Nawiasem Pisząc
Powódź znów zaskoczyła polityków
Zawsze, kiedy w Polsce dzieje się coś złego, mamy jedną i tę samą reakcję. Otóż politycy i dziennikarze przekonują wszystkich wokół i siebie wzajemnie, że to czas na pojednanie i solidarność, a nie na rozliczenia, po czym od razu rzucają się rozliczać drugą stronę. Na pojednanie i solidarność nie starczyło już czasu. Tymi ostatnimi mogli pochwalić się tylko mieszkańcy zalanych miejscowości, wolontariusze oraz ratownicy i strażacy. Politykom tej klasy jak zwykle zabrakło, bo zaczęli wzajemnie się oskarżać, ale nie ma się co łudzić, że niesłusznie. Jedna i druga strona ma w co uderzyć, jedna i druga strona ma sobie dużo do zarzucenia. Jak to zwykle jednak w polityce bywa – nikt nie przyzna się do swoich błędów. Zamiast tego wyolbrzymi błędy drugiej strony.
Dwie antybohaterki
Nie da się ukryć, że – jeżeli chodzi o polityczną stronę – ta powódź ma przede wszystkim antybohaterów. Po stronie strony rządzącej jest to przede wszystkim Urszula Zielińska, po stronie opozycji – Anna Zalewska. Ta pierwsza rozpoczęła olbrzymią nagonkę przeciw stawianiu kolejnych zbiorników retencyjnych, bo to niszczy klimat i doprowadzi do zubożenia obywateli pobliskich miejscowości, bo to nie jest inwestycja, tylko desinwestycja. Była tak pracowita i tak nieustępliwa w swojej walce, że udało jej się przekonać sporą część mieszkańców, którzy razem z nią włączyli się do walki ze zbiornikami. No cóż, podejrzewam, że z biegiem czasu ci ludzie mogli zmienić swoje podejście i woleliby jednak zubożeć przez tę desinwestycję, niż w wyniku powodzi, która zabrała im cały dobytek, ale czasu się niestety nie cofnie. Nie przyjdzie im się przekonać, czy taka liczba zbiorników, jaką pierwotnie planowało postawić PiS byłaby wystarczająca. Bardzo możliwe, bo już teraz szacuje się, że Opole i Wrocław udało się uratować głównie dzięki zbiornikowi w Raciborzu, a rzecznik Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej Grzegorz Wasilewski mówił na antenie Kanału Zero, że tak, te zbiorniki należy stawiać, ale ich nie może być jeden czy trzy, ale sporo więcej. A więc właśnie, dlaczego PiS się z tego wycofał? Zazwyczaj robili swoje, nie przejmowali się potyskiwaniami ówczesnej opozycji, a zniweczyć ich plany mogło dopiero odsunięcie ich od władzy. A tutaj nagle wchodzi pani Anna Zalewska i mówi, że zbiorników już więcej budować nie trzeba i wycofujemy się, mili państwo, z tej inwestycji. Skąd taka decyzja? Trudno powiedzieć, ale to właśnie ona była tym politykiem PiS-u, który zaczął się ostro sprzeciwiać tym planom. Prawdopodobnie było to spowodowane niepokojami mieszkańców, podsycanymi wcześniej przez Urzulę Zielińską, Monikę Wielichowską i aktywistów klimatycznych. Wydaje się jednak, że odpowiedzialny polityk powinien próbować uspokoić i przekonać tych ludzi, że jest to absolutnie niezbędne, ale pani poseł widocznie uznała, że prościej będzie ustąpić, publicznie ogłosić, że przekonują ją wątpliwości wyborców i przychyla się do ich głosu, a jak ich zaleje, to przecież ich, a nie ją, prawda? Obie partie postąpiły ze swoimi reprezentantkami wyjątkowo łagodnie – pozwoliły im się schować i przeczekać. Ja uważam, że obie powinny dostać nakaz publicznego wytłumaczenia się przede wszystkim przed powodzianami, a następnie podać do dymisji.
Parę potknięć nowej koalicji
Po powyższym przykładzie widać, że swoje za uszami miał zarówno poprzedni, jak i aktualny rząd, ale nie da się ukryć, że obecna koalicja też zaliczyła z powodu kataklizmu parę wizerunkowych wpadek. Przede wszystkim zastanawiające są słowa Donalda Tuska z 13 września, który wówczas zapewniał: Prognozy nie są przesadnie alarmujące. Nie lekceważymy oczywiście żadnego sygnału, mamy swoje doświadczenia, tu Wrocław z 1997 roku, ja pamiętam też dokładnie 2010 rok. Więc wiadomo, że nie można lekceważyć tej sytuacji, ale chcę powiedzieć, że dzisiaj nie ma powodu, aby przewidywać zdarzenia w jakiejś skali, która by powodowała zagrożenie na terenie całego kraju. Jeśli się można czegoś spodziewać – i na to chcemy być przygotowani – to oczywiście lokalnych podtopień czy tzw. powodzi błyskawicznych, a więc zlokalizowanych w jakimś miejscu, to szczególnie w górach, ale czasem zdarza się to w miastach. Do tego będziemy chcieli być perfekcyjnie przygotowani. Perfekcyjnie przygotowani nie byliśmy, natomiast Tusk pytany o tę nieszczęśliwą wypowiedź, tłumaczy że prognozy rzeczywiście nie były „przesadnie alarmujące”. Trochę kłóci się to jednak z tym, co mówią Czesi, którzy podobno już ok. 10 września informowali nas, że fala, która się zbliża jest większa niż ta w 1997 roku i że ryzyko podtopień jest bardzo wysokie. Kłóci się to również z tym, co podawał IMiGW, który również od paru dni bił na alarm, że Odra i jej poszczególne dorzecza w ciągu kilku dni wyleją. Trudno więc znaleźć mi jakikolwiek sensowny powód, dla którego premier Polski na niewiele ponad dobę przed wpłynięciem fali kulminacyjnej na tereny Rzeczypospolitej zdecydował się przekonywać ludzi, że wszystko jest w porządku. Bo argument, że nie chciał wywoływać paniki do mnie nie trafia, tym bardziej, że mieszkańcy wyżej położonych regionów nie wpadli w panikę, nie zwiesili rąk i nie zaczęli płakać, tylko wzięli się do pracy, żeby chronić dobytek swój i sąsiadów.
Winnych znaleziono i ukamienowano
Tym bardziej zastanawiająca jest dla mnie jego decyzja o odsunięciu burmistrzów Stronia Śląskiego i Lądka-Zdroju od zarządzania kryzysowego w swoich miejscowościach. Bo nie poradzili sobie ze skutkami powodzi. Przepraszam, ale jak mieli sobie poradzić, skoro parę godzin wcześniej otrzymali informacje, że wszystko jest pod kontrolą i nie ma powodu do obaw? Dla mnie to trochę na zasadzie: „szlachcic zawinił, a chłopa powiesili”, ale to nie pierwsza przecież taka sytuacja w czasie tego kryzysu. Otóż minister Paulina Hennig-Kloska (ta kobieta ogólnie jest niesamowita, jeżeli dochodzi do jakiejś kompromitacji rządu, to bardzo często ona gra tam główną rolę) ogłosiła, że powodzianie będą mieli możliwość wzięcia nisko oprocentowanej (1,5-2,5%) pożyczki. Wywołało to powszechną konsternację, bo jak ci ludzie mają spłacać jakiekolwiek kredyty, skoro stracili dosłownie wszystko? Często sami mają już pozaciągane kredyty (chociaż tutaj rząd obiecał, że pierwsze dwanaście rat im spłaci). Pomysł trochę jak z osobną kolejką do Urzędu Pracy dla ludzi, którzy potracili swoje biznesy w pożarze w Hali Marywilskiej zaproponowany przez Rafała Trzaskowskiego. Dlatego do dymisji musiał podać się rzecznik ministerstwa Hubert Różyk, mimo że to nie on pochwalił się takimi idiotycznymi rozwiązaniami przed mediami. Śmiem również wątpić, że to nie on był pomysłodawcą. On tam był raczej od tego, żeby wyjść potem do dziennikarzy, uroczo się uśmiechnąć i wyjaśnić, że pomysł zaproponowany przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska wcale nie jest taki głupi, na jaki wygląda.
Jedynym pozytywnym aspektem tego kataklizmu jest fakt, że znowu zdaliśmy egzamin z człowieczeństwa. Podobnie, jak po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny na Ukrainie, tak i w ubiegłym tygodniu ludzie postanowili zjednoczyć się i bezinteresownie sobie pomagać. Nie oglądając się na polityków, nie czekając, aż straż pożarna zrobi wszystko za nich, sami chwycili łopaty, worki z piaskiem i zaczęli, wspólnie ze służbami, uszczelniać wały. Byli tam także mieszkańcy innych regionów Polski, niezagrożonych powodziami, jak również sąsiedzi i przyjaciele, którym powódź bezpośrednio nie zagrażała, bo mieszkali na wyższych piętrach albo na wzniesieniach. Oczywiście, zdarzały się przypadki szabrownictwa, ale ogólnie postawą naszych rodaków możemy być poruszeni. Tam nikt nie pytał, kto na kogo głosował, a kogo krytykował, tylko dostarczano najpotrzebniejszy sprzęt, pożywienie, wodę i lekarstwa. I robili to na długo przed tym, zanim szanownie nas reprezentujący w Sejmie zaczęli przekonywać w mediach, że powódź to nie jest nasza wina, tylko tych drugich.
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Smutna złego końcówka
Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?
Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia
Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:
– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?
– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*
– No pan podpisał tę ustawę.
– No dobrze, no, podpisałem.
– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.
– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…
– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?
– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.
– Żałuje pan tego?
– Nie.
Twardym trzeba być…
Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.
M.
Nawiasem Pisząc
Żenujący popis posła Treli
Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa
Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.
Podwójne standardy
Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.
M.
Nawiasem Pisząc
Zły wpis w złym momencie
Ten wpis Jana Grabca pojawił się już kawał czasu temu. Zapisałam go sobie z planem opublikowania w ciągu maksymalnie 2-3 dni, a że z planów wyszła figa z makiem – jeszcze raz przepraszam. Mimo to, wracam do niego, bo niesamowicie mnie on uwiera. I nie potrafię sobie odpuścić, bo to był po prostu wpis wybitnie głupi… i zły. Już nie będę odnosić się do tego, że Polska w 1939 roku sama sobie szukała wrogów (w domyśle, jak rozumiem, mam sobie dopowiedzieć: „ma co chciała”?), bo że jest to bzdura, chyba wszyscy wiemy doskonale. Świeżo po odzyskaniu niepodległości myśleliśmy sobie, jak tu się jeszcze pogrążyć. Za dobrze nam było. Koniecznie musieliśmy coś pokomplikować, no i nam się oberwało… To już tak ironicznie piszę, z czystego przyzwyczajenia, bo głupotę naszych polityków można tylko ironizować – cóż nam innego pozostało? Albo gorzkie łzy, albo pusty śmiech. Ja zresztą doskonale rozumiem, co autor miał na myśli, bo to były echa ustnej (a raczej internetowej) przepychanki Karola Nawrockiego z Donaldem Tuskiem, wynikającej z tego, że ten pierwszy powiedział parę słów na temat Powstania Wielkopolskiego, a ten drugi wściekł się, że „znowu mu Niemcy atakujo”. Klasyka, przyzwyczailiśmy się. Do tego, że politycy KO dwoją się i troją, żeby wyciągnąć swojego szefa za każdym razem, kiedy się kompromituje – też.

Nasi przyjaciele, Niemcy
Nawet niespecjalnie uwiera mnie to, że oni mają Niemców za naszych najwspanialszych, bezinteresownych przyjaciół. Nie chce mi się tłumaczyć, że podchodzenie z nieufnością i sceptycyzmem to nie to samo, co usilne szukanie sobie wroga. Kto umie patrzeć, ten widzi, że Niemcom na przyjaźni z nami akurat nie zależy. Nikt nie twierdzi, że lada dzień zaatakują nas dronami, rakietami i czołgami, ale łudzenie się, że im zależy na jakimkolwiek naszym rozwoju gospodarczym jest głupotą. Ja w ich postulatach, decyzjach i ogólnym zachowaniu dostrzegam raczej chęć zrobienia sobie z nas skupiska rzeczy niepotrzebnych. Bo te wiatraki od Siemensa nie sprzedają się tak, jakby chcieli; bo tych elektrycznych super-luksusowych samochodów z do połowy rozładowaną baterią nikt już u nich nie chce, a po co mają się marnować? Ekonomia! Ach, i tutaj nie wszyscy inżynierowie i chirurdzy się dobrze zaaklimatyzowali, więc możemy się podzielić! Tych to oddamy nawet za darmo, znajcie nasze dobre serca! Wszystko się da przecież po dobroci załatwić. Wystarczy rozmawiać, a Wy, drodzy Polacy, i wiatraczki będziecie mieć, i zużyte auta elektryczne, a w ramach promocji dorzucimy Wam chirurgów z Afryki, bo plotki jakieś chodzą, że u Was w tej ochronie zdrowia to tak nie bardzo, prawda? No, to macie, przyjmijcie. I nie narzekajcie. My to wszystko z dobrego, szczerego serca robimy. Odrobinę wdzięczności tylko wymagamy, to chyba nie za dużo? Zamienili po prostu jedną metodę na drugą.
Śmiać się, żeby nie płakać
Dobrze, bo znowu się nabijam, a temat jednak poważny. Z drugiej strony, jak tu się nie śmiać, skoro ostatnie wystąpienia premiera na arenie międzynarodowej skończyły się tak, że nie dość, że sami sobie reparacje wypłacimy, to jeszcze podarujemy je Ukraińcom w imieniu Rosjan. Tacy skuteczni jesteśmy! Śpimy na pieniądzach, Drodzy Obserwujący, i w dupach nam się poprzewracało, tyle Wam napiszę. Przyznajcie jednak szczerze – jak tu nie kpić z czegoś takiego? Ten wpis brzmi słabo z jeszcze innej strony. Reprezentanci naszego państwa pozwalają sobie na takie bezmyślne wpisy w czasie, kiedy historia jest notorycznie zakłamywana, bo państwa, które w przeszłości przelewały najwięcej krwi w imię nie wiadomo czego, dzisiaj nie bardzo chcą się do tej swojej ponurej historii przyznawać. Lepiej rozmydlać winę na inne narody. A jak jest okazja, to i nakłamać do potęgi. Przecież ten tekst powstał w czasach, kiedy nasi wspaniali sąsiedzi postawili uporać się z własną historią na swój sposób za punkt honoru.
Konsekwentne rozmydlanie win
W czasach, kiedy Niemcy nie ograniczają się tylko do tłumaczenia o złych nazistach, którzy napadli i ich zmusili – za to coraz bardziej otwarcie mówią, że Polska w sumie tę II wojnę światową sprowokowała, a w ogóle to nie przesadzajcie. Kiedy Izrael łaskawie przyznaje, że OK, Holocaust to głównie Niemcy, ale nie tylko, bo Polacy im pomagali – i gdyby nie oni, to by im się na pewno nie udało. Kiedy jakakolwiek pamięć o Wołyniu jest uciszana narracją o ruskich trollach, a w ogóle to Ukraińcy nie chcieli, ale musieli, bo Polacy im cerkwie zamykali. Takie tłumaczenie to już klasyka. I weź wytłumacz własnym rodakom, że tak barbarzyńskie tortury stosowane na Polakach być może nie są współmierną karą za zamknięcie iluś tam cerkwi. Nie wspominając już o Rosjanach, którzy za Jelcyna przyznali się do Katynia, za Putina już im się coś nie zgadza (oglądałam kiedyś materiał, w którym pytano właśnie Rosjan o Katyń – wielu z nich jest przekonanych, że ten Katyń to zbrodnia… niemiecka), ale czegokolwiek by tak naprawdę nie zrobili, powinniśmy im być wdzięczni, bo nas wyzwolili. Wyzwolili, prawda? Czas, żebyśmy przyjęli to na klatę. A to, że oni po prostu odpierali Niemców na naszym terytorium; że to wyzwolenie polegało na mordowaniu, gwałceniu, podpalaniu czy rabowaniu i że zaraz potem zniewolili nas znowu na ponad czterdzieści lat, to już trudno. Wyzwolili, to wyzwolili. Takie są fakty, a z nimi się podobno nie dyskutuje.
Kiepscy asystenci
To, że inne państwa, którym ciąży niezbyt chlubna historia, próbują się od niej odgrodzić i rozmemłać tę winę na wszystkich wokoło po równo (dbając przy okazji o to, żeby ich „równa” połowa była jak najmniejsza) niezbyt mnie dziwi. Kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie natomiast to, że nasi politycy tak bardzo ułatwiają im pracę. Wcześniej swoją bezapelacyjną mądrością popisała się Barbara Nowacka, której wymsknęły się brednie o „polskich nazistach”. Ale to tylko dlatego, że się przejęzyczyła! A że czytała z kartki? Pewnie asystent napisał. W tych kręgach nabór na asystentów trwa cały bity rok – mam wrażenie, że oni im tam służą tylko i wyłącznie jako kozły ofiarne. „Powiedziałam/em coś idiotycznego, ale to nie moja wina, tylko tego tu Areczka. To mój asystent” – tak to z reguły wygląda. Albo asystenci, albo przejęzyczenia, albo niezrozumienie zacofanych obywateli, bo przecież pan Grabiec wcale nie miał do napisania tego, co napisał, tylko coś innego. A co, to już nie może powiedzieć, spieszy mu się. Szuka akurat asystenta, żeby mu podpisał papierek o dobrowolnym rozwiązaniu umowy. I to szybciutko, zanim tusz wyschnie, później się nie liczy.
M.
