Nawiasem Pisząc
Praworządność i poziom publicznej debaty – po europejsku!
Kiedy Koalicja 13 Grudnia zabiera się za przywracanie praworządności to tak z przytupem i melodyjką. Udowadniają, że faktycznie potrafią zrobić wiele rzeczy na pstryknięcie, chociaż może akurat nie te na którym obywatelom teoretycznie najbardziej zależy – przy czym mam na myśli wszystkich obywateli, a nie tylko tych, których satysfakcjonuje jedynie odsunięcie PiS od władzy, a potem to już można zdychać z głodu w uśmiechniętej Polsce.
Niestrudzona bojowniczka o wolne media
Dlatego kiedy do prokuratury wpłynęło pismo Bartłomieja SIenkiewicza o zablokowanie betonowania przez Prawo i Sprawiedliwość mediów publicznych, od razu znalazła się odważna niewiasta gotowa się tego podjąć. Prokurator Ewa Wrzosek. No i się podjęła. Tak bardzo, że zapomniała o tym poinformować swoją bezpośrednią przełożoną, więc w ogóle nie została do tej sprawy przydzielona. Składała kolejne wnioski prokuratorskie do sądów i dumna z siebie chwaliła się postępami na łamach Gazety Wybiórczej. Kto nie chciałby się pochwalić, gdyby wykonał kawał dobrej roboty, prawda? Ludzka rzecz. Tyle tylko, że tych wniosków to nie pisała pani Ewa, a najprawdopodobniej międzynarodowa kancelaria prawna Clifford Chance. Świadczą o tym daty dokumentów, ich skany i format oraz fakt, że pismo zostało wysłane z poczty znajdującej się pod placówką międzynarodowej firmy prawniczej. Ogólnie pojawiło się całkiem sporo przesłanek, które sugerowałyby, że to jednak niekoniecznie sumienna praca wykonana przez Wrzosek. Ta sama kancelaria obsługuje teraz media publiczne, a żeby było jeszcze zabawniej pracuje tam jedna z założycielek fundacji Wolne Sądy, pani Grzegorczyk-Abram. Wygląda na to, że wszystko odbywa się w miłym, rodzinnym towarzystwie, ale chyba nie każdemu to pasowało, bo sprawę niestrudzonej misji pani prokurator bada teraz prokuratura krajowa. Jak widać, nie wszyscy w nowej uśmiechniętej Polsce podzielają zapał pani Ewy, która chciała pomóc swoim, a teraz od tych swoich dostaje po głowie. I podejrzewam, że nie za to, co robiła, ale za to, że dała się na tym przyłapać. Sienkiewicz tymczasem umywa ręce. A jeszcze niedawno była wielką bohaterką nowego nie-rządu, która „własnymi ręcoma” walczyła o „przywrócenie publicznego charakteru państwowym mediom”. Została nawet wskazana przez Bodnara do Krajowej Rady Prokuratorów. Okazało się jednak, że jakieś niedobitki pisowskie zaczęły wokół tej sprawy węszyć i pani Ewa przestała być bohaterką. Prawie tak szybko jak pani Joanna z Krakowa.
Rodzinna partia
Ale nie ma co się martwić o rodzinność w nowym nie-rządzie. Przeciwnie, Platforma jest tak rodzinna, że zatrudnia w swoich spółkach na przykład braci. Pamiętacie Pablo Moralesa, który okazał się Bartoszem Kopanią pobierającym wynagrodzenie od Platformy, a którego wielką misją i pasją było wylewanie pomyj na polityków i zwolenników Prawa i Sprawiedliwości za pośrednictwem Twittera/X? Rzecz jasna nie za tę działalność, ale za jakieś zupełnie inne, chociaż nie wiadomo jakie, zlecenia otrzymał 300 tysięcy złotych wynagrodzenia. Kariery pozazdrościł mu jego brat, Marcin, który z kolei został prezesem jednej z warszawskich spółek podległych Rafałowi Trzaskowskiemu (Miejskie Przedsiębiorstwo Realizowania Inwestycji w Warszawie). Brat-bliźniak Moralesa również postanowił spełniać się na Twixie, gdzie używa nicku: „CasperVanDeHag”. Niesamowita jest ta więź braterska. Ten sam pracodawca, ta sama pasja i jeszcze ksywy sobie takie oryginalne wymyślają. Żeby zmylić trop jeden udawał Portudalczyka, a drugi Holendra. Genialne. W każdym razie Marcin nie był jednak aż tak wulgarny, jak jego brat, chociaż rozszerzył on swoją działalność, bo atakował nie tylko PiS. Dostało się również Magdalenie Biejat (pusta jak bęben kapeli Zenka Martyniuka) i Szymonowi Hołowni (leszcz, bachor z wybujałym ego). Ale rzecz jasna sporo ciepłych słów otrzymał również Andrzej Duda (zesrał się Andriusza) i Jarosław Kaczyński (dewiacyjny umysł). Podejrzewam, że może „drugiemu Moralesowi” by się upiekło, gdyby ograniczył się tylko do tych wstrętnych pisiorów, ale że zaatakował również kandydatkę Lewicy, to o sprawie zrobiło się głośno. Co na to Rafał Trzaskowski? Oczywiście, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, jest głęboko poruszony, znajduje się w stanie permanentnego szoku i o niczym, w żadnym wypadku, nie miał pojęcia. Ja nie wiem, jak wyborcy mają im zaufać, skoro okazuje się, że oni sami nie mają pojęcia co się dzieje w swoich własnych kręgach.
Bezczelne insynuacje
Żeby utrzymywać Polskę w szerokim uśmiechu nie trzeba koniecznie uciekać się do trollowania w Internecie. Można też zażywać różne środki, które zapewniają bardzo dobry humor, przynajmniej do czasu zejścia. Podejrzewano już o to Sławomira Nitrasa, który kiedyś zaatakował wiceministra Sebastiana Kaletę, bo „jak trzeba, to on jest z ochrony”. Po wygranych przez nową koalicję wyborach Bartłomiej Sienkiewicz został przyuważony w Sejmie, jak trzyma w ręku torebkę foliową, w której znajdował się podejrzany proszek. I mniej więcej w tym samym czasie takie podejrzenie padły na jednego z prowadzących „Fakty”, ponieważ na jego stole zauważono usypaną „ściechę”. Oczywiście, na wszystkie te sytuacje są racjonalne wytłumaczenia – Nitras wypił za dużo kawy, stąd jego nadpobudliwość wobec wiceministra Kalety, Sienkiewicz pewnie wziął dla swojej żony proszek do prania, bo mu narzekała, że tamten jej plam nie usuwa (tak mało, bo tylko na spróbowanie od koleżanki z partii pożyczył – tanio to już było, więc trzeba żyć oszczędnie), a tajemniczy proszek na stole TVN-u to był puder. Ja się po prostu niepotrzebnie wyzłośliwiam. Okazuje się jednak, że nie tylko ja, bo Ukraińcy mieli podobne podejrzenia względem Michała Kołodziejczaka, który brał udział w negocjacjach obu państw w sprawach rolnych i jego zachowanie nie pozostało niezauważone przez przedstawicieli strony ukraińskiej: Podczas negocjacji wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi Michał Kołodziejczak zachował się dziwnie. Wiele razy zrywał się i wybiegał z pokoju, po czym wracał, pociągał nosem i zachowywał się dość nerwowo. Ukraińcy są przekonani, że to właśnie przez specyficzne zachowanie naszego wiceministra nie udało się osiągnąć porozumienia we wszystkich kwestiach. Trzeba jednak przyznać, że zdają się zaprzeczać sami sobie, bo zamieścili zdjęcie na którym… pan Kołodziejczak zdaje się być pogrążony w głębokim śnie. A podobno miał zachowywać się nerwowo, chodzić w tę i wewte i pociągać nosem. Oczywiście, za chwilę ktoś napisze, że pewnie pod koniec spotkania coś, co wcześniej być może zażył polityk AgroUnii, przestało działać i Michała opuściły już wszystkie siły. Oj tam, oj tam. Po prostu pan Kołodziejczak był zaaferowany tym, co się dzieje, a nerwowo reagował tylko wtedy, kiedy wydawało mu się, że ustalone kompromisy są niekorzystne dla polskiego rolnictwa. Na koniec zaś zwyczajnie się zmęczył. Innego wytłumaczenia nie ma!
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!
Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.
Tu nie o łańcuch chodziło
Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.
Od kogo i dla kogo była ta ustawa?
No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.
Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?
M.
Nawiasem Pisząc
Smutna złego końcówka
Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?
Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia
Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:
– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?
– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*
– No pan podpisał tę ustawę.
– No dobrze, no, podpisałem.
– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.
– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…
– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?
– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.
– Żałuje pan tego?
– Nie.
Twardym trzeba być…
Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.
M.
Nawiasem Pisząc
Żenujący popis posła Treli
Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa
Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.
Podwójne standardy
Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.
M.
