Nawiasem Pisząc
Polityczny kameleon
Już od ładnych paru lat obserwuję pewne zjawisko w Platformie, które wydaje mi się być kluczowym powodem, dla którego ta partia przegrywa kolejne wybory – obok chęci przyjmowania uchodźców i programu socjalnego zaproponowanego przez PiS. Platforma zaczynała jako centroprawicowa, konserwatywna partia – dbająca o dobro rodziny, sprzeciwiająca się aborcji na życzenie, stwarzająca wizerunek religijnej i patriotycznej. Już chyba nikt nie może mieć wątpliwości, że to zupełnie inne ugrupowanie, niż to, które powstawało w 2001-2002 roku. I bardzo ciężko uwierzyć również w to, że członkowie PO zupełnie naturalnie zmieniali swoje poglądy, bo przecież się rozwijali – jest raczej zupełnie oczywiste, że swoją powłokę polityczną zmieniali jak kameleon, aby przypodobać się jak największej liczbie wyborców. I, owszem, robi to pod wieloma względami każda partia, ale chyba żadna aż tak bardzo nie odeszła od swoich początkowych ideałów, jak właśnie Platforma. Wykopałam z sieci Deklarację Ideową PO. Już sam początek wzbudza dużo śmiechu, bo padają tam słowa: „Na progu trzeciego tysiąclecia pragniemy uwolnić energię Polaków, by czerpać dumę z godnego miejsca Rzeczypospolitej w jednoczącej się Europie”. OK, można powiedzieć, że chcieli dobrze, tylko że nie wyszło, ale patrząc na to, że sam Donald Tusk służył potem jako człowiek od przynoszenia, podawania i zamiatania dla Angeli Merkel, a europosłowie z tej partii konsekwentnie głosują za sankcjami dla Polski (ba, nawet sami biegają ze skargami do UE), to niespecjalnie tutaj te starania widać. Raczej wręcz przeciwnie. Ale pójdźmy dalej.
Platforma o honorze… i patriotyzmie
Punkt 1. owej deklaracji: „Polityka w służbie człowieka” mówi nam: Polityka łączy się z moralnością tylko tam, gdzie pielęgnowane są cnoty obywatelskie. Gdzie patriotyzm stawiany jest ponad walkę o partyjne interesy. Gdzie autorytet państwa wymusza bezwzględne przestrzeganie prawa, także przez rządzących. Gdzie roztropność nakazuje powściągać grupowe spory. Zaś honor ceniony jest bardziej niż spryt. Prawda, że urocze? Partia, która dzisiaj dba chyba tylko i wyłącznie o to, żeby pozycję Polski w UE osłabiać, głosiła wtedy tak dumne hasła o cnotach obywatelskich i patriotyzmie. O przestrzeganiu prawa (posłanka Jachira zdaje się nie została pociągnięta do odpowiedzialności za nawoływanie do chuligaństwa czy przeszkadzanie w obradach Sejmu swoim cyrkowym zachowaniem, nie wspominając o pośle Nitrasie, który lubił grzebać sobie w torbach swoich oponentów politycznych, Sławomirze Nowaku i wielu, wielu innych), o roztropnym powściągnięciu grupowych sporów, podczas gdy sami również chętnie dokładają paliwa do skłócenia Polaków ze względu na poglądy i ten spór podsycają, a o honorze nawet nie ma co debatować. Tusk staje się powoli w naszym kraju synonimem kłamstwa, a nie wiem czy honor można budować na kłamstwie. Donald, w każdym razie, wciąż próbuje. Platforma Obywatelska chce przywrócić blask tradycyjnym ideałom republikańskim. Ideałowi Państwa jako dobra wspólnego i skutecznego strażnika sprawiedliwości oraz bezpieczeństwa. Ideałowi obywatela – jako osoby wolnej i odpowiedzialnej za los swój i swojej rodziny – tego nawet nie trzeba komentować, wrzuciłam tutaj, żebyście mogli się pośmiać.
Najważniejszą wartością – Dekalog!
Punkt 2., czyli „Fundament wartości” już podpowiada mi, że będzie grubo. Pierwsze zdanie zdaje się to potwierdzać, bo mówi ono, że fundamentem cywilizacji jest Dekalog. Zadaniem Państwa jest roztropne wspieranie rodziny i tradycyjnych norm obyczajowych, służących jej trwałości i rozwojowi (np. poprzez wspieranie LGBT jak leci i pod każdym warunkiem, również wtedy, kiedy demolują akurat Kościoły, głoszące ten fundament cywilizacji – Dekalog – przyp. M). Dlatego prawo winno ochraniać życie ludzkie, tak jak czyni to obowiązujące dziś w Polsce ustawodawstwo, zakazując również eutanazji i ograniczając badania genetyczne (ale już aborcja do 12. tygodnia życia jest spoko, a potem pewnie i później, zobaczymy, jak tam będzie sobie lewicowy wyborca życzył – przyp. M). Zadaniem polityki jest ciągłe wytyczanie granic (na przykład właśnie w sprawie aborcji – przyp. M), których przekroczenie przez człowieka lub grupę ludzi wystawia całą wspólnotę na niebezpieczeństwo. Ale także granic władzy publicznej, których przekroczenie narusza autonomię jednostki. Dobra polityka potrafi obronić obywateli przed anarchią i prywatą (tylko że dzisiaj akurat bliżej nam do tej anarchii i prywaty, ale pierwsze wynika z obecnego nurtu politycznego, a drugie, to sami wiecie, rozumiecie, politycy też gdzieś mieszkać muszą, najchętniej w tanich kawalerkach – przyp. M).
Troska o polską przedsiębiorczość
Punkt 3. mówi o tym, że Platforma jest ruchem otwartym, które miałoby być miejscem spotkań i dyskusji zaprzyjaźnionych stowarzyszeń. Można powiedzieć, że ten punkt spełnili, albo próbowali spełnić. Nieudolne małżeństwo z Nowoczesną, później już otwarty romans z lewicą, dzięki któremu wiele z tych wartości wyrzucili bez żalu do kosza zdaje się to potwierdzać. Jeżeli o to im chodziło, to nie ma się czego czepiać, chłopaki robią, co mogą. Trochę mało tam dyskusji, a za dużo pajacowania, ale można im to darować. Ale pkt 4.: „Uwolnić energię Polaków” jest wręcz przezabawny. Zaczyna się od cytatu Jana Pawła II, bo pamiętajmy, że wtedy Platforma pozorowała na tych wierzących, religijnych i przepełnionych chrześcijańskimi wartościami: Zdolność człowieka do inicjatywy i przedsiębiorczości stanowi źródło bogactwa społecznego, zaś wolny rynek jest najbardziej skutecznym narzędziem wykorzystywania zasobów i zaspokajania potrzeb. Dlatego właśnie Platforma postawiła sobie za cel uwolnić energię Polaków. Zrobiła to tak dobrze, że trzeba było podnosić wiek emerytalny, bo inaczej nie mielibyśmy gdzie tej energii zużytkować i na emeryturze biegalibyśmy nakręceni jak różowe króliczki Duracell, a tak to na spokojnie można było zająć się odpoczynkiem. To dla naszego zdrowia było, jak wszystko inne zresztą. Polskę ogarnia fala stagnacji i niewiary w przyszłość. Główną przyczyną jest paraliżowanie rozwijającej się przedsiębiorczości i obywatelskiej inicjatywy przez biurokrację, złe prawo i grupowe interesy związków zawodowych. Nie ma innej drogi do szybkiego rozwoju i dobrobytu jak powrót do idei wolności. Nie ma innej skutecznej polityki gospodarczej – jak polityka konkurencji, ochrony własności prywatnej i twardego rozprawienia się przez państwo z przyczynami paraliżu przedsiębiorczości. W praktyce oznaczało to sprzedawanie naszych spółek i firm za granicę po obniżonych kosztach, bo nic tak nie napędzało polskiej przedsiębiorczości, jak Niemcy czy Rosjanie, którzy ją sukcesywnie wykupowali.
Dumni z polskości, na straży suwerenności
Punkt 5. brzmi: „Być Polakiem w Zjednoczonej Europie”. To już jest szczególnie cyniczne, bo posłowie PO nawet tę wartość wyrzucili do kosza, ponieważ ważniejsze jest dla nich bycie Europejczykami. To jest modne, postępowe i nowoczesne, a być Polakami to już chcą tylko zaściankowcy. Punkt 5 w całości mówi o chęci wprowadzenia Polski do Unii Europejskiej, ale podkreśla jak ważne jest zachowanie naszej suwerenności i tożsamości narodowej. Właśnie w tym celu powstała „Deklaracja Krakowska” z 2003, która była manifestem PO chęci wstąpienia w szeregii Unii. Uroczyście ogłoszono, że Platforma będzie z determinacją walczyć o wypełnienie najważniejszych polskich interesów państwowych i narodowych w Europie. Brzmi to teraz jak nieśmieszny żart, bo naprawdę nie wiem, jaki z naszych interesów państwowych został przez Unię wypełniony? Albo coś kiepsko u mnie z pamięcią, albo z ich determinacją w walce. Zwłaszcza że zobowiązali się walczyć o:
1. Będziemy walczyć o pełne prawa w Europie dla polskiej tożsamości narodowej, o obecność polskiego języka i równoprawne traktowanie Polski i Polaków przez inne narody Europy.
2. Będziemy zabiegać o rozwój i obecność w Europie polskiej kultury i literatury, polskich książek i dziel polskich twórców.
3. Będziemy bronić praw religii, rodziny i tradycyjnego obyczaju, bo tych wartości szczególnie potrzebuje współczesna Europa.
4. Będziemy walczyć o interesy gospodarcze polskich przedsiębiorców, polskich przedsiębiorców, polskich pracowników i polskich rolników, o ich prawo do rozwoju i ekspansji na zagranicznych rynkach.
5. Będziemy zabiegać o polityczną i gospodarczą atlantycką solidarność zjednoczonej Europy i Ameryki, bo tylko w tej solidarności upatrujemy najgłębszych korzeni cywilizacyjnej potęgi całego Zachodu.
Jak wiatr zawieje…
Prawda, że komedia? Czy którekolwiek z tych założeń zostało wypełnione? Nie, a czteroma pierwszymi obietnicami Platforma zwyczajnie wysmarkała sobie nos. To, co oni teraz robią to jest kompromitacja tych szczytnych idei, na które oszukali miliony Polaków, żeby oddali na nich głos. To, że pan Donald Tusk ciągle pokazuje się publicznie i ośmiela się otwierać usta, żeby atakować przeciwników politycznych, świadczy o to, że honoru, o którym tak dumnie pisał w owej Deklaracji już dawno się pozbył. Nie wiem, być może, kiedy służył na smyczy u pani Merkel spuścił go w toalecie, może zrobił to wcześniej, kiedy wyprzedawał polskie przedsiębiorstwa za granicę, a może po prostu nigdy go nie miał, bo bliżej mu było do Niemca niż do Polaka.
Widać jednak jak ta partia przybiera odpowiednie barwy polityczne, w zależności od sytuacji społecznej w kraju – tuż po „upadku” komuny dla Polaków ważne były wartości chrześcijańskie i patriotyczne, bo to je komuniści starali się najbardziej zdeptać i zohydzić. Kiedy jednak do głosu zaczęła dochodzić radykalny, współczesny odłam lewicy, mamiąc Polaków takimi pseudo-wartościami, jak tolerancja, miłość i szacunek (użyłam tutaj zwrotu „pseudo”, bo jak się zdążyliśmy przyzwyczaić, lewica stara się o tym ładnie krzyczeć, jednak niekoniecznie już chce jej się te wartości stosować – zwłaszcza wobec oponentów), łeb Platformy gwałtownie skierował się w lewo, politycy uznali tamte wartości za przebrzmiałe i ubrali się w tęczowo-czerwone łaszki. Bez mrugnięcia oka wyrzucają do kosza podobno swoje, ale przede wszystkim milionów Polaków, ideały do kosza, licząc na krótką pamięć swoich wyborców (i umiejętne kłamanie Donalda Tuska?) i złapanie na lep sympatyków lewicy. Na szczęście wyszło im to bokiem i mam nadzieję, że już nikt z tego towarzystwa do władzy się nigdy nie dorwie.
M.
Link FB: https://www.facebook.com/photo?fbid=413541364120628&set=a.362082925933139
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Budowany od lat przemysł pogardy i nienawiści
Szczerze Wam napiszę, że nie przepadam za Dariuszem Michalczewskim. Ani mnie specjalnie nie ciągnęło do jego walk, kiedy zawodowo uprawiał boks, ani tym bardziej po zakończeniu kariery. Często jak się wypowiadał, zastanawiałam się, czy przypadkiem jednak za dużo w głowę nie oberwał. Głównie dlatego, że lubił wypowiadać się na tematy polityczne, a sympatyzował raczej z tym środowiskiem, do którego mi daleko. A jednak to właśnie Dariusz Michalczewski wykazał się honorem. Napisałabym, że jak ktoś jest sportowcem to honor nie jest dla niego uczuciem obcym, ale w porę przypomniałam sobie, ilu sportowców po zakończeniu kariery zapisało się do KO, więc zrezygnowałam.
Prawy sierpowy Michalczewskiego
A o co chodzi? Otóż popularny „Tiger” wyznał niedawno, że nakłaniano go do… udziału w kampanii, nie bójmy się tego słowa, nienawiści w stronę Karola Nawrockiego. Bokser miał być namawiany do opowiadania bzdur na temat ówczesnego kandydata na prezydenta. Jakich? Pewnie zarzutów o bycie alfonsem. Michalczewski nie dość, że odmówił, to jeszcze stwierdził, że Nawrocki jest „równym gościem”. To musiał być mocny cios dla salonu, z którego jednak wywodzi się pięściarz. A skoro Michalczewski odmówił, to trzeba było ratować się postacią znaną, Jackiem Murańskim. Cóż, nie wyszło im to chyba tak, jak planowali. Zastanawiam się, czy może jeszcze Marcina Najmana nie zwerbowali, bo on ostatnio też zaczął politykować. I to tak, że zęby bolą. Bardzo rozbawił mnie jego wpis: Wielki błąd Panie Prezydencie. Historia o tym nie zapomni. Starałem się to Panu wytłumaczyć. Nie udźwignął Pan tego na temat zawetowania ustawy SAFE, czyli tego kredytu, co wszyscy wokół bardzo chcą, żebyśmy wzięli. Tak bardzo chcą, że mimo prezydenckiego weta już zapowiadają, że nam go wcisną. W ten sposób niedługo cały system prawny nam pierdzielnie, bo prezydent będzie wetował, a rząd i tak zrobi, co chce.
Depresja Szymona Hołowni?
Ofiarą ich nagonki padł również Szymon Hołownia, którego oskarżono, że… choruje na depresję. Redaktor Nizinkiewicz, który dokonał tego wielkiego odkrycia, oczywiście dał do zrozumienia, że depresja to ciężka choroba i należy wspierać takie osoby, podkreślając, że dzień, w którym pisał swojego paszkwila, akurat był Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. Swój chłop, tylko że w całym artykule sugerował, że Hołownia z racji choroby i przyjmowania leków być może nie nadawał się do sprawowania funkcji marszałka Sejmu i nie wszystkie jego decyzje były rozsądne. Pił oczywiście do zaprzysiężenia prezydenta. A skąd pan „dziennikarz” czerpał informacje? Podobno z „otoczenia” ówczesnego marszałka, bo z nim samym się nie kontaktował, po co? A wiecie jak na początku zareagowało środowisko, kiedy Hołownia napisał o wszystkim na swoich mediach społecznościowych? Ano, przyznali rację Nizinkiewiczowi. Pod jego wpisem na X-ie wyrazy wsparcia widziałam tylko… z prawej strony. Aha, i Szymon Hołownia w swoim wpisie zaprzeczył jakoby chorował na depresję.
Gorzej miał Cenckiewicz
Przyznać jednak trzeba, że po tym wpisie Nizinkiewicz i cała Rzeczpospolita przeprosiła i artykuł usunęła. Co syfu zdążyli tym artykułem narobić, narobili, ale Hołownia przeprosiny oczywiście przyjął, bo to dobry chłopak jest. Szkoda tylko, że ta cała sytuacja nie dała mu do myślenia, w jakim środowisku się tak naprawdę obraca. Bo przypomnę, że Sławomir Cenckiewicz nie miał tyle szczęścia. Szczegóły jego stanu zdrowia bezlitośnie opublikowali, sugerując, że w wyniku swojej choroby nie może sprawować funkcji, którą sprawuje, bo nie powinien mieć dostępu do pewnych akt. Tam przepychanka trwała przez kilka ładnych tygodni i nikomu nie spieszyło się Cenckiewicza przepraszać. On jest niewygodny, kiedyś dokopał się do prawdy o Wałęsie, więc cholera wie, do czego może się jeszcze dokopać. Być może dlatego aż tak bardzo atakują Karola Nawrockiego, bo też się go boją. Ostatecznie pracował w IPN-ie, cholera wie, co tam się mogło na nich wszystkich znaleźć.
Dlatego aż tak nienawidzą Nawrockiego?
Bo naprawdę nie widzę innych powodów, dla których mają go aż tak nienawidzić. To już nie wygląda tylko na frustrację po przegranych wyborach. Teraz znowu się zmobilizowali w sprawie prezydenckiego weta dotyczącego programu SAFE, o którym już wcześniej pisałam. Mnie się wydaje, że jeśli bankowi bardziej zależy, żebyś wziął kredyt, niż Tobie, to widocznie jest w tym kredycie coś takiego, co sprawia, że bardziej opłaca się bankowi go udzielić, niż Tobie brać. Zresztą mam wrażenie, że kiedyś już przerabialiśmy całkiem podobną aferę z kredytami we frankach. Dotyczyła zupełnie czego innego, jasne, ale zasady były te same. Oczywiście wyszli gorący zwolennicy Tuska, żeby protestować przeciwko temu wetu, trzymając tabliczki z obraźliwymi hasłami w stronę Nawrockiego i widocznie uznali, że taka forma przekazu skłoni prezydenta do zmiany opinii. Przodowała tam, oczywiście, Babcia Kasia, która nie przepuści żadnej okazji, żeby nie zrobić zadymy na ulicy. I Joanna Szczepkowska. Już raz o niej pisałam, więcej nie chce mi się tracić więcej czasu na tę starą wariatkę. Napiszę więc tylko, że ta pani odpaliła się tak bardzo po zwycięstwie Karola Nawrockiego, że też zaczynam się zastanawiać, czy w jej stronę również nie padła delikatna sugestia, żeby zaczęła z siebie idiotkę publicznie robić.
Żonglowanie emocjami
To jest właśnie przemysł pogardy, który zbudował Donald Tusk. Jest on tak skuteczny, że ci ludzie wciąż są święcie przekonani, że to Jarosław Kaczyński jest jedynym człowiekiem, który podzielił Polaków (nie twierdzę, że tego nie robił, ale przynajmniej taką samą robotę wykonywał tutaj Tusk – a teraz wykonuje większą) i że PiS jest partią prorosyjską. To ostatnie mnie zawsze będzie śmieszyło, bo przypominam sobie czasy po tym, co działo się w Gruzji, a potem po Smoleńsku. Ale jeśli przypomnisz o tym w dyskusji, usłyszysz jedynie, że – no właśnie – „czasy się zmieniają”. Premier doskonale wie, co robi. Pobudza nie tylko emocje, ale też najbardziej prymitywne odruchy u ludzi. Dlatego z całej ustawy łańcuchowej słyszeliśmy tylko o biednych pieskach na łańcuchach, z ustawy wiatrakowej, że Nawrocki nie chce dać Polakom tańszego prądu i tak dalej, i tym podobnie. W przypadku SAFE podjudza jednak najbardziej prymitywne ludzkie emocje, jaką jest między innymi strach.
Ryzykowna gra
Nawiasem Pisząc
Niemcy na liście homofobicznych państw
Pamiętacie olbrzymi skandal homofobiczny w Niemczech? Pewien sędzia po jednym z meczów FC Koln oświadczył się swojemu chłopakowi. Wzruszenie odebrało oczywiście wszystkim mowę. Natomiast zaledwie kilka dni później Pascal Kaiser został pobity. Oburzonych artykułów pojawiło się co nie miara, bo wiadomo… homofobia. Sama się zastanawiałam, jak to możliwe? W wyzwolonych i tęczowych Niemczech? Nie ma mowy, musiał pewnie na Polaków trafić. Inna sprawa, że w samym Berlinie dochodzi rocznie do większej liczby przestępstw, niż w całej zacofanej i nietolerancyjnej Polsce. I że za większość z nich odpowiadają imigranci. Ale to nieważne, bo „Polak też gwałci”.
„Szokujący” sprawcy
Ale do brzegu, wróćmy do tego biednego Kaisera. Rzecz miała miejsce pod koniec stycznia, teraz mamy końcówkę lutego, a sprawca wciąż nieujęty. Opieszałość policji czy po prostu… nie ma kogo ujmować? Okazuje się, że policja na razie… przeszukała mieszkanie Kaisera. Zabezpieczyła między innymi jego skrzynkę mailową, na którą miał dostawać groźby. I wyszło im, homofobom pieprzonym, że sędzia wysyłał je sobie sam. Obecnie policja bada, czy Kaiser obrażeń nie zgotował sobie sam, ewentualnie czy nie pomógł mu w tym jego partner. Na razie żaden z nich nie jest podejrzany, ale policja wysłała już sygnał, że właśnie taki scenariusz biorą w tej chwili przede wszystkim pod uwagę.
Była już Hiszpania
Zobaczymy, jak to się skończy. Niczego nie wykluczam, bo tak jak pisałam, Niemcy obecnie tak bezpiecznym państwem, że w pysk można tam zebrać codziennie i wcale to już nikogo nie zaskakuje. Ale, kurczę, nie byłby to pierwszy raz. Pamiętacie inny taki skandal w Hiszpanii, zdaje się w 2021 roku? Jakiś gej zgłosił się na policję, bo „nieznani sprawcy” mieli mu wyciąć homofobiczne hasła na tyłku. Szybko się okazało, że nieznanych sprawców było w liczbie… jeden. I wcale nie był taki nieznany, bo znał go właśnie poszkodowany gej. I sam go o to poprosił. Nie wiem, ja bym się zdziwiła, gdyby któryś z moich znajomych poprosił mnie o wycinanie sobie czegoś na d*pie, ale ja jestem nietolerancyjna, więc się nie znam.
Była Wielka Brytania
Pisałam Wam też o innej sprawie, znacznie wcześniejszej, bo z 2014 roku. Richard Kennedy zgłosił się na policję, że został pobity. I że to na pewno przez homofobię. Obrażenia były poważne, więc policja oczywiście zgłoszenie przyjęła i szybko rozpoczęła śledztwo. Osiemnastolatek przyznał się im, gdzie był wtedy na imprezie, a policja po prostu zabezpieczyła monitoring. I szybko znaleziono sprawcę. Agresywnym homofobem okazał się krawężnik, o który kompletnie pijany Kennedy wziął i się potknął. A że wypił sobie wcześniej odpowiednio dużo, to nie wpadł na pomysł, żeby jakoś zamortyzować upadek, więc wydzwonił twarzą o chodnik. Policjanci przeanalizowali dokładnie całe nagranie z tego dnia i żadnych innych homofobów nie stwierdzono. Bo chyba nie powinno się do nich wliczać grupy Brytyjczyków, którzy usiłowali chłopaka podnieść, bo biedak był tak oszołomiony rażącą nietolerancją, która go spotkała.
Teraz pora na Niemcy
Wszystko wskazuje na to, że ta historia skończy się podobnie, bo ciężko mi wyobrazić sobie, żeby niemiecka policja dzieliła się takimi wątpliwościami z opinią publiczną, gdyby nie miała przekonujących dowodów. I tak się tylko zastanawiam, czy oni nie uczą się na błędach? Była Wielka Brytania, była Hiszpania, teraz są Niemcy, a przypomnę przecież, że w Polsce też mieliśmy aferę z dziewczyną Margota, którą podobno ktoś chciał wepchnąć pod tramwaj, bo była facetem. Tylko że biedne dziewczę było w takim szoku, że nie przypomniała sobie, bidulka, gdzie to konkretnie miało miejsce. A warszawski ZTM powiedział, że żaden z motorniczych nie zgłosił takiej sytuacji, a mają taki obowiązek, żeby od razu można było zabezpieczyć nagrania.
M.
Nawiasem Pisząc
To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!
Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.
Tu nie o łańcuch chodziło
Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.
Od kogo i dla kogo była ta ustawa?
No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.
Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?
M.
