Nawiasem Pisząc
Powódź znów zaskoczyła polityków
Zawsze, kiedy w Polsce dzieje się coś złego, mamy jedną i tę samą reakcję. Otóż politycy i dziennikarze przekonują wszystkich wokół i siebie wzajemnie, że to czas na pojednanie i solidarność, a nie na rozliczenia, po czym od razu rzucają się rozliczać drugą stronę. Na pojednanie i solidarność nie starczyło już czasu. Tymi ostatnimi mogli pochwalić się tylko mieszkańcy zalanych miejscowości, wolontariusze oraz ratownicy i strażacy. Politykom tej klasy jak zwykle zabrakło, bo zaczęli wzajemnie się oskarżać, ale nie ma się co łudzić, że niesłusznie. Jedna i druga strona ma w co uderzyć, jedna i druga strona ma sobie dużo do zarzucenia. Jak to zwykle jednak w polityce bywa – nikt nie przyzna się do swoich błędów. Zamiast tego wyolbrzymi błędy drugiej strony.
Dwie antybohaterki
Nie da się ukryć, że – jeżeli chodzi o polityczną stronę – ta powódź ma przede wszystkim antybohaterów. Po stronie strony rządzącej jest to przede wszystkim Urszula Zielińska, po stronie opozycji – Anna Zalewska. Ta pierwsza rozpoczęła olbrzymią nagonkę przeciw stawianiu kolejnych zbiorników retencyjnych, bo to niszczy klimat i doprowadzi do zubożenia obywateli pobliskich miejscowości, bo to nie jest inwestycja, tylko desinwestycja. Była tak pracowita i tak nieustępliwa w swojej walce, że udało jej się przekonać sporą część mieszkańców, którzy razem z nią włączyli się do walki ze zbiornikami. No cóż, podejrzewam, że z biegiem czasu ci ludzie mogli zmienić swoje podejście i woleliby jednak zubożeć przez tę desinwestycję, niż w wyniku powodzi, która zabrała im cały dobytek, ale czasu się niestety nie cofnie. Nie przyjdzie im się przekonać, czy taka liczba zbiorników, jaką pierwotnie planowało postawić PiS byłaby wystarczająca. Bardzo możliwe, bo już teraz szacuje się, że Opole i Wrocław udało się uratować głównie dzięki zbiornikowi w Raciborzu, a rzecznik Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej Grzegorz Wasilewski mówił na antenie Kanału Zero, że tak, te zbiorniki należy stawiać, ale ich nie może być jeden czy trzy, ale sporo więcej. A więc właśnie, dlaczego PiS się z tego wycofał? Zazwyczaj robili swoje, nie przejmowali się potyskiwaniami ówczesnej opozycji, a zniweczyć ich plany mogło dopiero odsunięcie ich od władzy. A tutaj nagle wchodzi pani Anna Zalewska i mówi, że zbiorników już więcej budować nie trzeba i wycofujemy się, mili państwo, z tej inwestycji. Skąd taka decyzja? Trudno powiedzieć, ale to właśnie ona była tym politykiem PiS-u, który zaczął się ostro sprzeciwiać tym planom. Prawdopodobnie było to spowodowane niepokojami mieszkańców, podsycanymi wcześniej przez Urzulę Zielińską, Monikę Wielichowską i aktywistów klimatycznych. Wydaje się jednak, że odpowiedzialny polityk powinien próbować uspokoić i przekonać tych ludzi, że jest to absolutnie niezbędne, ale pani poseł widocznie uznała, że prościej będzie ustąpić, publicznie ogłosić, że przekonują ją wątpliwości wyborców i przychyla się do ich głosu, a jak ich zaleje, to przecież ich, a nie ją, prawda? Obie partie postąpiły ze swoimi reprezentantkami wyjątkowo łagodnie – pozwoliły im się schować i przeczekać. Ja uważam, że obie powinny dostać nakaz publicznego wytłumaczenia się przede wszystkim przed powodzianami, a następnie podać do dymisji.
Parę potknięć nowej koalicji
Po powyższym przykładzie widać, że swoje za uszami miał zarówno poprzedni, jak i aktualny rząd, ale nie da się ukryć, że obecna koalicja też zaliczyła z powodu kataklizmu parę wizerunkowych wpadek. Przede wszystkim zastanawiające są słowa Donalda Tuska z 13 września, który wówczas zapewniał: Prognozy nie są przesadnie alarmujące. Nie lekceważymy oczywiście żadnego sygnału, mamy swoje doświadczenia, tu Wrocław z 1997 roku, ja pamiętam też dokładnie 2010 rok. Więc wiadomo, że nie można lekceważyć tej sytuacji, ale chcę powiedzieć, że dzisiaj nie ma powodu, aby przewidywać zdarzenia w jakiejś skali, która by powodowała zagrożenie na terenie całego kraju. Jeśli się można czegoś spodziewać – i na to chcemy być przygotowani – to oczywiście lokalnych podtopień czy tzw. powodzi błyskawicznych, a więc zlokalizowanych w jakimś miejscu, to szczególnie w górach, ale czasem zdarza się to w miastach. Do tego będziemy chcieli być perfekcyjnie przygotowani. Perfekcyjnie przygotowani nie byliśmy, natomiast Tusk pytany o tę nieszczęśliwą wypowiedź, tłumaczy że prognozy rzeczywiście nie były „przesadnie alarmujące”. Trochę kłóci się to jednak z tym, co mówią Czesi, którzy podobno już ok. 10 września informowali nas, że fala, która się zbliża jest większa niż ta w 1997 roku i że ryzyko podtopień jest bardzo wysokie. Kłóci się to również z tym, co podawał IMiGW, który również od paru dni bił na alarm, że Odra i jej poszczególne dorzecza w ciągu kilku dni wyleją. Trudno więc znaleźć mi jakikolwiek sensowny powód, dla którego premier Polski na niewiele ponad dobę przed wpłynięciem fali kulminacyjnej na tereny Rzeczypospolitej zdecydował się przekonywać ludzi, że wszystko jest w porządku. Bo argument, że nie chciał wywoływać paniki do mnie nie trafia, tym bardziej, że mieszkańcy wyżej położonych regionów nie wpadli w panikę, nie zwiesili rąk i nie zaczęli płakać, tylko wzięli się do pracy, żeby chronić dobytek swój i sąsiadów.
Winnych znaleziono i ukamienowano
Tym bardziej zastanawiająca jest dla mnie jego decyzja o odsunięciu burmistrzów Stronia Śląskiego i Lądka-Zdroju od zarządzania kryzysowego w swoich miejscowościach. Bo nie poradzili sobie ze skutkami powodzi. Przepraszam, ale jak mieli sobie poradzić, skoro parę godzin wcześniej otrzymali informacje, że wszystko jest pod kontrolą i nie ma powodu do obaw? Dla mnie to trochę na zasadzie: „szlachcic zawinił, a chłopa powiesili”, ale to nie pierwsza przecież taka sytuacja w czasie tego kryzysu. Otóż minister Paulina Hennig-Kloska (ta kobieta ogólnie jest niesamowita, jeżeli dochodzi do jakiejś kompromitacji rządu, to bardzo często ona gra tam główną rolę) ogłosiła, że powodzianie będą mieli możliwość wzięcia nisko oprocentowanej (1,5-2,5%) pożyczki. Wywołało to powszechną konsternację, bo jak ci ludzie mają spłacać jakiekolwiek kredyty, skoro stracili dosłownie wszystko? Często sami mają już pozaciągane kredyty (chociaż tutaj rząd obiecał, że pierwsze dwanaście rat im spłaci). Pomysł trochę jak z osobną kolejką do Urzędu Pracy dla ludzi, którzy potracili swoje biznesy w pożarze w Hali Marywilskiej zaproponowany przez Rafała Trzaskowskiego. Dlatego do dymisji musiał podać się rzecznik ministerstwa Hubert Różyk, mimo że to nie on pochwalił się takimi idiotycznymi rozwiązaniami przed mediami. Śmiem również wątpić, że to nie on był pomysłodawcą. On tam był raczej od tego, żeby wyjść potem do dziennikarzy, uroczo się uśmiechnąć i wyjaśnić, że pomysł zaproponowany przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska wcale nie jest taki głupi, na jaki wygląda.
Jedynym pozytywnym aspektem tego kataklizmu jest fakt, że znowu zdaliśmy egzamin z człowieczeństwa. Podobnie, jak po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny na Ukrainie, tak i w ubiegłym tygodniu ludzie postanowili zjednoczyć się i bezinteresownie sobie pomagać. Nie oglądając się na polityków, nie czekając, aż straż pożarna zrobi wszystko za nich, sami chwycili łopaty, worki z piaskiem i zaczęli, wspólnie ze służbami, uszczelniać wały. Byli tam także mieszkańcy innych regionów Polski, niezagrożonych powodziami, jak również sąsiedzi i przyjaciele, którym powódź bezpośrednio nie zagrażała, bo mieszkali na wyższych piętrach albo na wzniesieniach. Oczywiście, zdarzały się przypadki szabrownictwa, ale ogólnie postawą naszych rodaków możemy być poruszeni. Tam nikt nie pytał, kto na kogo głosował, a kogo krytykował, tylko dostarczano najpotrzebniejszy sprzęt, pożywienie, wodę i lekarstwa. I robili to na długo przed tym, zanim szanownie nas reprezentujący w Sejmie zaczęli przekonywać w mediach, że powódź to nie jest nasza wina, tylko tych drugich.
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!
Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.
Tu nie o łańcuch chodziło
Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.
Od kogo i dla kogo była ta ustawa?
No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.
Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?
M.
Nawiasem Pisząc
Smutna złego końcówka
Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?
Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia
Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:
– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?
– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*
– No pan podpisał tę ustawę.
– No dobrze, no, podpisałem.
– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.
– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…
– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?
– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.
– Żałuje pan tego?
– Nie.
Twardym trzeba być…
Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.
M.
Nawiasem Pisząc
Żenujący popis posła Treli
Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa
Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.
Podwójne standardy
Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.
M.
