Connect with us

Nawiasem Pisząc

Krótka historia pewnego marszu

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Kojarzycie pewnie wymyślone historyjki, jak ten ze screenu poniżej, o śpiewających tramwajach czy klaszczących kierowcach? Niech to posłuży za obrazek do marszu 4 czerwca, bo co tam się nie działo, to nawet nie wiem, czy dam radę opisać, ale ambitnie spróbuję. Rzecz jasna, nie na samym marszu, bo nie czułam potrzeby tam iść, przeciwnie, czułam olbrzymią potrzebę siedzenia w domu. Jednak media roztrząsały o tym wydarzeniu od ładnych kilku tygodni i teraz też nie mogą się jeszcze od niego odczepić. Żebym się jednak nie pogłupiła rozłożę sobie na akapity to, co chcę Wam opisać – zresztą chronologicznie nic ciekawego się stało. Wyszli, przeszli się, pokrzyczeli, wrócili do domu.

Każdy sobie średnią liczy

W każdym razie zacząć należy od samych liczb, bo dziennikarze wszelkiej maści snuli już swoje prognozy na długo przed czwartym czerwca. Najchętniej robili to, rzecz jasna, politycy i media związani z opozycją. TVN i Onet zaczynali nieśmiało, że będzie 300 tysięcy. Donald Tusk i warszawski ratusz mieli nadzieję na pół miliona (i dalej się chyba z tego stwierdzenia nie wycofują). Roman Giertych, koń polskiego intelektu, obstawiał milion. Co mógł, w celu podniesienia frekwencji, robił też Tomasz Lis, który nagabywał ludzi na ulicy, żeby wybrali się w marszu po polską demokrację, tolerancję i kolorowe baloniki. To się nazywa ostoja obiektywizmu polskiego dziennikarstwa. Facet jest jak skała – nic go nie ruszy. Na swoim TT pisał, że każdy, kto może, a nie przyjdzie, jest bardzo, bardzo niedobry (przy czym on użył innych słów), a potem… sam nie poszedł, bo prowadził transmisję z dachu jednego z budynków. Ale wiadomo, jego nie wolno tak nazywać. Jak w rzeczywistości wyglądał ten marsz? Ogólnie tak, jak się wszyscy spodziewaliśmy – posłowie i media sprzyjajace rządowi udawali, że marszu nie ma, a jeśli już, to działo się tam bardzo, bardzo źle. Wśród mediów i polityków, którym bliżej do opozycji, praktycznie liczby się nie zmieniły. Tyle że do zabawy włączyła się policja, która uznała, że w marszu brało udział około 150 tysięcy ludzi. Patrząc na zdjęcia faktycznie może tak być, nie wiem, dlaczego PO koniecznie chce pompować ten wynik do granic absurdu – ja się i tak nie spodziewałam, że tak dobrze im pójdzie. Nie wiem, może to te autobusy przeważyły szalę. W każdym razie, śmieję się od dawna, że jeśli chcecie poznać szacunkową frekwencję jakiegoś politycznego wydarzenia, to sprawdźcie, co podają w TVN i TVP, co piszą w Wybiórczej czy Niezależnej i po prostu wyciągnijcie średnią. 😉

Marsz zły, marsz dobry

W każdym razie po ocenie frekwencji trzeba wyjaśnić, czym ten marsz faktycznie był. „Był pełen nienawiści do obecnego rządu, padały tam wulgaryzmy w stronę Jarosława Kaczyńskiego” itd., itp. „To był marsz radości, pojednania, tolerancji, miłości i przyjaźni. Ludzie uśmiechali się do siebie i śpiewali”; bla, bla, bla. Jak było naprawdę – pewnie pośrodku tak, jak w przypadku marszów, w których większość z nas pewnie kiedyś uczestniczyła – podejrzewam, że z reguły ludzie szli spokojnie, ale na pewno zdarzały się jakieś incydenty. I w zależności od stacji, wiadomo na jakich nagraniach się skupi. Standard. Jednak przydałoby się tutaj określić precyzyjnie, czym jest incydent. Otóż zdecydowanie jest to transparent na Marszu Niepodległości o treści, która nie spodoba się mainstreamowym mediom (z ostatniego pamiętam taki z napisem: Maja Staśko to największa hipokrytka polskiego Internetu, co chyba nie jest niezgodne z rzeczywistością?), ale incydentami na pewno nie są okrzyki: Wypier***ać!!!, J***ć PiS!, wszędobylskie osiem gwiazdek (również narysowane na czołach najmłodszych uczestników marszu), czy dzieci radośnie skaczące i krzyczące: Kaczyński pójdzie do piekła. Swoją drogą, nie wiem, co trzeba mieć w głowach, żeby tak bezkompromisowo wpychać dzieci do polityki. One i tak nie rozumiały tych ich hasełek, one się po prostu bawiły. I, dzięki swoim rodzicom, nie widziały nic złego w życzeniu drugiemu człowiekowi, żeby poszedł do diabła. Tak czy inaczej, choćby po takich zapewnieniach, widzimy, jak ten TVN wszystkich kłamie; nawet im brewka nie tyknie (tak, to była parafraza z kabaretu „Niebo”). Były, rzecz jasna, zapewnienia, że na przykład hasła, które podzieliły wcześniej Polaków w ogóle nie były obecne na marszach, np. aborcja. Aha. Tu się zgina dziób pingwina, na zdjęciach z tej „jednoczącej” imprezy widziałam całe mnóstwo czerwonych błyskawić. Jeśli to nie był symbol marszu wściekłych macic, to co to było? Albo nie, nie odpowiadajcie.

Absolutny brak nienawiści

Rzecz jasna, tej nienawiści, nie było nie tylko na marszu. Jej nie było W OGÓLE! Dowodem na to niech będzie – oczywiście! – Tomasz Lis, który parę dni przed marszem napisał na TT: Znajdzie się komora dla Dudy i Kaczora. Następnego dnia, kiedy wstał, otarł zaspane oczy i sprawdził odpowiedzi ludzi, dotarło do niego, że coś poszło nie tak. Miało być zabawnie, błyskotliwie, króciutko i z motywem poetyckim, wyszło – co najmniej niesmacznie, a to i tak jest olbrzymi eufemizm. Tomek oczywiście twitta skasował i napisał krótkie oświadczenie, że to przecież nie jego wina, tylko ludzi złej woli. Bo tylko źli ludzie mogli pomyśleć, że chodzi tutaj o komory do masowej eksterminacji Żydów i Polaków. Tak naprawdę chodziło o cele, ale cele by się nie rymowały, więc stanęło na komory. Ale Tomuś, broń Boże, nie miał na myśli tego, co miał, więc pod koniec wpisu zaznaczył, że jest bardzo dobrym człowiekiem i co prawda życzy Kaczyńskiemu i Dudzie więzienia, ale życzy im też zdrowia i długiego życia. W więzieniu. ❤ Ale do pana dziennikarza już się chyba przyzwyczailiśmy, on, kiedy nie trzepnie niczego głupiego na TT, nie jest sobą, a jeśli zdarza mu się napisać coś mądrego, to istnieją obawy, że… też nie jest sobą, bo prawdziwego Lisa zakneblowano i związano, a do jego konta dobrał się ktoś inny. Jednak tym razem Lis zyskał bardzo niespodziewanego zwolennika – znaczy, OK, Andrzej Seweryn dał się już poznać jako aktor, który robi za przydrożnego klauna Donalda Tuska, ale takiego ścieku nawet się po nim nie spodziewałam. Otóż nagrał on krótki apel – rzekomo do swojego wnuczka – w którym m.in. kazał mu: Nap***dalać i j***ć w PiS, pier**lić ich po ryju. Dziadek wykazuje się, rzecz jasna, olbrzymią cierpliwością do małego dziecka, zauważając, że jeszcze tego nie rozumie, ale kiedyś zrozumie i wtedy ma walić, napier**lać, j***ć i tak dalej. Urocze. To jest właśnie ten brak nienawiści, o którym TVN roztkliwia się od niedzieli. Podejrzewam, że już tam nawet w redakcji rzygają na tęczowo. W każdym razie, Lis bardzo się ucieszył z takiego wsparcia, bo puścił to nagranie – tak, tak – na swoim koncie TT. Nie wiem, co on chciał tym osiągnąć. Być może to było dla niego tożsame z życzeniem Dudzie i Kaczyńskiego długiego i zdrowego życia. W każdym razie przekaz dziadziusia do wnusia poszedł w Polskę, więc – zanim Tomek zdążył się zorientować: „O k-wa, znowu zjeb**łem” i skasował wpis – stał się swoistym viralem. Jaka była reakcja matki chłopca? Że nagranie miało być prywatne i nikt z nich nie wie, jakim cudem trafiło do sieci. I to jest dla niej największy problem? A jak za kilkanaście lat jej syna zamkną za pobicie jakiegoś przebrzydłego pisiora, to jak to wytłumaczy? Że to wina pisiora, jej syna czy może jej, jakże pokojowo i kulturalnie nastawionego, tatusia? Matko kochana, ci ludzie osiągnęli już taki poziom szaleństwa, że to jest aż przerażające. Przecież tutaj w Polskę wyciekło nagranie, w którym znany polski aktor namawia swojego kilkuletniego wnuka, żeby za kilka lat spuścił komuś tam łomot, tylko dlatego, że go nie lubi, a jedyną reakcją matki dziecka jest wzruszenie ramionami, bo „to było do celów prywatnych”. Tak, i najwyraźniej edukacyjnych również. Swoją drogą, robimy aferę sędziemu piłkarskiemu o głupią konferencję biznesową, a tutaj problemu nikt nie widzi… W każdym razie spokojnie, to oczywiście jeszcze nie koniec. W dyskusję postanowiła włączyć się najbardziej skuteczna polityk wszechczasów, czyli Małgorzata Kidawa-Błońska, która usprawiedliwiła Seweryna, że to przecież tylko taka sytuacja i trudno używać delikatnego języka, bo to wyraz buntu i bezsilności. Rodzi się bunt; sytuacja czasami jest taka, że język staje się brutalny – tłumaczyła posłanka, po czym dodała, że tzw. „obrońcy Wyspy Węży” też brzydko mówili w stronę Rosjan, którzy ich atakowali, więc czego ludzie się czepiacie? Widocznie według pani Małgorzaty te sytuacje są tożsame. Czy to było najbardziej żenujące tłumaczenie? Otóż nie, wśród zwolenników PO na TT (można ich poznać po emblematach LGBT i UE, od biedy czasem Polski) dali wyraz swojemu oburzeniu, bo to „PiS użył Pegasusa, żeby inwigilować polskich artystów! Skandal! Hańba!”. Tak więc jak sami widzicie – nienawiści nie było. Ani trochę.

Komedia pomyłek

I na koniec parę przezabawnych sytuacji z tego marszu, żebyśmy nie zapomnieli z jakiego rodzaju dyletantami mamy do czynienia. Zacznijmy od tradycji, czyli od tego, że Tusk znowu coś od kogoś zerżnął. Mianowicie logo marszu. Ale zabawniejsze jest od kogo, bo od organizacji „Sex Worker Solidaryty”, czyli inaczej mówiąc – dziwek. No, trzeba przynać, że wysoko zawiesił sobie poprzeczkę, bo sami przyznacie, że głupiej się nie da. Tego nie można w żaden sposób nie da obronić. Zupełnie jak w tym kawale o facecie w barze, powstarzającym w kółko „Tego się nie da wytłumaczyć”. Żeby było śmieszniej, były premier wymyślił też chwytliwe hasło do tego wydarzenia: „Głos ulicy”. To jest chyba najdurniejsze, co udało się zrobić Tuskowi od początku swojej politycznej kariery. Nie wiem, czy Doniek w ten sposób próbuje solidaryzować się z prostytutkami, wdać w romans z lewicą, czy po prostu, szukając pomysłu na logo marszu, znowu postanowił coś komuś podp***dolić, nie spojrzał nawet co to jest, a teraz jest bardzo zdziwiony, bo Internet działa tak, że można sobie po obrazku sprawdzić, skąd on się w ogóle wziął? Drugą rzeczą było, rzecz jasna, wystąpienie Lecha Wałęsy, który jak zwykle poraził wszystkich swoją skromnością. Przedstawił się zgromadzonym jako „człowiek sukcesu tysiąclecia”, po czym dodał- i tym się właśnie ta skromność przewijała – „przynajmniej niektórzy tak mnie nazywają”. 😃 Jacy i którzy, nie udało mi się dociec. Dalej nasz miszcz intelektu robił to, co umie robić najlepiej – czyli chwalić się swoimi zasługami. Więc , słuchajcie, on ma medali więcej niż Breżniew (czemu akurat radziecki polityk przyszedł mu do głowy, nie wiem, może to sentyment?), tyle i tyle profesur, tyle i tyle doktoratów (Leszek, Ty nawet matury nie masz!) i tak dalej, i tym podobne. Tłum zaczął się trochę niecierpliwić – no bo, jasne, to jest wielki i nieoceniony Lech Wałęsa, ale ile można o sobie gadać!? My chcemy o demokracji! O PiSie! O tolerancji! O PiSie! O miłości! O PiSie! O Unii Europejskiej! O PiSie! I chcemy to słyszeć z ust naszego męża stanu, Donalda Tuska. Trudno się zatem dziwić, że niedługo później publiczność zaczęła wyrażać zniecierpliwości. Facet, który „tymi rencyma” pokonał Wałęsa próbował doprosić się o uwagę (Ale poczekajcie, ja jeszcze nie skończyłem!), a kiedy to nic nie dało obraził się tylko i zestrosował publiczność: No dobra, to jak nie chcecie mnie słuchać, to dziękuję. Ten facet jest niemożliwy! ❤ Później (albo wcześniej – nieważne) była bardzo ciekawa sytuacja, bo kiedy Borys Budka zaprosił ludzi do śpiewania hymnu, zapadła krępująca cisza. Mogę sobie wyobrazić, jak wyglądały szepty przerażonych ludzi: „Ty, czego on chce? Jakiego hymnu?”; „Nie wiem, kiedyś to się radziecki śpiewało, pamiętasz?”; „Kurczę, ale teraz to o co innego musi chodzić, bo przecież Doniek mówił, że Rosjanie są źli i to PiS ich kocha, a nie my”; „Może niemiecki?”. Poseł PO odchrząknął nerwowo i kolejny raz zachęcił do śpiewania hymnu. Tym razem – chociaż znów po krótkiej chwili – zaskoczyło. „Ty, to może o polski chodzi?”; „Faktycznie, może tak być! A jaki to był tekst?”. W tym momencie przypomina mi się kolejny wywiad z TVN-u, w którym ekspert (ja nie wiem, skąd oni tych ekspertów biorą, z piwnicy chyba), twierdził, że nie udało się PiSowi i ogólnie całej prawicy przechwycić patriotyzmu, bo ludzie szli z polskimi flagami, a nie z unijnymi. Gówno byka, bo unijne też były, ale co ja tam znowu będę TVN-owi wypominać kłamstwo? W sumie dobrze, że wzięli też te polskie flagi, bo inaczej w tamtej newralgicznej sytuacji mogliby sobie nie przypomnieć o hymn jakiego państwa chodzi. Ach, gdyby wtedy pod tą sceną rozległo się gromkie: Deutschland, Deutschland uber alles! to byłoby epickie podsumowanie polityki Tuska. Na koniec jeszcze mała bzdurka, ale urocza i prześmieszna. Otóż ludziom na ulicy nie działały komórki ani Internet i, biedni, wpadli w panikę. Tak, pojawiły się po tym marszu głosy, że to PiS ich zagłuszał. Słowo daję, ja tego nie zmyślam. Ludzie poważnie myśleli, że PiS ich zagłusza, żeby doprowadzić tam do wybuchu paniki i ich wszystkich trupem położyć, patrząc na to, że marsz przechodził dość wąskimi ulicami, jak na takie tłumy. Bo nie wiem, jaki mógłby być inny tego cel? Pewnie te wszystkie kompromitacje, które wydarzyły się podczas tego Marszu, te zapomniane wulgaryzmy, ten obrażony Wałęsa, ten wstydliwy moment, kiedy przyszło do śpiewania hymnu, to też była wina PiSu! Najpierw zagłuszyli im komórki jakimiś falami, a potem tymi samymi falami, wdarli im się do mózgu (czy co tam innego im w głowach bytuje) i – niczym grzyb maczużnik – zrobiła z nich bezwolne zombie. Gdyby nie PiS to by się wszystko udało! Dlatego osiem gwiazdek, tolerancja i kochajmy się!

Widocznie, biedacy, tak są nieprzyzwyczajeni do marszów z udziałem tłumu, że zapomnieli, jak to działa w takich sytuacjach. Na Marszu Niepodległości są regularnie takie problemy, ale nam nie przyszłoby do głowy oskarżać Trzaskowskiego o inwigilację. Akurat o to – nie.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

TT: NawiasemPiszac

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Szopka w Sejmie

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

W tej naszej kochanej Polsce chyba nigdy nie będzie normalnie. Przecież to, co się dzisiaj odchajzerowało w polskim Sejmie, to Święci Pańscy nie widzieli. Ludzie, którzy zostali wybrani do rządzenia krajem, najzwyczajniej w świecie robią sobie z nas jaja. I to takie najbardziej chamskie i prymitywne jaja. I tak zastanawiam się, kiedy pękła ta niewidzialna granica, po której politycy przestali nawet udawać, że traktują nas poważnie? Czy tym symbolicznym momentem była słynna debata Trzaskowskiego z Dudą, w której każdy z nich debatował w innej telewizji, czy jeszcze wcześniej? Kiedy zaczęliśmy pozwalać sobie, żeby nam się śmiali w twarz? Od którego momentu im przestało zależeć, żeby chociaż stwarzać pozory? Bo umówmy się, jeśli politycy wprost śmieją się ze swoich niezrealizowanych obietnic, bo ciemny lud to kupił i „cóż szkodzi obiecać”, to znaczy, że oni się nami w ogóle nie przejmują. Nie to, że się nie boją – oni mają centralnie na nas wszystkich wygwizdane.

Ślubowanie przed Prezydentem… bez Prezydenta

Nie to, żebym była tym specjalnie zaskoczona, bo szanowni nam panujący zdążyli nas już do tego przyzwyczaić, ale że my się tak kopać w tyłek pozwalamy jest dla mnie rzeczą niepojętą. Dzisiaj marszałek Czerworzasty postanowił publicznie pochwalić się nieprzestrzeganiem przepisów prawnych i sam sobie zorganizował ślubowanie sędziów TK. Co prawda Prezydenta RP nie było, ale za to był notariusz, który nie wiadomo na jakiej podstawie dostał prawo notyfikowania ślubowania tych sędziów. A żeby kompromitowania polskiego Sejmu stało się zadość, zarówno marszałek Sejmu, jak i nominowani sędziowie używali zwrotu „wobec prezydenta RP”. I ja nie wiem, gdzie oni widzieli prezydenta. To była naprawdę tragikomedia – chwilę się pośmialiśmy, ale jakie będą konsekwencje z tego wszystkiego, to się dopiero przekonamy. W każdym razie wypadałoby zacząć od początku, bo ta cała sytuacja jest smutną kwintesencją tego, co dzieje się w Polsce – zero rozmów, zero debaty, zero jakiejkolwiek próby dojścia do porozumienia, tylko złośliwie podstawiamy sobie nogę, wybijamy zęby, a potem brniemy w to dalej, udając, że prawo nie istnieje, a jeśli nawet istnieje, to nie dla nas, a jeśli nawet dla nas, to tylko takie, jakim my je rozumiemy. Otóż prezydent miał przyjąć nominacje sześciu sędziów, a przyjął tylko dwóch. Co do pozostałych czterech zostały zgłoszone wątpliwości, czy Sejm miał prawo wybrać tych sędziów w danym terminie – czy nie zostali wybrani za wcześnie albo na czyjeś miejsce.

Kopanie się po kostkach

I już tutaj zaczęły się spory, bo tutaj konkretnie Prezydent rzeczywiście ma niewiele do gadania – ma przyjąć i koniec. On nie jest od interpretowania i oceniania słuszności tych wyborów. Szkopuł polega na tym, ze wbrew temu, co głosi Roman Giertych (który zapowiedział dzisiaj, że skieruje sprawę przeciwko Nawrockiemu do sądu) i jemu podobni politycy, że Karol Nawrocki nie odrzucił tej czwórki nominowanych sędziów. Po prostu jeszcze tych czwórki sędziów do złożenia ślubowania nie zaprosił. I samo to można już różnie oceniać, być może mieliśmy nawet do czynienia z nadużywaniem uprawnień, bo trochę słabo to jednak wygląda, jeśli poszczególni sędziowie składają ślubowanie osobno. Ale za to dzisiaj wyglądało i słabo, i śmieszno, więc warto było. W każdym razie według ustawy do TK: „Sędzia Trybunału Konstytucyjnego składa ślubowanie wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Zgodnie z tym zapisem ślubowanie więc nie było ważne – komiczne, owszem, kiedy nominowani sędziowie zwracali się do nieobecnego Prezydenta, ale w sensie prawnym ta cała hucpa w Sejmie nie powinna mieć żadnych skutków prawnych. Dodatkowo ustawa nie wyznacza Prezydentowi terminu na odebranie ślubowania. I już widzę, że Kancelaria Prezydenta będzie teraz grała tą kartą – bo oni przecież chcieli, ale Sejm ich ubiegł, więc dalej można się nawalać. Tutaj pojawiają się też głosy, że przepis o obecności Prezydenta jest zawarty w ustawie dotyczącej Trybunału Konstytucyjnego, nie zaś w samej Konstytucji. I tutaj znowu mnogość interpretacji – jedni mówią, że skoro nie ma w Konstytucji to Prezydent nie musi być obecny, koniec tematu, można się rozejść; drudzy, że Konstytucja, owszem, jest nad ustawą, ale tylko w sytuacji, gdy ich przepisy się wykluczają – tutaj nie ma mowy o tym mowy, ustawę należy więc traktować jako uzupełnienie do zapisów z Konstytucji.

Sędziowie bez pracy

Jak widać z naszym prawem można już robić dosłownie wszystko. Kiedy zmieni się władza zacznie się pewnie poddawać w wątpliwość wyroki tych dzisiaj nie-zaślubionych sędziów. Mam nadzieję, że nie będą robić takich cyrków, jak teraz KO z tzw. neo-sędziami. Oczywiście pod warunkiem, że ci sędziowie w ogóle będą w jakiejkolwiek sprawie orzekać, ponieważ prezes TK już zapowiedział, że takiego wała. Nie mogę ich uznać za sędziów TK, bo Prezydent nie poinformował mnie, że złożyli wobec niego ślubowanie. Nie dostaną spraw ani gabinetów. Jako obywatele mogą odwiedzać TK i spotykać się w bibliotece oraz biurze podawczym – zapowiedział Bogdan Święczkowski. Czyli dalej się bierzemy za pyski, żadna ze stron gardy nie opuszcza. Ja się tylko zastanawiam, czy ci sędziowie będą otrzymywać wynagrodzenie, skoro nie dostaną żadnych spraw, więc de facto będą tam przychodzić, żeby posiedzieć w bibliotece albo nie przychodzić wcale? Czy cała ich praca skończyła się na tym, że poszli ślubować Prezydentowi, którego nie było? Już był kiedyś taki sędzia, Tuleya się nazywał. On był oczywiście męczennikiem wykorzystywanym przez totalitarne władze PiS, bo został zawieszony i nie mógł pracować. Ale to że nie pracował, wcale nie znaczy, że nie zarabiał. Obniżyli mu, co prawda, wynagrodzenie, ale prawda jest taka, że on w okresie kiedy był najbardziej terroryzowany i inwigilowany przez PiS otrzymywał wypłatę za nic nie robienie. Nie wiem, jak nazwać rzeczywistość, w jakiej się obecnie znajdujemy, bo to nawet nie jest Matrix. Takiego burdelu na kółkach, to ja nie widziałam, odkąd żyję. Będziemy się z tego jeszcze długo wygrzebywać – zakładając, oczywiście, że kiedyś w ogóle zaczniemy się wygrzebywać.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Odpowiedzialność za słowa

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Jakiś czas temu wpadł mi w ucho pewien francuski zespół. Muzyka niby nie z mojej bajki, bo wolę raczej ostrzejsze brzmienia, ale dobrze się słucha do pracy, albo żeby sobie leciało w tle. No i często, jak coś tam robię na komputerze, to właśnie dziewczyny tam sobie w tle śpiewają. I w pewnym momencie wskoczył mi francuski, kobiecy rap, a że ten gatunek muzyki to zupełnie nie moje klimaty, chciałam szybko przełączyć, gdy nagle usłyszałam nazwisko Romana Polańskiego, więc z ciekawości sprawdziłam, o co chodzi.

Przemoc wobec słabszych

Nie była to jednak pochwała talentu reżyserskiego tego twórcy, a piosenka traktująca o przemocy wobec kobiet. I ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, żeby takie utwory powstawały. Jak wiemy przemoc wobec kobiet się zdarza, w Polsce na szczęście rzadko, ale też nie jest to niestety zupełnie niespotykane zjawisko, więc jeśli kobieta ma ochotę wykrzyczeć swoją złość w utworze muzycznym, nie mam z tym żadnego problemu, nawet jeśli to francuska raperka. 😉 Ogólnie jestem osobą, którą brzydzi przemoc wobec słabszych. Nie znoszę, kiedy facet bije kobietę (tutaj piszę przykładowo, bo statystycznie mężczyźni są silniejsi, ale gdyby Anita Włodarczyk miała ochotę pobić Adama Małysza na przykład, to też by mi nie pasowało), dorosły znęca się nad dzieckiem albo ktoś kopie psa. Uważam, że jak jesteś taki kozak, to znajdź sobie kogoś równego sobie. Być może dlatego ta cała afera z ustawkami prezydenta Nawrockiego mnie jakoś szczególnie nie oburzyła, bo jeśli obie strony chcą, robią to na określonych zasadach i z dala od ludzi postronnych, to nie jest to mój problem. Nie twierdzę, że to dobre, chwalebne, ani że powinno być legalne (ogólnie wychodzę z założenia, że oklepywanie się po mordzie, dlatego, że kibicuje się innym drużynom jest… debilne), ale wolę to, niż żeby samej dostać w pysk, bo mam na sobie szalik nie tej drużyny.

Emocjonalne oskarżenie

Ale nieważne. Chilla, bo taki pseudonim ma ta raperka, wymieniła tam kilka nazwisk. Z Romanem Polańskim wszyscy wiemy, o co chodzi i nie ma sensu wyjaśniać. Poszperałam więc w poszukiwaniu innych nazwisk. Był Harvey Weinstein i on akurat został prawomocnie skazany za gwałty i napaści seksualne. I to całkiem ładną sumę latek dostał na siedzenie w pasiaku. Był Dominique Strauss-Kahn – to francuski polityk z partii komunistycznej. On poszedł na ugodę, wypłacił miliony euro odszkodowania, ale ostatecznie siedzieć nie poszedł. Francuzi są przekonani o jego winie i panuje tam powszechne przekonanie, że więzienia udało mu się uniknąć przez różne układy i układziki. Znamy to z naszej polskiej polityki, więc wcale bym się nie zdziwiła, ale skazany oficjalnie nie został. Ale na samym końcu wymieniony został… Kevin Spacey. Utwór jest zdaje się z 2018 roku, kiedy wszyscy byli przekonani o winie aktora (szczerze mówiąc ja też, ale ja o nic go publicznie nie oskarżałam akurat), który… został uniewinniony w 2022 roku zdaje się. I tu już pojawia mi się pewien zgrzyt, bo artystka wrzuciła Spacey’a między różnych zwyrodnialców bez wyroku sądowego. I treści piosenki do tej pory nie zmieniła, a tam wystarczyło tylko wyciąć ostatni wers, bo wymieniała go dosłownie na samym końcu, ale za to kilkukrotnie.

Uczciwość i wiarygodność

I tutaj chyba należałoby przejść do odpowiedzialności twórcy za własny utwór. Oskarżyć kogoś publicznie jest bardzo łatwo, bo skoro w mediach pisali, to coś musi być na rzeczy, prawda? I rozumiem emocje, nie przemyślała, napisała, poszło. Ale potem wypadałoby jednak przeprosić i zmienić treść. Przeglądałam sobie jej FB, żeby sprawdzić, czy na pewno takie sprostowanie nie padło i nie znalazłam. Inna sprawa, że przejrzałam tylko FB, a ona podobno bardziej aktywna jest na Instagramie, ale nie chce mi się specjalnie konta zakładać, żeby to sprawdzić, przepraszam. Możliwe więc, że gdzieś indziej takie sprostowanie padło, ale tak czy inaczej – tekst utworu wciąż jest niezmieniony. A fałszywe oskarżenia, zwłaszcza na tak obrzydliwe przestępstwa, mogą zniszczyć facetowi życie. Kevinowi Spacey’owi zniszczyły. Widzieliście go w jakimś filmie po 2022 roku? Ja nie. To jest nazwisko, które do tej pory źle się kojarzy i reżyserzy wolą nie ryzykować i nie zatrudniać go. Wątpię, żeby udało mu się odbudować swoją karierę, nie wiem nawet, czy po tym wszystkim ma jeszcze na to ochotę, skoro całe środowisko filmowe odcięło się od niego przed wyrokiem. Doczytywałam, że jakiekolwiek zmiany w utworze to ogromne pierdzielenie się z platformami, na których ten utwór został już udostępniony (np. Spotify), ale mimo wszystko.

Chilla nic by na tym nie straciła. Jedynie zyskałaby na wiarygodności. I pokazała, że dostrzega nie tylko krzywdę kobiet, ale też mężczyzn. Bo to też nie jest tak, że ona facetów nienawidzi – współpracuje z wieloma muzykami płci męskiej i nigdzie nie znalazłam informacji, żeby kogokolwiek niesłusznie oskarżyła. Dlatego uważam, że w tej konkretnej sytuacji mogłaby próbować jakkolwiek naprawić swój własny błąd.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Taka tam orka na Wojewódzkim

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Wszyscy o tym piszą, to ja też napiszę, a co! Tym bardziej, że już wcześniej chciałam napisać parę słów o Kanale Zero, a dzięki pewnemu wywiadowi będę mogła zmieścić to w jednym tekście. Ale zanim do tego przejdę, chciałabym Was przeprosić, że pojawiam się tutaj tak rzadko. Dużo złych i niefajnych sytuacji podziało się ostatnio w moim życiu i straciłam całą ochotę, żeby babrać się w naszej rodzimej polityce. Miałam nadzieję, że Igrzyska Olimpijskie pomogą mi zresetować umysł, ale nie do końca się udało. Ale spokojnie, powoli podnoszę się z kolan, zaraz wyjdę na prostą i wtedy ruszymy z tematem! Na razie proszę Was jeszcze o trochę wyrozumiałości i jeszcze raz przepraszam.

Naiwne wypominanie dawno wyjaśnionych spraw

Podejrzewam, że po wstępie i zdjęciu już wiecie, o czym będę pisała. Tak, chodzi o słynny już wywiad, którego Krzysztof Stanowski udzielił Jakubowi Wojewódzkiemu i Piotrowi Kędzierskiemu. Temu ostatniemu niewiele poświęcę czasu, bo podczas tej rozmowy niewiele mówił (a odnosiłam wręcz wrażenie, że był zażenowany tym, co wyprawiał jego kolega z pracy), ale Kuba znany jest z tego, że nie ma hamulców. I tym razem faktycznie nie wyhamował i wpierdzielił się z całym impetem w ścianę. Bo, Drodzy Obserwujący, co tam się nie działo! Było o Dorocie Wysockiej-Schnepf i rzekomym ataku Stanowskiego na jej syna (atak miał polegać na tym, że właściciel Kanału Zero wspomniał o tym, jak – wówczas – czternastolatek ma na imię), było o zatrudnieniu Tomasza Kammela (Wojewódzkiemu nie pasowało, że dostał pracę u Stanowskiego, ale od kiedy to jego sprawa i co takiego złego zrobił Kammel, że nie powinno się go zatrudniać?), tradycyjne już czepianie się, że do Kanału Zero zapraszane są te osoby, które nie powinny być zapraszane, przynajmniej w oczach main-streamu (Braun czy Rodacy Kamraci). Bardzo spodobała mi się odpowiedź Stana, że Wojewódzki może zapraszać do swoich wywiadów tylko i wyłącznie Krystynę Jandę i ona będzie opowiadała to, co ludzie „powinni” usłyszeć, ale to nie sprawi z automatu, że pewne zjawiska przestaną istnieć. A ja też osobiście uważam, że dziennikarz powinien zajmować się wszystkimi tematami, nie tylko takimi, które mu się podobają.

Samozaoranie Wojewódzkiego

Ale najpiękniej Wojewódzki wykaszanił się tuż pod koniec rozmowy (tak mi się wydaje, chociaż przyznam szczerze, że wywiad oglądałam partiami, bo praktycznie w całości polegał na słownych przepychankach i wchodzeniu w słowo, czego nie lubię; więc chronologia mogła mi się popierdzielić). Próbował sugerować Stanowskiemu, że na słynnych urodzinach Roberta Mazurka (a były słynne, bo Mazurek zaprosił polityków, zarówno z KO, jak i z PiS; ci politycy nie wzięli się za łby i pewna część społeczeństwa była tym bardzo zaskoczona) rozmawiał z pewnym posłem PiS-u, żeby przyjąć korzyści majątkowe na poczet swoich mediów. No i się okazało, że Stanowskiego w ogóle nie było na tych urodzinach. Fizycznie nie miał możliwości rozmawiania tam z nikim. Nawet zadzwonił do Mazurka, żeby potwierdził. Wojewódzki próbował potem i tak wszystko obrócić w ten sposób, że Stano po prostu nie szanuje swoich kolegów i olewa ich urodziny. Jak rozumiem, miał to być rozpaczliwy żart, żeby odwrócić uwagę od tej wtopy. Ja naprawdę nie rozumiem tego rodzaju weryfikacji, bo wystarczyło po prostu wcześniej zadzwonić do Mazurka i dopytać. „Król TVN-u” nie musiał w tym celu sprawdzać tajnych akt i siedzieć nad nimi godzinami, wystarczył jeden telefon. Ale nawet to było za dużo.

Niezrozumiałe zarzuty

I tym pięknym sposobem przejdziemy do tematu, który chciałam poruszyć wcześniej, ale życie prywatne mnie ostatnio nie rozpieszcza. Otóż dojdziemy do materiałów Marii Wiernikowskiej, która pojechała do Rosji, żeby pokazać, jak ten kraj wygląda „od środka”. I do których Kuba Wojewódzki też miał zarzuty. Tutaj trzeba przyznać, że Wojewódzki się przygotował, bo obejrzał aż sześć odcinków z trzyodcinkowej serii, więc „szapoba”. Ja obejrzałam tylko trzy. I naprawdę zachodzę w głowę, co w tym było prorosyjskiego? Ja, na przykład, po obejrzeniu całości doszłam do wniosku, że nigdy nie chciałabym żyć w tym kraju. Maria Wiernikowska prowadzi swoje materiały lekko, nawet jeśli dotykają poważnych tematów, bo posiada umiejętność rozmawiania z ludźmi. I z nimi rozmawia. A oni opowiadają. I naprawdę, po tym trzęsieniu ziemi, które wybuchło w Kanale Zero po publikacji tego materiału (na znak protestu odeszło stamtąd paru dziennikarzy; jeśli się nie mylę m. in. Jarosław Wolski) tracę wiarę w ludzi.

Czy wolno nam jeszcze myśleć samodzielnie?

Odnoszę bowiem wrażenie, że współczesne dziennikarstwo polega na tym, że trzeba dokładnie wskazać ludziom palcem, co jest dobre, a co złe. Że trzeba im wytłumaczyć, co mają myśleć. Kiedy widziałam Rosjan, którzy się w tym materiale wypowiadali, byłam przerażona, że można być aż tak zindoktrynowanym, tak zamkniętym w swojej bańce. Ale Maria Wiernikowska popełniła jeden, niewybaczalny błąd. Ona nie powiedziała potem widzom: „O, patrzcie, jaki zmanipulowany”. Ona po prostu pokazała te wypowiedzi, ale pozwoliła widzom samodzielnie wyciągnąć wnioski. Zastanawiam się w takim razie, kto jest bardziej prorosyjski, skoro z takiego materiału ktoś wyciągnął wnioski, że został zrobiony „ku chwale wielkiej Rosji”. Ja tego nie widziałam. Ja tym ludziom po prostu współczułam. Naprawdę.

Należy pokazywać nieprawdę?

Czytałam też zarzuty, że pokazała, że w Rosji są centra handlowe, że mają tam jakieś rozrywki i że na straganach naprawdę można coś kupić, a nie że rozstawiają je dla samego rozstawiania, a potem tam bezczynnie siedzą, bo i tak nie mają nic innego do robienia. Czyli, jak rozumiem, miała udawać, że tego nie ma? Miała przekłamać w tym materiale? Celowo chodzić po jakichś podejrzanych zaułkach, żeby udowodnić ludziom, że Rosja to nic innego, jak bieda i nędza? Czy podpalić to centrum handlowe i stragany, żeby potem powiedzieć z satysfakcją „patrzcie, jacy biedni”? A może ten materiał pokazał co innego? Że te sankcje, które Unia Europejska nakłada na Rosję, wcale nie działają. Przecież ja na samym początku wojny na Ukrainie słyszałam, że nałożyliśmy na Rosję już takie sankcje, że rok, góra dwa i Rosji praktycznie nie będzie. Tymczasem wojna trwa już cztery lata i teraz to Rosja jest bardziej dominującą stroną.

Podwójne standardy?

Okazuje się również, że Maria Wiernikowska naraża swojego operatora na niebezpieczeństwo, zmuszając go do tego wyjazdu. Nie wiem, skąd informacje o jakimkolwiek zmuszaniu? Podejrzewałam raczej, że zaproponowali konkretnemu człowiekowi takie zadanie do wykonania, a on się zgodził. Być może o czymś nie wiem. Zadaję sobie w takim razie pytanie: a co z Ukrainą? Czy kiedy dziennikarze i ich operatorzy jadą tam, żeby realizować reportaże z frontu, nie narażają się na niebezpieczeństwo? Dlaczego o tym się nie mówi? Super bezpiecznie tam na pewno też nie jest. Wtedy jest w porządku? Było też o tym, jakim cudem kobieta dostała w ogóle akredytację dziennikarską. Problem polega na tym, że wcale jej nie dostała. Nie mogła wchodzić na pałę, gdziekolwiek chciała. Ona to nagrywała z ulicy, z ogólnodostępnych miejsc albo z pociągu. Z tego co pamiętam, dostała jakąś „kartę influencera”, żeby tam wjechać, ale jakie to jej dawało uprawnienia, nie mam pojęcia. Ona też nie wiedziała.

Trzecia strona medalu

Zresztą, Maria Wiernikowska była też w Strefie Gazy. Dokładnie wtedy, kiedy wybuchło tam całe szambo, kiedy Ż dokonywali ludobójstwa na Palestyńczykach. I co, wtedy nie narażała swojego operatora na niebezpieczeństwo? Nie rozumiem tej logiki. Z tamtych materiałów mogliśmy zresztą dowiedzieć się, czarno na białym, jaki stosunek do Polaków mają obywatele Izraela. Nie, żebyśmy wcześniej o tym nie wiedzieli, ale w tamtych reportażach Wiernikowska zaczepiała przypadkowych ludzi, którzy byli przekonani, że Polacy mordowali Żydów. Na odpowiedź, że to nie Polacy, tylko Niemcy, mogliśmy usłyszeć odpowiedź: „Tak, ale Polacy im pomagali”. Ale po tamtych materiałach było jeszcze spokojniej, bomba wybuchła, kiedy dziennikarka postanowiła pokazać Rosję od środka. I widocznie to było nie do przetrawienia, bo okazało się, że Rosja wcale nie jest taką ruiną, jak nam to media przedstawiały. Nie, żeby było tam sielsko i anielsko, ale kamień na kamieniu jeszcze stoi. Sankcje nie działają, a zapewniano nas, że działają. I może o to jest ten cały raban?

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej