Nawiasem Pisząc
Parę słów o profesjonalnym dziennikarstwie
Za każdym razem, kiedy piszę o kolejnym numerze Krzysztofa Stanowskiego, wolę podkreślić, że mam do niego ambiwalentny stosunek. Lubię oglądać jego Kanał Zero (choć oczywiście nie wszystko), lubię słuchać jego programu z Robertem Mazurkiem, czy nawet jego własne, indywidualne „Stanowisko”. Ale było wiele przypadków, kiedy nie mogłam się z nim zgodzić. Nie da się jednak ukryć, że potrafi on sprowadzić do parteru wybitnych – podobno – dziennikarzy. Dziennikarzy, którzy mają olbrzymi wpływ na opinię publiczną i którzy dzień w dzień przekazują gawiedzi istotne informacje. Parę dni temu zrobił to po raz kolejny i znowu na grubo. I po raz kolejny nie było czego zbierać. Nie mam jednak wielkich nadziei, że cokolwiek do tych naszych pismaków dojdzie, bo przecież wczoraj wrzucałam Wam tutaj post o Głuchowskim, który to był jedną z ofiar Stanowskiego, kiedy to twórca Kanału Zero postanowił odpowiedzieć GazWybowi na zarzuty, jakoby miał być seksistą, mizoginem i Bóg jeden wie, kim jeszcze.
Uczyć się na błędach
Przede wszystkim, zadziwiające jest to, że ci ludzie nie uczą się na własnych błędach. Najpierw była sprawa z Natalią Janoszek – dziewczyna wymyśliła sobie karierę, wymyśliła sobie, że jest wielką gwiazdą Bollywood i nagle wszyscy chcieli przeprowadzić z nią wywiad. A tak naprawdę wystarczyło sobie wpisać jej nazwisko w takim Filmwebie i wychodziło, że nie grała w zbyt wielu produkcjach oraz że te produkcje nie były żadnymi hitami. A jakby się jeszcze trochę pogrzebało, to można było trafić na komentarze sprzed iluś tam lat, że pani Janoszek zwyczajnie kłamie. Ale przecież nasi dziennikarze nie będą tracić czasu na jakiś tam research, przecież nie od tego są. Oni są od kłamania, manipulowania i uprawiania propagandy. I można stwierdzić, że w sumie Janoszek to jakaś tam głupiutka celebrytka, że nie ma to większego wpływu na naszą rzeczywistość, że w sumie to taka bzdurka do obśmiania. Zgadzam się z tym, ale już to pokazało, jak podchodzą do swojej pracy dzisiejsi „dziennikarze”. Wybiórcza jednak doszła do wniosku, że sprawa ich nie dotyczy, bo przecież to jakieś plotkarskie magazyny (tak, jakby Wybiórcza nie miała swoich „odnóg” o podobnej tematyce), a oni są poważnymi dziennikarzami. A poważny dziennikarz – wiadomo! – jak dostaje polecenie kogoś obsmarować, to obsmaruje, a nie będzie się skupiał na jakichś tam faktach, jakiejś weryfikacji, na czymkolwiek. Poważny dziennikarz usiądzie przed komputerem, poszuka jakichś artykułów o swojej ofierze, w żadnym wypadku nie będzie sprawdzał ich autentyczności, Boże broń, ale za to odpowiednio je przeredaguje, przekłamie i zmanipuluje. A jeśli przy okazji popierdzielą mu się daty, trudno. Nic dziwnego, że do tego zadania wytoczona Piotra Głuchowskiego, którym potem Stanowski wytarł sobie podłogę. To była totalna kompromitacja, a szefowie GazWybu uznali, że jeszcze naślą na niego trzpiotkę-idiotkę, żeby trochę popyskowała. To było jednak aż tak żenujące, że nawet twórca Kanału Zero nie bardzo chciał się nad nią znęcać. Już w tamtym momencie nasi wiarygodni „dziennikarze” otrzymali od Stanowskiego dwa ostrzegawcze plaśnięcia w pysk, ale jakoś ich to nie otrzeźwiło. Tym razem sprawa jest jednak przepyszna. Prawdziwa dieta dla osób, które dzisiejsze „dziennikarstwo” co najmniej irytuje, bo w tej chwili wygląda na to, że w poszczególnych redakcjach siedzi banda nierobów, która przeredaguje artykuły innych, albo wymyśla na szybko „listy od czytelniczek”. Coraz bardziej żenujące. I oni mają czelność robić jakieś akcje „w obronie polskich mediów”. Nie, jeżeli chodzi o tzw. „main-streamy” to jedyne, co należy zrobić, to wytrzeć nimi podłogę, a potem wyrzucić szmatę do śmieci.
Znajdziemy haki na wszystkich!
Dobrze, ale wróćmy do samej sprawy ze Stanowskim. Otóż, jak pewnie już wiecie, jakiś czas temu Zbigniew Stonoga zdecydował się opublikować SZOKUJĄCY materiał o popularnym – w tej chwili – youtuberze, który wyraźnie pokazywał, że cały Kanał Zero jest pod butem Ziobry, Kaczyńskiego i PiS-u. I że Stonoga dał się na to nabrać, to jeszcze nic dziwnego. To jest facet, któremu jad i nienawiść zalały już zdrowy rozsądek. Kiedy więc otrzymał materiał, który w 100% demaskował tego przebrzydłego Stanowskiego, nie wahał się ani chwili, żeby pokazać światu z jak bardzo sprzedajnym człowiekiem mamy do czynienia. Słuchajcie, kiedy trafiłam na to nagranie po raz pierwszy od razu mi coś nie grało. Nie dlatego, że od razu zorientowałam się, że tam się daty nie zgadzają, nawet nie dlatego, że ta cała scenka w redakcji wyglądała na sztuczną, ale dlatego, że uważam Stanowskiego za zbyt inteligentnego faceta, żeby tak łatwo dał się podejść. Umówmy się, to nie jest człowiek, którego można łatwo zrobić w jajo. Od początku węszyłam więc spisek. I dosyć szybko dziennikarz opublikował swoje oświadczenie, które wyglądało tak, że wsiadł do niebieskiego lamborghini, bo jakaś łajza go sprzedała. Złoto. A najlepsze jest to, że Stanowski dał przecież jeszcze swoim oponentom podpowiedzi. Tak oczywiste, że gdyby im się chciało odrobinę przysiąść nad tematem, to szybko by je wyłapali i napisali spokojnie Stonodze, że znowu przestrzelił. Nie zgadzała się data zdobycia przez Jagiellonię mistrzostwa Polski, nie zgadzała się sprawa z mężczyzną wciągniętym w silnik samolotu i jeszcze parę innych rzeczy. Ale po co się wysilać, mamy haki na tego przebrzydłego mizogina, dojedziemy go! Według tego, co mówił Stanowski, Zbigniew Stonoga opublikował dostarczone mu podstępnie nagranie po piętnastu minutach. A potem poszła cała fala – publikowali to znani dziennikarze, politycy i… jedna pani prokurator. Tomasza Lisa i Romana Giertycha to nawet nie ma chyba co wspominać, bo oni kompromitowali się już wielokrotnie i widocznie weszło im w nawyk. Wiejski i Piński też nie są żadnym zaskoczeniem. Ale dali się na to nabrać też „dziennikarze” TVN-u (Radomir Wit, Marcin Łuniewski), Radia Zet, Gazety Wyborczej (Wojciech Czuchnowski, zdobywca Grand Pressa, czyli należałoby sądzić, że chyba rzetelny?) i paru innych. Rzecz jasna, dał się nabrać również Bart Staszewski, ale jemu to chyba bez różnicy, bo wyspecjalizował się w kłamstwie. I właśnie wspomniana pani prokurator – Ewa Wrzosek.
Wnioski? Ale po co?
I jaki z tego morał płynie? Dla „dziennikarzy” pewnie żaden. Jestem niemal całkowicie przekonana, że jeżeli Stanowski zrobi podobny numer, to znowu się dadzą złapać na lep jak muchy. Bo oni nie myślą. Otrzymali materiał, który zgadzał się z ich linią narracyjną, otrzymali materiał, który mógł zniszczyć Kanał Zero (bo im z jakichś przyczyn zawadza) i nie pomyśleli ani pół sekundy, czy go faktycznie publikować dalej. Bo gdyby pomyśleli chociaż pół sekundy, to by zrezygnowali. Dlatego, że tam się nic nie zgadza. I tam pal sześć już daty, bo przecież wielkie tuzy dziennikarstwa polskiego nie będą sobie głowy zajmować choćby klikaniem i weryfikowaniem informacji. Ale dlatego, że Stanowski nie jest debilem. I jeśli faktycznie jego kanał na YT byłby tworzony pod dyktando Ziobry czy Kaczyńskiego, to nie ukazywałby tego przed swoimi pracownikami w sposób tak oczywisty. Nie, jeżeli faktycznie tak by było, to tematy drażliwe zrzucałby na odpowiednie osoby, a nie płaszczył się przed całą redakcją, że nie, bo zły Ziobro. To już było oczywiste, ale „dziennikarze” dali się rozsmarować po podłodze po raz kolejny. Bo może akurat teraz nam wyjdzie. Nie wyszło. O tym, że Stanowski lubi trollować było wiadomo od kiedy Najman dał mu się zrobić w jajo. Później akcja z Janoszek, która brutalnie zweryfikowała poziom dziennikarstwa w Polsce. Kilka miesięcy później twórca Kanału Zero publicznie upokorzył chociażby pana Głuchowskiego z Wyborczej, bezlitośnie punktując mu wszystkie kłamstwa, manipulacje i zwyczajną głupotę. Koledzy z GazWybu też nie chcieli się jednak nauczyć na błędach swojego kolegi. Teraz po prostu ich podsumował. Jaki z tego morał dla nas? To jedna z całego morza bredni, którą Stanowski wypunktował, a które są nam serwowane od lat. Pokazał jak na dłoni, że to nie profesjonaliści, a zwykła szarańcza, która zgnoi każdego, kto im nie po drodze. Im się nawet nie chciało zajrzeć na profil Kanału Zero, na którym były już materiały o Funduszu Sprawiedliwości. To powinna być – przede wszystkim – dla nas nauczka, że media głównego ścieku są kompletnie niewiarygodne, zakłamane i nie posiadające chociaż krztyny dziennikarskiej etyki. Tak wprawione w oszukiwaniu, że nawet kiedy ktoś im ich kłamstwa wypomni, idą w swoim cynizmie w zaparte. Tak też było w tym przypadku. Kiedy Stanowski ich zdemaskował, zaczęli się wić jak piskorz, że wcale nie, nieprawda i w dalszym ciągu Stanowski jest zły. Tylko wiecie, jak to teraz wygląda. Oni właśnie się poślizgnęli i wpadli w kupę gówna. I babrzą się w tym gównie, próbując przekonać nas, że wcale nie udowodniono im po raz kolejny, nawet nie tyle dziennikarskiej nierzetelności, co zwykłej propagandy. A my możemy tylko stać i patrzeć. I z jednej strony chciałoby się im dać po pysku za te lata kłamania i manipulacji, a z drugiej nie wypada, bo nie kopie się leżącego. Można tylko napluć, ale po co, skoro oni i tak toną po uszy w gównie?
M.
P.S.: Najlepsze jest to, że Krzysztof Stanowski wcale nie udowodnił, że nie optuje za PiS-em. Udowodnił jedynie, że większa część dziennikarzy main-streamu to idioci. Ale nawet z tym się nasze pismaki pogodzić nie mogą. Bo jak nazwie się idiotę idiotą, to – nie wiadomo czemu – idiota będzie oburzony. I, gdyby faktycznie Stanowski chodził na smyczy Ziobry czy Kaczyńskiego, to takim zabiegiem odsunął od siebie wszystkie oskarżenia, bo cokolwiek napiszą teraz te dziennikarskie prymitywy, nie będzie już wiarygodne. Szach i mat.
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Smutna złego końcówka
Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?
Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia
Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:
– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?
– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*
– No pan podpisał tę ustawę.
– No dobrze, no, podpisałem.
– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.
– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…
– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?
– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.
– Żałuje pan tego?
– Nie.
Twardym trzeba być…
Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.
M.
Nawiasem Pisząc
Żenujący popis posła Treli
Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa
Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.
Podwójne standardy
Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.
M.
Nawiasem Pisząc
Zły wpis w złym momencie
Ten wpis Jana Grabca pojawił się już kawał czasu temu. Zapisałam go sobie z planem opublikowania w ciągu maksymalnie 2-3 dni, a że z planów wyszła figa z makiem – jeszcze raz przepraszam. Mimo to, wracam do niego, bo niesamowicie mnie on uwiera. I nie potrafię sobie odpuścić, bo to był po prostu wpis wybitnie głupi… i zły. Już nie będę odnosić się do tego, że Polska w 1939 roku sama sobie szukała wrogów (w domyśle, jak rozumiem, mam sobie dopowiedzieć: „ma co chciała”?), bo że jest to bzdura, chyba wszyscy wiemy doskonale. Świeżo po odzyskaniu niepodległości myśleliśmy sobie, jak tu się jeszcze pogrążyć. Za dobrze nam było. Koniecznie musieliśmy coś pokomplikować, no i nam się oberwało… To już tak ironicznie piszę, z czystego przyzwyczajenia, bo głupotę naszych polityków można tylko ironizować – cóż nam innego pozostało? Albo gorzkie łzy, albo pusty śmiech. Ja zresztą doskonale rozumiem, co autor miał na myśli, bo to były echa ustnej (a raczej internetowej) przepychanki Karola Nawrockiego z Donaldem Tuskiem, wynikającej z tego, że ten pierwszy powiedział parę słów na temat Powstania Wielkopolskiego, a ten drugi wściekł się, że „znowu mu Niemcy atakujo”. Klasyka, przyzwyczailiśmy się. Do tego, że politycy KO dwoją się i troją, żeby wyciągnąć swojego szefa za każdym razem, kiedy się kompromituje – też.

Nasi przyjaciele, Niemcy
Nawet niespecjalnie uwiera mnie to, że oni mają Niemców za naszych najwspanialszych, bezinteresownych przyjaciół. Nie chce mi się tłumaczyć, że podchodzenie z nieufnością i sceptycyzmem to nie to samo, co usilne szukanie sobie wroga. Kto umie patrzeć, ten widzi, że Niemcom na przyjaźni z nami akurat nie zależy. Nikt nie twierdzi, że lada dzień zaatakują nas dronami, rakietami i czołgami, ale łudzenie się, że im zależy na jakimkolwiek naszym rozwoju gospodarczym jest głupotą. Ja w ich postulatach, decyzjach i ogólnym zachowaniu dostrzegam raczej chęć zrobienia sobie z nas skupiska rzeczy niepotrzebnych. Bo te wiatraki od Siemensa nie sprzedają się tak, jakby chcieli; bo tych elektrycznych super-luksusowych samochodów z do połowy rozładowaną baterią nikt już u nich nie chce, a po co mają się marnować? Ekonomia! Ach, i tutaj nie wszyscy inżynierowie i chirurdzy się dobrze zaaklimatyzowali, więc możemy się podzielić! Tych to oddamy nawet za darmo, znajcie nasze dobre serca! Wszystko się da przecież po dobroci załatwić. Wystarczy rozmawiać, a Wy, drodzy Polacy, i wiatraczki będziecie mieć, i zużyte auta elektryczne, a w ramach promocji dorzucimy Wam chirurgów z Afryki, bo plotki jakieś chodzą, że u Was w tej ochronie zdrowia to tak nie bardzo, prawda? No, to macie, przyjmijcie. I nie narzekajcie. My to wszystko z dobrego, szczerego serca robimy. Odrobinę wdzięczności tylko wymagamy, to chyba nie za dużo? Zamienili po prostu jedną metodę na drugą.
Śmiać się, żeby nie płakać
Dobrze, bo znowu się nabijam, a temat jednak poważny. Z drugiej strony, jak tu się nie śmiać, skoro ostatnie wystąpienia premiera na arenie międzynarodowej skończyły się tak, że nie dość, że sami sobie reparacje wypłacimy, to jeszcze podarujemy je Ukraińcom w imieniu Rosjan. Tacy skuteczni jesteśmy! Śpimy na pieniądzach, Drodzy Obserwujący, i w dupach nam się poprzewracało, tyle Wam napiszę. Przyznajcie jednak szczerze – jak tu nie kpić z czegoś takiego? Ten wpis brzmi słabo z jeszcze innej strony. Reprezentanci naszego państwa pozwalają sobie na takie bezmyślne wpisy w czasie, kiedy historia jest notorycznie zakłamywana, bo państwa, które w przeszłości przelewały najwięcej krwi w imię nie wiadomo czego, dzisiaj nie bardzo chcą się do tej swojej ponurej historii przyznawać. Lepiej rozmydlać winę na inne narody. A jak jest okazja, to i nakłamać do potęgi. Przecież ten tekst powstał w czasach, kiedy nasi wspaniali sąsiedzi postawili uporać się z własną historią na swój sposób za punkt honoru.
Konsekwentne rozmydlanie win
W czasach, kiedy Niemcy nie ograniczają się tylko do tłumaczenia o złych nazistach, którzy napadli i ich zmusili – za to coraz bardziej otwarcie mówią, że Polska w sumie tę II wojnę światową sprowokowała, a w ogóle to nie przesadzajcie. Kiedy Izrael łaskawie przyznaje, że OK, Holocaust to głównie Niemcy, ale nie tylko, bo Polacy im pomagali – i gdyby nie oni, to by im się na pewno nie udało. Kiedy jakakolwiek pamięć o Wołyniu jest uciszana narracją o ruskich trollach, a w ogóle to Ukraińcy nie chcieli, ale musieli, bo Polacy im cerkwie zamykali. Takie tłumaczenie to już klasyka. I weź wytłumacz własnym rodakom, że tak barbarzyńskie tortury stosowane na Polakach być może nie są współmierną karą za zamknięcie iluś tam cerkwi. Nie wspominając już o Rosjanach, którzy za Jelcyna przyznali się do Katynia, za Putina już im się coś nie zgadza (oglądałam kiedyś materiał, w którym pytano właśnie Rosjan o Katyń – wielu z nich jest przekonanych, że ten Katyń to zbrodnia… niemiecka), ale czegokolwiek by tak naprawdę nie zrobili, powinniśmy im być wdzięczni, bo nas wyzwolili. Wyzwolili, prawda? Czas, żebyśmy przyjęli to na klatę. A to, że oni po prostu odpierali Niemców na naszym terytorium; że to wyzwolenie polegało na mordowaniu, gwałceniu, podpalaniu czy rabowaniu i że zaraz potem zniewolili nas znowu na ponad czterdzieści lat, to już trudno. Wyzwolili, to wyzwolili. Takie są fakty, a z nimi się podobno nie dyskutuje.
Kiepscy asystenci
To, że inne państwa, którym ciąży niezbyt chlubna historia, próbują się od niej odgrodzić i rozmemłać tę winę na wszystkich wokoło po równo (dbając przy okazji o to, żeby ich „równa” połowa była jak najmniejsza) niezbyt mnie dziwi. Kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie natomiast to, że nasi politycy tak bardzo ułatwiają im pracę. Wcześniej swoją bezapelacyjną mądrością popisała się Barbara Nowacka, której wymsknęły się brednie o „polskich nazistach”. Ale to tylko dlatego, że się przejęzyczyła! A że czytała z kartki? Pewnie asystent napisał. W tych kręgach nabór na asystentów trwa cały bity rok – mam wrażenie, że oni im tam służą tylko i wyłącznie jako kozły ofiarne. „Powiedziałam/em coś idiotycznego, ale to nie moja wina, tylko tego tu Areczka. To mój asystent” – tak to z reguły wygląda. Albo asystenci, albo przejęzyczenia, albo niezrozumienie zacofanych obywateli, bo przecież pan Grabiec wcale nie miał do napisania tego, co napisał, tylko coś innego. A co, to już nie może powiedzieć, spieszy mu się. Szuka akurat asystenta, żeby mu podpisał papierek o dobrowolnym rozwiązaniu umowy. I to szybciutko, zanim tusz wyschnie, później się nie liczy.
M.
