Nawiasem Pisząc
Dwie twarze marszałka Sejmu
Ja się spodziewałam, że będziemy mieli ciąg dalszy, jeśli chodzi o ostatnią aferę z Grzegorzem Braunem. Przede wszystkim konsekwencje mogą dotknąć Krzysztofa Bosaka, który prawdopodobnie straci funkcję wicemarszałka, co z kolei będzie skutkowało tym, że Konfederacja nie będzie miała swojego reprezentanta w Prezydium Sejmu. Dosyć to gorzka pigułka, zwłaszcza że to nie Bosak postanowił zabawiać się gaśnicą, a sam Braun został ukarany. Sęk w tym, że pozostali wielce oburzeni chcieliby, żeby został ukarany bardziej. Ja w dalszym ciągu nie widzę tu żadnej konsekwencji, bo naprawdę wychodzi na to, że posłom wolno wszystko (jeździć pod wpływem na rowerze, nawoływać do wandalizmu, uczestniczyć w rozróbach czy zakłócać msze święte – to tylko pierwsze z brzegu przewinienia, które mi się przypomniały), ale zakłócać chanukowego święta w świeckiej – podobno – instytucji, to już nie. Nie jest to jednak zaskoczenie – wiadomo od dawna, że jeśli chodzi o wyznawców jednej, konkretnej religii to NIE WOLNO choćby pisnąć. Darcie ryja o antysemityzm jest już od dawna bardziej słyszalne, niż zdrowy rozsądek. Inna sprawa, że Braun po pierwsze nie potrzebował aż gaśnicy, żeby zgasić te świece, a poza tym mógł sobie darować okrzyki o satanistycznym obrządku, bo to chyba tylko dolało goryczy do ognia. Może wtedy kara nie byłaby aż tak dotkliwa, bo Konfederacja prawdopodobnie będzie musiała poświęcić Bosaka – jeśli wyrzucą Grzegorza Brauna jest więcej, niż prawdopodobne, że pójdą za nim pozostali posłowie z Korony, a to skutkowałoby tym, że partia utraci koło poselskie. A mogliby też zgotować sobie politycznego konkurenta w przyszłości, jeśli plotki o sojuszu Brauna z JKM by się potwierdziły. Na pewno jednak sam Braun uniknąłby w takiej sytuacji kłamstw rozhisteryzowanej kobiety (która wcześniej wsławiła się w tym, że kategorycznie nakazywała się szczepić). Pani, która starła się z członkiem Konfederacji, utrzymywała, że ten uderzył ja ręką w klatkę piersiową, krzyczał, że nie jest kobietą (hej, ale może to zgodnie z ideologią gender-fluid czy jakąś tam inną?) i złośliwie skierował strumień z gaśnicy prosto w twarz, w wyniku czego miała stracić przytomność i trafić do szpitala. Cóż, po samym zachowaniu tej kobiety, kiedy udzielała wywiadów, widać chyba, że to drugie to ściema (chyba że o utracie przytomności przypomniała sobie dopiero, kiedy zainteresowanie mediów przeszło z powrotem na obrady Sejmu). A gdyby tak przeanalizować nagranie z całego zdarzenia (nie wiem, czy szlachetna obrończyni Chanuki nie zdawała sobie sprawy, że wszystko jest nagrywane, miała nadzieję, że większość zajścia przysłoni biała mgła, czy było jej wszystko jedno, bo odpowiednio zaprogramowani ludzie uwierzą w to, co mówi, a nie w to, co widzą), to było dokładnie na odwrót. To ona rzuciła się na Brauna i, co więcej, usiłowała go kopać. Konfederata ani jej nie uderzył, ani nie popchnął, a wręcz mam wrażenie, że odwrócił gaśnicę, kiedy zorientował się, że go jakaś wściekła baba atakuje. Ale przekaz już poszedł taki, jaki poszedł i ani się waż z tym dyskutować, prawda? W każdym razie do procesu szantażowania Krzysztofa Bosaka i całej Konfederacji aktywnie włączył się właśnie Szymon Hołownia, o którym chciałam tutaj trochę napisać. Bo to taki dobry wujek miał być. Uśmiechnięty, błyskotliwy i z poczuciem humoru!
Dobry glina
Hołownia z miejsca zdobył sobie uwielbienie mediów, co nie jest niczym dziwnym. Po iluś tam latach pajacowania w telewizji, nauczył się jednak skutecznie i w miarę błyskotliwie gasić oponentów; a że w dodatku gasi głównie polityków PiS-u, to tym bardziej media go pokochały, bo pasuje to im do linii narracyjnej. Mówiąc w skrócie, Szymek ośmiogwiazdkuje na potęgę, a durny tłum to kupuje. Poza tym widać, że świeżo upieczony marszałek nie wyzbył się jeszcze parcia na szkło. Przeciwnie, teraz kiedy dochrapał się wysokiej funkcji w państwie (zbyt wysokiej, jeśli wolno mi się wtrącić), a lewicowe media upupiają go przy każdej okazji (słyszeliście może monolog zachwytu Doroty Gardias, która się niemal rozpuściła na wspomnienie o super-fajnym Szymusiu?) chyba ma ochotę na więcej i więcej. Ot, choćby jego expose. Nikt nie wiedział, po co on to robi, nikomu to do szczęścia nie było potrzebne, każdy miał wrażenie, że on marnuje tylko czas, ale nie… Szymek chciał zareklamować swój podcast. I faktycznie, to mu się udaje, bo rzeczywiście dużo więcej ludzi ogląda obrady Sejmu, ale mam wrażenie, że nie jest to spowodowane „wyższą świadomością” (bo, że jest ona mizerna, może świadczyć fakt, że ludzie zachwycają się telewizyjnym śmieszkiem w roli marszałka), ale przeciwnie – mają tam tanią rozrywkę. Pyskówki, awantury czy nawet szarpaninę między posłami Ozdobą i Rutnickim (w której Hołownia nie widział absolutnie nic złego; prawdopodobnie dlatego, że to poseł Platformy był stroną atakującą), a ostatnio w ten cały klimat wpisał się też Grzegorz Braun. Te podcasty to też – w opinii Szymona – prawdopodobnie takie fajne oczko puszczone w stronę wyborców, tyle że wychodzi średnio, kiedy nowy marszałek zastanawia się, do czego służy szuflada w marszałkowskiej ławie. Podobno wszystkich pytał, ale nikt nie potrafił mu udzielić jasnej odpowiedzi. W sumie to się nie dziwię – gdyby mnie ktoś zapytał, co to jest stolik, też by mnie w pierwszej chwili zatkało. Prawdopodobnie samodzielnie doszedł do wniosku, że do tej szuflady można coś schować. Ja wiem, że się wyzłośliwiam, ale sami przyznacie, że to infantylne – zwłaszcza że tłumaczył tam również, do czego służy toaleta. Opowiadanie, jak w środku wygląda Sejm, i w której sali obradują, które komisje i jakie decyzje w niej zapadają, istotnie byłoby fajnym i świeżym pomysłem, gdyby nie to, że marszałek sprawiał wrażenie, jakby bardziej był zachwycony sobą, niż swoim miejscem pracy. Któregokolwiek z pomieszczeń by nie pokazywał – on zawsze musi być na pierwszym planie. Dlatego ani kabinki telefonicznej, ani „ciemnego saloniku”, które Szymek chciał pokazać w swoim ostatnim filmiku, za bardzo widać nie było. Zawsze jednak było widać Szymona. Nie jest chyba dla nikogo tajemnicą, że nowy marszałek, poza oczywistą chęcią sławy i pochwał ze strony lewicowych mediów, chciał zbudować sobie wizerunek takiego fajnego, sympatycznego gościa, któremu – mimo że został marszałkiem – wcale palma nie odbiła.
Zły glina
Jak nieprawdziwy to jest wizerunek, mogliśmy się chyba przekonać, obserwując obrady Sejmu z jego udziałem, gdzie – tak jak wspominałam – wchodzi w pyskówki z nielubianymi przez siebie politykami, a często nawet, zupełnie niesprowokowany, dopuszcza się jakichś złośliwości w ich stronę. To jest naprawdę dziecinada. Ale prawdziwą twarz Hołownia dopiero pokazuje po całej awanturze z Grzegorzem Braunem. Polityczny szantaż to przecież nic złego, dobrotliwy wujcio – dzięki medialnemu milczeniu – się z tego wybroni, więc co mu szkodzi poparcie wniosku lewicy o usunięcie Krzysztofa Bosaka z Prezydium Sejmu, bo jego kolega z partii zgasił chanukowe świece. Nie bardzo rozumiem, jaka jest w tym wina samego Bosaka? Miał go za nogi złapać? Ale już się prawie cały Sejm rzucił do palenia czarownic, stos został przygotowany, więc wygląda na to, że kariera Bosaka jako marszałka Sejmu długo nie potrwała. Oficjalny powód jest taki, że pan Krzysztof rzekomo nie radził sobie z Grzegorzem Braunem, ale w takim razie nie wiem, jak radził sobie Hołownia, kiedy nie mógł uspokoić swojego rozsierdzonego koalicjanta, który rzucał się na posła PiS? A wręcz udawał, że w sumie to nic się nie dzieje. Rozumiem, że to było w porządku i „nie naruszało powagi Sejmu”. Ale potem już sprawa została postawiona jasno. Kara dla Brauna jest zbyt niska, więc jeśli nie wyciągnięcie poważniejszych konsekwencji – łącznie z wydaleniem z partii – to my Wam zabierzemy wicemarszałka. Wydaje mi się, że wiem, o co toczy się gra. Nowy rząd albo chce, żeby całe Prezydium należało tylko do jednej koalicji, albo ma nadzieję, że Konfederacja się ugnie i jeszcze bardziej osłabi swoją siłę w Sejmie. Jeszcze na wszelki wypadek Hołownia postanowił dokręcić śrubę i zaprosił Krzysztofa Bosaka, żeby ten wziął udział w ponownym, uroczystym odpalaniu tych świec. Tylko ja się pytam: dlaczego? Z tego co wiem, lider Konfederacji jest katolikiem. Wierzącym i praktykującym. Ja rozumiem, że być może wiara, którą do niedawna głośno celebrował Hołownia, była tylko dodatkiem na pokaz, żeby pokazać jaki z niego fajny katolik, ale inni mogą traktować ją poważnie. I nie chcieć być zmuszanym do brania udziału w obrządkach innej religii. A gdyby tak zmusić żyda do udziału w Bożym Narodzeniu, bo na przykład któryś z jego kolegów dopuścił się krytyki chrześcijaństwa (oczywiście, wszyscy dobrze wiemy, że w tę stronę to nie działa, ale podaję przykład), to byłoby w porządku? Można wyznawcę judaizmu szantażować, że jeśli nie weźmie udziału w Pasterce i nie podzieli się opłatkiem, to straci jakąś ważną funkcję? Byłoby to w porządku? Wydaje mi się, że powinno, skoro wolno w drugą stronę. Tyle tylko, że wszyscy wiemy, że wtedy znowu mielibyśmy do czynienia z galopującym antysemityzmem i brunatnym faszyzmem. To byłoby niedopuszczalne, haniebne i kompromitujące. Ale Bosaka można. Nie wiem, czy poseł Konfederacji ostatecznie przystał na tę propozycję i wziął udział w uroczystym odpalaniu świec Chanukowych (miało to miejsce w czasie, kiedy pisałam ten komentarz), ale po takich szantażach i wymuszeniach można poznać prawdziwą twarz Szymona Hołowni. Nie wiem, czy sam na to wpadł, czy jest umiejętnie sterowany z góry przez króla politycznych cyników, czyli Donalda Tuska, ale jestem pewna, że kiedy emocje i mgła już opadnie, marszałek dalej będzie bawił się w otwartego i dowcipnego wujka, który zapomniał, co prawda, na czym polega jego zadanie w Sejmie, ale wszyscy mu to wybaczą, bo „osiem gwiazdek”. Można powiedzieć, że maski opadły, ale wątpię, żeby wielu ludzi to zauważyło.
W każdym razie, można jednak śmiało zauważyć, że akcja Brauna przyniosła raczej negatywne skutki – głównie dla jego własnej partii, ale celebrowanie Chanuki w Sejmie będzie jeszcze trwało przez długie lata. I tu chyba można postawić mu ten sam zarzut, co Januszowi Korwin-Mikkemu – po tylu latach w polityce powinien chyba się spodziewać, jaka będzie reakcja?
M.
https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Smutna złego końcówka
Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?
Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia
Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:
– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?
– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*
– No pan podpisał tę ustawę.
– No dobrze, no, podpisałem.
– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.
– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…
– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?
– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.
– Żałuje pan tego?
– Nie.
Twardym trzeba być…
Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.
M.
Nawiasem Pisząc
Żenujący popis posła Treli
Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa
Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.
Podwójne standardy
Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.
M.
Nawiasem Pisząc
Zły wpis w złym momencie
Ten wpis Jana Grabca pojawił się już kawał czasu temu. Zapisałam go sobie z planem opublikowania w ciągu maksymalnie 2-3 dni, a że z planów wyszła figa z makiem – jeszcze raz przepraszam. Mimo to, wracam do niego, bo niesamowicie mnie on uwiera. I nie potrafię sobie odpuścić, bo to był po prostu wpis wybitnie głupi… i zły. Już nie będę odnosić się do tego, że Polska w 1939 roku sama sobie szukała wrogów (w domyśle, jak rozumiem, mam sobie dopowiedzieć: „ma co chciała”?), bo że jest to bzdura, chyba wszyscy wiemy doskonale. Świeżo po odzyskaniu niepodległości myśleliśmy sobie, jak tu się jeszcze pogrążyć. Za dobrze nam było. Koniecznie musieliśmy coś pokomplikować, no i nam się oberwało… To już tak ironicznie piszę, z czystego przyzwyczajenia, bo głupotę naszych polityków można tylko ironizować – cóż nam innego pozostało? Albo gorzkie łzy, albo pusty śmiech. Ja zresztą doskonale rozumiem, co autor miał na myśli, bo to były echa ustnej (a raczej internetowej) przepychanki Karola Nawrockiego z Donaldem Tuskiem, wynikającej z tego, że ten pierwszy powiedział parę słów na temat Powstania Wielkopolskiego, a ten drugi wściekł się, że „znowu mu Niemcy atakujo”. Klasyka, przyzwyczailiśmy się. Do tego, że politycy KO dwoją się i troją, żeby wyciągnąć swojego szefa za każdym razem, kiedy się kompromituje – też.

Nasi przyjaciele, Niemcy
Nawet niespecjalnie uwiera mnie to, że oni mają Niemców za naszych najwspanialszych, bezinteresownych przyjaciół. Nie chce mi się tłumaczyć, że podchodzenie z nieufnością i sceptycyzmem to nie to samo, co usilne szukanie sobie wroga. Kto umie patrzeć, ten widzi, że Niemcom na przyjaźni z nami akurat nie zależy. Nikt nie twierdzi, że lada dzień zaatakują nas dronami, rakietami i czołgami, ale łudzenie się, że im zależy na jakimkolwiek naszym rozwoju gospodarczym jest głupotą. Ja w ich postulatach, decyzjach i ogólnym zachowaniu dostrzegam raczej chęć zrobienia sobie z nas skupiska rzeczy niepotrzebnych. Bo te wiatraki od Siemensa nie sprzedają się tak, jakby chcieli; bo tych elektrycznych super-luksusowych samochodów z do połowy rozładowaną baterią nikt już u nich nie chce, a po co mają się marnować? Ekonomia! Ach, i tutaj nie wszyscy inżynierowie i chirurdzy się dobrze zaaklimatyzowali, więc możemy się podzielić! Tych to oddamy nawet za darmo, znajcie nasze dobre serca! Wszystko się da przecież po dobroci załatwić. Wystarczy rozmawiać, a Wy, drodzy Polacy, i wiatraczki będziecie mieć, i zużyte auta elektryczne, a w ramach promocji dorzucimy Wam chirurgów z Afryki, bo plotki jakieś chodzą, że u Was w tej ochronie zdrowia to tak nie bardzo, prawda? No, to macie, przyjmijcie. I nie narzekajcie. My to wszystko z dobrego, szczerego serca robimy. Odrobinę wdzięczności tylko wymagamy, to chyba nie za dużo? Zamienili po prostu jedną metodę na drugą.
Śmiać się, żeby nie płakać
Dobrze, bo znowu się nabijam, a temat jednak poważny. Z drugiej strony, jak tu się nie śmiać, skoro ostatnie wystąpienia premiera na arenie międzynarodowej skończyły się tak, że nie dość, że sami sobie reparacje wypłacimy, to jeszcze podarujemy je Ukraińcom w imieniu Rosjan. Tacy skuteczni jesteśmy! Śpimy na pieniądzach, Drodzy Obserwujący, i w dupach nam się poprzewracało, tyle Wam napiszę. Przyznajcie jednak szczerze – jak tu nie kpić z czegoś takiego? Ten wpis brzmi słabo z jeszcze innej strony. Reprezentanci naszego państwa pozwalają sobie na takie bezmyślne wpisy w czasie, kiedy historia jest notorycznie zakłamywana, bo państwa, które w przeszłości przelewały najwięcej krwi w imię nie wiadomo czego, dzisiaj nie bardzo chcą się do tej swojej ponurej historii przyznawać. Lepiej rozmydlać winę na inne narody. A jak jest okazja, to i nakłamać do potęgi. Przecież ten tekst powstał w czasach, kiedy nasi wspaniali sąsiedzi postawili uporać się z własną historią na swój sposób za punkt honoru.
Konsekwentne rozmydlanie win
W czasach, kiedy Niemcy nie ograniczają się tylko do tłumaczenia o złych nazistach, którzy napadli i ich zmusili – za to coraz bardziej otwarcie mówią, że Polska w sumie tę II wojnę światową sprowokowała, a w ogóle to nie przesadzajcie. Kiedy Izrael łaskawie przyznaje, że OK, Holocaust to głównie Niemcy, ale nie tylko, bo Polacy im pomagali – i gdyby nie oni, to by im się na pewno nie udało. Kiedy jakakolwiek pamięć o Wołyniu jest uciszana narracją o ruskich trollach, a w ogóle to Ukraińcy nie chcieli, ale musieli, bo Polacy im cerkwie zamykali. Takie tłumaczenie to już klasyka. I weź wytłumacz własnym rodakom, że tak barbarzyńskie tortury stosowane na Polakach być może nie są współmierną karą za zamknięcie iluś tam cerkwi. Nie wspominając już o Rosjanach, którzy za Jelcyna przyznali się do Katynia, za Putina już im się coś nie zgadza (oglądałam kiedyś materiał, w którym pytano właśnie Rosjan o Katyń – wielu z nich jest przekonanych, że ten Katyń to zbrodnia… niemiecka), ale czegokolwiek by tak naprawdę nie zrobili, powinniśmy im być wdzięczni, bo nas wyzwolili. Wyzwolili, prawda? Czas, żebyśmy przyjęli to na klatę. A to, że oni po prostu odpierali Niemców na naszym terytorium; że to wyzwolenie polegało na mordowaniu, gwałceniu, podpalaniu czy rabowaniu i że zaraz potem zniewolili nas znowu na ponad czterdzieści lat, to już trudno. Wyzwolili, to wyzwolili. Takie są fakty, a z nimi się podobno nie dyskutuje.
Kiepscy asystenci
To, że inne państwa, którym ciąży niezbyt chlubna historia, próbują się od niej odgrodzić i rozmemłać tę winę na wszystkich wokoło po równo (dbając przy okazji o to, żeby ich „równa” połowa była jak najmniejsza) niezbyt mnie dziwi. Kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie natomiast to, że nasi politycy tak bardzo ułatwiają im pracę. Wcześniej swoją bezapelacyjną mądrością popisała się Barbara Nowacka, której wymsknęły się brednie o „polskich nazistach”. Ale to tylko dlatego, że się przejęzyczyła! A że czytała z kartki? Pewnie asystent napisał. W tych kręgach nabór na asystentów trwa cały bity rok – mam wrażenie, że oni im tam służą tylko i wyłącznie jako kozły ofiarne. „Powiedziałam/em coś idiotycznego, ale to nie moja wina, tylko tego tu Areczka. To mój asystent” – tak to z reguły wygląda. Albo asystenci, albo przejęzyczenia, albo niezrozumienie zacofanych obywateli, bo przecież pan Grabiec wcale nie miał do napisania tego, co napisał, tylko coś innego. A co, to już nie może powiedzieć, spieszy mu się. Szuka akurat asystenta, żeby mu podpisał papierek o dobrowolnym rozwiązaniu umowy. I to szybciutko, zanim tusz wyschnie, później się nie liczy.
M.
