Nawiasem Pisząc
Kilka pomysłów na udaną kampanię
Jak już wszyscy zdążyliśmy zauważyć, ta kampania wyborcza jest chyba najbardziej absurdalna ze wszystkich po 89, a Platforma zachowuje się jak idiota, który codziennie nadeptuje na grabie i mimo tego, że za każdym razem dostaje w łeb, to jakoś nie wpadnie na to, żeby je ominąć albo podnieść i odłożyć. Bo oni, wspólnie z zakochanymi w nich mediami, przez całe dwie kadencje PiS-u (a nasiliło się to, kiedy Tusk wrócił łaskawie do Polski, bo jak to tak – mąż stanu ma przegrać z „niskim karakanem”, przecież to się nie godzi) ciągle wpadają na te same pomysły, żeby w październiku odsunąć ich od władzy. Najpierw wymyślają swoiste „game-changery”, jak to ładnie ujął Rafał Ziemkiewicz – mieliśmy już aferę z dwiema wieżami, aferę z Odrą, teraz jest afera wizowa. I żeby było jasne, szalenie mi się nie podoba, że urzędnicy przyjmowali łapówki i wpuszczali Bóg wie kogo na terytorium Polski. Są jednak dwa małe problemy. Nasz umiłowany, poprzedni rząd chciał robić to samo na polecenie Unii i to pewnie na jeszcze większą skalę, bo pamiętamy cytaty „przyjmiemy, ile będzie trzeba” i „kim są, ustali się później”. I druga sprawa – w tej sytuacji PiS przynajmniej zareagował i wyciągnął konsekwencje, Donald Tusk zaś miał niesamowity talent zamiatania wszystkiego pod dywan. Bo przecież „to nie były pieniądze Polaków”.
Wszystkich powsadzam do więzień!
Drugim sposobem PO jest udowadnianie wszem i wobec, że żyjemy w reżimowym państwie i gorzej jest u nas, niż na Białorusi. Zero różnicy. Tylko nie przyjdzie im do pięknych główek, że gdyby faktycznie tak było, to oni siedzieliby w więzieniach, jak białoruscy opozycjoniści, a nie urządzali ustawki. A do dwóch takich sytuacji doszło niedawno. Na pierwszy ogień weźmy Tuska i Rachonia. Były premier zrobił oczywistą prowokację pod siedzibą TVP. Nie wiem, czy liczył konkretnie na Rachonia (chociaż musiał wiedzieć, że dziennikarz od dawna żądał odpowiedzi na pytania związane z „Resetem”), ale na pewno miał nadzieję, że dojdzie do próby zakłócenia konferencji. I faktycznie, pan Michał wpadł jak śliwka w kompot, bo nie mógł nawet doczekać końca konferencji, tylko od razu zaczął wykrzykiwać swoje pytania. Tyle tylko, że jego pomagierzy nie potrafili zachować takiego spokoju, jak szef PO. Najpierw na Rachonia wystartował Rozenek, odpychając go i grożąc, że zdradzi jego adres. Na swoje nieszczęście, Tusk nie zdołał utrzymać na smyczy również swojego ratlerka, więc za chwilę niemalże z pięściami na reżysera „Reseta” rzucił się Kołodziejczak, co – umówmy się – wyglądało komicznie. Ale on akurat znany jest z tego, że lubi takie pyskówki. Znowu wyszło, że stroną agresywniejszą jest jednak Platforma, bo można były spokojnie krzyki dziennikarza przeczekać, a potem kulturalnie zwrócić mu uwagę, że odpowie, kiedy skończy. Tyle pewnie, że Tusk doskonale zdawał sobie sprawę z tego, czego będą dotyczyły pytania Rachonia, a odpowiedzi miał tylko dwie. Pierwsza, że to kłamstwo, co prawda odpowiednio udokumentowane, ale kłamstwo, a druga to „Bez komentarza”. Lider opozycji wybrał bramkę numer trzy i zaczął przekonywać ludzi, jakiego to on porządku nie zrobi z dziennikarzami TVP i całym obecnym rządem. Wszystkich do więzień powsadza, co do jednego. Ale skąd Ty to, Donku, wiesz? Przecież za Twoich rządów będą wolne, niezależne i niezawisłe sądy, więc jakim cudem już znasz wyrok? Coś mam wrażenie, że nas tutaj wszystkich w bambuko próbujesz robić. Nie byłby to zresztą pierwszy raz. W każdym razie, awantura pod siedzibą TVP nie spodobała się dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Bardziej jednak nie spodobało jej się zachowanie Rozemka, Kołodziejczaka i Tuska, niż Rachonia. No kto by pomyślał?
Na immunitet reżim nie działa
Autorką drugiej ewidentnej ustawki jest Kinga Gajewska, która najpierw zrobiła nielegalny wiec, na którym wykrzykiwała coś o imigrantach, których jeszcze sama niedawno by wpuściła i przytuliła do serduszka. Na miejscu stawiła się policja, prosząc posłankę o wylegitymowanie się. Przedstawicielka Platformy, rzecz jasna, nie zamierzała tego zrobić, licząc właśnie na taki efekt końcowy, jaki osiągnęła. Zdaniem policji, doszło do obrażania funkcjonariuszy, więc policjanci zaciągnęli ją do wozu. Gajewska starała się pokazać świadkom cały swój kunszt aktorski: wyrywała się, stawiała, ostrzegała, że ma immunitet, więc jej wolno. Udało jej się sprowokować ludzi, którzy zaraz zaczęli wykrzykiwać, że „halo, panowie, to przecież posłanka”. No i co z tego, że posłanka? Dlaczego ma być z tego tytułu traktowana lepiej, niż przeciętny obywatel? To jest to słynne, platformerskie: „By żyło się lepiej. Wszystkim”? W furgonetce pani Kinga dalej zgrywała odważną i poszkodowaną, bo wmawiała policjantom, że ona przecież chciała się wylegitymować, ale trzymali ją za ręce. Szkoda tylko, że nagrania pokazują, że to nieprawda. Nikt nikogo za nic nie łapał – funkcjonariusze od razu poprosili o pokazanie legitymacji, czego kobieta nie chciała uczynić. Wolała zrobić awanturę i dopiero po akcji pomachała im przed oczami immunitetem. Ja osobiście uważam, że immunitet powinien być zniesiony, bo prowadzi to do nadużyć i jawnego łamania przepisów. To dzięki immunitowi poseł Jachira zachęcała ludzi do wandalizmu. To dzięki immunitetowi poseł Sterczewski mógł sobie jeździć rowerkiem w stanie wskazującym i bez oświetlenia. To dzięki immunitetowi Joanna Sheuring-Wielgus mogła rozkręcać kolejną awanturę na zamieszkach i atakować policjantów, którzy zatrzymywali agresywne dziewczę, Julcze. Przykłady można mnożyć. Immunitet i po sprawie, łapy przy sobie. Ale zwykłemu Kowalskiemu można wlepić mandat, jak sobie otworzy piwko w parku. Wracając jednak do tych dwóch ostatnich prowokacji – ja zdaję sobie sprawę, że ich wierni wyborcy uwierzą w te sploty niesamowitych okoliczności i będą mieli kolejny dowód na pisowski reżim. Oni są już zaślepieni do tego stopnia, że gdyby Tusk wszedł im do mieszkania i nasikał do kawy, uwierzyliby, że to w imię większego dobra wszystkich Polaków i wypili ze smakiem. Wydaje mi się jednak, że takimi akcjami nie przekonają do siebie nowych wyborców, a o to chyba w tej kampanii chodzi. A nie o to, żeby jeszcze bardziej zacietrzewić swoich wyznawców? Chyba, że Platforma już ich szykuje do robienia sajgonu na ulicach po 15 października?
Priorytety polityków
Na zakończenie dopiszę jednak, że obie strony dwóch najbardziej zwaśnionych partii w Polsce grają nierówno. Ostatni spot PiS-u ujawniający plany obrony Polski w razie rosyjskiego ataku jest, w mojej opinii, nie do wybronienia. Po pierwsze – jestem niemal pewna, że te plany układała NATO, a Tusk tylko pokiwał głową (być może, gdyby to od niego zależało wcale by wielkich planów nie czynił, bo przecież Rosja zawsze była spoko). Wydaje mi się, że PiS w ten sam sposób akceptował ich plany, więc troszkę wieje hipokryzją. Może zmieniły się one pod wpływem rosyjskiej agresji, ale co z tego? Po drugie – ładnie to tak machać tajnymi planami obrony Polski? Tak żeby sobie Putin z Łukaszenką mógł je swobodnie przeczytać i poanalizować? Ten spot uświadomił mi tak naprawdę jedno – że dla jednych i drugich nie ma ważniejszych rzeczy od nawalania w przeciwnika, nieważne czego by nie musieli użyć. Wszystkie chwyty dozwolone, prawda? No właśnie, nieprawda, bo bezpieczeństwo kraju i jego obywateli powinno być dla nich świętością. Parafrazując słowa Marka Budzisza z rozmowy z Piotrem Zychowiczem: niech oni się publicznie oblewają błotem, niech uskuteczniają te swoje ustawki, szukają aferek czy licytują na socjale. Ale po wszystkim powinni wziąć się za swoją robotę i za zamkniętymi drzwiami ustalić, jaki jest najlepszy i najskuteczniejszy sposób na obronę ojczyzny, gdyby doszło do najgorszego. Bo obawiam się, że nasze wojsko jest już w tak opłakanym stanie, że nawet najlepsze plany NATO nie wystarczą. A jest to efekt ponad trzydziestoletnich zaniechań w tej kwestii, bo zawsze było dla nich ważniejsze właśnie nawalanie w przeciwnika. Albo zamiatanie aferek.
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!
Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.
Tu nie o łańcuch chodziło
Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.
Od kogo i dla kogo była ta ustawa?
No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.
Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?
M.
Nawiasem Pisząc
Smutna złego końcówka
Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?
Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia
Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:
– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?
– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*
– No pan podpisał tę ustawę.
– No dobrze, no, podpisałem.
– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.
– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…
– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?
– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.
– Żałuje pan tego?
– Nie.
Twardym trzeba być…
Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.
M.
Nawiasem Pisząc
Żenujący popis posła Treli
Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa
Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.
Podwójne standardy
Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.
M.
