Connect with us

PUBLICYSTYKA

Czy grozi nam kolejny paraliż polskiego nieba?

Opublikowano

on

Konflikt w PLL LOT. Piloci na śmieciówkach mają dość i przerywają milczenie.

Otrzymaliśmy list od pilotów pracujących w LOT, z prośbą o publikację. Poniżej zamieszczamy jego pełną treść:



Jak wygląda rzeczywistość pilota świadczącego usługi dla PLL LOT na podstawie B2B i jak wpływa to na bezpieczeństwo?


Normalność, szacunek, stabilność i pewność pracy i zarobków, swoje zdrowie oraz bezpieczeństwo pasażerów i wykonywanych operacji – o to walczą piloci PLL LOT zatrudnieni na podstawie B2B.

Od wielu lat Narodowy Przewoźnik zwiększa zatrudnienie w oparciu o umowy cywilno-prawne. Zatrudnienie do pracy w charakterze pilota czy sterwardessy na umowę o pracę w ogóle nie wchodzi w grę, a warunki współpracy B2B są nienegocjowalne i z góry narzucone przez jedną stronę.

W styczniu 2022 piloci świadczący usługi dla PLL LOT, wystosowali do Zarządu pismo, w którym wskazywali na szereg istniejących problemów i konieczność poprawy warunków ich pracy. Spotkania z przedstawicielami pilotów w sprawie złożonego pisma były regularnie przekładane z rozmaitych powodów, nierzadko z jednodniowym wyprzedzeniem, a czasami nawet tego samego dnia.

Zaczęliśmy zastanawiać się, czy do kolejnego spotkania w ogóle dojdzie i jak nisko na liście priorytetów firmy są nasze problemy i dlatego zdecydowaliśmy się na nagłośnienie sprawy.


Ostatecznie na początku maja, przedstawiciele Zarządu zakomunikowali pilotom planowane zmiany w ich kontraktach, zaznaczając jednocześnie, że nie są one jeszcze zaakceptowane przez cały Zarząd – co dla pilotów było w zasadzie bez znaczenia, gdyż wszystkie z proponowanych zmian odebrać można tylko jak kolejny wymierzony im policzek. Jedną ze zmian jest np. propozycja podwyżki wynagrodzenia minimalnego dla najmniej doświadczonych pilotów – która w rzeczywistości jest jego obniżeniem. I nie jest to pierwsza taka „podwyżka” w LOT

Początek końca



Początkiem problemów był niewątpliwie moment, w którym z zatrudniania pilotów na umowę o pracę LOT przeszedł na „zatrudnianie” wyłącznie na podstawie umów cywilnoprawnych – każdy z pilotów ma teraz swoją firmę, która „świadczy usługi dla LOTu”. Pośrednikiem z którym podpisane są kontrakty jest spółka LOT Crew, która „deleguje” do świadczenia usług właśnie dla LOTu.

Z początku miało być to rozwiązanie tylko tymczasowe pozwalające ominąć restrykcje nałożone na LOT przed Komisję Europejską w związku z restrukturyzacją firmy. LOT szybko jednak zorientował się, że zatrudnianie załóg na podstawie B2B jest dla firmy rozwiązaniem idealnym i pozbawionym minusów, dającym w zamian pracownika którym można dowolnie zarządzać i sterować, który nic nie kosztuje. Można go w dodatku zwolnić z dnia na dzień, można mu nie płacić, można nie dawać mu żadnych przywilejów, można przypisywać mu wszelkie obowiązki… można w zasadzie wszystko!

W trakcie pandemii nasze gwarantowane wynagrodzenie, które miało być zabezpieczeniem na gorsze czasy, zostało obcięte o ponad 60%. W rezultacie przy braku lotów pensja pilotów spadła o blisko 80%. W przypadku najmniej doświadczonych pilotów, to wynagrodzenie po opłaceniu podatków, osiągało poziom nieco powyżej minimalnego wynagrodzenia. Nawet gdy latanie powoli się odradzało, wystarczyło zakwalifikować się na kwarantannę po kontakcie z chorym pasażerem, bądź innym członkiem załogi i znowu zostawaliśmy z minimum. Warto zaznaczyć, że część z nas wciąż spłaca koszty szkolenia, które trzeba ponieść na własną rękę, zanim w ogóle można pomyśleć o pracy w liniach lotniczych.

Po otrzymaniu pomocy publicznej na koniec 2020, LOT przystąpił do zwolnień zarówno pracowników na umowach jak i współpracowników B2B. Ci pierwsi mogli jednak liczyć na odprawę i negocjacje ze stroną społeczną. Współpracownicy w lutym 2021, w piątkowy wieczór, dostali mailem informację o bezterminowym zawieszeniu kontraktu – bez żadnej odprawy.



Niepewność zatrudnienia i niestabilność zarobków



Nasz kontrakt można w każdym momencie bez konsekwencji dla firmy zerwać lub zawiesić – przez trzymiesięczny okres wypowiedzenia firma wypłaci nam jedynie wynagrodzenie minimalne, bo nie będzie planować nas na żadne dodatkowe loty – po zapłaceniu ZUS, podatku, księgowej większości z nas zostanie na koncie około 2000-3000 zł, przy czym dalej musimy pozostawać w dyspozycji.

Nie mamy absolutnie żadnego wpływu na to ile zarobimy, nie jesteśmy też w stanie przewidzieć ile zarobimy w kolejnych miesiącach. W firmie nie działa żaden system wyrównujący zarobki załogom – rozwiązanie powszechnie stosowane w innych liniach.



Gratis to uczciwa cena



Wynagrodzenie otrzymujemy wyłącznie za tzw. czas blokowy – czyli moment od ruszenia do zatrzymania się samolotu. Na nasz właściwy czas pracy składają się jeszcze setki godzin przed, pomiędzy i po lotach. Może zdarzyć się, że po przygotowaniu dokumentów, sprawdzeniu samolotu, nawet z pasażerami na pokładzie pojawi się jakaś usterka. Trzeba poczekać na mechaników, wykonać dodatkowe czynności sprawdzające, czasem przygotować wszystko od zera, zmienić samolot. Jeśli finalnie okaże się, że z jakiegoś powodu nie polecimy i zostaniemy odesłani do domu to spędziliśmy w pracy kilka godzin całkowicie za darmo.

Przy wszelkich niestandardowych sytuacjach, gdy nie z naszej winy tracimy możliwość wykonywania pracy, często musimy wypełnić masę dokumentów czy spędzić dodatkowy czas w biurze na wyjaśnieniach. To wszystko również nie podlega wynagrodzeniu.

Czas na licznych szkoleniach, symulatorach, wyjazdach oraz czas który musimy poświęcić na doskonalenie, uaktualnianie i utrzymywanie swojej wiedzy na właściwym poziomie – za cały ten czas nie dostajemy zupełnie nic.

W rezultacie stosunek czasu faktycznie spędzonego na pracy, do czasu za który otrzymamy wynagrodzenie wynosi od 2 do 3 razy więcej.



Chcesz rozśmieszyć LOT? Powiedz mu o swoich planach.



Skoro cały ten czas nie kosztuje LOT zupełnie nic, to można nim (nami) zupełnie dowolnie zarządzać, a kontrakt nie reguluje tego jak mają wyglądać nasze harmonogramy pracy. Co lepsze cały harmonogram można dowolnie zmienić z 24h wyprzedzeniem, a w „uzasadnionych przypadkach” nawet później.

Lot został odwołany, albo został przeniesiony na inny samolot? Zarobisz mniej, a w zamian cały dzień spędzisz na darmowym dyżurze. Usterka samolotu – wracasz do bazy albo utknąłeś w obcym porcie? W pierwszym przypadku tracisz zarobek, w drugim dodatkowo możesz stracić kolejne dni pracy jeśli okaże się, że nie zdążysz wrócić na czas.

Kilka godzin przerwy między kolejnymi lotami? Może to pomyłka? Nie. To standardowa praktyka.

Firma zapowiada, że w miesiącu będzie mało latania? Zarobisz mniej, ale może przynajmniej odpoczniesz? Zapomnij. Spędzisz więcej czasu na darmowych dyżurach, albo loty rozdzielone zostaną w taki sposób żebyś i tak pracował tyle samo.

Przychodzimy do pracy żeby zrobić jeden krótki lot krajowy, wysiadamy z samolotu do którego po nas wsiadają nasi koledzy żeby też zrobić tylko jeden krótki lot, często z tą samą załogą pokładową. Kolejnego dnia sytuacja się powtarza. A moglibyśmy przecież jednego dnia zrobić dwa loty, a kolejny mieć wolny.

Takich przykładów każdy z nas mógłby podać setki, a firma nic sobie z tego nie robi – bo nie musi, bo nic ją to nie kosztuje.

Optymalizacja naszego czasu pracy byłaby po prostu tylko niepotrzebnym wysiłkiem i kosztem.

W temacie harmonogramów pracy trzeba jeszcze dodać, że na każdy miesiąc przysługują nam 4 dni które możemy wskazać jako dni wolne. Prośby realizowane są oczywiście tylko „w miarę możliwości”, więc jeśli chcieliście mieć wolne na urodziny dziecka, mieliście zaplanowaną wizytę u lekarza, albo po prostu chcieliście spędzić czas z rodziną lub znajomymi to musicie poczekać jeszcze trochę w niepewności, bo tego czy prośba zostanie zrealizowana dowiecie się dopiero w momencie publikacji waszego grafiku. Nie trzeba chyba dodawać, że pracujemy w noce, weekendy i święta.



Urlop? Piloci nie muszą odpoczywać.



W roku przysługują nam 24 dni kalendarzowe tzw. powstrzymania się od świadczenia usług. Taki pseudourlop. Dlaczego pseudo? Powodów jest wiele. Po pierwsze jest go dużo mniej niż w przypadku umowy o pracę, gdzie pracownik do wykorzystania ma 26 dni roboczych. Za prawdziwy urlop wypłacane jest wynagrodzenie, a w naszym przypadku jest wręcz odwrotnie – idąc na pseudourlop pracujemy mniej, czyli automatycznie mniej zarabiamy. Pół miesiąca odpoczynku wiąże się z 50% redukcją pensji. Z pseudourlopu wcale nie jest też tak łatwo skorzystać.

Wnioski składamy jak każdy pracownik etatowy, jednak nikt nam ich nie akceptuje, nic nie podpisuje. Czy pseudourlop otrzymamy dowiemy się jak zwykle z grafiku opublikowanego 14 dni przed początkiem miesiąca – niezależnie od tego kiedy złożymy wniosek.

Firma naszymi pseudourlopami zarządzać może dowolnie. W okresie gdy przewiduje się mniej latania LOT wysyła nas na przymusowy dwutygodniowy wypoczynek, w wybranym przez firmę terminie – wszystko pod pretekstem bezpieczeństwa oczywiście.

W tym roku na początku maja poinformowano nas, że w sezonie letnim większość z nas dostanie maksymalnie 5 dni urlopu, a osoby które urlopu brać nie muszą proszone są o zmianę swoich planów.

Tak więc jak widać firma urlopów dawać nie musi, a jak nie da… to trudno. Pseudourlop nie przechodzi na kolejny rok, nikt nie wypłaci za niego ekwiwalentu jak w przypadku umowy o pracę, po prostu przepadnie.

Efekt jest taki, że wielu osobom przepada wiele dni wypoczynku… kto by tam musiał odpoczywać? Na pewno nie piloci.



L4? Piloci nie chorują.



Sprawa ze zwolnieniami lekarskimi ma się tak, że większość pilotów na L4 pójdzie tylko wtedy gdy fizycznie nie będzie w stanie dojść do pracy. Dlaczego? Ano dlatego, że za okres na zwolnieniu lekarskim nikt nam nie zapłaci, a w dodatku zarobimy dużo mniej. A co w przypadku gdy ktoś poważnie zachoruje albo złamie rękę i nie będzie go w pracy np 2 miesiące? Tutaj rachunek jest bardzo prosty – pod koniec miesiąca na nasze konto wpłynie okrągła sumka – 0 zł (słownie: zero złotych).



Rodzicielstwo na B2B to przywilej.



Przywilej którego rzecz jasna nie mamy. Ciąża, urlop macierzyński, rodzicielski – to okresy w których też nie zarobimy ani złotówki. Po powrocie do pracy nie możemy liczyć na redukcję etatu, planowanie pracy w ograniczonym wymiarze godzin, czy pracę z wyłączeniem lotów nocnych i pobytowych – wszystkie te przywileje zarezerwowane są dla osób zatrudnionych na umowę o pracę.



Świadczenia socjalne, diety, związki zawodowe.



Tego też nie mamy. Przez krótki okres wypłacano nam diety (dużo niższe niż normalne), które później zabrano mówiąc, że zryczałtowana dieta zawierać się będzie w premii za punktualność na którą notabene wpływ mamy mocno znikomy. Premia wypłacona była raz. Od tamtego czasu słuch o niej zaginął. W nowym aneksie pojawiły się za to zwiększone kary dla pilotów np. za nieregulaminowe elementy umundurowania, czy nieusprawiedliwioną nieobecność.

Kar dla LOTu w nim oczywiście nie ma.


Nie mamy też związków zawodowych – co jest firmie bardzo na rękę. Nikt nas nie reprezentuje, nikt nas nie chroni, więc ludzie boją się walczyć o swoje prawa. Boją się odezwać. Pod ostatnim pismem do Zarządu część osób bała się nawet podpisać swoim nazwiskiem. Jedni spodziewali się awansu, a drudzy zwyczajnie bali się, że przez ten podpis stracą pracę.

O atmosferze strachu najlepiej świadczy też ten artykuł – pisany przez nas anonimowo. Założyliśmy oddzielne anonimowe forum, gdzie każdy wypowiada się pod wymyślonym nickiem. Mamy grupę na Facebooku, ale tam każdego łatwo zidentyfikować, więc nikt tam złego słowa oficjalnie nie powie. Łatwo jest zrobić zrzut ekranu i przesłać dalej, a historia zna już przecież przypadki, gdy jedna ze stewardess została ukarana naganą, za swój wiersz na Facebooku.



Zarobki w LOT



Często dyskredytuje się nas i bagatelizuje nasze problemy mówiąc ile to my nie zarabiamy – podając nasze zarobki w przeliczeniu na godziny blokowe. To tak jakby pensję nauczyciela podzielić na liczbę godzin lekcyjnych w miesiącu – kwota byłaby na pewno imponująca, ale z rzeczywistością miałaby na pewno niewiele wspólnego. W podobnym tonie wypowiadano się też ostatnio o kontrolerach lotów.

Przy temacie zarobków warto przypomnieć, że w 2017 roku, prezes LOT-u, dziennie zarobił tyle ile drugi pilot w ciągu całego miesiąca. Prezes przez rok zarobił tyle ile drugi pilot zarobi w 30 lat. I to jest fakt, a nie zaginanie rzeczywistości.



O czym rozmawiają piloci między lotami?



Właśnie o tym wszystkim.

Rozmawiamy też o przymusowych wylotach na kontrakt do Wietnamu, licytujemy się kto dostał bardziej absurdalną rotację w grafiku, komu odwołali więcej lotów, komu odwołali urlop, kto siedział więcej godzin na lotnisku między lotami albo jak mało godzin wylatał podczas 3 dni nieobecności w domu.

Rozmawiamy o rosnącym z roku na rok ZUSie, który musimy płacić, o rosnących podatkach i kosztach życia.

Rozmawiamy o nowym ładzie, którego niekorzystne dla nas skutki miały zostać nam przez firmę zrekompensowane.

Zastanawiamy się jak maleją nasze zarobki, ile czasu minęło od ostatniej podwyżki i jak to wszystko wpływa na nasze zdrowie.

Zastanawiamy się jak to jest, że szkoli się nowych pilotów, przywraca zawieszonych, nie pozwala nam się chodzić na urlopy i jednocześnie mówi nam się, że nie da się podnieść naszej pensji minimalnej do poprzedniego poziomu.

Zastanawiamy się… jak tak można?!


Przyszłość pełna obaw



Zbliża się sezon letni w którym zapowiada się nam bardzo dużo pracy. Do frustracji, niepewności i zmęczenia psychicznego dojdzie naprawdę duże zmęczenie fizyczne. Tak nie da się pracować. W takich warunkach bardzo łatwo o błąd, w takich warunkach nie da się podejmować trafnych decyzji od których przecież zależy bezpieczeństwo nas wszystkich. Zastanawiamy się jak długo jeszcze damy radę tak pracować. Szczerze obawiamy się o nasze zdrowie i życie.

Praca wymaga od nas pełnego skupienia i bycia gotowym na nieprzewidywalne sytuacje. Chcemy jak najlepiej wykonywać swoją pracę, która jest też naszą pasją. Chcemy wozić ludzi bezpiecznie, komfortowo i na czas. Nie powinniśmy w trakcie lotów zaprzątać sobie głów tym jak trzeba będzie kombinować w kolejnym miesiącu, bo przez losową burzę utknęliśmy w obcym porcie i straciliśmy kilka dni latania, które miało nam zapewnić 1/4 pensji.



Co dalej?



Ciągłe odwlekanie spotkań, zastępowanie negocjacji propozycjami nie do odrzucenia i kompletny brak szacunku ze strony Zarządu utwierdza nas w przekonaniu, że rozmowy to nie jest środek, który w LOT sprawdza się w rozwiązywaniu problemów.

Powiedziano nam kiedyś, że nie mamy pozycji do negocjacji dlatego nic nie osiągniemy. Chcemy więc pokazać, że nie zgadzamy się na takie traktowanie.

Wierzymy, że widmo odwołanych lotów, wypłaty odszkodowań i ogromnych strat, spowodowanych naszą odmową pracy, sprawi że LOT przestanie grać na czas i udawać, że naszych problemów nie widzi i w końcu zajmie się realnym ich rozwiązywaniem.

Autorzy Anonimowi

O komentarz w sprawie poprosimy również rzecznika LOT.

Miejmy nadzieję, że ten temat zostanie szybko rozwiązany. Tu chodzi o bezpieczeństwo nas wszystkich. I tych w samolotach, a także tych na ziemi…

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Budowany od lat przemysł pogardy i nienawiści

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Szczerze Wam napiszę, że nie przepadam za Dariuszem Michalczewskim. Ani mnie specjalnie nie ciągnęło do jego walk, kiedy zawodowo uprawiał boks, ani tym bardziej po zakończeniu kariery. Często jak się wypowiadał, zastanawiałam się, czy przypadkiem jednak za dużo w głowę nie oberwał. Głównie dlatego, że lubił wypowiadać się na tematy polityczne, a sympatyzował raczej z tym środowiskiem, do którego mi daleko. A jednak to właśnie Dariusz Michalczewski wykazał się honorem. Napisałabym, że jak ktoś jest sportowcem to honor nie jest dla niego uczuciem obcym, ale w porę przypomniałam sobie, ilu sportowców po zakończeniu kariery zapisało się do KO, więc zrezygnowałam.

Prawy sierpowy Michalczewskiego

A o co chodzi? Otóż popularny „Tiger” wyznał niedawno, że nakłaniano go do… udziału w kampanii, nie bójmy się tego słowa, nienawiści w stronę Karola Nawrockiego. Bokser miał być namawiany do opowiadania bzdur na temat ówczesnego kandydata na prezydenta. Jakich? Pewnie zarzutów o bycie alfonsem. Michalczewski nie dość, że odmówił, to jeszcze stwierdził, że Nawrocki jest „równym gościem”. To musiał być mocny cios dla salonu, z którego jednak wywodzi się pięściarz. A skoro Michalczewski odmówił, to trzeba było ratować się postacią znaną, Jackiem Murańskim. Cóż, nie wyszło im to chyba tak, jak planowali. Zastanawiam się, czy może jeszcze Marcina Najmana nie zwerbowali, bo on ostatnio też zaczął politykować. I to tak, że zęby bolą. Bardzo rozbawił mnie jego wpis: Wielki błąd Panie Prezydencie. Historia o tym nie zapomni. Starałem się to Panu wytłumaczyć. Nie udźwignął Pan tego na temat zawetowania ustawy SAFE, czyli tego kredytu, co wszyscy wokół bardzo chcą, żebyśmy wzięli. Tak bardzo chcą, że mimo prezydenckiego weta już zapowiadają, że nam go wcisną. W ten sposób niedługo cały system prawny nam pierdzielnie, bo prezydent będzie wetował, a rząd i tak zrobi, co chce.

Depresja Szymona Hołowni?

Ofiarą ich nagonki padł również Szymon Hołownia, którego oskarżono, że… choruje na depresję. Redaktor Nizinkiewicz, który dokonał tego wielkiego odkrycia, oczywiście dał do zrozumienia, że depresja to ciężka choroba i należy wspierać takie osoby, podkreślając, że dzień, w którym pisał swojego paszkwila, akurat był Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. Swój chłop, tylko że w całym artykule sugerował, że Hołownia z racji choroby i przyjmowania leków być może nie nadawał się do sprawowania funkcji marszałka Sejmu i nie wszystkie jego decyzje były rozsądne. Pił oczywiście do zaprzysiężenia prezydenta. A skąd pan „dziennikarz” czerpał informacje? Podobno z „otoczenia” ówczesnego marszałka, bo z nim samym się nie kontaktował, po co? A wiecie jak na początku zareagowało środowisko, kiedy Hołownia napisał o wszystkim na swoich mediach społecznościowych? Ano, przyznali rację Nizinkiewiczowi. Pod jego wpisem na X-ie wyrazy wsparcia widziałam tylko… z prawej strony. Aha, i Szymon Hołownia w swoim wpisie zaprzeczył jakoby chorował na depresję.

Gorzej miał Cenckiewicz

Przyznać jednak trzeba, że po tym wpisie Nizinkiewicz i cała Rzeczpospolita przeprosiła i artykuł usunęła. Co syfu zdążyli tym artykułem narobić, narobili, ale Hołownia przeprosiny oczywiście przyjął, bo to dobry chłopak jest. Szkoda tylko, że ta cała sytuacja nie dała mu do myślenia, w jakim środowisku się tak naprawdę obraca. Bo przypomnę, że Sławomir Cenckiewicz nie miał tyle szczęścia. Szczegóły jego stanu zdrowia bezlitośnie opublikowali, sugerując, że w wyniku swojej choroby nie może sprawować funkcji, którą sprawuje, bo nie powinien mieć dostępu do pewnych akt. Tam przepychanka trwała przez kilka ładnych tygodni i nikomu nie spieszyło się Cenckiewicza przepraszać. On jest niewygodny, kiedyś dokopał się do prawdy o Wałęsie, więc cholera wie, do czego może się jeszcze dokopać. Być może dlatego aż tak bardzo atakują Karola Nawrockiego, bo też się go boją. Ostatecznie pracował w IPN-ie, cholera wie, co tam się mogło na nich wszystkich znaleźć.

Dlatego aż tak nienawidzą Nawrockiego?

Bo naprawdę nie widzę innych powodów, dla których mają go aż tak nienawidzić. To już nie wygląda tylko na frustrację po przegranych wyborach. Teraz znowu się zmobilizowali w sprawie prezydenckiego weta dotyczącego programu SAFE, o którym już wcześniej pisałam. Mnie się wydaje, że jeśli bankowi bardziej zależy, żebyś wziął kredyt, niż Tobie, to widocznie jest w tym kredycie coś takiego, co sprawia, że bardziej opłaca się bankowi go udzielić, niż Tobie brać. Zresztą mam wrażenie, że kiedyś już przerabialiśmy całkiem podobną aferę z kredytami we frankach. Dotyczyła zupełnie czego innego, jasne, ale zasady były te same. Oczywiście wyszli gorący zwolennicy Tuska, żeby protestować przeciwko temu wetu, trzymając tabliczki z obraźliwymi hasłami w stronę Nawrockiego i widocznie uznali, że taka forma przekazu skłoni prezydenta do zmiany opinii. Przodowała tam, oczywiście, Babcia Kasia, która nie przepuści żadnej okazji, żeby nie zrobić zadymy na ulicy. I Joanna Szczepkowska. Już raz o niej pisałam, więcej nie chce mi się tracić więcej czasu na tę starą wariatkę. Napiszę więc tylko, że ta pani odpaliła się tak bardzo po zwycięstwie Karola Nawrockiego, że też zaczynam się zastanawiać, czy w jej stronę również nie padła delikatna sugestia, żeby zaczęła z siebie idiotkę publicznie robić.

Żonglowanie emocjami

To jest właśnie przemysł pogardy, który zbudował Donald Tusk. Jest on tak skuteczny, że ci ludzie wciąż są święcie przekonani, że to Jarosław Kaczyński jest jedynym człowiekiem, który podzielił Polaków (nie twierdzę, że tego nie robił, ale przynajmniej taką samą robotę wykonywał tutaj Tusk – a teraz wykonuje większą) i że PiS jest partią prorosyjską. To ostatnie mnie zawsze będzie śmieszyło, bo przypominam sobie czasy po tym, co działo się w Gruzji, a potem po Smoleńsku. Ale jeśli przypomnisz o tym w dyskusji, usłyszysz jedynie, że – no właśnie – „czasy się zmieniają”. Premier doskonale wie, co robi. Pobudza nie tylko emocje, ale też najbardziej prymitywne odruchy u ludzi. Dlatego z całej ustawy łańcuchowej słyszeliśmy tylko o biednych pieskach na łańcuchach, z ustawy wiatrakowej, że Nawrocki nie chce dać Polakom tańszego prądu i tak dalej, i tym podobnie. W przypadku SAFE podjudza jednak najbardziej prymitywne ludzkie emocje, jaką jest między innymi strach.

Ryzykowna gra

Wiecie, jak działa adrenalina, prawda? W obliczu zagrożenia adrenalina pobudza ciało migdałowate – ewolucyjnie starszą część mózgu odpowiedzialną za przetrwanie. Tam nie ma miejsca na logikę, fakty czy rozsądek. Wytwarzają się najbardziej prymitywne instynkty: uciec albo zaatakować. Słyszałam o przypadku kobiety, która po jakimś potężnym wypadku samochodowym zauważyła, że jej dziecko leży pod samochodem. W jej mózgu zadziałał prosty instynkt: „ratować potomstwo”. I wiecie, że uniosła to auto? Bo adrenalina daje nam też szybkość i siłę, której byśmy się po sobie nie spodziewali. I w ten sposób właśnie działa Donald Tusk. Oczywiście, on dawkuje te emocje, zapowiada katastrofę, potem uspokaja, ale strach wciąż działa. To on, między innymi, skłonił ludzi do robienia hucpy pod Pałacem Prezydenckim. Wyglądało to żałośnie, to prawda, ale wciąż – niektóre z tych haseł były naprawdę obrzydliwe. Mam wrażenie, że premier zapomniał o jednym. Ludzie, poza emocjami, mają również uczucia. To nas odróżnia od zwierząt. I jednym z tych uczuć jest również nienawiść, a ona w połączeniu ze strachem może prowadzić do tragedii.
 
W Internecie jest coraz więcej wpisów wprost nawołujących do dokonania zamachu na prezydencie Polski. No, ale prezydent nie jest Jurkiem Owsiakiem, więc wszystko spoko. Jego życie jest mniej warte.
 
M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Niemcy na liście homofobicznych państw

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Pamiętacie olbrzymi skandal homofobiczny w Niemczech? Pewien sędzia po jednym z meczów FC Koln oświadczył się swojemu chłopakowi. Wzruszenie odebrało oczywiście wszystkim mowę. Natomiast zaledwie kilka dni później Pascal Kaiser został pobity. Oburzonych artykułów pojawiło się co nie miara, bo wiadomo… homofobia. Sama się zastanawiałam, jak to możliwe? W wyzwolonych i tęczowych Niemczech? Nie ma mowy, musiał pewnie na Polaków trafić. Inna sprawa, że w samym Berlinie dochodzi rocznie do większej liczby przestępstw, niż w całej zacofanej i nietolerancyjnej Polsce. I że za większość z nich odpowiadają imigranci. Ale to nieważne, bo „Polak też gwałci”.

„Szokujący” sprawcy

Ale do brzegu, wróćmy do tego biednego Kaisera. Rzecz miała miejsce pod koniec stycznia, teraz mamy końcówkę lutego, a sprawca wciąż nieujęty. Opieszałość policji czy po prostu… nie ma kogo ujmować? Okazuje się, że policja na razie… przeszukała mieszkanie Kaisera. Zabezpieczyła między innymi jego skrzynkę mailową, na którą miał dostawać groźby. I wyszło im, homofobom pieprzonym, że sędzia wysyłał je sobie sam. Obecnie policja bada, czy Kaiser obrażeń nie zgotował sobie sam, ewentualnie czy nie pomógł mu w tym jego partner. Na razie żaden z nich nie jest podejrzany, ale policja wysłała już sygnał, że właśnie taki scenariusz biorą w tej chwili przede wszystkim pod uwagę.

Była już Hiszpania

Zobaczymy, jak to się skończy. Niczego nie wykluczam, bo tak jak pisałam, Niemcy obecnie tak bezpiecznym państwem, że w pysk można tam zebrać codziennie i wcale to już nikogo nie zaskakuje. Ale, kurczę, nie byłby to pierwszy raz. Pamiętacie inny taki skandal w Hiszpanii, zdaje się w 2021 roku? Jakiś gej zgłosił się na policję, bo „nieznani sprawcy” mieli mu wyciąć homofobiczne hasła na tyłku. Szybko się okazało, że nieznanych sprawców było w liczbie… jeden. I wcale nie był taki nieznany, bo znał go właśnie poszkodowany gej. I sam go o to poprosił. Nie wiem, ja bym się zdziwiła, gdyby któryś z moich znajomych poprosił mnie o wycinanie sobie czegoś na d*pie, ale ja jestem nietolerancyjna, więc się nie znam.

Była Wielka Brytania

Pisałam Wam też o innej sprawie, znacznie wcześniejszej, bo z 2014 roku. Richard Kennedy zgłosił się na policję, że został pobity. I że to na pewno przez homofobię. Obrażenia były poważne, więc policja oczywiście zgłoszenie przyjęła i szybko rozpoczęła śledztwo. Osiemnastolatek przyznał się im, gdzie był wtedy na imprezie, a policja po prostu zabezpieczyła monitoring. I szybko znaleziono sprawcę. Agresywnym homofobem okazał się krawężnik, o który kompletnie pijany Kennedy wziął i się potknął. A że wypił sobie wcześniej odpowiednio dużo, to nie wpadł na pomysł, żeby jakoś zamortyzować upadek, więc wydzwonił twarzą o chodnik. Policjanci przeanalizowali dokładnie całe nagranie z tego dnia i żadnych innych homofobów nie stwierdzono. Bo chyba nie powinno się do nich wliczać grupy Brytyjczyków, którzy usiłowali chłopaka podnieść, bo biedak był tak oszołomiony rażącą nietolerancją, która go spotkała.

Teraz pora na Niemcy

Wszystko wskazuje na to, że ta historia skończy się podobnie, bo ciężko mi wyobrazić sobie, żeby niemiecka policja dzieliła się takimi wątpliwościami z opinią publiczną, gdyby nie miała przekonujących dowodów. I tak się tylko zastanawiam, czy oni nie uczą się na błędach? Była Wielka Brytania, była Hiszpania, teraz są Niemcy, a przypomnę przecież, że w Polsce też mieliśmy aferę z dziewczyną Margota, którą podobno ktoś chciał wepchnąć pod tramwaj, bo była facetem. Tylko że biedne dziewczę było w takim szoku, że nie przypomniała sobie, bidulka, gdzie to konkretnie miało miejsce. A warszawski ZTM powiedział, że żaden z motorniczych nie zgłosił takiej sytuacji, a mają taki obowiązek, żeby od razu można było zabezpieczyć nagrania.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.

Tu nie o łańcuch chodziło

Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.

Od kogo i dla kogo była ta ustawa?

No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.

Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej