Connect with us

PUBLICYSTYKA

Czy grozi nam kolejny paraliż polskiego nieba?

Opublikowano

on

Konflikt w PLL LOT. Piloci na śmieciówkach mają dość i przerywają milczenie.

Otrzymaliśmy list od pilotów pracujących w LOT, z prośbą o publikację. Poniżej zamieszczamy jego pełną treść:



Jak wygląda rzeczywistość pilota świadczącego usługi dla PLL LOT na podstawie B2B i jak wpływa to na bezpieczeństwo?


Normalność, szacunek, stabilność i pewność pracy i zarobków, swoje zdrowie oraz bezpieczeństwo pasażerów i wykonywanych operacji – o to walczą piloci PLL LOT zatrudnieni na podstawie B2B.

Od wielu lat Narodowy Przewoźnik zwiększa zatrudnienie w oparciu o umowy cywilno-prawne. Zatrudnienie do pracy w charakterze pilota czy sterwardessy na umowę o pracę w ogóle nie wchodzi w grę, a warunki współpracy B2B są nienegocjowalne i z góry narzucone przez jedną stronę.

W styczniu 2022 piloci świadczący usługi dla PLL LOT, wystosowali do Zarządu pismo, w którym wskazywali na szereg istniejących problemów i konieczność poprawy warunków ich pracy. Spotkania z przedstawicielami pilotów w sprawie złożonego pisma były regularnie przekładane z rozmaitych powodów, nierzadko z jednodniowym wyprzedzeniem, a czasami nawet tego samego dnia.

Zaczęliśmy zastanawiać się, czy do kolejnego spotkania w ogóle dojdzie i jak nisko na liście priorytetów firmy są nasze problemy i dlatego zdecydowaliśmy się na nagłośnienie sprawy.


Ostatecznie na początku maja, przedstawiciele Zarządu zakomunikowali pilotom planowane zmiany w ich kontraktach, zaznaczając jednocześnie, że nie są one jeszcze zaakceptowane przez cały Zarząd – co dla pilotów było w zasadzie bez znaczenia, gdyż wszystkie z proponowanych zmian odebrać można tylko jak kolejny wymierzony im policzek. Jedną ze zmian jest np. propozycja podwyżki wynagrodzenia minimalnego dla najmniej doświadczonych pilotów – która w rzeczywistości jest jego obniżeniem. I nie jest to pierwsza taka „podwyżka” w LOT

Początek końca



Początkiem problemów był niewątpliwie moment, w którym z zatrudniania pilotów na umowę o pracę LOT przeszedł na „zatrudnianie” wyłącznie na podstawie umów cywilnoprawnych – każdy z pilotów ma teraz swoją firmę, która „świadczy usługi dla LOTu”. Pośrednikiem z którym podpisane są kontrakty jest spółka LOT Crew, która „deleguje” do świadczenia usług właśnie dla LOTu.

Z początku miało być to rozwiązanie tylko tymczasowe pozwalające ominąć restrykcje nałożone na LOT przed Komisję Europejską w związku z restrukturyzacją firmy. LOT szybko jednak zorientował się, że zatrudnianie załóg na podstawie B2B jest dla firmy rozwiązaniem idealnym i pozbawionym minusów, dającym w zamian pracownika którym można dowolnie zarządzać i sterować, który nic nie kosztuje. Można go w dodatku zwolnić z dnia na dzień, można mu nie płacić, można nie dawać mu żadnych przywilejów, można przypisywać mu wszelkie obowiązki… można w zasadzie wszystko!

W trakcie pandemii nasze gwarantowane wynagrodzenie, które miało być zabezpieczeniem na gorsze czasy, zostało obcięte o ponad 60%. W rezultacie przy braku lotów pensja pilotów spadła o blisko 80%. W przypadku najmniej doświadczonych pilotów, to wynagrodzenie po opłaceniu podatków, osiągało poziom nieco powyżej minimalnego wynagrodzenia. Nawet gdy latanie powoli się odradzało, wystarczyło zakwalifikować się na kwarantannę po kontakcie z chorym pasażerem, bądź innym członkiem załogi i znowu zostawaliśmy z minimum. Warto zaznaczyć, że część z nas wciąż spłaca koszty szkolenia, które trzeba ponieść na własną rękę, zanim w ogóle można pomyśleć o pracy w liniach lotniczych.

Po otrzymaniu pomocy publicznej na koniec 2020, LOT przystąpił do zwolnień zarówno pracowników na umowach jak i współpracowników B2B. Ci pierwsi mogli jednak liczyć na odprawę i negocjacje ze stroną społeczną. Współpracownicy w lutym 2021, w piątkowy wieczór, dostali mailem informację o bezterminowym zawieszeniu kontraktu – bez żadnej odprawy.



Niepewność zatrudnienia i niestabilność zarobków



Nasz kontrakt można w każdym momencie bez konsekwencji dla firmy zerwać lub zawiesić – przez trzymiesięczny okres wypowiedzenia firma wypłaci nam jedynie wynagrodzenie minimalne, bo nie będzie planować nas na żadne dodatkowe loty – po zapłaceniu ZUS, podatku, księgowej większości z nas zostanie na koncie około 2000-3000 zł, przy czym dalej musimy pozostawać w dyspozycji.

Nie mamy absolutnie żadnego wpływu na to ile zarobimy, nie jesteśmy też w stanie przewidzieć ile zarobimy w kolejnych miesiącach. W firmie nie działa żaden system wyrównujący zarobki załogom – rozwiązanie powszechnie stosowane w innych liniach.



Gratis to uczciwa cena



Wynagrodzenie otrzymujemy wyłącznie za tzw. czas blokowy – czyli moment od ruszenia do zatrzymania się samolotu. Na nasz właściwy czas pracy składają się jeszcze setki godzin przed, pomiędzy i po lotach. Może zdarzyć się, że po przygotowaniu dokumentów, sprawdzeniu samolotu, nawet z pasażerami na pokładzie pojawi się jakaś usterka. Trzeba poczekać na mechaników, wykonać dodatkowe czynności sprawdzające, czasem przygotować wszystko od zera, zmienić samolot. Jeśli finalnie okaże się, że z jakiegoś powodu nie polecimy i zostaniemy odesłani do domu to spędziliśmy w pracy kilka godzin całkowicie za darmo.

Przy wszelkich niestandardowych sytuacjach, gdy nie z naszej winy tracimy możliwość wykonywania pracy, często musimy wypełnić masę dokumentów czy spędzić dodatkowy czas w biurze na wyjaśnieniach. To wszystko również nie podlega wynagrodzeniu.

Czas na licznych szkoleniach, symulatorach, wyjazdach oraz czas który musimy poświęcić na doskonalenie, uaktualnianie i utrzymywanie swojej wiedzy na właściwym poziomie – za cały ten czas nie dostajemy zupełnie nic.

W rezultacie stosunek czasu faktycznie spędzonego na pracy, do czasu za który otrzymamy wynagrodzenie wynosi od 2 do 3 razy więcej.



Chcesz rozśmieszyć LOT? Powiedz mu o swoich planach.



Skoro cały ten czas nie kosztuje LOT zupełnie nic, to można nim (nami) zupełnie dowolnie zarządzać, a kontrakt nie reguluje tego jak mają wyglądać nasze harmonogramy pracy. Co lepsze cały harmonogram można dowolnie zmienić z 24h wyprzedzeniem, a w „uzasadnionych przypadkach” nawet później.

Lot został odwołany, albo został przeniesiony na inny samolot? Zarobisz mniej, a w zamian cały dzień spędzisz na darmowym dyżurze. Usterka samolotu – wracasz do bazy albo utknąłeś w obcym porcie? W pierwszym przypadku tracisz zarobek, w drugim dodatkowo możesz stracić kolejne dni pracy jeśli okaże się, że nie zdążysz wrócić na czas.

Kilka godzin przerwy między kolejnymi lotami? Może to pomyłka? Nie. To standardowa praktyka.

Firma zapowiada, że w miesiącu będzie mało latania? Zarobisz mniej, ale może przynajmniej odpoczniesz? Zapomnij. Spędzisz więcej czasu na darmowych dyżurach, albo loty rozdzielone zostaną w taki sposób żebyś i tak pracował tyle samo.

Przychodzimy do pracy żeby zrobić jeden krótki lot krajowy, wysiadamy z samolotu do którego po nas wsiadają nasi koledzy żeby też zrobić tylko jeden krótki lot, często z tą samą załogą pokładową. Kolejnego dnia sytuacja się powtarza. A moglibyśmy przecież jednego dnia zrobić dwa loty, a kolejny mieć wolny.

Takich przykładów każdy z nas mógłby podać setki, a firma nic sobie z tego nie robi – bo nie musi, bo nic ją to nie kosztuje.

Optymalizacja naszego czasu pracy byłaby po prostu tylko niepotrzebnym wysiłkiem i kosztem.

W temacie harmonogramów pracy trzeba jeszcze dodać, że na każdy miesiąc przysługują nam 4 dni które możemy wskazać jako dni wolne. Prośby realizowane są oczywiście tylko „w miarę możliwości”, więc jeśli chcieliście mieć wolne na urodziny dziecka, mieliście zaplanowaną wizytę u lekarza, albo po prostu chcieliście spędzić czas z rodziną lub znajomymi to musicie poczekać jeszcze trochę w niepewności, bo tego czy prośba zostanie zrealizowana dowiecie się dopiero w momencie publikacji waszego grafiku. Nie trzeba chyba dodawać, że pracujemy w noce, weekendy i święta.



Urlop? Piloci nie muszą odpoczywać.



W roku przysługują nam 24 dni kalendarzowe tzw. powstrzymania się od świadczenia usług. Taki pseudourlop. Dlaczego pseudo? Powodów jest wiele. Po pierwsze jest go dużo mniej niż w przypadku umowy o pracę, gdzie pracownik do wykorzystania ma 26 dni roboczych. Za prawdziwy urlop wypłacane jest wynagrodzenie, a w naszym przypadku jest wręcz odwrotnie – idąc na pseudourlop pracujemy mniej, czyli automatycznie mniej zarabiamy. Pół miesiąca odpoczynku wiąże się z 50% redukcją pensji. Z pseudourlopu wcale nie jest też tak łatwo skorzystać.

Wnioski składamy jak każdy pracownik etatowy, jednak nikt nam ich nie akceptuje, nic nie podpisuje. Czy pseudourlop otrzymamy dowiemy się jak zwykle z grafiku opublikowanego 14 dni przed początkiem miesiąca – niezależnie od tego kiedy złożymy wniosek.

Firma naszymi pseudourlopami zarządzać może dowolnie. W okresie gdy przewiduje się mniej latania LOT wysyła nas na przymusowy dwutygodniowy wypoczynek, w wybranym przez firmę terminie – wszystko pod pretekstem bezpieczeństwa oczywiście.

W tym roku na początku maja poinformowano nas, że w sezonie letnim większość z nas dostanie maksymalnie 5 dni urlopu, a osoby które urlopu brać nie muszą proszone są o zmianę swoich planów.

Tak więc jak widać firma urlopów dawać nie musi, a jak nie da… to trudno. Pseudourlop nie przechodzi na kolejny rok, nikt nie wypłaci za niego ekwiwalentu jak w przypadku umowy o pracę, po prostu przepadnie.

Efekt jest taki, że wielu osobom przepada wiele dni wypoczynku… kto by tam musiał odpoczywać? Na pewno nie piloci.



L4? Piloci nie chorują.



Sprawa ze zwolnieniami lekarskimi ma się tak, że większość pilotów na L4 pójdzie tylko wtedy gdy fizycznie nie będzie w stanie dojść do pracy. Dlaczego? Ano dlatego, że za okres na zwolnieniu lekarskim nikt nam nie zapłaci, a w dodatku zarobimy dużo mniej. A co w przypadku gdy ktoś poważnie zachoruje albo złamie rękę i nie będzie go w pracy np 2 miesiące? Tutaj rachunek jest bardzo prosty – pod koniec miesiąca na nasze konto wpłynie okrągła sumka – 0 zł (słownie: zero złotych).



Rodzicielstwo na B2B to przywilej.



Przywilej którego rzecz jasna nie mamy. Ciąża, urlop macierzyński, rodzicielski – to okresy w których też nie zarobimy ani złotówki. Po powrocie do pracy nie możemy liczyć na redukcję etatu, planowanie pracy w ograniczonym wymiarze godzin, czy pracę z wyłączeniem lotów nocnych i pobytowych – wszystkie te przywileje zarezerwowane są dla osób zatrudnionych na umowę o pracę.



Świadczenia socjalne, diety, związki zawodowe.



Tego też nie mamy. Przez krótki okres wypłacano nam diety (dużo niższe niż normalne), które później zabrano mówiąc, że zryczałtowana dieta zawierać się będzie w premii za punktualność na którą notabene wpływ mamy mocno znikomy. Premia wypłacona była raz. Od tamtego czasu słuch o niej zaginął. W nowym aneksie pojawiły się za to zwiększone kary dla pilotów np. za nieregulaminowe elementy umundurowania, czy nieusprawiedliwioną nieobecność.

Kar dla LOTu w nim oczywiście nie ma.


Nie mamy też związków zawodowych – co jest firmie bardzo na rękę. Nikt nas nie reprezentuje, nikt nas nie chroni, więc ludzie boją się walczyć o swoje prawa. Boją się odezwać. Pod ostatnim pismem do Zarządu część osób bała się nawet podpisać swoim nazwiskiem. Jedni spodziewali się awansu, a drudzy zwyczajnie bali się, że przez ten podpis stracą pracę.

O atmosferze strachu najlepiej świadczy też ten artykuł – pisany przez nas anonimowo. Założyliśmy oddzielne anonimowe forum, gdzie każdy wypowiada się pod wymyślonym nickiem. Mamy grupę na Facebooku, ale tam każdego łatwo zidentyfikować, więc nikt tam złego słowa oficjalnie nie powie. Łatwo jest zrobić zrzut ekranu i przesłać dalej, a historia zna już przecież przypadki, gdy jedna ze stewardess została ukarana naganą, za swój wiersz na Facebooku.



Zarobki w LOT



Często dyskredytuje się nas i bagatelizuje nasze problemy mówiąc ile to my nie zarabiamy – podając nasze zarobki w przeliczeniu na godziny blokowe. To tak jakby pensję nauczyciela podzielić na liczbę godzin lekcyjnych w miesiącu – kwota byłaby na pewno imponująca, ale z rzeczywistością miałaby na pewno niewiele wspólnego. W podobnym tonie wypowiadano się też ostatnio o kontrolerach lotów.

Przy temacie zarobków warto przypomnieć, że w 2017 roku, prezes LOT-u, dziennie zarobił tyle ile drugi pilot w ciągu całego miesiąca. Prezes przez rok zarobił tyle ile drugi pilot zarobi w 30 lat. I to jest fakt, a nie zaginanie rzeczywistości.



O czym rozmawiają piloci między lotami?



Właśnie o tym wszystkim.

Rozmawiamy też o przymusowych wylotach na kontrakt do Wietnamu, licytujemy się kto dostał bardziej absurdalną rotację w grafiku, komu odwołali więcej lotów, komu odwołali urlop, kto siedział więcej godzin na lotnisku między lotami albo jak mało godzin wylatał podczas 3 dni nieobecności w domu.

Rozmawiamy o rosnącym z roku na rok ZUSie, który musimy płacić, o rosnących podatkach i kosztach życia.

Rozmawiamy o nowym ładzie, którego niekorzystne dla nas skutki miały zostać nam przez firmę zrekompensowane.

Zastanawiamy się jak maleją nasze zarobki, ile czasu minęło od ostatniej podwyżki i jak to wszystko wpływa na nasze zdrowie.

Zastanawiamy się jak to jest, że szkoli się nowych pilotów, przywraca zawieszonych, nie pozwala nam się chodzić na urlopy i jednocześnie mówi nam się, że nie da się podnieść naszej pensji minimalnej do poprzedniego poziomu.

Zastanawiamy się… jak tak można?!


Przyszłość pełna obaw



Zbliża się sezon letni w którym zapowiada się nam bardzo dużo pracy. Do frustracji, niepewności i zmęczenia psychicznego dojdzie naprawdę duże zmęczenie fizyczne. Tak nie da się pracować. W takich warunkach bardzo łatwo o błąd, w takich warunkach nie da się podejmować trafnych decyzji od których przecież zależy bezpieczeństwo nas wszystkich. Zastanawiamy się jak długo jeszcze damy radę tak pracować. Szczerze obawiamy się o nasze zdrowie i życie.

Praca wymaga od nas pełnego skupienia i bycia gotowym na nieprzewidywalne sytuacje. Chcemy jak najlepiej wykonywać swoją pracę, która jest też naszą pasją. Chcemy wozić ludzi bezpiecznie, komfortowo i na czas. Nie powinniśmy w trakcie lotów zaprzątać sobie głów tym jak trzeba będzie kombinować w kolejnym miesiącu, bo przez losową burzę utknęliśmy w obcym porcie i straciliśmy kilka dni latania, które miało nam zapewnić 1/4 pensji.



Co dalej?



Ciągłe odwlekanie spotkań, zastępowanie negocjacji propozycjami nie do odrzucenia i kompletny brak szacunku ze strony Zarządu utwierdza nas w przekonaniu, że rozmowy to nie jest środek, który w LOT sprawdza się w rozwiązywaniu problemów.

Powiedziano nam kiedyś, że nie mamy pozycji do negocjacji dlatego nic nie osiągniemy. Chcemy więc pokazać, że nie zgadzamy się na takie traktowanie.

Wierzymy, że widmo odwołanych lotów, wypłaty odszkodowań i ogromnych strat, spowodowanych naszą odmową pracy, sprawi że LOT przestanie grać na czas i udawać, że naszych problemów nie widzi i w końcu zajmie się realnym ich rozwiązywaniem.

Autorzy Anonimowi

O komentarz w sprawie poprosimy również rzecznika LOT.

Miejmy nadzieję, że ten temat zostanie szybko rozwiązany. Tu chodzi o bezpieczeństwo nas wszystkich. I tych w samolotach, a także tych na ziemi…

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Spór o reparacje

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Dorzucę jeszcze swoje parę groszy odnośnie do reparacji, bo pojawiły się głosy, że domagać się, owszem, powinniśmy, ale nie teraz. Ja uważam, że teraz jest akurat najlepszy moment, mimo że – tak jak pisałam w poprzednim poście na ten temat – jestem przekonana, że ich nie wywalczymy. Przede wszystkim jednak chcę napisać, że doskonale zdaję sobie sprawę, po co PiS wyciągnął ten temat akurat teraz. Nie wiem, czy był to jedyny powód, ale podejrzewam, że w dużej części chodziło o przykrycie inflacji. Dwucyfrowy wynik, a PiS zdaje się nie do końca wiedzieć, jak sobie z nią radzić. W dodatku wyborcy nie są tak naiwni i niekoniecznie uwierzyli, że jedynym winnym inflacji jest ten zły Putin, a nie pińcet plusy, czternaste emerytury czy lock downy i zamrażanie gospodarki. Tak jak niezadowolenie wynikające z działań rządu w ramach „walki z pandemią” trzeba było przykryć aborcją, tak rosnącą inflację, wzrost cen i zbliżający się kryzys – reparacją. Nie oznacza to jednak, że ani o aborcji, ani o reparacji nie powinniśmy rozmawiać, ale też nie chcę tutaj udawać, że tego nie widzę, dlatego pro forma podkreśliłam swoje zdanie a propos naszej sytuacji.

Co na to Niemcy?

Wracając do reparacji – po rozpoczęciu wojny opadły maski, zwłaszcza Niemcom i Francuzom. Europa zwróciła uwagę, że dwa kraje trzęsące całą Unią, wymagające od innych państw, żeby tańczyły, jak one im zagrają, są rządzone przez ludzi obłudnych, cynicznych, niemoralnych i kłamliwych. Ludzi uderzyło wręcz, że skoro oni grają w ten sposób wobec Ukrainy, na której terenie toczy się wojna, to tym bardziej bez skrupułów będą postępować z innymi mniejszymi krajami. Wyszły na jaw wszystkie interesy z Rosją, wyszło na jaw, że Niemcy próbowali uzależnić nie tylko siebie, ale niemal całą Unię od rosyjskich dostaw pod pozorem troski o klimat. Widać, jak na tragedię Ukraińców zareagowała Polska, a jak Niemcy i Francja, które po całej serii kłamstw i kompromitacji znajdują się w poważnym kryzysie wizerunkowym. Zdaniem np. Jacka Bartosiaka nawet Stany Zjednoczone doskonale widzą, co się dzieje i zachowanie Niemców działa im na nerwy. Nie sądzę, żeby to odwróciło w jakikolwiek sposób siły w Europie, ale czemu nie mamy próbować? Zwłaszcza że domyślam się, jaka byłaby odpowiedź Niemców, gdybyśmy takie żądania wysnuli, kiedy ci byli na szczycie. Rozgnietliby nas butem. Dzisiaj jednak sytuacja na Ukrainie przypomniała niektórym ludziom, jak wygląda wojna. Że to niekoniecznie są jakieś stare, nieważne wydarzenia sprzed lat, ale realny dramat tysięcy, ba, milionów ludzi. To zadośćuczynienie zwyczajnie nam się należy, a jeśli nie teraz, to kiedy? Tym bardziej, że to, jakie państwo zmusiło nas do zrzeczenia się roszczeń, też nie jest bez znaczenia, bo Rosjanie dobitnie udowodnili, że „dziedzictwo ZSRR” jest im ciągle bliskie.

Rafał Ziemkiewicz zauważył, że ten, komu grunt usuwa się spod nóg, próbuje głośniej krzyczeć i to było widać w niedawnym wystąpieniu Olafa Scholza, który stwierdził, że Ukraina zrealizowała udaną ofensywną akcję na Rosjan jest efektem olbrzymiej pomocy Niemców, największą ze wszystkich. Kłamał w żywe oczy, jeszcze bardziej skompromitował swój kraj i ludzie to widzą. A jego mniej lub bardziej ukryta groźba, że nie chciałby, żeby ktoś zaczął sprawdzać na mapie granice przed wojną i się o nie upominać, jest zwykłą bezczelnością, która też została zauważona, chociaż oczekiwałabym ostrzejszej reakcji ze strony naszych rządzących. Po raz kolejny powołam się na słowa Ziemkiewicza: wolę otwartego wroga niż fałszywego przyjaciela.

A co Polacy?

Jeśli chodzi o polskie realia, to miotanie się opozycji mówi samo za siebie. Tak jak w przypadku Niemiec i Francji, tak i u nas opadły niektóre maski i chyba tylko najbardziej zaślepiony wyborca KO nie widzi, że ta partia dosłownie chodzi we mgle. Bowiem tuż po ogłoszeniu tych roszczeń próbowała negować ten pomysł. Bo przecież to było dawno. Bo przecież Niemcy to teraz nasi przyjaciele. Bo przecież nie możemy się z nimi kłócić. Bo przecież to nasi sojusznicy i warto dbać o dobre relacje, a nie szukać waśni. Tłumaczenia, które można skrócić do „bo Niemiec nie pozwolił”. Nagle jednak zmienili front. Wyglądało na to, jakby ktoś przypomniał Tuskowi, że jest znowu w Polsce, a nie w Niemczech i musi trochę zmienić nastawienie, bo nie wypada ciągle przypominać ludziom, komu służy. I po krytykowaniu tego pomysłu z dnia na dzień Borys Budka stwierdził, że reparacje, owszem, należą się, ale tylko oni, Platforma, mogą je faktycznie wywalczyć. Przecież to jest jakaś komedia. Zwłaszcza, że KO ma argumenty do uderzania w PiS, ale zamiast tego, robi dokładnie to, czego chce polityczny konkurent i ładuje się w szambo. A szczytem obłudy były nawoływania Tuska w stronę Niemców, że powinni dać JESZCZE więcej broni, czyli bawi się w Morawieckiego z początku konfliktu na Ukrainie. Jeszcze niedawno biadolił, jak PiS próbuje nas skłócić z resztą Europy, a teraz usiłuje z siebie zrobić antyrosyjskiego i antyniemieckiego. I to na przestrzeni pół roku, może trochę więcej, jeśli chodzi o rzekomą antyrosyjskość, a kilku dni w przypadku antyniemieckości. Albo jest człowiekiem-kameleonem, albo uważa swoich wyborców za idiotów. Za rok przekonamy się, czy słusznie. Nie ma co jednak ukrywać, że to o te wybory toczy się gra, a PiS na ostatnie okrążenie przed metą zyskał, w mojej opinii, sporą przewagę.

 

M.

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Eksperyment na żywym dziecku? Spokojnie, to tylko… tolerancja!

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Wczoraj przypomniałam na TZT swój stary tekst o Jamesie Shupie, dzisiaj sprawa bardziej znana, ale też dużo bardziej bulwersująca, gdzie w imię jakichś swoich „szczytnych” idei psycholog i seksuolog postanowił zniszczyć życie innej osobie, a przy okazji też jej rodzinie, i przeprowadzić sobie na niej… eksperyment. Jeśli nie słyszeliście o tym skandalu, to trzymajcie się krzeseł, bo to jest taki przykład lewackiego imbecylizmu i znęcania się nad dzieckiem – nad drugim człowiekiem – że krew mnie osobiście zalewa.

Złe gorszego początki

David Reimer urodził się w 1965 roku w Kanadzie jako Bruce Peter Reimer. W wieku dwóch miesięcy doznał trwałego uszkodzenia genitaliów w wyniku błędu lekarskiego (stało się to podczas zabiegu naprawy stulejki). Rodzice starali się szukać pomocy dla dziecka. I znaleźli ją (a raczej wręcz przeciwnie) w osobie Johna Money’a – psychologa, seksuologa z… Gender Identity Institute.

John Money

Ów lekarz postanowił sobie zrobić eksperyment na dziecku. Polecił rodzicom chłopca, żeby poddali go usunięciu jąder i wychowywali jako dziewczynkę, bo „płeć biologiczna nie ma znaczenia” i jest tylko „konstruktem społecznym”. David (wówczas jeszcze Bruce) miał około dwóch lat, kiedy pan Money zdecydował się przeprowadzić na nim eksperyment. Na dwuletnim dziecku. Bez jego zgody i świadomości. Brawo. Szkoda tylko, że rodzice dali się tak łatwo zmanipulować i oszukać. Owszem, byli zrozpaczeni i szukali pomocy gdziekolwiek, ale jednak… aż taka ingerencja w organizm dwuletniego dziecka?

Challenge accepted… challenge failed

Od tamtego czasu Bruce miał stać się Brendą, a rodzice mieli traktować chłopca jako dziewczynkę. Ale… no, cóż… wbrew lewicowej nauce nie zadziałało. Dziecko dalej zachowywało się jak typowy chłopczyk – oddawało mocz na stojąco, wolało bawić się raczej w „chłopięce” zabawy i kategorycznie odmawiało chodzenia w sukience. Przy okazji pragnę gorąco podkreślić, że zabawy „niezgodne z płcią” nie są i nie mogą być żadną podstawą do tego, żeby decydować się o zmianie płci niepełnoletniego dzieciaka, bo to naprawdę niewiele znaczy. To tak dla jasności – ja opisuję po prostu, jak było.

Pana psychologa to nie zniechęcało. Oj tam, oj tam, kto by się przejmował niefajnymi efektami, skoro eksperymenty robi się na kim innym, prawda? Dziecko, razem z bratem bliźniakiem, Brianem, było corocznie monitorowane, żeby – de facto – potwierdzić sukces eksperymentu. Inicjator tego „projektu” w swoich raportach przedstawiał wyniki jako potwierdzające jego teorię. Według niektórych źródeł szanowny pan doktor puszczał tym chłopcom pornograficzne filmy – tak, żeby zobaczyć jak reaguje chłopiec i „dziewczynka”. Albo w sumie nie wiem dlaczego… Bo był chorym człowiekiem?

Walka o odzyskanie życia

Bracia Reimerowie jako dzieci

Kiedy David miał dwanaście lat, lekarze rozpoczęli podawanie mu estrogenów – mimo że chłopak kategorycznie odmawiał ich przyjmowania i część dawek, kiedy mógł, zwyczajnie wyrzucał. Był już świadomym, młodym – choć niedorosłym jeszcze – człowiekiem i zaczynał rozumieć, co mu robią. David nie akceptował swojego kobiecego wyglądu, buntował się przeciwko terapii hormonalnej. Rodzice zdecydowali się poinformować swojego syna o jego przeszłości. Mając czternaście lat, Reimer zdecydował, że jednak – wbrew wszystkiemu! – chce żyć jako mężczyzna. W związku z tym – zgodnie z zaleceniem lekarzy – David zaczął przyjmować testosteron, zdecydował się na zabieg podwójnej mastektomii, a kiedy miał piętnaście albo szesnaście lat przeszedł operacje mające na celu odbudowę prącia. Od tamtego czasu twierdził, że jego komfort życia uległ znacznej poprawie i przyjął imię David. Następnie ożenił się i adoptował troje dzieci swojej partnerki. Żona zawsze przedstawiała go jako stuprocentowego mężczyznę.

Tragiczny finał bezdusznego eksperymentu

Niestety w 2004 roku David popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Dwa lata wcześniej w wyniku przedawkowania leków zmarł jego chorujący na schizofrenię brat-bliźniak. W opinii matki, gdyby nie ten wyniszczający eksperyment, David żyłby do dziś. Według jej wspomnień problemy i przejścia Davida miały olbrzymi wpływ na jego brata. Nie znaczy to oczywiście, że były one powodem jego schizofrenii – szanujmy jednak psychologię i psychiatrię mimo pana Moneya. Ale być może rodzina byłaby w stanie lepiej pomóc Brianowi, gdyby nie była wcześniej tak skrzywdzona? Nie wiem, gdybam tylko.

Warte odnotowania jest to, że lewica absolutnie nic z tej historii nie wyniosła. Dalej twierdzi, że „płeć to konstrukt społeczny”. Dalej twierdzi, że można dzieci wychowywać niezgodnie z ich płcią biologiczną albo w ogóle „bezpłciowo” (na przykład modelka Emily Ratajkowska niedawno stwierdziła, że pozna płeć swojego dziecka dopiero, jak to osiągnie osiemnaście lat), a jakiś czas temu Prawicowy gej – Waldemar Krysiak ujawnił screeny, które wyraźnie wskazywały, że niektóre dzieciaki tego typu leki hormonalne sprzedają innym dzieciakom.

Ludzie rozumni uczą się na własnych błędach. Jak widać po tym przykładzie, lewica do takich ludzi się nie zalicza.

M.

źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/David_Reimer

FB: https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

TT: https://twitter.com/NawiasemPiszac

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Niebinarne kłamstwo

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Mężczyzna, o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, nazywa się James Shupe. Parę lat temu został uznany za pierwszą niebinarną osobę w USA. Dzisiaj przyznaje, że to wszystko było oszustwem.

Jamie Shupe, 52, was born male, married a woman and had a child. But Shupe felt neither male nor fully female. Now, an Oregon judge has allowed Shupe to identify as non-binary, believed to be a first in the United States.

Identyfikuję się jako… jako kto tak naprawdę?

Wszystko zaczęło się w 2015 roku, kiedy Shupe napisał dla New York Times o swojej decyzji, żeby żyć jako kobieta. Opowiadał wówczas, że autentycznie czuł się kobietą oraz że „skutecznie przehandlował swój biały, męski przywilej, aby stać się jedną z najbardziej znienawidzonych mniejszości w Ameryce”. Rok później Shupe zmienił zdanie i stwierdził, że jednak nie identyfikuje się ani jako kobieta, ani jako mężczyzna i chce żyć jako osoba niebinarna. Trafił wówczas na pierwsze strony gazet, ponieważ sąd w Oregonie zgodził się, aby mógł wpisać w dokumentach tzw. „trzecią płeć”.

Zastraszanie w imię ideologii

A jak się ta cała metamorfoza zaczęła? Shupe nie ukrywa dzisiaj, że wielokrotnie, wspierany przez mainstreamowe media, uciekał się do szantażów i gróźb. W 2013 roku, w czasie poważnego kryzysu psychicznego, Shupe przekonał sam siebie, że jest kobietą i udał się do pielęgniarki, domagając się przepisania hormonów. Zagroził, że jeśli nie wyda mu odpowiedniej recepty, to sam sobie odpowiednie leki kupi przez Internet. Kobieta zgodziła się i przepisała mu hormony (2 mg doustnego estrogenu i 200 mg spironolaktonu), mimo że nigdy wcześniej Jamesa nie widziała. Całkowicie zignorowała fakt, że Shupe cierpiał na zespół stresu pourazowego (wcześniej przez około osiemnaście lat służył w wojsku), niektórzy psychiatrzy podejrzewają też u niego chorobę afektywną dwubiegunową oraz zaburzenie osobowości z pogranicza (czyli inaczej borderline). Jak dzisiaj przekonuje Shupe już wtedy ktoś powinien go powstrzymać, ale jak sam określa „niekontrolowany aktywizm transpłciowy sprawił, że pielęgniarka za bardzo się bała, aby mu odmówić”. Tylko jedna terapeutka próbowała mu się przeciwstawić – skończyło się tak, że Shupe złożył przeciwko niej formalną skargę i doprowadził do jej zwolnienia. Nie minęły dwa tygodnie, kiedy Shupe znalazł nowego terapeutę, który już bez żadnej dyskusji potwierdził jego tożsamość jako kobiecą.

Zrobię sobie krzywdę i nikt mnie nie powstrzyma

Zaraz po tym, jak zaczął przyjmować hormony, zapisał się również na terapię do kliniki płciowej w Pittsburghu, gdzie przymierzał się do operacji zmiany płci, która – jak go przekonywali transpłciowi aktywiści – rozwiąże wszystkie jego problemy i sprawi, że będzie szczęśliwym człowiekiem. Zmiana płci była ich zdaniem lekiem na całe zło i Shupe uwierzył w ich zapewnienia. W tamtej chwili nikt nie mógł już stanąć Amerykaninowi na jego drodze do poddania się operacji waginoplastyki. Istnieje obfita literatura internetowa informująca osoby transpłciowe, że ich zmiana płci nie jest prawdziwa. Ale kiedy licencjonowany lekarz pisze do ciebie list, w którym stwierdza, że ​​urodziłeś się w niewłaściwym ciele, a agencja rządowa lub sąd potwierdza to złudzenie, stajesz się uszkodzony i zdezorientowany. Z całą pewnością tak właśnie było ze mną – opowiada dzisiaj Shupe.

Bolesna przeszłość

Zwierza się on również, że jako dziecko był wykorzystywany seksualnie przez krewnego oraz bity przez rodziców. Jak sam opisuje, był narażony na tak wiele przemocy i seksualnych cielesnych kontaktów, że do tej pory nie wie, jak przetworzyć mentalnie niektóre rzeczy, które widział i których doświadczał. Dzisiaj Shupe zgadza się z bardzo niepopularną w niektórych kręgach teorią Raya Blancharda, że istnieje grupa mężczyzn, u których podniecenie seksualne wywołuje myśl, że sami są kobietami. Zdaniem weterana amerykańskiej armii przyczyniły się do tego traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, lata oglądania pornografii, kiedy służył w wojsku oraz małżeństwo z kobietą, która opierała się jego żądaniom, aby stała się idealna. W tamtym momencie faktycznie we własnej głowie stał się tą kobietą, a noszenie peruki, sukienek, szpilek i malowanie się podtrzymywało tę iluzję.

Shupe mówi dziś wprost, że najlepszą dla niego rzeczą byłaby intensywna terapia, która uchroniłaby go przed jego niezdrowymi – jak sam obecnie przyznaje – skłonnościami:

Społeczność medyczna tak bardzo boją się społeczności trans, że teraz nie chcą już stawiać nikomu diagnozy Blancharda. Transpłciowi mężczyźni wygrywają w medycynie i wygrywają walkę o język- wspomina – Udało im się uczynić określenie transwestyty wulgarnym, a przecież oznacza on po prostu mężczyznę ubierającą się w kobiece ubrania. Podkreśla on, że teraz koniecznie trzeba nazywać ich transseksualistami (a przecież jeszcze do niedawna znaczenie tego słowa było zupełnie inne – transseksualista był osobą, która przeszła już jakąś formę medycznej lub chirurgicznej terapii korekty płci – przyp. M.) Zauważa on również pewne zjawisko – twierdzi mianowicie, że kobiety, które stają się mężczyznami nie walczą w sposób równie zaciekły w wojnach społeczności transpłciowych; robią to teraz prawie wyłącznie „mężczyźni w sukienkach”. Trauma, hiperseksualność spowodowana wykorzystywaniem seksualnym w dzieciństwie i autogynefilia powinny być sygnałami ostrzegawczymi dla osób zajmujących się sztuką medyczną, psychologią, psychiatrią i medycyną fizykalną – ale nikt oprócz jedynego terapeuty w Pittsburghu nigdy nie próbował mnie powstrzymać przed zmianą mojej płci. Po prostu pomagali mi się krzywdzić – podkreśla mężczyzna. Trudno im się jednak dziwić, skoro Shupe osobiście przyczynił się do zwolnienia wspomnianego terapeuty.

Trudna sława

Trzy lata po określeniu się jako kobieta, Shupe zwrócił uwagę, że mimo zażywania wszystkich hormonów, w dalszym ciągu nie przypomina on kobiety. Wtedy zaczął chronić się za określeniem „niebinarny”. Zwrócił się więc do swoich lekarzy z prośbą, aby zrobili z niego osobę niebinarną, a nie dalej walczyli z jego organizmem, żeby coraz bardziej przypominał kobietę. Lekarze zgodzili się, ale terapia wyglądała podobnie – Shupe znowu musiał faszerować się hormonami. Aby uciec od złudzenia, że stał się kobietą, Shupe właśnie wtedy zwrócił się do sędziego z Oregonu, aby prawnie uznał jego płeć jako niebinarną. Miało to miejsce w 2016 roku – Shupe stał się wówczas pierwszą prawnie uznaną osobą niebinarną w Stanach Zjednoczonych. Wtedy to właśnie został on gwiazdą wśród społeczności LGBT – jego historia i zdjęcia trafiły do publikacji na całym świecie. W tym czasie skontaktowała się z nim organizacja pomocy prawnej dla osób LGBT z siedzibą w Waszyngtonie z propozycją pomocy zmiany w metryce urodzenia. To było kolejne „historyczne zwycięstwo” Amerykanina – wystawiono mu zupełnie nową metrykę urodzenia w Waszyngtonie – po raz pierwszy w historii stolicy Ameryki Północnej wydrukowano akt urodzenia ze znacznikiem płci innym niż mężczyzna czy kobieta. Jego płeć określono jako nieznaną.

Od bohatera do wroga

W 2017 roku Shupe otwarcie wystąpił przeciwko sterylizacji i okaleczaniu dzieci zdezorientowanych płciowo i transpłciowych członków służby wojskowej. Wtedy też organizacje LGBT odwróciły się od niego – z dnia na dzień z pupila liberalnych mediów stał się konserwatywnym pariasem. Z kolei w 2019 roku James wyjawił prawdę na temat swoich doświadczeń. Stwierdził, że i tak miał szczęście, bo jego ciało, pomimo poddawaniu go procesowi hormonalnej zmiany płci przez sześć lat, jest praktycznie nienaruszone. Nie znaczy to jednak, że mężczyzna wyszedł z tego eksperymentu bez szwanku – jak sam opisuje na jego psychice pozostanie niezagojona blizna, a kilka lat przyjmowania hormonów przyczyniło się do różnego rodzaju problemów zdrowotnych. Twierdzi również, że ma olbrzymie wyrzuty sumienia z powodu „oszustwa”, w którym brał udział. Pod wpływem jego działań wydano miliony dolarów z pieniędzy podatników na korektę dokumentów prawa jazdy w jedenastu stanach i mocno popchnięto do przodu transseksualne szaleństwo.

Gorzka prawda

Dzisiaj Shupe otwarcie mówi, że nie ma trzeciej płci. Że osoby interpłciowe są albo kobietami, albo mężczyznami, a ich stan jest wynikiem zaburzenia rozwoju seksualnego. Potrzebują one terapii psychologicznej, a nie faszerowania hormonami. „Odegrałem swoją rolę w rozwijaniu tej wielkiej iluzji. Nie jestem tutaj ofiarą. Moja żona, córka i amerykańscy podatnicy są prawdziwymi ofiarami” – wyznaje po latach. Oczywiście o jego historii nie przeczytamy w żadnym medium głównego nurtu – media zaczęły go po prostu ignorować, mimo że wcześniej praktycznie nie schodził z pierwszych stron gazet. Z jednego powodu – wyznanie Jamesa jest bardzo niewygodne dla lewicowych aktywistów. Nie pierwszy raz prawda jest dla nich tak bolesna, że za wszelką cenę starają się ją uciszyć. Warto jednak to doświadczenie Amerykanina nagłaśniać – być może przekona kogoś do zmiany zdania, zanim wyrządzi sobie nieodwracalną krzywdę.

M.

źródło: https://www.intellectualtakeout.org/article/i-was-americas-first-nonbinary-person-it-was-all-sham/

FB: https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

TT: https://twitter.com/NawiasemPiszac

Czytaj dalej