Connect with us

Nawiasem Pisząc

Cywilizacja śmierci?

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

W Wielkiej Brytanii, po raz kolejny, pozwolono umrzeć malutkiemu dziecku. Niemowlakowi. Bo było chore i podobno nie było sensu go leczyć i „przedłużać agonii”. Ośmiomiesięczna dziewczynka, Inid Gregory, została odłączona od aparatury podtrzymujacej życie i zmarła w nocy z niedzieli na poniedziałek. Mimo że rodzice dziecka otrzymali propozycję leczenia we Włoszech. Sąd jednak zdecydował inaczej. Ojciec Inid jest bardzo rozgoryczony i zawiedziony taką decyzją. Sąd Najwyższy i sądy nie tylko odebrały jej szansę na dłuższe życie, ale także odebrały jej godność odejścia w domu rodzinnym, do którego należała. Udało im się odebrać Indi ciało i godność, ale nigdy nie będą mogli odebrać jej duszy – oświadczył w imieniu swoim i matki dziewczynki.\

Czy i jak wolno rodzicom walczyć o życie swojego dziecka?

Sytuacja niemalże tożsama z tragedią innego dziecka. Pamiętacie dwuletniego Alfiego Evansa? Tam też sąd uznał, że nie ma sensu go dalej leczyć, bo to „uporczywe podtrzymywanie życia”. I być może byłabym w stanie się z tym zgodzić, ale uważam że decyzja powinna należeć przede wszystkim do rodziców dziecka. W każdym takim tragicznym momencie to rodzina powinna decydować, jeśli już zapada taka decyzja. I myślę, że sprzeciw wobec takiej decyzji rodziców, zarówno Inid, jak i Alfiego, jest w pełni zrozumiały. Ja nie jestem lekarzem, więc nawet nie zamierzam wchodzić tutaj w dyskusję na temat diagnoz, które zapadły. Nie zamierzam też ich w jakikolwiek sposób deprecjonować. Ale wydaje mi się, że rodzic powinien mieć prawo walczyć o życie swojego dziecka. Do samego końca. Do ostatniego oddechu. Bo to jest matka i ojciec tego dziecka. A dla prawdziwej matki i prawdziwego ojca życie i dobro dziecka jest najważniejsze. I naprawdę uważam, że powinni mieć możliwość, aby o życie swojego maluszka walczyć. Zwłaszcza, że w jednym i drugim przypadku, pojawiła się propozycja leczenia we Włoszech. Nie mogę pojąć, dlaczego ta ostatnia iskra nadziei została odebrana zarówno rodzicom 8-miesięcznej Inid, jak i 2-letniego Alfiego. Naprawdę nie rozumiem. To były ich dzieci. Osoby dla nich najważniejsze na całym świecie. I została im odebrana walka o życie tego małego człowieka, bo sąd tak uznał. Jestem w stanie zrozumieć osoby, które decydują się na odłączenie od aparatury, bo nie ma już żadnej nadziei. Ale w obu tych przypadkach nadzieja była! Pojawiły się propozycje pomocy. Nie twierdzę, że leczenie zaproponowane przez Włochy byłoby skuteczne i że na pewno ta dwójka maluchów by przeżyła. Powtarzam, nie jestem lekarzem. Ale wydaje mi się, że jeżeli istnieje choćby iskierka nadziei, to rodzina ma prawo zdecydować, czy chce z niej skorzystać. Nie szpital i sąd, ale właśnie rodzina. W przypadku Alfiego Evansa było zresztą masę kontrowersji, bo lekarze zapewniali, że umrze on po kilku godzinach od odłączenia. Chłopiec żył jeszcze kilka dni. Jego organizm walczył. Jedyne, co udowodniono, to fakt, że ludzki organizm na dłuższą metę nie przeżyje bez jedzenia i bez picia. Taka moja brutalna opinia, bo jednak okazało się, że to dziecko miało siłę, żeby walczyć o życie. A skoro tak, to dlaczego pozbawiono jego rodziców szansy o to, żeby wspólnie z tym małym chłopczykiem walczyć? Przepraszam, to takie moje prywatne dywagacje. Nie wiem, czy mam rację. Ale mam wątpliwości, którymi chciałam się z Wami podzielić. Ja mam kota. I gdyby, odpukać, ten kot mocno zachorował i weterynarz zalecał uśpienie, to bym jeszcze odwiedziła kilku innych specjalistów, żeby przekonać się, że ta decyzja jest słuszna i nie da się nic zrobić. A to jest tylko zwykły kot; tutaj mówimy o człowieku, o małym, bezbronnym człowieku, który dopiero co przyszedł na świat. Dlaczego Brytyjczycy pozwalają swoim obywatelom walczyć o życie ich zwierzaków, a są w stanie odmówić takiej szansy w przypadku człowieka? Wybaczcie, ale nie jestem w stanie tego zrozumieć. To oczywiście nie są jedyne takie przypadki. Całkiem niedawno, bo zdaje się w 2021 roku, zdecydowano o odłączeniu od aparatury naszego rodaka. I znowu – nie jestem lekarzem, więc nie chcę podważać decyzji specjalistów od medycyny. Tam sytuacja była jednak bardziej skomplikowana. Na odłączenie zgodziła się żona i dzieci mężczyzny, natomiast stanowczo sprzeciwiała się temu jego matka i siostry. Polak był kilka razy odłączany i podłączany do aparatury. Ostatecznie, niestety, zmarł.

Eutanazja? Debatujmy!

I wiecie co? Ja naprawdę rozumiem podejście ludzi, którzy decydują się na zaprzestanie leczenia ich członka rodziny. Jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy decydują się na to, mimo że jeszcze tlą się ostatnie iskry nadziei. Nie osądzam, bo mogę się tylko domyślać, jak trudna jest to dla nich sytuacja. W dwudziestoleciu międzywojennym na scenie teatru występowała znana wówczas aktorka, Stanisława Umińska. Miała ona męża, Jana Żyznowskiego, który chorował na raka wątroby. Był już umierający, kiedy podawała mu morfinę, a potem strzeliła mu prosto w skroń. Zrobiła to za jego zgodą, a wręcz namową. I, naprawdę, czytając tę historię, odniosłam wrażenie, że zrobiła to z miłości. Bo już nie mogła patrzeć na jego cierpienie. I nie widziała żadnej nadziei. Sytuacja tragiczna, beznadziejna wręcz, dlatego jestem w stanie to zrozumieć. Umińska ostatecznie została uniewinniona w procesie, ale nigdy już nie wróciła do swojego zawodu. A dlaczego podaję ten przykład? Bo mówimy tutaj o sytuacji, kiedy medycyna nie była już tak rozwinięta, leki przeciwbólowe nie działały tak dobrze jak teraz. Z decyzją aktorki, która uległa prośbom jej męża, można się zgadzać albo nie, ale wydaje mi się, ze jest ona zrozumiała? Ta historia pobudziła zresztą społeczną debatę na temat eutanazji. I słusznie, dyskutujmy. Ale tutaj mamy do czynienia z dwójką dzieci, których rodzice mieli jeszcze nadzieję. Którzy otrzymali szansę na leczenie swoich dzieci zza granicy. Którzy powinni mieć możliwość – według mnie – skorzystania z tej szansy, nawet jeśli byłoby to bezskuteczne.

Dlaczego im na to nie pozwolono, dlaczego nie mogli oni skorzystać z takiej możliwości? Nie znajduję na to odpowiedzi. W sprawie eutanazji możemy rozmawiać, spierać się, dyskutować. Ale niech to będzie dyskusja o sytuacje, w których naprawdę nie ma już żadnych szans, w których naprawdę człowiek cierpi i – jeśli jest to możliwe – sam się na to godzi. Jeżeli nie, to świętym prawem rodziny jest decyzja czy i jak go leczyć. Niczyja inna. Jeżeli pojawia się szansa, choćby znikoma, to rodzina powinna mieć szansę z niej skorzystać.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Budowany od lat przemysł pogardy i nienawiści

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Szczerze Wam napiszę, że nie przepadam za Dariuszem Michalczewskim. Ani mnie specjalnie nie ciągnęło do jego walk, kiedy zawodowo uprawiał boks, ani tym bardziej po zakończeniu kariery. Często jak się wypowiadał, zastanawiałam się, czy przypadkiem jednak za dużo w głowę nie oberwał. Głównie dlatego, że lubił wypowiadać się na tematy polityczne, a sympatyzował raczej z tym środowiskiem, do którego mi daleko. A jednak to właśnie Dariusz Michalczewski wykazał się honorem. Napisałabym, że jak ktoś jest sportowcem to honor nie jest dla niego uczuciem obcym, ale w porę przypomniałam sobie, ilu sportowców po zakończeniu kariery zapisało się do KO, więc zrezygnowałam.

Prawy sierpowy Michalczewskiego

A o co chodzi? Otóż popularny „Tiger” wyznał niedawno, że nakłaniano go do… udziału w kampanii, nie bójmy się tego słowa, nienawiści w stronę Karola Nawrockiego. Bokser miał być namawiany do opowiadania bzdur na temat ówczesnego kandydata na prezydenta. Jakich? Pewnie zarzutów o bycie alfonsem. Michalczewski nie dość, że odmówił, to jeszcze stwierdził, że Nawrocki jest „równym gościem”. To musiał być mocny cios dla salonu, z którego jednak wywodzi się pięściarz. A skoro Michalczewski odmówił, to trzeba było ratować się postacią znaną, Jackiem Murańskim. Cóż, nie wyszło im to chyba tak, jak planowali. Zastanawiam się, czy może jeszcze Marcina Najmana nie zwerbowali, bo on ostatnio też zaczął politykować. I to tak, że zęby bolą. Bardzo rozbawił mnie jego wpis: Wielki błąd Panie Prezydencie. Historia o tym nie zapomni. Starałem się to Panu wytłumaczyć. Nie udźwignął Pan tego na temat zawetowania ustawy SAFE, czyli tego kredytu, co wszyscy wokół bardzo chcą, żebyśmy wzięli. Tak bardzo chcą, że mimo prezydenckiego weta już zapowiadają, że nam go wcisną. W ten sposób niedługo cały system prawny nam pierdzielnie, bo prezydent będzie wetował, a rząd i tak zrobi, co chce.

Depresja Szymona Hołowni?

Ofiarą ich nagonki padł również Szymon Hołownia, którego oskarżono, że… choruje na depresję. Redaktor Nizinkiewicz, który dokonał tego wielkiego odkrycia, oczywiście dał do zrozumienia, że depresja to ciężka choroba i należy wspierać takie osoby, podkreślając, że dzień, w którym pisał swojego paszkwila, akurat był Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. Swój chłop, tylko że w całym artykule sugerował, że Hołownia z racji choroby i przyjmowania leków być może nie nadawał się do sprawowania funkcji marszałka Sejmu i nie wszystkie jego decyzje były rozsądne. Pił oczywiście do zaprzysiężenia prezydenta. A skąd pan „dziennikarz” czerpał informacje? Podobno z „otoczenia” ówczesnego marszałka, bo z nim samym się nie kontaktował, po co? A wiecie jak na początku zareagowało środowisko, kiedy Hołownia napisał o wszystkim na swoich mediach społecznościowych? Ano, przyznali rację Nizinkiewiczowi. Pod jego wpisem na X-ie wyrazy wsparcia widziałam tylko… z prawej strony. Aha, i Szymon Hołownia w swoim wpisie zaprzeczył jakoby chorował na depresję.

Gorzej miał Cenckiewicz

Przyznać jednak trzeba, że po tym wpisie Nizinkiewicz i cała Rzeczpospolita przeprosiła i artykuł usunęła. Co syfu zdążyli tym artykułem narobić, narobili, ale Hołownia przeprosiny oczywiście przyjął, bo to dobry chłopak jest. Szkoda tylko, że ta cała sytuacja nie dała mu do myślenia, w jakim środowisku się tak naprawdę obraca. Bo przypomnę, że Sławomir Cenckiewicz nie miał tyle szczęścia. Szczegóły jego stanu zdrowia bezlitośnie opublikowali, sugerując, że w wyniku swojej choroby nie może sprawować funkcji, którą sprawuje, bo nie powinien mieć dostępu do pewnych akt. Tam przepychanka trwała przez kilka ładnych tygodni i nikomu nie spieszyło się Cenckiewicza przepraszać. On jest niewygodny, kiedyś dokopał się do prawdy o Wałęsie, więc cholera wie, do czego może się jeszcze dokopać. Być może dlatego aż tak bardzo atakują Karola Nawrockiego, bo też się go boją. Ostatecznie pracował w IPN-ie, cholera wie, co tam się mogło na nich wszystkich znaleźć.

Dlatego aż tak nienawidzą Nawrockiego?

Bo naprawdę nie widzę innych powodów, dla których mają go aż tak nienawidzić. To już nie wygląda tylko na frustrację po przegranych wyborach. Teraz znowu się zmobilizowali w sprawie prezydenckiego weta dotyczącego programu SAFE, o którym już wcześniej pisałam. Mnie się wydaje, że jeśli bankowi bardziej zależy, żebyś wziął kredyt, niż Tobie, to widocznie jest w tym kredycie coś takiego, co sprawia, że bardziej opłaca się bankowi go udzielić, niż Tobie brać. Zresztą mam wrażenie, że kiedyś już przerabialiśmy całkiem podobną aferę z kredytami we frankach. Dotyczyła zupełnie czego innego, jasne, ale zasady były te same. Oczywiście wyszli gorący zwolennicy Tuska, żeby protestować przeciwko temu wetu, trzymając tabliczki z obraźliwymi hasłami w stronę Nawrockiego i widocznie uznali, że taka forma przekazu skłoni prezydenta do zmiany opinii. Przodowała tam, oczywiście, Babcia Kasia, która nie przepuści żadnej okazji, żeby nie zrobić zadymy na ulicy. I Joanna Szczepkowska. Już raz o niej pisałam, więcej nie chce mi się tracić więcej czasu na tę starą wariatkę. Napiszę więc tylko, że ta pani odpaliła się tak bardzo po zwycięstwie Karola Nawrockiego, że też zaczynam się zastanawiać, czy w jej stronę również nie padła delikatna sugestia, żeby zaczęła z siebie idiotkę publicznie robić.

Żonglowanie emocjami

To jest właśnie przemysł pogardy, który zbudował Donald Tusk. Jest on tak skuteczny, że ci ludzie wciąż są święcie przekonani, że to Jarosław Kaczyński jest jedynym człowiekiem, który podzielił Polaków (nie twierdzę, że tego nie robił, ale przynajmniej taką samą robotę wykonywał tutaj Tusk – a teraz wykonuje większą) i że PiS jest partią prorosyjską. To ostatnie mnie zawsze będzie śmieszyło, bo przypominam sobie czasy po tym, co działo się w Gruzji, a potem po Smoleńsku. Ale jeśli przypomnisz o tym w dyskusji, usłyszysz jedynie, że – no właśnie – „czasy się zmieniają”. Premier doskonale wie, co robi. Pobudza nie tylko emocje, ale też najbardziej prymitywne odruchy u ludzi. Dlatego z całej ustawy łańcuchowej słyszeliśmy tylko o biednych pieskach na łańcuchach, z ustawy wiatrakowej, że Nawrocki nie chce dać Polakom tańszego prądu i tak dalej, i tym podobnie. W przypadku SAFE podjudza jednak najbardziej prymitywne ludzkie emocje, jaką jest między innymi strach.

Ryzykowna gra

Wiecie, jak działa adrenalina, prawda? W obliczu zagrożenia adrenalina pobudza ciało migdałowate – ewolucyjnie starszą część mózgu odpowiedzialną za przetrwanie. Tam nie ma miejsca na logikę, fakty czy rozsądek. Wytwarzają się najbardziej prymitywne instynkty: uciec albo zaatakować. Słyszałam o przypadku kobiety, która po jakimś potężnym wypadku samochodowym zauważyła, że jej dziecko leży pod samochodem. W jej mózgu zadziałał prosty instynkt: „ratować potomstwo”. I wiecie, że uniosła to auto? Bo adrenalina daje nam też szybkość i siłę, której byśmy się po sobie nie spodziewali. I w ten sposób właśnie działa Donald Tusk. Oczywiście, on dawkuje te emocje, zapowiada katastrofę, potem uspokaja, ale strach wciąż działa. To on, między innymi, skłonił ludzi do robienia hucpy pod Pałacem Prezydenckim. Wyglądało to żałośnie, to prawda, ale wciąż – niektóre z tych haseł były naprawdę obrzydliwe. Mam wrażenie, że premier zapomniał o jednym. Ludzie, poza emocjami, mają również uczucia. To nas odróżnia od zwierząt. I jednym z tych uczuć jest również nienawiść, a ona w połączeniu ze strachem może prowadzić do tragedii.
 
W Internecie jest coraz więcej wpisów wprost nawołujących do dokonania zamachu na prezydencie Polski. No, ale prezydent nie jest Jurkiem Owsiakiem, więc wszystko spoko. Jego życie jest mniej warte.
 
M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Niemcy na liście homofobicznych państw

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Pamiętacie olbrzymi skandal homofobiczny w Niemczech? Pewien sędzia po jednym z meczów FC Koln oświadczył się swojemu chłopakowi. Wzruszenie odebrało oczywiście wszystkim mowę. Natomiast zaledwie kilka dni później Pascal Kaiser został pobity. Oburzonych artykułów pojawiło się co nie miara, bo wiadomo… homofobia. Sama się zastanawiałam, jak to możliwe? W wyzwolonych i tęczowych Niemczech? Nie ma mowy, musiał pewnie na Polaków trafić. Inna sprawa, że w samym Berlinie dochodzi rocznie do większej liczby przestępstw, niż w całej zacofanej i nietolerancyjnej Polsce. I że za większość z nich odpowiadają imigranci. Ale to nieważne, bo „Polak też gwałci”.

„Szokujący” sprawcy

Ale do brzegu, wróćmy do tego biednego Kaisera. Rzecz miała miejsce pod koniec stycznia, teraz mamy końcówkę lutego, a sprawca wciąż nieujęty. Opieszałość policji czy po prostu… nie ma kogo ujmować? Okazuje się, że policja na razie… przeszukała mieszkanie Kaisera. Zabezpieczyła między innymi jego skrzynkę mailową, na którą miał dostawać groźby. I wyszło im, homofobom pieprzonym, że sędzia wysyłał je sobie sam. Obecnie policja bada, czy Kaiser obrażeń nie zgotował sobie sam, ewentualnie czy nie pomógł mu w tym jego partner. Na razie żaden z nich nie jest podejrzany, ale policja wysłała już sygnał, że właśnie taki scenariusz biorą w tej chwili przede wszystkim pod uwagę.

Była już Hiszpania

Zobaczymy, jak to się skończy. Niczego nie wykluczam, bo tak jak pisałam, Niemcy obecnie tak bezpiecznym państwem, że w pysk można tam zebrać codziennie i wcale to już nikogo nie zaskakuje. Ale, kurczę, nie byłby to pierwszy raz. Pamiętacie inny taki skandal w Hiszpanii, zdaje się w 2021 roku? Jakiś gej zgłosił się na policję, bo „nieznani sprawcy” mieli mu wyciąć homofobiczne hasła na tyłku. Szybko się okazało, że nieznanych sprawców było w liczbie… jeden. I wcale nie był taki nieznany, bo znał go właśnie poszkodowany gej. I sam go o to poprosił. Nie wiem, ja bym się zdziwiła, gdyby któryś z moich znajomych poprosił mnie o wycinanie sobie czegoś na d*pie, ale ja jestem nietolerancyjna, więc się nie znam.

Była Wielka Brytania

Pisałam Wam też o innej sprawie, znacznie wcześniejszej, bo z 2014 roku. Richard Kennedy zgłosił się na policję, że został pobity. I że to na pewno przez homofobię. Obrażenia były poważne, więc policja oczywiście zgłoszenie przyjęła i szybko rozpoczęła śledztwo. Osiemnastolatek przyznał się im, gdzie był wtedy na imprezie, a policja po prostu zabezpieczyła monitoring. I szybko znaleziono sprawcę. Agresywnym homofobem okazał się krawężnik, o który kompletnie pijany Kennedy wziął i się potknął. A że wypił sobie wcześniej odpowiednio dużo, to nie wpadł na pomysł, żeby jakoś zamortyzować upadek, więc wydzwonił twarzą o chodnik. Policjanci przeanalizowali dokładnie całe nagranie z tego dnia i żadnych innych homofobów nie stwierdzono. Bo chyba nie powinno się do nich wliczać grupy Brytyjczyków, którzy usiłowali chłopaka podnieść, bo biedak był tak oszołomiony rażącą nietolerancją, która go spotkała.

Teraz pora na Niemcy

Wszystko wskazuje na to, że ta historia skończy się podobnie, bo ciężko mi wyobrazić sobie, żeby niemiecka policja dzieliła się takimi wątpliwościami z opinią publiczną, gdyby nie miała przekonujących dowodów. I tak się tylko zastanawiam, czy oni nie uczą się na błędach? Była Wielka Brytania, była Hiszpania, teraz są Niemcy, a przypomnę przecież, że w Polsce też mieliśmy aferę z dziewczyną Margota, którą podobno ktoś chciał wepchnąć pod tramwaj, bo była facetem. Tylko że biedne dziewczę było w takim szoku, że nie przypomniała sobie, bidulka, gdzie to konkretnie miało miejsce. A warszawski ZTM powiedział, że żaden z motorniczych nie zgłosił takiej sytuacji, a mają taki obowiązek, żeby od razu można było zabezpieczyć nagrania.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.

Tu nie o łańcuch chodziło

Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.

Od kogo i dla kogo była ta ustawa?

No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.

Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej