Connect with us

Kijem w Mrowisko

Czy Polska może być wielka?

Nie chodzi tu o dominację, bo nie jesteśmy mocarstwem. Ale nie jesteśmy też mali. Jesteśmy państwem średnim i to nam daje możliwość realizowania naszych interesów w określonym zakresie.

Avatar photo

Opublikowano

on

Ostatnio, na niektórych zagranicznych portalach dało się znaleźć informacje o „rosnącej potędze w środku Europy”. Brzmi to trochę egzotycznie gdy dojdzie się do słów, że mowa tu o Polsce i naszych siłach zbrojnych. Faktem jednak jest, że w tej sferze odbywa się niemała rewolucja. Jednak zachowajmy chłodną głowę i nie ogłaszajmy się mocarstwem, bo takie rzeczy nigdy się dobrze nie kończą. Choć nie oznacza to wcale, że jesteśmy skazani na porażkę. Zastanówmy się też nad tym jak Polska może wykorzystać aktualną sytuację na arenie międzynarodowej. Mianowici wraz z niedawną premierą nowej książki Rafała Ziemkiewicza, należy sobie zadać pytanie: Czy Polskę stać na to, by być wielką?

Nasze interesy leżą na wschodzie

Od razu ucinając wątpliwości dotyczące tytułu: to nie jest książka o tym, że Polska ma szanse stać się potęgą od morza do morza, jak za czasów świetności Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Wręcz powiedziałbym, że odwrotnie. Ziemkiewicz stara się tutaj niektórym uświadomić nasze położenie, które nie jest dla nas korzystne, ale też nie jesteśmy w nim skazani na bycie zależnym od Rosji, Niemiec czy innych organizmów zewnętrznych pokroju Unii Europejskiej, uzurpujących sobie prawa do decydowania na coraz szerszym polu.

Nie ma tutaj mówienia o tym, że Polska jest w stanie rozgrywać wszystkich na salonach europejskich. Nie jesteśmy wielkim państwem, ale nie jesteśmy też małym. I tutaj kłania się to, co sam mówię i piszę od dawna, że nasza siła leży na wschód od naszych granic. Tam gdzie była ona przed laty. Ziemkiewicz również, za słowami Piłsudskiego, jednoznacznie stwierdza, że to tam możemy rozwinąć nasz potencjał i budować coś nowego, w oparciu o tradycje sprzed lat.

Wszyscy jesteśmy spadkobiercami Rzeczypospolitej

Bo czymże była dawna Rzeczpospolita? Był to owoc prowadzenia współpracy z naszymi wschodnimi partnerami, czyli wtedy Rusinami i Litwinami. I tu też autor podkreśla, że myśląc o współczesnych szansach dla Polski musimy sami „przerobić” naszą historię na nowo. Uświadomić sobie, że właśnie to państwo w centrum Europy było organizmem łączącym wiele narodów (choć pojęcie „narodu” jak go teraz rozumiemy pojawiło się dopiero w XIX wieku). Polacy, Rusini, Litwini, Żydzi, Tatarzy, Bałtowie, mieszkańcy Prus i wielu innych, ich spoiwem była obecna w Rzeczypospolitej wolność.

Współcześnie odtworzenie tego organizmu jest niemożliwe i każdy sobie raczej zdaje z tego sprawę. Nie oznacza to jednak, że nie można tego wspólnego dziedzictwa Rzeczypospolitej Trojga bądź Wielu Narodów (bo w sumie te nazwy najlepiej by oddały jej charakter) wykorzystać w innej formie. Tym bardziej, w obliczu tak wielkich zmian, jak wojna na Ukrainie, kryzys Federacji Rosyjskiej, kapitulacja „moralnościowej” polityki Niemiec czy powolnej erozji Unii.

Pamiętajmy, że potencjał gospodarczy Polski jest większy od Litwy, Łotwy, Estonii, Białorusi i Ukrainy razem wziętych. Demograficznie również jesteśmy tutaj najsilniejsi i należy korzystać z tych atutów. Jesteśmy również jednym z gwarantów bezpieczeństwa dla państw bałtyckich (o czym mało kto pamięta). Stanowimy także największe zaplecze dla Ukrainy, która bez naszego wsparcia już dawno by się znalazła w rękach Putina.

Nie możemy zmarnować tej szansy

Te wszystkie atuty mają nam uświadomić, że nie jesteśmy „brzydką panną bez posagu”, jak twierdził Bartoszewski. Nie jesteśmy też państwem, które „przegapiło swoją okazję by siedzieć cicho” i jego jedynym celem jest bycie gdzieś na uboczu. W całym moim wywodzie nie zabrzmi to raczej egoistycznie jeśli napiszę, że gdybyśmy odpowiednio wykorzystali nasz czas i potencjał to stalibyśmy się kluczową figurą w tej części Europy. I dalej mamy na to szansę.

Nie chodzi tu o dominację, bo nie jesteśmy mocarstwem. Ale nie jesteśmy też mali. Jesteśmy państwem średnim i to nam daje możliwość realizowania naszych interesów w określonym zakresie.

Co może nimi być? Choćby to, by polskie firmy zdobywały wschodnie rynki, by tam działały polskie banki i przedsiębiorcy. By Polacy inwestowali na Ukrainie, na Litwie czy też Białorusi. A jestem przekonany, że i Białoruś kiedyś wyrwie się spod moskiewskich wpływów, i podobnie jak Ukraina uniezależni się od Kremla. Wtedy będziemy mogli również dbać o nasze wspólne dziedzictwo, bo w końcu wszyscy żyliśmy kiedyś w jednym państwie.

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Kijem w Mrowisko

Mit Wielkiej Rosji

Gdyby ktoś nie czytał moich wpisów wcześniej, to w listopadzie zeszłego roku napisałem, że rosyjskiego ataku można się spodziewać w połowie lutego 2022 – niewiele się pomyliłem. Choć pewnie gdybym wiedział, jak w rzeczywistości wygląda stan rosyjskiej armii, to inwazję oceniłbym jako mało prawdopodobną czy wręcz absurdalną.

Avatar photo

Opublikowano

on

Przez ostatnie lata nasłuchaliśmy się od najróżniejszych domorosłych specjalistów o “rosyjskiej potędze” i “niezwyciężonej rosyjskiej armii”. Zaś o samym Putinie niektórzy wypowiadali się jako o wielkim przywódcy, katechonie i w innych tego typu superlatywach. Fakty są jednak takie, że sama Rosja nie jest wcale wielce bogatym państwem, rosyjska armia jest w stanie walczyć jedynie ze słabszymi od siebie, a Putin nie jest wielkim wodzem, a przywódcą kleptokratycznego rządu, który bardziej przypomina mafię niż rzeczywistą władzę.

Od początku wojny na bieżąco staram się analizować każdy dzień wojny na Ukrainie. I w zasadzie od razu rzuca się w oczy jedna rzecz. Całe lata słuchania o wielkości Rosji, o tym, że jest ona rzetelnym partnerem, że jej armia jest porównywalna (a nawet silniejsza) od amerykańskiej, a samo “soft power” jest lepsze od “zgniłego Zachodu”… cała ta narracja posypała się po 24 lutego tego roku.

W jej kontekście można by sparafrazować klasyka, że “na wschodzie bez zmian”. Dalej te same metody, nadal ten sam typ prowadzenia wojny, ten sam sposób rządzenia państwem i ta sama propaganda.

“Najpotężniejsza armia Eurazji” w 6 miesięcy stała się pośmiewiskiem

Gdyby ktoś nie czytał moich wpisów wcześniej, to w listopadzie zeszłego roku napisałem, że rosyjskiego ataku można się spodziewać w połowie lutego 2022 – niewiele się pomyliłem. Choć pewnie gdybym wiedział, jak w rzeczywistości wygląda stan rosyjskiej armii, to inwazję oceniłbym jako mało prawdopodobną czy wręcz absurdalną.

Jeśli ktoś jeszcze pamięta początek wojny, to może kojarzyć, że cała ta “operacja specjalna” miała potrwać 2-3 dni. Wskazywały na to artykuły przedwcześnie opublikowane na rosyjskich portalach. Oczywiście utrzymane w tryumfalnym tonie, że “operacja została zakończona sukcesem”. Potem równie szybko one zniknęły.

Braki w zaopatrzeniu, nieprzygotowanie pod kątem logistyki, słabe morale i złe dowodzenie. Te wszystkie elementy pierwszej fazy wojny, w połączeniu z licznymi nagraniami udostępnianymi przez wojskowych jak i cywili, pokazały, że rosyjska armia była kompletnie nieprzystosowana do takiej formy prowadzenia inwazji. Jedynym co mogło to zmienić, był brawurowy i zarazem nieudany desant VDV (rosyjskie siły powietrznodesantowe) na lotnisku w Hostomelu.

Kolejne co pokazywało nieprzygotowanie armii Federacji Rosyjskiej to ilość zaangażowanych żołnierzy. Była ona zbyt mała, nawet jak na ataki rajdowe. Doprowadziło to do tak zwanego “syndromu krótkiej kołdry”, przez co Rosjanie nie byli w stanie zabezpieczyć swoich pozycji.

Ukoronowaniem tej nieudolności w początkowej części wojny było okopanie się w skażonym radiacyjnie Czerwonym Lesie pod Czarnobylem oraz późniejsze błyskawiczne wycofanie się na kierunku kijowskim i charkowskim.

Aktualnie Rosjanie, pomimo ogarnięcia się w Donbasie i na kierunku chersońskim, wcale nie są na zwycięskiej pozycji. Ich postęp wciąż jest bardzo powolny (jeśli w ogóle następuje, to po bardzo dużych stratach). Sami zaś stracili prawie 1/3 wszystkich czołgów, które mogły być rzucone na front jako w pełni sprawne. To znowu kładzie kreskę na micie rosyjskiej armii jako “potędze pancernej”.

Do tego wszystkiego należy również doliczyć wojnę w powietrzu. Rosjanie, pomimo rzekomego posiadania najlepszej obrony przeciwlotniczej na ziemi (A2AD), nie są w stanie kontrolować nieba nie tylko nad terenami okupowanymi, ale również nad obszarem rdzennej Rosji. Bańki antydostępowe również okazały się w tym wypadku czymś, co działa wyłącznie na papierze.

Do tego należy doliczyć same straty w ludziach (stosunek zabitych do rannych wynosi na ten moment 1:4). Nawet te najbardziej przychylne mówią o ubytku na poziomie 70 tysięcy żołnierzy (najbardziej skrajne mówią nawet o 180 tysiącach).

Rosyjska gospodarka się zapada

Wiele jest głosów o tym, że Rosja może szantażować całą Europę surowcami energetycznymi. Wymienia się przy tym również jej zaplecze w postaci odbiorców w Azji z Chinami na czele. Do tego wielu też wspomina o rezerwach w wysokości 600mld dolarów. Dzięki tym zabiegom Federacja Rosyjska ma być odporna na jakiekolwiek sankcje.

Wszystko to jednak rozpada się pod napływem faktycznych informacji na temat kondycji rosyjskiej gospodarki. Rzetelnej analizy dokonał tutaj Uniwersytet Yale, który dokładnie wskazał, gdzie narracja rosyjska kuleje i nie ma nic wspólnego ze stanem faktycznym. Starałem się wyciągnąć z tego raportu najważniejsze fakty i oto, co otrzymujemy:

  • 43% gazu na rynku europejskim pochodzi z Rosji. Ale aż 83% eksportu gazu rosyjskiego to Europa (prawie 2-krotnie większa zależność).
  • Po raz I w historii USA przebiły Rosję w eksporcie gazu do Europy.
  • Rosja, z powodu braku odpowiedniej infrastruktury, nie jest w stanie odbić sobie strat w Europie eksportem do krajów azjatyckich. Ponadto prowadzona tam sprzedaż surowców jest zdecydowanie poniżej ceny rynkowej (nawet po śmiesznej cenie 30-40$ za baryłkę).
  • Import Rosyjski skurczył się o ~50% w stosunku do momentu sprzed wojny.
  • Sam chiński eksport do Rosji spadł o prawie 50% (z 8 do 4mld$).
  • Inflacja w granicach 20%, inflacja w sektorze zależnym od międzynarodowych łańcuchów dostaw dryfuje już pomiędzy 40 a 60%.
  • Drastycznie spadła również sprzedaż samochodów. Średnio sprzedawało się ich około 100-120 tysięcy w skali miesiąca, od początku wojny jest to około 20-27 tysięcy miesięcznie.
  • Spadły wszystkie wskaźniki dotyczące sprzedaży usług jak i najprostszych zakupów.
  • Z 600mld$ rezerw, które posiadała Rosja 300mld$ zostało już zamrożone. Kolejne 75mld$ zostało już zużyte od początku wojny.

Czy zatem Rosja jest potęgą, za którą nadal mają ją niektóre środowiska? Nie. Prosta odpowiedź. Europa, w perspektywie kilku lat, gdyby chciała, to jest w stanie uniezależnić się energetycznie od rosyjskich surowców, a to jest jej główną kartą przetargową. Poza tym, to Rosja bardziej potrzebuje Europy, niż Europa Rosji. I to widać także po rosyjskiej demografii i wielkiej emigracji, jaka nastąpiła po rozpoczęciu wojny.

Statystyk znajdziemy w tym raporcie znacznie więcej, ale jedno nie ubiega żadnej wątpliwości. Sankcje działają i doprowadzają do implozji rosyjską gospodarkę. Kluczowa będzie nadchodząca zima. Jeśli Zachód wytrzyma rosyjską presję, to jest wielce prawdopodobnym, że Federacja Rosyjska będzie musiała się zmierzyć z największym kryzysem od czasów upadku Związku Radzieckiego.

Czytaj dalej

Kijem w Mrowisko

Zwycięstwo, z którego trzeba być dumnym

Często zapominamy jak wielkie znaczenie miała bitwa warszawska oraz cała wojna polsko-bolszewicka. Warto mieć z tyłu głowy, że to właśnie nasi przodkowie dokonali wręcz niemożliwego oraz ocalili w tamtym czasie Europę przed komunizmem.

Avatar photo

Opublikowano

on

Gdyby spytać statystycznego przechodnia, by wymienił kilka najważniejszych bitew w dziejach świata, to zapewne padną odpowiedzi w stylu bitwa o Stalingrad, może ktoś bardziej zafascynowany historią powie coś o Waterloo albo bitwie pod Gaugamelą. A co się stanie, gdy zapytamy o najważniejszą bitwę w historii polskiego oręża? Pewnie wielu odpowie, że Grunwald, ewentualnie nastanie głucha cisza, ponieważ w Polsce bardziej się upamiętnia porażki, aniżeli zwycięstwa. Dopiero w ostatnich kilku latach zaczęło się to zmieniać. A przecież mamy w portfolio nie tylko wielką bitwę w historii naszego państwa, ale również w dziejach świata.

Odrodzenie i początek wojny

Po zakończeniu Wielkiej Wojny z lat 1914-1918 w Europie nastąpiło ogromne trzęsienie ziemi. Francja poniosła olbrzymie straty, co było przyczyną jej postawy w 1939. Wielka Brytania zaczęła tracić status światowego hegemona. Kaiserowskie Niemcy, po kapitulacji, pogrążyły się w wewnętrznym kryzysie gospodarczym i politycznym, a radykalne bojówki partyjne prowadziły ze sobą regularne starcia w większych miastach. Monarchia Austro-Węgierska rozleciała się jak domek z kart. Nie inaczej sprawa wyglądała z Imperium Osmańskim. A na wschodzie od 1917, po obaleniu caratu zaczęło się rodzić największe zagrożenie dla przyszłości Europy – Rosyjska Republika Radziecka.

Pośrodku tego wszystkiego odradzała się II Rzeczpospolita. Również zniszczona, w chaosie, ale posiadająca wtedy ogromną motywację do odbudowy swojego państwa, po raz pierwszy od ponad stu dwudziestu lat. Przerwa w działaniach wojennych nie trwała zbyt długo, bo już w lutym 1919 rozpoczęły się regularne walki na wschodzie. Na początku wyglądało to obiecująco. Polska armia stopniowo odbijała kolejne miejscowości z rąk czerwonych. Po jakimś czasie wystosowała również oficjalną odezwę do bolszewików, by ci uznali niepodległość Ukrainy pod przywództwem Petlury.

Po tymczasowym zawieszeniu broni kolejne starcia miały miejsce w 1920. Komuniści błyskawicznie przeszli do ofensywy i od początku natarcia, w czerwcu, spod Kijowa dotarli pod Toruń, Warszawę, Zamość i Lwów już do pierwszej połowy sierpnia tego samego roku. Sytuacja wydawała się katastrofalna.

Zachód z góry postawił na nas krzyżyk

Z podobnego założenia wyszły państwa zachodniej Europy. Brytyjski premier Lloyd George był przekonany o rychłej klęsce Polski. Z jednej strony proponował Rzeczpospolitej, by ta przystała na założenia linii Curzona. Z drugiej, po cichu, widział korzyści ze współpracy brytyjsko-sowieckiej.

Odgórnie sterowana przez Komintern prasa zagraniczna m.in. we Francji, Anglii, Niemczech czy Czechosłowacji wręcz namawiała do antypolskich protestów i strajków. Głównym argumentem było przyniesienie „prawdziwego socjalizmu” przez Armię Czerwoną. Z resztą sama Czechosłowacja blokowała transporty i wsparcie do Polski (np. z Węgier), zajęła również Zaolzie, a następnie ogłosiła neutralność, licząc na późniejsze dobre stosunki z bolszewikami.

Nie będzie pewnie też niespodzianką, jeśli napiszę, iż dużą rolę we wsparciu działań komunistów miała Republika Weimarska, która potajemnie sprzedawała broń Rosjanom. Nie brakowało także niemieckich ochotników po stronie czerwonych. Wedle różnych szacunków mogło to być około 20 tysięcy żołnierzy i nawet do 80 tysięcy członków Związku Spartakusa (marksistowskiego ruchu w Niemczech).

Co więcej, Wiktor Kopp (przedstawiciel Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych Rosyjskiej Republiki Radzieckiej) złożył w Berlinie propozycję podziału Polski wedle granicy z 1914 roku. Niemiecki sztab jak i rząd wydawali się być tym bardzo zainteresowani i w 1920 roku byli nawet gotowi wkroczyć na Pomorze, Śląsk oraz do Wielkopolski. Jedyną ich obawą była reakcja państw Ententy, które starały się trzymać Niemcy w ryzach po przegranej przez nich wojnie.

Należy również wspomnieć o tym, że Republika Weimarska chciała tę sytuację wykorzystać jeszcze innymi sposobami. Pierwszym były plebiscyty na Warmii i Mazurach, które Niemcy świetnie rozegrali na swoją korzyść, przekonując ludność o rychłym upadku Polski. Drugim była kwestia Śląska, który Niemcy chcieli przejąć bez głosowania mieszkańców tego terenu. Tym samym złamaliby założenia traktatu wersalskiego. Doprowadziło to automatycznie do II powstania śląskiego.

 Wielka mobilizacja i pogonienie czerwonej zarazy


Ktoś, kto nie zna historii, mógłby pomyśleć, że przy kumulacji aż tak wielu niekorzystnych zdarzeń musiało się to skończyć katastrofą. Tak się jednak nie stało. Nie bez powodu też mówi się o „cudzie nad Wisłą”, choć dodawanie do tego wydarzenia boskiej ingerencji umniejsza wartości wysiłku, jaki został włożony w to zwycięstwo.

A składało się na nie wiele czynników. Tym najbardziej, że widoczna była jednomyślność wszystkich środowisk politycznych. Od stronnictwa narodowo-demokratycznego Romana Dmowskiego, przez ludowców Wincentego Witosa po PPS Józefa Piłsudskiego. Wszyscy oni w chwili próby zaczęli mówić jednym głosem. Z niczego udało się w bardzo krótkim czasie wystawić ponad milionową armię, a całe polskie społeczeństwo zaczęło funkcjonować jak jeden organizm.

Nie można również zapomnieć o samym sztabie wojskowym, który wykonał kawał dobrej roboty. Tutaj też ucinając wszelkie spory historyczne: była to wspólna praca sztabowców, z generałem Rozwadowskim i Józefem Piłsudskim na czele. I najlepiej, by w polskiej historiografii tak o tym pisać. Tak jak Niemcy mieli swój elitarny duet Ludendorff&Hindenburg, tak my powinniśmy mówić o duecie Rozwadowski&Piłsudski.

Tylko dzięki tej ogromnej mobilizacji udało się powstrzymać pochód krasnoarmiejców. Najpierw w bitwie warszawskiej, która złamała inicjatywę w ofensywie, a później w bitwie nad Niemnem.

Należy pamiętać, że sama bitwa warszawska, jak i cała wojna polsko-bolszewicka (szczególnie w swojej drugiej fazie), to nie był wyłącznie tryumf wojskowy. Było to również zwycięstwo organizacji polskiego społeczeństwa, które dopiero co po jednej wojnie potrafiło z siebie wykrzesać więcej, niż ktokolwiek przypuszczał, i nie tylko obronić swoją niepodległość, ale też ocalić Europę przed Armią Czerwoną, Leninem, Trockim i innymi komunistycznymi potworami.

Czytaj dalej

Kijem w Mrowisko

Rzeczpospolita Wielu Nadziei

Czy snucie różnych teorii o rozwinięciu naszej polityki wschodniej jest zasadne? Jak najbardziej (…) W naszym interesie jest, by na tym obszarze działały polskie firmy, polskie przedsiębiorstwa czy polskie banki.

Avatar photo

Opublikowano

on

Polska myśl w geopolityce przeżywa w ostatnim czasie spory renesans. Składa się na to wiele czynników: jałowość w polityce zagranicznej i poczucie potrzeby stworzenia czegoś nowego; osoby pokroju Jacka Bartosiaka, próbujące odświeżyć myślenie o położeniu Polski czy też obecna sytuacja na arenie międzynarodowej. Pierwszym krokiem była Inicjatywa Trójmorza, przy wsparciu Stanów Zjednoczonych i Donalda Trumpa, w kwietniu tego roku natomiast pojawiła się oferta stworzenia pewnej formy unii polsko-ukraińskiej.

Zacznijmy w końcu budować politykę wschodnią!

Zanim jednak zlecą się tabuny ludzi krzyczących, że “Żadna unia! Pomyślenie o tym jest już zbrodnią!”, to zatrzymajmy się na chwilę i postarajmy się zrozumieć aktualną sytuację.
W końcu nikt nie mówi tutaj o powstaniu jednego państwa złożonego z Polski i Ukrainy i innych organizmów, bo logistycznie jest to równie trudne, co stworzenie jednego państwa z Grupy Wyszehradzkiej.

Odejdźmy jednak od dygresji i cofnijmy się w czasie o kilka lat. We wrześniu 2015 roku,
w Nowym Yorku miało miejsce uroczyste spotkanie państw Inicjatywy Trójmorza, pod patronatem USA. Widziały one w tym interes dla wbicia klina, pomiędzy dominujące w Unii Europejskiej Niemcy oraz coraz bardziej agresywną Rosję. Dla samych państw regionu również wydawała się to koncepcja słuszna: łączą nas na niektórych płaszczyznach wspólne interesy
i razem chcemy znaczyć więcej, jako wspólnota. Zamysł był jak najbardziej słuszny, a dla Polski był to pierwszy taki samodzielny odruch, na taką skalę, od czasów wcześniej wspomnianej Grupy Wyszehradzkiej. I choć projekt ten był wyszydzany przez „Gazetę Wyborczą” czy inne media liberalno-lewicowe, to istnieje nadal i ma dalej ogromny potencjał, choć niewykorzystywany.

Geografia – nasze przekleństwo i nadzieja

Nie należy jednak mylić Trójmorza z Międzymorzem i tutaj reguła jest prosta. Międzymorze rozciąga się od Zatoki Fińskiej po wybrzeża Morza Czarnego. Trójmorze jest ulokowane w trójkącie Morze Bałtyckie-Czarne-Adriatyk. Dziś skupimy się wyłącznie na temacie Międzymorza, gdyż interes państw znajdujących się na jego obszarze zdecydowanie bardziej jest we wzajemnej bliskości.

Aktualnie na tym obszarze mamy państwa bałtyckie (Litwę, Łotwę i Estonię), Białoruś, Ukrainę, Rumunię, Mołdawię oraz Polskę. Bardziej wprawne oko od razu zobaczy, że większość tego obszaru pokrywa się z granicami dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów Choć trzeba sobie wyjaśnić, że nazwa ta jest bardzo myląca – i nie jest to żaden przejaw “poprawności politycznej”, że nagle się o tym mówi. W dawnej Rzeczpospolitej Polacy stanowili około 50% populacji. Sporą część stanowili również Litwini i Rusini – były to trzy “narody” stanowiące trzon społeczeństwa, a poza nimi mieliśmy jeszcze Niemców, Łotyszy i Żydów. Rafał Ziemkiewicz kiedyś ładnie to nazwał „Unią Europejską na 400 lat przed Unią Europejską” i jest w tym trochę racji. Nie oznacza to oczywiście, że nie było wewnętrznych konfliktów, ale to temat na zupełnie inny wpis.

Skupmy się jednak na tym, jakie znaczenie ma to dla współczesnej sytuacji i dlaczego oddaje ją jedna z mądrzejszych tez Józefa Piłsudskiego, że “nasze pole działań jest na wschodzie”.

Obecnie nie jesteśmy w stanie zdominować gospodarczo czy kulturalnie państw w zachodniej czy centralnej Europie. I to jest fakt. Nasze soft power, w połączeniu z miałkimi elitami politycznymi, jest po prostu za słabe na to. Inaczej ta sytuacja wygląda jednak na Ukrainie czy nawet w państwach bałtyckich. Mało osób zdaje sobie również sprawę z tego, że w aspekcie militarnym, to obecnie Polska jest gwarantem bezpieczeństwa tych państw. Dla niektórych może to brzmieć, jako nieśmieszny żart, ale tak jest. Ponadto jesteśmy od nich, jako państwo, znacznie silniejsi demograficznie i gospodarczo.

Nie inaczej sytuacja ma się aktualnie z wcześniej wspomnianą Ukrainą. Polska jest państwem 4-5 razy bogatszym od niej oraz stała się jej głębią strategiczną w ostatnich miesiącach. Gdybyśmy przyjęli od początku wojny postawę identyczną co Niemcy, to prawdopodobnie już od dłuższego czasu mielibyśmy zamontowany rząd prorosyjski w Kijowie. To przez nas idzie lwia część wszelkich dostaw uzbrojenia, amunicji i pomocy humanitarnej na Ukrainę. To my pełnimy tutaj rolę swoistego “zaplecza” logistycznego.

Potencjał posiadamy. Potrzeba siły i woli politycznej

Ciekawy obraz otrzymujemy również gdy spoglądamy na suche dane demograficzne
i gospodarcze. I jest to oczywiście uproszczenie, natomiast daje już pewien obraz, do którego można się odnosić.
Polska – PKB 607 mld $; populacja 37,5 mln
Ukraina – 155,6 mld $; pop. 44 mln (bierzmy pod uwagę sytuację sprzed rosyjskiej inwazji)
Litwa – 56 mld $; pop. 2,79 mln
Łotwa – 33,51 mld $; pop. 1,9 mln
1,9 mln Estonii – 31,03 mld $; pop. 1,3 mln

Obszar całości to 1 091 454 km2 – czyli mniej więcej wielkościowo obszar dzisiejszej Boliwii. Historycznie niemal tyle samo, ile miała powierzchnia dawnej Rzeczpospolitej. PKB wynosiłoby 881,14 mld; populacja ~ 85,5 mln. PKB per capita 10 300 dolarów.

Dla porównania rosyjskie PKB (przed konfliktem) wynosiło 1 483 mld $, a per capita to,
w przybliżeniu, 10 tysięcy dolarów. Populacja Federacji Rosyjskiej to 144 mln ludzi,
a powierzchnia 17 100 000 km2.

A gdybyśmy dodali do tego jeszcze Rumunię (PKB 249 mld $, pop. 19,9 mln) oraz Mołdawię (11,9 mld$, pop. 2,6 mln.), które także mają w stosunku do Rosji podobne położenie, to wychodzi z tego bardzo ciekawy obraz.

Uwarunkowania geograficzne, jak i polityczne także sprzyjają potencjalnej współpracy tych wszystkich państw. Swoistym “sprawdzam” stała się wojna na Ukrainie oraz późniejsze wizyty politycznych oficjeli. Znamiennym było wspólne zdjęcie głów państw, które wchodziły w skład dawnej Rzeczpospolitej, czyli prezydentów Estonii, Łotwy, Litwy, Polski i Ukrainy.

Czy snucie różnych teorii o rozwinięciu naszej polityki wschodniej jest zasadne? Jak najbardziej. Po 2004 roku w zasadzie wszelkie długofalowe cele polityki zagranicznej obumarły, zwłaszcza za naszą wschodnią granicą. A to właśnie tam jest przestrzeń, dla której, mówiąc obrazowo, to my jesteśmy “zachodem”. Na dodatek bliskim kulturowo, jak i językowo. W naszym interesie jest, by na tym obszarze działały polskie firmy, polskie przedsiębiorstwa czy polskie banki. To od nas wyłącznie zależy czy ta strefa zgniotu, pomiędzy Niemcami
a Rosją, stanie się naszym błogosławieństwem czy przekleństwem.

Czytaj dalej