Connect with us

PUBLICYSTYKA

Czy grozi nam kolejny paraliż polskiego nieba?

Opublikowano

on

Konflikt w PLL LOT. Piloci na śmieciówkach mają dość i przerywają milczenie.

Otrzymaliśmy list od pilotów pracujących w LOT, z prośbą o publikację. Poniżej zamieszczamy jego pełną treść:



Jak wygląda rzeczywistość pilota świadczącego usługi dla PLL LOT na podstawie B2B i jak wpływa to na bezpieczeństwo?


Normalność, szacunek, stabilność i pewność pracy i zarobków, swoje zdrowie oraz bezpieczeństwo pasażerów i wykonywanych operacji – o to walczą piloci PLL LOT zatrudnieni na podstawie B2B.

Od wielu lat Narodowy Przewoźnik zwiększa zatrudnienie w oparciu o umowy cywilno-prawne. Zatrudnienie do pracy w charakterze pilota czy sterwardessy na umowę o pracę w ogóle nie wchodzi w grę, a warunki współpracy B2B są nienegocjowalne i z góry narzucone przez jedną stronę.

W styczniu 2022 piloci świadczący usługi dla PLL LOT, wystosowali do Zarządu pismo, w którym wskazywali na szereg istniejących problemów i konieczność poprawy warunków ich pracy. Spotkania z przedstawicielami pilotów w sprawie złożonego pisma były regularnie przekładane z rozmaitych powodów, nierzadko z jednodniowym wyprzedzeniem, a czasami nawet tego samego dnia.

Zaczęliśmy zastanawiać się, czy do kolejnego spotkania w ogóle dojdzie i jak nisko na liście priorytetów firmy są nasze problemy i dlatego zdecydowaliśmy się na nagłośnienie sprawy.


Ostatecznie na początku maja, przedstawiciele Zarządu zakomunikowali pilotom planowane zmiany w ich kontraktach, zaznaczając jednocześnie, że nie są one jeszcze zaakceptowane przez cały Zarząd – co dla pilotów było w zasadzie bez znaczenia, gdyż wszystkie z proponowanych zmian odebrać można tylko jak kolejny wymierzony im policzek. Jedną ze zmian jest np. propozycja podwyżki wynagrodzenia minimalnego dla najmniej doświadczonych pilotów – która w rzeczywistości jest jego obniżeniem. I nie jest to pierwsza taka „podwyżka” w LOT

Początek końca



Początkiem problemów był niewątpliwie moment, w którym z zatrudniania pilotów na umowę o pracę LOT przeszedł na „zatrudnianie” wyłącznie na podstawie umów cywilnoprawnych – każdy z pilotów ma teraz swoją firmę, która „świadczy usługi dla LOTu”. Pośrednikiem z którym podpisane są kontrakty jest spółka LOT Crew, która „deleguje” do świadczenia usług właśnie dla LOTu.

Z początku miało być to rozwiązanie tylko tymczasowe pozwalające ominąć restrykcje nałożone na LOT przed Komisję Europejską w związku z restrukturyzacją firmy. LOT szybko jednak zorientował się, że zatrudnianie załóg na podstawie B2B jest dla firmy rozwiązaniem idealnym i pozbawionym minusów, dającym w zamian pracownika którym można dowolnie zarządzać i sterować, który nic nie kosztuje. Można go w dodatku zwolnić z dnia na dzień, można mu nie płacić, można nie dawać mu żadnych przywilejów, można przypisywać mu wszelkie obowiązki… można w zasadzie wszystko!

W trakcie pandemii nasze gwarantowane wynagrodzenie, które miało być zabezpieczeniem na gorsze czasy, zostało obcięte o ponad 60%. W rezultacie przy braku lotów pensja pilotów spadła o blisko 80%. W przypadku najmniej doświadczonych pilotów, to wynagrodzenie po opłaceniu podatków, osiągało poziom nieco powyżej minimalnego wynagrodzenia. Nawet gdy latanie powoli się odradzało, wystarczyło zakwalifikować się na kwarantannę po kontakcie z chorym pasażerem, bądź innym członkiem załogi i znowu zostawaliśmy z minimum. Warto zaznaczyć, że część z nas wciąż spłaca koszty szkolenia, które trzeba ponieść na własną rękę, zanim w ogóle można pomyśleć o pracy w liniach lotniczych.

Po otrzymaniu pomocy publicznej na koniec 2020, LOT przystąpił do zwolnień zarówno pracowników na umowach jak i współpracowników B2B. Ci pierwsi mogli jednak liczyć na odprawę i negocjacje ze stroną społeczną. Współpracownicy w lutym 2021, w piątkowy wieczór, dostali mailem informację o bezterminowym zawieszeniu kontraktu – bez żadnej odprawy.



Niepewność zatrudnienia i niestabilność zarobków



Nasz kontrakt można w każdym momencie bez konsekwencji dla firmy zerwać lub zawiesić – przez trzymiesięczny okres wypowiedzenia firma wypłaci nam jedynie wynagrodzenie minimalne, bo nie będzie planować nas na żadne dodatkowe loty – po zapłaceniu ZUS, podatku, księgowej większości z nas zostanie na koncie około 2000-3000 zł, przy czym dalej musimy pozostawać w dyspozycji.

Nie mamy absolutnie żadnego wpływu na to ile zarobimy, nie jesteśmy też w stanie przewidzieć ile zarobimy w kolejnych miesiącach. W firmie nie działa żaden system wyrównujący zarobki załogom – rozwiązanie powszechnie stosowane w innych liniach.



Gratis to uczciwa cena



Wynagrodzenie otrzymujemy wyłącznie za tzw. czas blokowy – czyli moment od ruszenia do zatrzymania się samolotu. Na nasz właściwy czas pracy składają się jeszcze setki godzin przed, pomiędzy i po lotach. Może zdarzyć się, że po przygotowaniu dokumentów, sprawdzeniu samolotu, nawet z pasażerami na pokładzie pojawi się jakaś usterka. Trzeba poczekać na mechaników, wykonać dodatkowe czynności sprawdzające, czasem przygotować wszystko od zera, zmienić samolot. Jeśli finalnie okaże się, że z jakiegoś powodu nie polecimy i zostaniemy odesłani do domu to spędziliśmy w pracy kilka godzin całkowicie za darmo.

Przy wszelkich niestandardowych sytuacjach, gdy nie z naszej winy tracimy możliwość wykonywania pracy, często musimy wypełnić masę dokumentów czy spędzić dodatkowy czas w biurze na wyjaśnieniach. To wszystko również nie podlega wynagrodzeniu.

Czas na licznych szkoleniach, symulatorach, wyjazdach oraz czas który musimy poświęcić na doskonalenie, uaktualnianie i utrzymywanie swojej wiedzy na właściwym poziomie – za cały ten czas nie dostajemy zupełnie nic.

W rezultacie stosunek czasu faktycznie spędzonego na pracy, do czasu za który otrzymamy wynagrodzenie wynosi od 2 do 3 razy więcej.



Chcesz rozśmieszyć LOT? Powiedz mu o swoich planach.



Skoro cały ten czas nie kosztuje LOT zupełnie nic, to można nim (nami) zupełnie dowolnie zarządzać, a kontrakt nie reguluje tego jak mają wyglądać nasze harmonogramy pracy. Co lepsze cały harmonogram można dowolnie zmienić z 24h wyprzedzeniem, a w „uzasadnionych przypadkach” nawet później.

Lot został odwołany, albo został przeniesiony na inny samolot? Zarobisz mniej, a w zamian cały dzień spędzisz na darmowym dyżurze. Usterka samolotu – wracasz do bazy albo utknąłeś w obcym porcie? W pierwszym przypadku tracisz zarobek, w drugim dodatkowo możesz stracić kolejne dni pracy jeśli okaże się, że nie zdążysz wrócić na czas.

Kilka godzin przerwy między kolejnymi lotami? Może to pomyłka? Nie. To standardowa praktyka.

Firma zapowiada, że w miesiącu będzie mało latania? Zarobisz mniej, ale może przynajmniej odpoczniesz? Zapomnij. Spędzisz więcej czasu na darmowych dyżurach, albo loty rozdzielone zostaną w taki sposób żebyś i tak pracował tyle samo.

Przychodzimy do pracy żeby zrobić jeden krótki lot krajowy, wysiadamy z samolotu do którego po nas wsiadają nasi koledzy żeby też zrobić tylko jeden krótki lot, często z tą samą załogą pokładową. Kolejnego dnia sytuacja się powtarza. A moglibyśmy przecież jednego dnia zrobić dwa loty, a kolejny mieć wolny.

Takich przykładów każdy z nas mógłby podać setki, a firma nic sobie z tego nie robi – bo nie musi, bo nic ją to nie kosztuje.

Optymalizacja naszego czasu pracy byłaby po prostu tylko niepotrzebnym wysiłkiem i kosztem.

W temacie harmonogramów pracy trzeba jeszcze dodać, że na każdy miesiąc przysługują nam 4 dni które możemy wskazać jako dni wolne. Prośby realizowane są oczywiście tylko „w miarę możliwości”, więc jeśli chcieliście mieć wolne na urodziny dziecka, mieliście zaplanowaną wizytę u lekarza, albo po prostu chcieliście spędzić czas z rodziną lub znajomymi to musicie poczekać jeszcze trochę w niepewności, bo tego czy prośba zostanie zrealizowana dowiecie się dopiero w momencie publikacji waszego grafiku. Nie trzeba chyba dodawać, że pracujemy w noce, weekendy i święta.



Urlop? Piloci nie muszą odpoczywać.



W roku przysługują nam 24 dni kalendarzowe tzw. powstrzymania się od świadczenia usług. Taki pseudourlop. Dlaczego pseudo? Powodów jest wiele. Po pierwsze jest go dużo mniej niż w przypadku umowy o pracę, gdzie pracownik do wykorzystania ma 26 dni roboczych. Za prawdziwy urlop wypłacane jest wynagrodzenie, a w naszym przypadku jest wręcz odwrotnie – idąc na pseudourlop pracujemy mniej, czyli automatycznie mniej zarabiamy. Pół miesiąca odpoczynku wiąże się z 50% redukcją pensji. Z pseudourlopu wcale nie jest też tak łatwo skorzystać.

Wnioski składamy jak każdy pracownik etatowy, jednak nikt nam ich nie akceptuje, nic nie podpisuje. Czy pseudourlop otrzymamy dowiemy się jak zwykle z grafiku opublikowanego 14 dni przed początkiem miesiąca – niezależnie od tego kiedy złożymy wniosek.

Firma naszymi pseudourlopami zarządzać może dowolnie. W okresie gdy przewiduje się mniej latania LOT wysyła nas na przymusowy dwutygodniowy wypoczynek, w wybranym przez firmę terminie – wszystko pod pretekstem bezpieczeństwa oczywiście.

W tym roku na początku maja poinformowano nas, że w sezonie letnim większość z nas dostanie maksymalnie 5 dni urlopu, a osoby które urlopu brać nie muszą proszone są o zmianę swoich planów.

Tak więc jak widać firma urlopów dawać nie musi, a jak nie da… to trudno. Pseudourlop nie przechodzi na kolejny rok, nikt nie wypłaci za niego ekwiwalentu jak w przypadku umowy o pracę, po prostu przepadnie.

Efekt jest taki, że wielu osobom przepada wiele dni wypoczynku… kto by tam musiał odpoczywać? Na pewno nie piloci.



L4? Piloci nie chorują.



Sprawa ze zwolnieniami lekarskimi ma się tak, że większość pilotów na L4 pójdzie tylko wtedy gdy fizycznie nie będzie w stanie dojść do pracy. Dlaczego? Ano dlatego, że za okres na zwolnieniu lekarskim nikt nam nie zapłaci, a w dodatku zarobimy dużo mniej. A co w przypadku gdy ktoś poważnie zachoruje albo złamie rękę i nie będzie go w pracy np 2 miesiące? Tutaj rachunek jest bardzo prosty – pod koniec miesiąca na nasze konto wpłynie okrągła sumka – 0 zł (słownie: zero złotych).



Rodzicielstwo na B2B to przywilej.



Przywilej którego rzecz jasna nie mamy. Ciąża, urlop macierzyński, rodzicielski – to okresy w których też nie zarobimy ani złotówki. Po powrocie do pracy nie możemy liczyć na redukcję etatu, planowanie pracy w ograniczonym wymiarze godzin, czy pracę z wyłączeniem lotów nocnych i pobytowych – wszystkie te przywileje zarezerwowane są dla osób zatrudnionych na umowę o pracę.



Świadczenia socjalne, diety, związki zawodowe.



Tego też nie mamy. Przez krótki okres wypłacano nam diety (dużo niższe niż normalne), które później zabrano mówiąc, że zryczałtowana dieta zawierać się będzie w premii za punktualność na którą notabene wpływ mamy mocno znikomy. Premia wypłacona była raz. Od tamtego czasu słuch o niej zaginął. W nowym aneksie pojawiły się za to zwiększone kary dla pilotów np. za nieregulaminowe elementy umundurowania, czy nieusprawiedliwioną nieobecność.

Kar dla LOTu w nim oczywiście nie ma.


Nie mamy też związków zawodowych – co jest firmie bardzo na rękę. Nikt nas nie reprezentuje, nikt nas nie chroni, więc ludzie boją się walczyć o swoje prawa. Boją się odezwać. Pod ostatnim pismem do Zarządu część osób bała się nawet podpisać swoim nazwiskiem. Jedni spodziewali się awansu, a drudzy zwyczajnie bali się, że przez ten podpis stracą pracę.

O atmosferze strachu najlepiej świadczy też ten artykuł – pisany przez nas anonimowo. Założyliśmy oddzielne anonimowe forum, gdzie każdy wypowiada się pod wymyślonym nickiem. Mamy grupę na Facebooku, ale tam każdego łatwo zidentyfikować, więc nikt tam złego słowa oficjalnie nie powie. Łatwo jest zrobić zrzut ekranu i przesłać dalej, a historia zna już przecież przypadki, gdy jedna ze stewardess została ukarana naganą, za swój wiersz na Facebooku.



Zarobki w LOT



Często dyskredytuje się nas i bagatelizuje nasze problemy mówiąc ile to my nie zarabiamy – podając nasze zarobki w przeliczeniu na godziny blokowe. To tak jakby pensję nauczyciela podzielić na liczbę godzin lekcyjnych w miesiącu – kwota byłaby na pewno imponująca, ale z rzeczywistością miałaby na pewno niewiele wspólnego. W podobnym tonie wypowiadano się też ostatnio o kontrolerach lotów.

Przy temacie zarobków warto przypomnieć, że w 2017 roku, prezes LOT-u, dziennie zarobił tyle ile drugi pilot w ciągu całego miesiąca. Prezes przez rok zarobił tyle ile drugi pilot zarobi w 30 lat. I to jest fakt, a nie zaginanie rzeczywistości.



O czym rozmawiają piloci między lotami?



Właśnie o tym wszystkim.

Rozmawiamy też o przymusowych wylotach na kontrakt do Wietnamu, licytujemy się kto dostał bardziej absurdalną rotację w grafiku, komu odwołali więcej lotów, komu odwołali urlop, kto siedział więcej godzin na lotnisku między lotami albo jak mało godzin wylatał podczas 3 dni nieobecności w domu.

Rozmawiamy o rosnącym z roku na rok ZUSie, który musimy płacić, o rosnących podatkach i kosztach życia.

Rozmawiamy o nowym ładzie, którego niekorzystne dla nas skutki miały zostać nam przez firmę zrekompensowane.

Zastanawiamy się jak maleją nasze zarobki, ile czasu minęło od ostatniej podwyżki i jak to wszystko wpływa na nasze zdrowie.

Zastanawiamy się jak to jest, że szkoli się nowych pilotów, przywraca zawieszonych, nie pozwala nam się chodzić na urlopy i jednocześnie mówi nam się, że nie da się podnieść naszej pensji minimalnej do poprzedniego poziomu.

Zastanawiamy się… jak tak można?!


Przyszłość pełna obaw



Zbliża się sezon letni w którym zapowiada się nam bardzo dużo pracy. Do frustracji, niepewności i zmęczenia psychicznego dojdzie naprawdę duże zmęczenie fizyczne. Tak nie da się pracować. W takich warunkach bardzo łatwo o błąd, w takich warunkach nie da się podejmować trafnych decyzji od których przecież zależy bezpieczeństwo nas wszystkich. Zastanawiamy się jak długo jeszcze damy radę tak pracować. Szczerze obawiamy się o nasze zdrowie i życie.

Praca wymaga od nas pełnego skupienia i bycia gotowym na nieprzewidywalne sytuacje. Chcemy jak najlepiej wykonywać swoją pracę, która jest też naszą pasją. Chcemy wozić ludzi bezpiecznie, komfortowo i na czas. Nie powinniśmy w trakcie lotów zaprzątać sobie głów tym jak trzeba będzie kombinować w kolejnym miesiącu, bo przez losową burzę utknęliśmy w obcym porcie i straciliśmy kilka dni latania, które miało nam zapewnić 1/4 pensji.



Co dalej?



Ciągłe odwlekanie spotkań, zastępowanie negocjacji propozycjami nie do odrzucenia i kompletny brak szacunku ze strony Zarządu utwierdza nas w przekonaniu, że rozmowy to nie jest środek, który w LOT sprawdza się w rozwiązywaniu problemów.

Powiedziano nam kiedyś, że nie mamy pozycji do negocjacji dlatego nic nie osiągniemy. Chcemy więc pokazać, że nie zgadzamy się na takie traktowanie.

Wierzymy, że widmo odwołanych lotów, wypłaty odszkodowań i ogromnych strat, spowodowanych naszą odmową pracy, sprawi że LOT przestanie grać na czas i udawać, że naszych problemów nie widzi i w końcu zajmie się realnym ich rozwiązywaniem.

Autorzy Anonimowi

O komentarz w sprawie poprosimy również rzecznika LOT.

Miejmy nadzieję, że ten temat zostanie szybko rozwiązany. Tu chodzi o bezpieczeństwo nas wszystkich. I tych w samolotach, a także tych na ziemi…

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Smutna złego końcówka

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?

Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia

Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:

– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?

– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*

– No pan podpisał tę ustawę.

– No dobrze, no, podpisałem.

– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.

– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…

– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?

– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.

Żałuje pan tego?

– Nie.

Twardym trzeba być…

Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Żenujący popis posła Treli

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa

Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.

Podwójne standardy

Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Zły wpis w złym momencie

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Ten wpis Jana Grabca pojawił się już kawał czasu temu. Zapisałam go sobie z planem opublikowania w ciągu maksymalnie 2-3 dni, a że z planów wyszła figa z makiem – jeszcze raz przepraszam. Mimo to, wracam do niego, bo niesamowicie mnie on uwiera. I nie potrafię sobie odpuścić, bo to był po prostu wpis wybitnie głupi… i zły. Już nie będę odnosić się do tego, że Polska w 1939 roku sama sobie szukała wrogów (w domyśle, jak rozumiem, mam sobie dopowiedzieć: „ma co chciała”?), bo że jest to bzdura, chyba wszyscy wiemy doskonale. Świeżo po odzyskaniu niepodległości myśleliśmy sobie, jak tu się jeszcze pogrążyć. Za dobrze nam było. Koniecznie musieliśmy coś pokomplikować, no i nam się oberwało… To już tak ironicznie piszę, z czystego przyzwyczajenia, bo głupotę naszych polityków można tylko ironizować – cóż nam innego pozostało? Albo gorzkie łzy, albo pusty śmiech. Ja zresztą doskonale rozumiem, co autor miał na myśli, bo to były echa ustnej (a raczej internetowej) przepychanki Karola Nawrockiego z Donaldem Tuskiem, wynikającej z tego, że ten pierwszy powiedział parę słów na temat Powstania Wielkopolskiego, a ten drugi wściekł się, że „znowu mu Niemcy atakujo”. Klasyka, przyzwyczailiśmy się. Do tego, że politycy KO dwoją się i troją, żeby wyciągnąć swojego szefa za każdym razem, kiedy się kompromituje – też.

Nasi przyjaciele, Niemcy

Nawet niespecjalnie uwiera mnie to, że oni mają Niemców za naszych najwspanialszych, bezinteresownych przyjaciół. Nie chce mi się tłumaczyć, że podchodzenie z nieufnością i sceptycyzmem to nie to samo, co usilne szukanie sobie wroga. Kto umie patrzeć, ten widzi, że Niemcom na przyjaźni z nami akurat nie zależy. Nikt nie twierdzi, że lada dzień zaatakują nas dronami, rakietami i czołgami, ale łudzenie się, że im zależy na jakimkolwiek naszym rozwoju gospodarczym jest głupotą. Ja w ich postulatach, decyzjach i ogólnym zachowaniu dostrzegam raczej chęć zrobienia sobie z nas skupiska rzeczy niepotrzebnych. Bo te wiatraki od Siemensa nie sprzedają się tak, jakby chcieli; bo tych elektrycznych super-luksusowych samochodów z do połowy rozładowaną baterią nikt już u nich nie chce, a po co mają się marnować? Ekonomia! Ach, i tutaj nie wszyscy inżynierowie i chirurdzy się dobrze zaaklimatyzowali, więc możemy się podzielić! Tych to oddamy nawet za darmo, znajcie nasze dobre serca! Wszystko się da przecież po dobroci załatwić. Wystarczy rozmawiać, a Wy, drodzy Polacy, i wiatraczki będziecie mieć, i zużyte auta elektryczne, a w ramach promocji dorzucimy Wam chirurgów z Afryki, bo plotki jakieś chodzą, że u Was w tej ochronie zdrowia to tak nie bardzo, prawda? No, to macie, przyjmijcie. I nie narzekajcie. My to wszystko z dobrego, szczerego serca robimy. Odrobinę wdzięczności tylko wymagamy, to chyba nie za dużo? Zamienili po prostu jedną metodę na drugą.

Śmiać się, żeby nie płakać

Dobrze, bo znowu się nabijam, a temat jednak poważny. Z drugiej strony, jak tu się nie śmiać, skoro ostatnie wystąpienia premiera na arenie międzynarodowej skończyły się tak, że nie dość, że sami sobie reparacje wypłacimy, to jeszcze podarujemy je Ukraińcom w imieniu Rosjan. Tacy skuteczni jesteśmy! Śpimy na pieniądzach, Drodzy Obserwujący, i w dupach nam się poprzewracało, tyle Wam napiszę. Przyznajcie jednak szczerze – jak tu nie kpić z czegoś takiego? Ten wpis brzmi słabo z jeszcze innej strony. Reprezentanci naszego państwa pozwalają sobie na takie bezmyślne wpisy w czasie, kiedy historia jest notorycznie zakłamywana, bo państwa, które w przeszłości przelewały najwięcej krwi w imię nie wiadomo czego, dzisiaj nie bardzo chcą się do tej swojej ponurej historii przyznawać. Lepiej rozmydlać winę na inne narody. A jak jest okazja, to i nakłamać do potęgi. Przecież ten tekst powstał w czasach, kiedy nasi wspaniali sąsiedzi postawili uporać się z własną historią na swój sposób za punkt honoru.

Konsekwentne rozmydlanie win

W czasach, kiedy Niemcy nie ograniczają się tylko do tłumaczenia o złych nazistach, którzy napadli i ich zmusili – za to coraz bardziej otwarcie mówią, że Polska w sumie tę II wojnę światową sprowokowała, a w ogóle to nie przesadzajcie. Kiedy Izrael łaskawie przyznaje, że OK, Holocaust to głównie Niemcy, ale nie tylko, bo Polacy im pomagali – i gdyby nie oni, to by im się na pewno nie udało. Kiedy jakakolwiek pamięć o Wołyniu jest uciszana narracją o ruskich trollach, a w ogóle to Ukraińcy nie chcieli, ale musieli, bo Polacy im cerkwie zamykali. Takie tłumaczenie to już klasyka. I weź wytłumacz własnym rodakom, że tak barbarzyńskie tortury stosowane na Polakach być może nie są współmierną karą za zamknięcie iluś tam cerkwi. Nie wspominając już o Rosjanach, którzy za Jelcyna przyznali się do Katynia, za Putina już im się coś nie zgadza (oglądałam kiedyś materiał, w którym pytano właśnie Rosjan o Katyń – wielu z nich jest przekonanych, że ten Katyń to zbrodnia… niemiecka), ale czegokolwiek by tak naprawdę nie zrobili, powinniśmy im być wdzięczni, bo nas wyzwolili. Wyzwolili, prawda? Czas, żebyśmy przyjęli to na klatę. A to, że oni po prostu odpierali Niemców na naszym terytorium; że to wyzwolenie polegało na mordowaniu, gwałceniu, podpalaniu czy rabowaniu i że zaraz potem zniewolili nas znowu na ponad czterdzieści lat, to już trudno. Wyzwolili, to wyzwolili. Takie są fakty, a z nimi się podobno nie dyskutuje.

Kiepscy asystenci

To, że inne państwa, którym ciąży niezbyt chlubna historia, próbują się od niej odgrodzić i rozmemłać tę winę na wszystkich wokoło po równo (dbając przy okazji o to, żeby ich „równa” połowa była jak najmniejsza) niezbyt mnie dziwi. Kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie natomiast to, że nasi politycy tak bardzo ułatwiają im pracę. Wcześniej swoją bezapelacyjną mądrością popisała się Barbara Nowacka, której wymsknęły się brednie o „polskich nazistach”. Ale to tylko dlatego, że się przejęzyczyła! A że czytała z kartki? Pewnie asystent napisał. W tych kręgach nabór na asystentów trwa cały bity rok – mam wrażenie, że oni im tam służą tylko i wyłącznie jako kozły ofiarne. „Powiedziałam/em coś idiotycznego, ale to nie moja wina, tylko tego tu Areczka. To mój asystent” – tak to z reguły wygląda. Albo asystenci, albo przejęzyczenia, albo niezrozumienie zacofanych obywateli, bo przecież pan Grabiec wcale nie miał do napisania tego, co napisał, tylko coś innego. A co, to już nie może powiedzieć, spieszy mu się. Szuka akurat asystenta, żeby mu podpisał papierek o dobrowolnym rozwiązaniu umowy. I to szybciutko, zanim tusz wyschnie, później się nie liczy.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej