Nawiasem Pisząc
Nowe sposoby na przekroczenie granicy z Polską
Całkiem niedawno trafiłam na dwa – trzy reportaże, rzucające dużo światła na to, kim są uchodźcy na naszej granicy z Białorusią oraz – przede wszystkim – w jaki sposób przekraczają tę granicę. Materiały, które otworzyły mi oczy w wielu kwestiach i które mogłoby się przydać również naszym służbom. O ile, oczywiście, coś się w tej sprawie zmieni, bo od kwietniowego skandalu, a potem śmierci naszego żołnierza, nie widzę, żeby coś się tam specjalnie ryszyło. Ot, była okazja powrzucać pełne oburzenia wpisy na TT/X, więc rzucili się opisywać, jakich to oni konsekwencji nie wyciągną. Potem jednak – jak za każdym razem – temat się znudził, pojawiły się inne, ciekawsze, więc nikt już nie będzie rozliczał Tuska za jego twitterowe obietnice. Przecież nie rozliczamy go nawet za te kampanijne, więc z co za problem? Zresztą, to nie pierwszy polityk, który tylko mówi, a nie robi. I z pewnością nie ostatni. Przyzwyczailiśmy się.
Wagnerowcy zawsze chętni do pomocy
Wydawałoby się, że granica z Białorusią jest dobrze zabezpieczona. Płot postawiono; wysłano policję, wojsko, WOT, Straż Graniczną, komandosów, Żandarmerię Wojskową. Ekipa, że mucha nie siada, organizacyjnie jednak wyszło mocno tak sobie, bo nikt nie wiedział czyje rozkazy ma wykonywać. Warto wspomnieć, że dopiero po śmierci ś.p. Mateusza Sitki zaczęto szkolić wojskowych z… używania tarcz. A robili to funkcjonariusze policji, którzy mają doświadczenie w tego typu akcjach, w których trzeba na przykład jakiś protest czy zgromadzenie rozgonić. W każdym razie, nie dziwi zgromadzenie aż tylu mundurowych na naszą granicę, bo mniej więcej od listopada 2021 roku co jakiś czas organizowane są próby przekroczenia granicy podczas zmasowanego ataku uchodźców. Wtedy też pojawiły się pierwsze doniesienia, ze ci uchodźcy jacyś tacy… za dobrze wyszkoleni i przygotowani są. Że wiedzą, gdzie i w jaki sposób atakować, żeby zwiększyć swoje szanse, a jeszcze przy okazji jakiegoś polskiego funkcjonariusza zranić. To właśnie wtedy zaczęto oficjalnie mówić o tym, że sytuacja przy polsko-białoruskiej granicy to prowokacja przygotowana przez Putina i Łukaszenkę. Pamiętamy chyba takie głosy i pamiętamy, jak bardzo nie chcieli w to uwierzyć niektóre środowiska w Polsce, ignorując te ostrzeżenia i krzycząc jeszcze głośniej o uchodźczym rasizmie. Tymczasem, jest się czego obawiać, bo pamiętamy przecież, że na Białoruś w pewnym momencie trafili… wagnerowcy. I nie ma się, co łudzić, że bez Prigożyna nie są już tacy groźni – to są cały czas ci sami niebezpieczni ludzie, rewelacyjnie wyszkoleni i nie posiadający żadnych skrupułów. Ludzie, którzy potrafią zabić na pstryknięcie. A co za tym idzie – to są wciąż ludzie, którzy mogą się przydać Putinowi. Zwykli najemnicy, płatni zabójcy. Ostatnie doniesienia mówią o tym, że to najprawdopodobniej wagnerowcy szkolą „uchodźców” do walki z żołnierzami, pilnującymi nasze granice, na których instruują ich, w które miejsca ciała mają celować, żeby zadać odpowiednio ciężką ranę, a może nawet odebrać życie. Do sieci trafiło krótkie nagranie, na których widać fragment takiego szkolenia: Będziecie mieli sprzęt i noże. Waszym zadaniem będzie atakować w niechronione miejsca: szyję, pachy, nogi, ręce. I najważniejsze – nie bójcie się. Nie będą do was strzelać, a jeśli już to tylko w powietrze. Bardzo niepokojąco brzmią te słowa w kontekście tego, co później działo się na granicy. Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że nic w tej sprawie nie zostało zrobione, No OK, Tusk natrzaskał ileś tam kolejnych twittów, ale poza tym raczej niewiele więcej zostało zrobione. I warto wspomnieć, że to nagranie wypłynęło mniej więcej pod koniec 2021 roku. Od tamtego czasu próbowano różnych pomysłów, żeby wzmocnić naszą wschodnią granicę, ale do tej pory brakuje np. przepisów, które pozwalałyby użyć broni w sytuacjach ekstremalnych. A nie, przepraszam – takie przepisy są, tyle że wojskowi mimo wszystko obawiają się użyć broni, bo… właśnie na mocy jednego z takich przepisów aresztowano grupę żołnierzy. W Polsce od jakiegoś czasu prawo działa tak, jak komuś pasuje. Przepis, który miał zwalniać z odpowiedzialności polskich mundurowych, jeśli ci użyją broni, stał się gwoździem do ich trumny. Bo być może ich sytuacja nie była wcale aż tak dramatyczna, żeby wyciągać broń i oddawać strzały ostrzegawcze?
Polscy „pożyteczni idioci” i jak z nimi postępować?
Nie ma dowodów na to, że to faktycznie wagnerowcy organizują krótkie szkolenia dla kolejnych migrantów, próbujących dostać się do Niemiec przez teren Rzeczpospolitej, chociaż służby uważają to za bardzo prawdopodobne. Ale pojawiły się dowody na to, że pomagają im również inne osoby. Mowa oczywiście o „kojotach”, którzy za gruby hajs pomagają w przemycie „uchodźców”. Jakiś czas temu do sieci trafił „konkurs”, którego zwycięzcy mogą liczyć na tańszy przemyt za granicę: Kto pierwszy poda odpowiedź, może liczyć na 12,5% zniżki od wartości czeku (…) Tym razem będzie trudne, bo młodzi ludzie szukają w necie i mają gotową odpowiedź. Jak nazywał się polski żołnierz, który zginął na granicy białorusko-polskiej? Fajna zabawa, prawda? Ta „promocja” dotyczyła akurat zniżki na podróż z Mińska na polsko-białoruską granicę, na której przewodnik dokładnie wyjaśni, w których miejscach i momentach można najłatwiej przekroczyć naszą granicę – a w razie problemów przecież chętnie pomoże. Ten i wiele podobnych wpisów można znaleźć na arabskojęzycznych czatach, na których starający się nielegalnie przedostać do Niemiec ludzie szukają odpowiednich przewodników. Zaczęła je czytać, tłumaczyć i analizować na Twitterze Klara Sołtan. I to jest naprawdę kopalnia wiedzy. Oni tam wszystko opisują, całe procesy przemytu tych ludzi. I nawet nagrywają filmiki reklamowe – w których pokazują dokładnie, jakie będą warunki bytowe podczas podróży czy zakwaterowania, cały plan, rozpiski, a nawet filmiki szkoleniowe. Większość z tych ludzi miała załatwione rosyjskie wizy – a sama Rosja od tych paru lat dużo chętniej takie wizy wydaje. Przypadek? Właśnie na tamtych czatach przekazują sobie informacje, które punkty na granicy są najpewniejsze, na bieżąco informują o tych „spalonych”, ale też tych nowo odkrytych. Na bieżąco mamy też wrzucane kolejne filmiki, na których grupa imigrantów nie niepokojona przez nikogo spokojnie przekracza naszą granicę i ukrywa się w lesie. A dlaczego o tym wszystkim piszę? A, bo mniej więcej w tym samym okresie, pan Władysław Kosiniak-Kamysz był łaskaw uprzejmie prosić naszych przygranicznych aktywistów, żeby może, na krótką chwilę, wstrzymali się z popełnianiem przestępstw. O co chodzi? Otóż niektóre z tych osób biorą aktywny udział w przemycie ludzi, instruując ich przy granicy, kiedy i gdzie można przekraczać, bo jest pusto, a Straż Graniczna stacjonuje akurat na innym odcinku. Czyli mamy ludzi, którzy aktywnie i świadomie łamią polskie prawo, bo albo im się wydaje, że robią dobrze, albo przytulają za to jakieś pieniążki. I co na to odpowiada nasz wicepremier i minister obrony narodowej? Że on bardzo prosi, żeby przestali. Że rozumie odruch serca, ale tak nie wolno. Tylko tyle. Nie było choćby maleńkiej groźby, że na przykład osoby złapane na takiej próbie trafią od razu do aresztu i będą sądzeni jak zwykli przestępcy – którymi zresztą są. Nie, pan Kosiniak-Kamysz wolał się bawić w dobrego policjanta, ale zapomniał, że do takiej zabawy przydałby się również zły. Ale gdzie tu miejsce na złego policjanta, przecież to jest uśmiechnięta Polska, więc wszyscy funkcjonariusze na granicy też mają się uśmiechać. Dlatego ludziom, którzy pomagają sforsować polską granicę, mogą co najwyżej pogrozić paluszkiem. I delikatnie poprosić, żeby więcej tak, z łaski swojej, nie robili. Tak. Żyjemy w kraju, w którym wicepremier i minister obrony narodowej apeluje do przestępców, którzy pomagają w przemycie ludzi, że fajnie by było, jakby się na trochę wstrzymali. Że spoko z nich ziomki, ale wiecie, rozumiecie, odrobina umiaru nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Że przemycać to sobie mogą, ale może trochę później, a najlepiej tak, żeby Straż Graniczna przypadkiem nie zauważyła, bo potem sami nie wiedzą, co mają robić.
W skrócie chyba tak wygląda sytuacja na naszej granicy z Białorusią. Problem jest rozwiązywany na Twixie, na którym politycy budują sobie słupki poparcia – niestety nie jest rozwiązywana na miejscu. Putin z Łukaszenką ogrywają nas już w zasadzie jak dzieci. Politycy interesują się tylko tym, czy i jak bardzo jakaś niebezpieczna sytuacja na granicy może wpłynąć na ich wyniki oraz jak ewentualnie można je poprawić. Do tego ich rola się ogranicza, bo kiedy dochodzi już do konkretnych decyzji i jasnych stanowisk, są nagle bardzo zajęci czym innym. Dlatego działanie Polski zmierzające do poprawy sytuacji na granicy ograniczyła się do kilku wpisów na TT/X, zapewnieniem, że skoro herr Tusk powiedział, że będzie ona bezpieczna to znaczy, że będzie bezpieczna i czołobitnego apelowania do przestępców, żeby nie popełniali przestępstw.
Brzmi jak plan.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!
Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.
Tu nie o łańcuch chodziło
Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.
Od kogo i dla kogo była ta ustawa?
No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.
Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?
M.
Nawiasem Pisząc
Smutna złego końcówka
Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?
Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia
Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:
– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?
– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*
– No pan podpisał tę ustawę.
– No dobrze, no, podpisałem.
– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.
– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…
– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?
– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.
– Żałuje pan tego?
– Nie.
Twardym trzeba być…
Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.
M.
Nawiasem Pisząc
Żenujący popis posła Treli
Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa
Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.
Podwójne standardy
Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.
M.
