium; że to wyzwolenie polegało na mordowaniu, gwałceniu, podpalaniu czy rabowaniu i że zaraz potem zniewolili nas znowu na ponad czterdzieści lat, to już trudno. Wyzwolili, to wyzwolili. Takie są fakty, a z nimi się podobno nie dyskutuje.

Kiepscy asystenci

To, że inne państwa, którym ciąży niezbyt chlubna historia, próbują się od niej odgrodzić i rozmemłać tę winę na wszystkich wokoło po równo (dbając przy okazji o to, żeby ich „równa” połowa była jak najmniejsza) niezbyt mnie dziwi. Kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie natomiast to, że nasi politycy tak bardzo ułatwiają im pracę. Wcześniej swoją bezapelacyjną mądrością popisała się Barbara Nowacka, której wymsknęły się brednie o „polskich nazistach”. Ale to tylko dlatego, że się przejęzyczyła! A że czytała z kartki? Pewnie asystent napisał. W tych kręgach nabór na asystentów trwa cały bity rok – mam wrażenie, że oni im tam służą tylko i wyłącznie jako kozły ofiarne. „Powiedziałam/em coś idiotycznego, ale to nie moja wina, tylko tego tu Areczka. To mój asystent” – tak to z reguły wygląda. Albo asystenci, albo przejęzyczenia, albo niezrozumienie zacofanych obywateli, bo przecież pan Grabiec wcale nie miał do napisania tego, co napisał, tylko coś innego. A co, to już nie może powiedzieć, spieszy mu się. Szuka akurat asystenta, żeby mu podpisał papierek o dobrowolnym rozwiązaniu umowy. I to szybciutko, zanim tusz wyschnie, później się nie liczy.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej