Connect with us

Nawiasem Pisząc

Awantura o mural

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Pisałam niedawno na swojej stronie na FB, że Wyborcza jest w stanie stosować tylko siermiężną, bezmyślną propagandę, w którą są w stanie uwierzyć już tylko nieliczni i dzisiaj trafiłam na tekst, którego fragment poniżej wrzucam. Jakiekolwiek upamiętnianie ofiar masakry na Wołyniu jest szczuciem – tak, dobrze czytacie, SZCZUCIEM! – na tych biednych uciekinierów z Ukrainy, którzy przyjechali do Polski szukać pomocy. I którzy tę pomoc otrzymali, warto wspomnieć; o postawie Polaków mówiło się na całym świecie, ale to tam pal sześć. Ważne, że udzielając tej pomocy nie chcemy zapomnieć o własnej historii. Tutaj już Wyborczą niesamowicie piecze – przeglądając sobie niedawno ich profil na FB co chwilę natrafiałam na jakiś tytuł, który z miejsca obwieszczał, że Polacy są źli, a Ukraińcy biedni, bo Wołyń. Nawet nie trzeba czytać całego artykułu, sam nagłówek mówi już wszystko – taki widocznie jest pomysł Michnika, jak pogodzić blokowanie tekstów dla użytkowników bez wykupionego abonamentu z tym, żeby ich kłamstwa i manipulacje miały jak największy zasięg.

Terror ministra Czarnka

Od początku wojny ta pamięć o Wołyniu zaczęła Wyborczą uwierać. Tak, dokładnie, pamięć, bo to że tam kiedyś około 100 tysięcy Polaków zostało bestialsko zamordowanych, to tam Michnikowi wisi i powiewa, ale że ten wstrętny, polski naród pamięta i nie doznał nagle ataku Alzheimera, kiedy przyjechali Ukraińcy, to się nie godzi. Dlatego też na początku zaczęli wylewać łzy, że Czarnek nie zmieni programu dla ukraińskich uczniów i będą musieli uczyć się o tym, jakimi faktycznie gierojami ci żołnierze UPA byli. Nikt nie widział w tym nic dziwnego, nikt nie podnosił sprzeciwu, tylko towarzysze z Czerskiej (ewentualnie NaTemat) byli bardzo oburzeni, że jak to tak, o Wołyniu ich uczyć?! Zupełnie nie brali pod uwagę faktu, że jeśli ci Ukraińcy zamierzają zostać tu na stałe (wielu z nich chce wracać, wielu już pojechało, kiedy walki przeniosły się na wschód kraju, ale jest sporo ludzi, którym ojca/męża zabito i którzy stracili cały dobytek, mieszkanie – takich faktycznie nie ciągnie z powrotem), to powinni się zintegrować i poznać naszą historię. Nie jest to dziwne dla nikogo – tylko dla pajaców z Wyborczej.

Nienawistne lektury szkolne

Później, ponieważ żaden ich gryzipiórek nie był w stanie wymyślić logicznego argumentu, dlaczego niby mieszkający w Polsce Ukraińcy nie mogą się uczyć o ludobójstwie z rąk UPA, zdecydowano się troszkę zmienić narrację. Widać, że sama Ukraina niespecjalnie się do tego tematu garnie; niby było sprzątanie polskich cmentarzy na Wołyniu; niby w końcu odsłonili polskie lwy przy Cmentarzu Orląt Lwowskich, chociaż bez charakterystycznego polskiego hasła, ale tego najbardziej drażliwego tematu unikają jak ognia, więc skoro tak, to Polska wyedukuje chociaż tych Ukraińców, którzy chcą tu mieszkać i pracować. Niegodne to i niemoralne, zdaniem Wyborczej, dlatego oddali głos Jackowi Podsiadle – podobno poecie, ale w rzeczywistości obrzydłej kreaturze, która czerwono-czarną banderę z uśmiechem na ustach zarzuca sobie na grzbiet i dumnie się w niej prezentuje, wśród śmiechu i okrzyków swoich ukraińskich „przyjaciół”. Wybitny przedstawiciel polskiej sztuki temat postanowił ugryźć z innej strony i przyczepił się do powieści „Gdy brat staje się katem” Krystyny Lubienieckiej-Baraniak i to, broń Boże, wcale nie dlatego, że Wołyń, a dlatego, że to grafomaństwo podobno jest.

Upamiętnianie – szczuciem

Później lamentowano, ponieważ na Podkarpaciu ma powstać Pomnik Ofiar Rzezi Wołyńskiej z dzieckiem nabitym na tryzub. „Wojna na Ukrainie nie wstrzymała prac” – lamentował redaktor rzeszowskiego odłamu michnikowej gadzinówki. Dlaczego niby wojna poza granicami naszego państwa miałaby wstrzymywać jakiekolwiek prace na jego terenie – nie mam pojęcia, ale podobno to skandal. I teraz to – mural w Łodzi. Szczyt chamstwa i nietolerancji. Na temat zwróciła uwagę rzekomo oburzona czytelniczka, ale podejrzewam, że wszyscy już zdajemy sobie sprawę, że połowa z tych doniesień to nie żadni „zatroskani obywatele piszący do jedynego, słusznego medium”, tylko zwykłe obłudne kłamstwo. Szczerze wątpię w istnienie tej kobiety, ale jeśli przypadkiem tego akurat Wyborcza nie zmyśliła, to ta pani powinna stanąć przed lustro i napluć sobie w twarz. I już tylko można uśmiechnąć się pod nosem, widząc jakich wybitnych dziennikarzy zatrudniła Wyborcza – panienka nie wie, że nazwy mieszkańców miejscowości piszemy małą literą. Chyba że to bardzo ważna łodzianka była. Albo taką ksywę miała. W każdym razie nie ogarnęła ona, że ten mural powstał w lipcu 2020 roku, kiedy wojny nie było, więc nie bardzo rozumiem, co tu jest szczuciem? To, że tego muralu nie zamalowaliśmy czy to, że nie zburzyliśmy całej kamienicy?

Pomnik Ofiar Rzezi Wołyńskiej autorstwa Andrzeja Pityńskiego

Dobrzy nacjonaliści, źli nacjonaliści?

Muszę też przyznać, że nie bardzo rozumiem to zamartwianie się towarzyszy o samopoczucie ukraińskie i bagatelizowanie roli UPA. Przecież banderowcy to nacjonaliści, czyli źli, walczący (no dobra, próbujący walczyć) z Armią Czerwoną, komunistami, czyli dobrymi. Przynajmniej taką narrację zawsze się u nich stosowało. Przecież to środowisko Wyborczej podkreślało, że nasi Żołnierze Wyklęci dopuszczali się dokładnie takich samych czynów, co UPA, a ci durni Polacy swoich „zbrodniarzy” chwalą, a do Ukraińców mają pretensje. Taka ich propaganda, mimo że z historią mająca wspólną chyba tylko ostatnią literkę, trafiła na całkiem podatny grunt i takie podejście pokutuje teraz u młodszych i starszych przedstawicieli lewicy. Dlatego zawsze uważałam, że Michnik to szkodnik, który na szczęście najlepsze lata w kłamaniu, szczuciu i skłócaniu ma już za sobą. Ale jednak, panie Adamie, trochę jednak wstyd. Jeśli przyjaciele Moskale mówią, że na Ukrainie są naziści, to na Ukrainie są naziści. Tego tatuś i braciszek chyba nauczyli?

M.

fot.: kresy.pl

Link do profilu FB: https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Eksperyment na żywym dziecku? Spokojnie, to tylko… tolerancja!

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Wczoraj przypomniałam na TZT swój stary tekst o Jamesie Shupie, dzisiaj sprawa bardziej znana, ale też dużo bardziej bulwersująca, gdzie w imię jakichś swoich „szczytnych” idei psycholog i seksuolog postanowił zniszczyć życie innej osobie, a przy okazji też jej rodzinie, i przeprowadzić sobie na niej… eksperyment. Jeśli nie słyszeliście o tym skandalu, to trzymajcie się krzeseł, bo to jest taki przykład lewackiego imbecylizmu i znęcania się nad dzieckiem – nad drugim człowiekiem – że krew mnie osobiście zalewa.

Złe gorszego początki

David Reimer urodził się w 1965 roku w Kanadzie jako Bruce Peter Reimer. W wieku dwóch miesięcy doznał trwałego uszkodzenia genitaliów w wyniku błędu lekarskiego (stało się to podczas zabiegu naprawy stulejki). Rodzice starali się szukać pomocy dla dziecka. I znaleźli ją (a raczej wręcz przeciwnie) w osobie Johna Money’a – psychologa, seksuologa z… Gender Identity Institute.

John Money

Ów lekarz postanowił sobie zrobić eksperyment na dziecku. Polecił rodzicom chłopca, żeby poddali go usunięciu jąder i wychowywali jako dziewczynkę, bo „płeć biologiczna nie ma znaczenia” i jest tylko „konstruktem społecznym”. David (wówczas jeszcze Bruce) miał około dwóch lat, kiedy pan Money zdecydował się przeprowadzić na nim eksperyment. Na dwuletnim dziecku. Bez jego zgody i świadomości. Brawo. Szkoda tylko, że rodzice dali się tak łatwo zmanipulować i oszukać. Owszem, byli zrozpaczeni i szukali pomocy gdziekolwiek, ale jednak… aż taka ingerencja w organizm dwuletniego dziecka?

Challenge accepted… challenge failed

Od tamtego czasu Bruce miał stać się Brendą, a rodzice mieli traktować chłopca jako dziewczynkę. Ale… no, cóż… wbrew lewicowej nauce nie zadziałało. Dziecko dalej zachowywało się jak typowy chłopczyk – oddawało mocz na stojąco, wolało bawić się raczej w „chłopięce” zabawy i kategorycznie odmawiało chodzenia w sukience. Przy okazji pragnę gorąco podkreślić, że zabawy „niezgodne z płcią” nie są i nie mogą być żadną podstawą do tego, żeby decydować się o zmianie płci niepełnoletniego dzieciaka, bo to naprawdę niewiele znaczy. To tak dla jasności – ja opisuję po prostu, jak było.

Pana psychologa to nie zniechęcało. Oj tam, oj tam, kto by się przejmował niefajnymi efektami, skoro eksperymenty robi się na kim innym, prawda? Dziecko, razem z bratem bliźniakiem, Brianem, było corocznie monitorowane, żeby – de facto – potwierdzić sukces eksperymentu. Inicjator tego „projektu” w swoich raportach przedstawiał wyniki jako potwierdzające jego teorię. Według niektórych źródeł szanowny pan doktor puszczał tym chłopcom pornograficzne filmy – tak, żeby zobaczyć jak reaguje chłopiec i „dziewczynka”. Albo w sumie nie wiem dlaczego… Bo był chorym człowiekiem?

Walka o odzyskanie życia

Bracia Reimerowie jako dzieci

Kiedy David miał dwanaście lat lekarze rozpoczęli podawanie mu estrogenów – mimo że chłopak kategorycznie odmawiał ich przyjmowania i część dawek, kiedy mógł, zwyczajnie wyrzucał. Był już świadomym, młodym – choć niedorosłym jeszcze – człowiekiem i zaczynał rozumieć, co mu robią. David nie akceptował swojego kobiecego wyglądu, buntował się przeciwko terapii hormonalnej. Rodzice zdecydowali się poinformować swojego syna o jego przeszłości. Mając czternaście lat Reimer zdecydował, że jednak – wbrew wszystkiemu! – chce żyć jako mężczyzna. W związku z tym – zgodnie z zaleceniem lekarzy – David zaczął przyjmować testosteron, zdecydował się na zabieg podwójnej mastektomii, a kiedy miał piętnaście albo szesnaście lat przeszedł operacje mające na celu odbudowę prącia. Od tamtego czasu twierdził, że jego komfort życia uległ znacznej poprawie i przyjął imię David. Następnie ożenił się i adoptował troje dzieci swojej partnerki. Żona zawsze przedstawiała go jako stuprocentowego mężczyznę.

Tragiczny finał bezdusznego eksperymentu

Niestety w 2004 roku David popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Dwa lata wcześniej w wyniku przedawkowania leków zmarł jego chorujący na schizofrenię brat-bliźniak. W opinii matki, gdyby nie ten wyniszczający eksperyment, David żyłby do dziś. Według jej wspomnień problemy i przejścia Davida miały olbrzymi wpływ na jego brata. Nie znaczy to oczywiście, że były one powodem jego schizofrenii – szanujmy jednak psychologię i psychiatrię mimo pana Money’a. Ale być może rodzina byłaby w stanie lepiej pomóc Brianowi, gdyby nie była wcześniej tak skrzywdzona? Nie wiem, gdybam tylko.

Warte odnotowania jest to, że lewica absolutnie nic z tej historii nie wyniosła. Dalej twierdzi, że „płeć to konstrukt społeczny”, dalej twierdzi, że można dzieci wychowywać niezgodnie z ich płcią biologiczną albo w ogóle „bezpłciowo” (na przykład modelka Emily Ratajkowska niedawno stwierdziła, że pozna płeć swojego dziecka, dopiero jak to osiągnie osiemnaście lat), a jakiś czas temu Prawicowy gej – Waldemar Krysiak ujawnił screeny, które wyraźnie wskazywały, że niektóre dzieciaki tego typu leki hormonalne sprzedają innym dzieciakom.

Ludzie rozumni uczą się na własnych błędach. Jak widać po tym przykładzie, lewica do takich ludzi się nie zalicza.

M.

źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/David_Reimer

FB: https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

TT: https://twitter.com/NawiasemPiszac

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Niebinarne kłamstwo

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Mężczyzna, o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, nazywa się James Shupe. Parę lat temu został uznany za pierwszą niebinarną osobę w USA. Dzisiaj przyznaje, że to wszystko było oszustwem.

Jamie Shupe, 52, was born male, married a woman and had a child. But Shupe felt neither male nor fully female. Now, an Oregon judge has allowed Shupe to identify as non-binary, believed to be a first in the United States.

Identyfikuję się jako… jako kto tak naprawdę?

Wszystko zaczęło się w 2015 roku, kiedy Shupe napisał dla New York Times o swojej decyzji, żeby żyć jako kobieta. Opowiadał wówczas, że autentycznie czuł się kobietą oraz że „skutecznie przehandlował swój biały, męski przywilej, aby stać się jedną z najbardziej znienawidzonych mniejszości w Ameryce”. Rok później Shupe zmienił zdanie i stwierdził, że jednak nie identyfikuje się ani jako kobieta, ani jako mężczyzna i chce żyć jako osoba niebinarna. Trafił wówczas na pierwsze strony gazet, ponieważ sąd w Oregonie zgodził się, aby mógł wpisać w dokumentach tzw. „trzecią płeć”.

Zastraszanie w imię ideologii

A jak się ta cała metamorfoza zaczęła? Shupe nie ukrywa dzisiaj, że wielokrotnie, wspierany przez mainstreamowe media, uciekał się do szantażów i gróźb. W 2013 roku, w czasie poważnego kryzysu psychicznego, Shupe przekonał sam siebie, że jest kobietą i udał się do pielęgniarki, domagając się przepisania hormonów. Zagroził, że jeśli nie wyda mu odpowiedniej recepty, to sam sobie odpowiednie leki kupi przez Internet. Kobieta zgodziła się i przepisała mu hormony (2 mg doustnego estrogenu i 200 mg spironolaktonu), mimo że nigdy wcześniej Jamesa nie widziała. Całkowicie zignorowała fakt, że Shupe cierpiał na zespół stresu pourazowego (wcześniej przez około osiemnaście lat służył w wojsku), niektórzy psychiatrzy podejrzewają też u niego chorobę afektywną dwubiegunową oraz zaburzenie osobowości z pogranicza (czyli inaczej borderline). Jak dzisiaj przekonuje Shupe już wtedy ktoś powinien go powstrzymać, ale jak sam określa „niekontrolowany aktywizm transpłciowy sprawił, że pielęgniarka za bardzo się bała, aby mu odmówić”. Tylko jedna terapeutka próbowała mu się przeciwstawić – skończyło się tak, że Shupe złożył przeciwko niej formalną skargę i doprowadził do jej zwolnienia. Nie minęły dwa tygodnie, kiedy Shupe znalazł nowego terapeutę, który już bez żadnej dyskusji potwierdził jego tożsamość jako kobiecą.

Zrobię sobie krzywdę i nikt mnie nie powstrzyma

Zaraz po tym, jak zaczął przyjmować hormony, zapisał się również na terapię do kliniki płciowej w Pittsburghu, gdzie przymierzał się do operacji zmiany płci, która – jak go przekonywali transpłciowi aktywiści – rozwiąże wszystkie jego problemy i sprawi, że będzie szczęśliwym człowiekiem. Zmiana płci była ich zdaniem lekiem na całe zło i Shupe uwierzył w ich zapewnienia. W tamtej chwili nikt nie mógł już stanąć Amerykaninowi na jego drodze do poddania się operacji waginoplastyki. Istnieje obfita literatura internetowa informująca osoby transpłciowe, że ich zmiana płci nie jest prawdziwa. Ale kiedy licencjonowany lekarz pisze do ciebie list, w którym stwierdza, że ​​urodziłeś się w niewłaściwym ciele, a agencja rządowa lub sąd potwierdza to złudzenie, stajesz się uszkodzony i zdezorientowany. Z całą pewnością tak właśnie było ze mną – opowiada dzisiaj Shupe.

Bolesna przeszłość

Zwierza się on również, że jako dziecko był wykorzystywany seksualnie przez krewnego oraz bity przez rodziców. Jak sam opisuje, był narażony na tak wiele przemocy i seksualnych cielesnych kontaktów, że do tej pory nie wie, jak przetworzyć mentalnie niektóre rzeczy, które widział i których doświadczał. Dzisiaj Shupe zgadza się z bardzo niepopularną w niektórych kręgach teorią Raya Blancharda, że istnieje grupa mężczyzn, u których podniecenie seksualne wywołuje myśl, że sami są kobietami. Zdaniem weterana amerykańskiej armii przyczyniły się do tego traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, lata oglądania pornografii, kiedy służył w wojsku oraz małżeństwo z kobietą, która opierała się jego żądaniom, aby stała się idealna. W tamtym momencie faktycznie we własnej głowie stał się tą kobietą, a noszenie peruki, sukienek, szpilek i malowanie się podtrzymywało tę iluzję.

Shupe mówi dziś wprost, że najlepszą dla niego rzeczą byłaby intensywna terapia, która uchroniłaby go przed jego niezdrowymi – jak sam obecnie przyznaje – skłonnościami:

Społeczność medyczna tak bardzo boją się społeczności trans, że teraz nie chcą już stawiać nikomu diagnozy Blancharda. Transpłciowi mężczyźni wygrywają w medycynie i wygrywają walkę o język- wspomina – Udało im się uczynić określenie transwestyty wulgarnym, a przecież oznacza on po prostu mężczyznę ubierającą się w kobiece ubrania. Podkreśla on, że teraz koniecznie trzeba nazywać ich transseksualistami (a przecież jeszcze do niedawna znaczenie tego słowa było zupełnie inne – transseksualista był osobą, która przeszła już jakąś formę medycznej lub chirurgicznej terapii korekty płci – przyp. M.) Zauważa on również pewne zjawisko – twierdzi mianowicie, że kobiety, które stają się mężczyznami nie walczą w sposób równie zaciekły w wojnach społeczności transpłciowych; robią to teraz prawie wyłącznie „mężczyźni w sukienkach”. Trauma, hiperseksualność spowodowana wykorzystywaniem seksualnym w dzieciństwie i autogynefilia powinny być sygnałami ostrzegawczymi dla osób zajmujących się sztuką medyczną, psychologią, psychiatrią i medycyną fizykalną – ale nikt oprócz jedynego terapeuty w Pittsburghu nigdy nie próbował mnie powstrzymać przed zmianą mojej płci. Po prostu pomagali mi się krzywdzić – podkreśla mężczyzna. Trudno im się jednak dziwić, skoro Shupe osobiście przyczynił się do zwolnienia wspomnianego terapeuty.

Trudna sława

Trzy lata po określeniu się jako kobieta, Shupe zwrócił uwagę, że mimo zażywania wszystkich hormonów, w dalszym ciągu nie przypomina on kobiety. Wtedy zaczął chronić się za określeniem „niebinarny”. Zwrócił się więc do swoich lekarzy z prośbą, aby zrobili z niego osobę niebinarną, a nie dalej walczyli z jego organizmem, żeby coraz bardziej przypominał kobietę. Lekarze zgodzili się, ale terapia wyglądała podobnie – Shupe znowu musiał faszerować się hormonami. Aby uciec od złudzenia, że stał się kobietą, Shupe właśnie wtedy zwrócił się do sędziego z Oregonu, aby prawnie uznał jego płeć jako niebinarną. Miało to miejsce w 2016 roku – Shupe stał się wówczas pierwszą prawnie uznaną osobą niebinarną w Stanach Zjednoczonych. Wtedy to właśnie został on gwiazdą wśród społeczności LGBT – jego historia i zdjęcia trafiły do publikacji na całym świecie. W tym czasie skontaktowała się z nim organizacja pomocy prawnej dla osób LGBT z siedzibą w Waszyngtonie z propozycją pomocy zmiany w metryce urodzenia. To było kolejne „historyczne zwycięstwo” Amerykanina – wystawiono mu zupełnie nową metrykę urodzenia w Waszyngtonie – po raz pierwszy w historii stolicy Ameryki Północnej wydrukowano akt urodzenia ze znacznikiem płci innym niż mężczyzna czy kobieta. Jego płeć określono jako nieznaną.

Od bohatera do wroga

W 2017 roku Shupe otwarcie wystąpił przeciwko sterylizacji i okaleczaniu dzieci zdezorientowanych płciowo i transpłciowych członków służby wojskowej. Wtedy też organizacje LGBT odwróciły się od niego – z dnia na dzień z pupila liberalnych mediów stał się konserwatywnym pariasem. Z kolei w 2019 roku James wyjawił prawdę na temat swoich doświadczeń. Stwierdził, że i tak miał szczęście, bo jego ciało, pomimo poddawaniu go procesowi hormonalnej zmiany płci przez sześć lat, jest praktycznie nienaruszone. Nie znaczy to jednak, że mężczyzna wyszedł z tego eksperymentu bez szwanku – jak sam opisuje na jego psychice pozostanie niezagojona blizna, a kilka lat przyjmowania hormonów przyczyniło się do różnego rodzaju problemów zdrowotnych. Twierdzi również, że ma olbrzymie wyrzuty sumienia z powodu „oszustwa”, w którym brał udział. Pod wpływem jego działań wydano miliony dolarów z pieniędzy podatników na korektę dokumentów prawa jazdy w jedenastu stanach i mocno popchnięto do przodu transseksualne szaleństwo.

Gorzka prawda

Dzisiaj Shupe otwarcie mówi, że nie ma trzeciej płci. Że osoby interpłciowe są albo kobietami, albo mężczyznami, a ich stan jest wynikiem zaburzenia rozwoju seksualnego. Potrzebują one terapii psychologicznej, a nie faszerowania hormonami. „Odegrałem swoją rolę w rozwijaniu tej wielkiej iluzji. Nie jestem tutaj ofiarą. Moja żona, córka i amerykańscy podatnicy są prawdziwymi ofiarami” – wyznaje po latach. Oczywiście o jego historii nie przeczytamy w żadnym medium głównego nurtu – media zaczęły go po prostu ignorować, mimo że wcześniej praktycznie nie schodził z pierwszych stron gazet. Z jednego powodu – wyznanie Jamesa jest bardzo niewygodne dla lewicowych aktywistów. Nie pierwszy raz prawda jest dla nich tak bolesna, że za wszelką cenę starają się ją uciszyć. Warto jednak to doświadczenie Amerykanina nagłaśniać – być może przekona kogoś do zmiany zdania, zanim wyrządzi sobie nieodwracalną krzywdę.

M.

źródło: https://www.intellectualtakeout.org/article/i-was-americas-first-nonbinary-person-it-was-all-sham/

FB: https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

TT: https://twitter.com/NawiasemPiszac

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Pamiętajmy o bohaterach

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Pamiętacie początek wojny na Ukrainie? Jaki był stosunek świata do tego, co się tam dzieje? Najbardziej dosadnie wyrazili go Niemcy, tłumacząc ambasadorowi Ukrainy, że przecież jego ojczyzny za trzy dni nie będzie, a oni mają interesy do robienia, więc proszę niepotrzebnego rabanu nie robić. Dopiero bohaterska postawa Ukraińców, którzy chwycili za broń i zdecydowali się walczyć w obronie własnego kraju sprowokowała świat zachodu do działania. Gdyby nie ta pomoc i postawa ukraińskich żołnierzy dzisiaj pewnie nikt nie pamiętałby o wojnie, a ja z Grzesiem szykowałabym się na wycieczkę do Czarnobyla i Prypeci. Cena byłaby jednak ogromna, zwłaszcza dla Ukraińców, bo w takim wypadku zwiedzalibyśmy po prostu Rosję. Bo taka z reguły jest cena, kiedy Twój kraj jest atakowany, a nikt nie walczy w jego obronie.

Dzisiaj ci sami ludzie, którzy tak głośno wyrażają podziw dla bohaterskiej postawy Ukrainy, jednocześnie zadają pytanie: „A po co ta Warszawa walczyła w 1944 roku?”. Bo owszem, cena którą przyszło nam zapłacić była ogromna i niezwykle bolesna. Wydaje mi się jednak, że owszem – być może powstanie było źle przygotowane i zaplanowane, ale jednak było konieczne. Z prostego powodu – Polacy nie mogli wtedy dłużej znieść życia pod butem Niemca. I woleli podjąć jeszcze jedną próbę walki, aby pokazać światu, że Polska się nie poddaje, nieważne w jak beznadziejnej sytuacji się znalazła. Wtedy jednak świat odwracał wzrok i wolał udawać, że nie widzi, jak się wykrwawiamy.

Nasi przodkowie woleli ginąć w boju niż klęczeć przed okupantem. I chciałabym, żebyśmy – tak samo jak nie poddajemy w wątpliwość choćby sensu powstania w getcie warszawskim, bo jest dla nas jasne po co ci ludzie wtedy walczyli – traktowali również Powstanie Warszawskie. Bo jedno jest dla mnie jasne – tak wielka liczba chętnych do walki z Niemcami świadczyła o jednym: dla Nich, wtedy, to powstanie było ważne i potrzebne. I odnoszę wrażenie, że nawet gdyby takie rozkazy wówczas nie padły – młodzi Polacy i tak prędzej czy później rzuciliby się do walki.

Pamiętajmy o bohaterach. Pamiętajmy o powstańcach warszawskich.

M.

Czytaj dalej