Nawiasem Pisząc
Autorytet zabrał głos
Kiedyś, zapytany o referendum w sprawie przyjmowania uchodźców, Maciej Maleńczuk był łaskaw powiedzieć o Polakach: Referenda nie powinny rozstrzygać o takich kwestiach ze względu na tych, którzy biorą w nich udział. Z pewnością byśmy przywrócili karę śmierci. Referendum to nie jest najlepszy pomysł w kraju, w którym żyje 80 proc. idiotów. Równie dobrze możemy zapytać, czy w szczególnych przypadkach okrucieństwa, proponujemy egzekucje publiczne. Stawiam tezę, że to by przeszło. Cóż, zdaniem pana Maleńczuka pewnie jestem idiotką, bo w referendum dotyczącym przyjmowania uchodźców niewiadomego pochodzenia zdecydowanie zagłosowałabym przeciw, za to, gdyby odbyło się inne dotyczące kary śmierci, krzyżyk postawiłabym pod słowem „TAK”. Pewnie powinno być mi strasznie wstyd, że taki wybitny artysta uważa mnie za głupią, ale wiecie co? Nie jest. Bo Maleńczuk nie ma nawet matury, a mimo to uznał, że ma święte prawo, a wręcz obowiązek oceniać cały naród z góry, bo widocznie zjadł wszystkie rozumy. Panu artyście proponuję, żeby przyjął pod swój dach iluś tam imigrantów, a także morderców i gwałcicieli, którzy wyszli na wolność ze względu na nasz wyjątkowo pobłażliwy dla takich indywiduów system sprawiedliwości.
Do szczęścia wystarczy ładne opakowanie
I byłabym już tego faceta odesłała w zapomnienie, gdyby nie to, że trafiłam ostatnio na jedną śmieszną jego wypowiedź:
Interia: Oglądał pan ceremonię otwarcia?
Maleńczuk: Tak i byłem zachwycony. Jak się okazało polskich katolików i prawicowców znowu coś obraziło. I jeszcze wywlekli Lennona. Odwalcie się od Lennona. Gościu był podstawą największego zespołu muzycznego świata. Facet założył The Beatles, a teraz przychodzi jakiś chłystek i próbuje tego człowieka deprecjonować? Co za bzdura! To się właśnie nazywa wykształcenie ponad inteligencję. Człowiek nauczył się po angielsku, wreszcie zrozumiał tekst i próbuje go po swojemu interpretować. Trzeba było się nie uczyć, to dalej byś sobie nucił ładną piosenkę.
Tematem zajął się już Raz prozą, raz rymem – walczymy z propagandowym reżimem i zrobił to w swoim zwyczaju – krótko, dosadnie i na temat. Ale mam ochotę jednak wtrącić swoje trzy grosze. Otóż po całej aferze w związku z otwarciem Igrzysk uznałam, że powinno się dzielić ludzi na trzy kategorie. Pierwszy typ, kiedy ktoś podaje mu opakowane w kolorowy papierek zawiniątko i twierdzi, że to czekoladka, odpowiada, że przecież czuje, że śmierdzi na kilometr i że nie będzie jadł kupy. Druga sprawdzi, odwinie papierek, a potem odrzuci zawartość z obrzydzeniem. I wreszcie trzeci, który zje „przysmak” z apetytem, a potem jeszcze się obliże, bo przecież powiedziano, że to czekoladka, więc to musi być czekoladka. Właśnie coś takiego usiłowano nam sprzedać na tej ceremonii, a potem, kiedy okazało się, że trochę smrodu się jednak rozeszło, usiłowali nas przekonać, że to, co widzieliśmy wcale nie było tym, co widzieliśmy. I że jesteśmy idiotami, skoro widzieliśmy to, co widzieliśmy, nie znamy się na sztuce i ogólnie niewykształcony motłoch z nas. Przepraszam za niezbyt wyszukaną metaforę, ale skojarzyło mi się z pewną akcje twórców popularnej gry „Cards against humanity”. Dosłownie zaczęli sprzedawać kupę w ładnym opakowaniu. Bardzo ładnym, bo takim, w które były pakowane najlepsze wtedy telefony komórkowe. I ludzie to masowo kupowali, a potem byli zdziwieni zawartością, mimo że autorzy pomysłu nie kryli się z tym, co pakują w te ładne pudełeczka. W każdym razie zgadnijcie, do której z tych grup zaczęłam właśnie zaliczać pana Maleńczuka?
Nie ten malarz, nie ten obraz
Żeby ten osąd uargumentować, może jeszcze wróćmy do tłumaczeń twórców tego obrzydliwego show i wypunktujmy, jak bardzo pogubili się w swoich kłamstwach. Zacznijmy od tego, że pewna gruba niewiasta, występująca w tym przedstawieniu, niedługo później wrzuciła na swoje media społecznościowe zdjęcie, które jasno sugerowało, że było to przedstawienie nawiązujące właśnie do „Ostatniej Wieczerzy” Leonardo da Vinci. I wspominała tam coś, zdaje się, o „dekalogu gejów”. A potem, kiedy twórcy zaczęli się szybciutko wycofywać i wmawiać, że wszystkim wokół się coś przyśniło w wywiadach tłumaczyła, że przecież była Apollem i rani ją hejt, który jej teraz dotyka. Nawarzyła sobie piwa, a teraz ma problem, żeby je wypić. W każdym razie szybko zaczęto tłumaczyć, że twórcy wcale nie chcieli ośmieszyć słynnego i istotnego dla chrześcijan obrazu, a jedynie inspirowali się „Ucztą bogów” van Biljerta. Nie znam się na sztuce, więc postanowiłam, że sprawdzę to sobie. I trochę się zdziwiłam, bo Jan van Biljert nie namalował żadnej „Uczty bogów”. Owszem, takie dzieło powstało, ale jego twórcą był Giovanni Bellini. Obejrzałam sobie ten obraz i w żaden sposób nie przypomina on tego, co wyczyniali „artyści” występujący w tej hucpie. Zaczęłam szukać tego van Biljerta, ale w międzyczasie zauważyłam, że Krzysztof Stanowski mnie wyręczył. Prawdopodobnie chodziło im o obraz „Święto bogów”, co miałoby dużo więcej sensu. Wygląda na to, że twórcy, próbując się jakoś wytłumaczyć, szukali czegoś w pośpiechu i pomylili malarzy. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy może dzieło holenderskiego artysty nie jest nazywane również „Ucztą bogów”, ale nie, bo znalazłam gdzieś dyskusję lewicowych postępaków, że co prawda na obrazie nie ma żadnego stołu, ale przecież interpretacja nie musi być 1:1. No tak, na obrazie „Uczta bogów” Belliniego nie ma żadnego stołu. Jest na obrazie „Święto bogów” van Biljerta. I jest to stół jasno nawiązujący do „Ostatniej Wieczerzy”. Czyli niektórzy z obrońców tego cyrku wysilili się nawet na tyle, żeby odszukać obraz, ale nie sprawdzili już sobie, że nazwisko twórcy się nie zgadza. Nie chciało im się, bo właśnie dostali czekoladkę.
Co Francuzi mieli do zaoferowania światu?
Potem zaczęli tłumaczyć się mitologią i faktycznie, ta cała rozpusta na stole nawiązującym do „Ostatniej Wieczerzy” mocno skojarzyła mi się z bachusowymi dożynkami. I pod tym względem faktycznie można było podpiąć to pod wspominane „Święto bogów”, ale w takiej sytuacji występująca tam gruba baba w dalszym ciągu miała przedstawiać Jezusa, bo van Biljert mocno inspirował się właśnie dziełem da Vinciego. Nie rozumiałam jednak do końca, dlaczego Dionizos jest niebieski? I dlaczego uznali, że ludzie koniecznie muszą widzieć jego przyrodzenie? Dodatkowo, odkąd pamiętam, kraj, w którym organizowane były Igrzyska starał się w ceremonii nawiązywać do własnych tradycji, historii i dokonań. Hucpę z mitologią mogliby więc odstawiać Grecy, ale nie, kiedy oni organizowali tę najważniejszą imprezę sportową na świecie, nawiązywali bezpośrednio do idei olimpizmu. I była to naprawdę piękna ceremonia. Ze swojej historii Francuzi nawiązali jedynie do krwawej rewolucji, która skończyła się tak, że ścinali każdego, kto z niewystarczającym obrzydzeniem mówił o monarchii. Albo każdego, komu im się wydawało, że by mówił. Ogólnie szybko przerodziło się to w niekontrolowaną rzeźnię, a powiedzenie „rewolucja pożera własne dzieci” wzięła się właśnie z tego chwalebnego momentu francuskiej historii. Tak jakby nie mieli się pochwalić czymkolwiek innym. Być może uznali, że tak jest fajnie, a oni tak bardzo chcieli być fajni. Aha, i pokazywali jakieś swoje wybitne kobiety w historii – i tylko kobiety. O wybitnych mężczyznach nie wspominali, widocznie też uznali, że żadnych nie mieli. Pewnie im się wydawało, że fajność wybiła już skalę, ale tak naprawdę przedstawili swoją historię tak, jakby Francja nigdy nikomu nie miała nic do zaoferowania. Trochę to smutne. Żaden tam Napoleon Bonaparte, Voltaire czy Victor Hugo. Lepiej pokazać, jaka to rewolucja była fajna, a potem dać pokaz rozpusty, zboczeństwa i negliżu. I wiecie co? Owszem, było mi przykro, kiedy na imprezie, na którą czekałam trzy lata, twórcy postanowili napluć mi w twarz, ale jeżeli prawa społeczności LGBT miałyby oznaczać to, co nam tam pokazano, to wcale się nie dziwię, że nie wszędzie chcą je egzekwować. I napiszę szczerze – gdybym nie była katoliczką, a właśnie członkiem tej społeczności i chciałabym jedynie „móc się odwiedzać w szpitalach” to też poczułabym się urażona, że zostałam przedstawiona jako roznegliżowany oblech, który nie jest w stanie okiełznać własnej chuci. Zdaję sobie sprawę, że to miał być wyraz ich tolerancji i zrozumienia dla osób nieheteroseksualnych, ale wyszło mocno tak sobie. Mniej więcej tak, jak wtedy, kiedy chcieli przedstawić wszystkie reprezentacje jako równe sobie, ale najbiedniejsze kraje Afryki musiały popylać na jakichś starych kutrach rybackich. To się mogło podobać tylko jednej „grubej, queerowej, żydowskiej lesbijce”. Aha, byłabym zapomniała – tytuł tej wątpliwej jakości sztuki brzmi: „Ostatnia wieczerza na scenie nad Sekwaną”. Ale to absolutnie nie jest nawiązanie do chrześcijańska. Tutaj ewidentnie chodzi o mitologię, jak mogliśmy tego nie zrozumieć? No i nie tylko ci głupi katolicy się obrazili – zrobili to również muzułmanie. W Iranie ambasador Francji został wezwany na dywanik. Ale o tym Maciuś już nie słyszał.
Kto wywleka Lennona?
Co do wywlekania Lennona – nie Babiarz go wywlókł, a organizatorzy. Zupełnie nie rozumiem, jakim cudem ten utwór akurat został hymnem Igrzysk, które polegają na sportowej rywalizacji poszczególnych krajów. Krajów, z których każde albo prawie każde ma swoje wyznanie, swoją wiarę, swoją religię. I których zwycięzcy reprezentanci otrzymują medal – o zgrozo! – na własność. Przemysław Babiarz ośmielił się po prostu sparafrazować samego artystę, który wprost mówił, że „Imagine” jest manifestem komunistycznym, ale Maleńczuk nawet tego nie wie, dlatego uznał, że ten „chłystek” próbuje interpretować tekst po swojemu. Bo się – hehe – nauczył angielskiego. No cóż, może właśnie się nauczył. I zauważył, że to gówno w ładnym papierku, więc ze wstrętem odrzucił. Smacznego, Panie Macieju!
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Taka tam orka na Wojewódzkim
Wszyscy o tym piszą, to ja też napiszę, a co! Tym bardziej, że już wcześniej chciałam napisać parę słów o Kanale Zero, a dzięki pewnemu wywiadowi będę mogła zmieścić to w jednym tekście. Ale zanim do tego przejdę, chciałabym Was przeprosić, że pojawiam się tutaj tak rzadko. Dużo złych i niefajnych sytuacji podziało się ostatnio w moim życiu i straciłam całą ochotę, żeby babrać się w naszej rodzimej polityce. Miałam nadzieję, że Igrzyska Olimpijskie pomogą mi zresetować umysł, ale nie do końca się udało. Ale spokojnie, powoli podnoszę się z kolan, zaraz wyjdę na prostą i wtedy ruszymy z tematem! Na razie proszę Was jeszcze o trochę wyrozumiałości i jeszcze raz przepraszam.
Naiwne wypominanie dawno wyjaśnionych spraw
Podejrzewam, że po wstępie i zdjęciu już wiecie, o czym będę pisała. Tak, chodzi o słynny już wywiad, którego Krzysztof Stanowski udzielił Jakubowi Wojewódzkiemu i Piotrowi Kędzierskiemu. Temu ostatniemu niewiele poświęcę czasu, bo podczas tej rozmowy niewiele mówił (a odnosiłam wręcz wrażenie, że był zażenowany tym, co wyprawiał jego kolega z pracy), ale Kuba znany jest z tego, że nie ma hamulców. I tym razem faktycznie nie wyhamował i wpierdzielił się z całym impetem w ścianę. Bo, Drodzy Obserwujący, co tam się nie działo! Było o Dorocie Wysockiej-Schnepf i rzekomym ataku Stanowskiego na jej syna (atak miał polegać na tym, że właściciel Kanału Zero wspomniał o tym, jak – wówczas – czternastolatek ma na imię), było o zatrudnieniu Tomasza Kammela (Wojewódzkiemu nie pasowało, że dostał pracę u Stanowskiego, ale od kiedy to jego sprawa i co takiego złego zrobił Kammel, że nie powinno się go zatrudniać?), tradycyjne już czepianie się, że do Kanału Zero zapraszane są te osoby, które nie powinny być zapraszane, przynajmniej w oczach main-streamu (Braun czy Rodacy Kamraci). Bardzo spodobała mi się odpowiedź Stana, że Wojewódzki może zapraszać do swoich wywiadów tylko i wyłącznie Krystynę Jandę i ona będzie opowiadała to, co ludzie „powinni” usłyszeć, ale to nie sprawi z automatu, że pewne zjawiska przestaną istnieć. A ja też osobiście uważam, że dziennikarz powinien zajmować się wszystkimi tematami, nie tylko takimi, które mu się podobają.
Samozaoranie Wojewódzkiego
Ale najpiękniej Wojewódzki wykaszanił się tuż pod koniec rozmowy (tak mi się wydaje, chociaż przyznam szczerze, że wywiad oglądałam partiami, bo praktycznie w całości polegał na słownych przepychankach i wchodzeniu w słowo, czego nie lubię; więc chronologia mogła mi się popierdzielić). Próbował sugerować Stanowskiemu, że na słynnych urodzinach Roberta Mazurka (a były słynne, bo Mazurek zaprosił polityków, zarówno z KO, jak i z PiS; ci politycy nie wzięli się za łby i pewna część społeczeństwa była tym bardzo zaskoczona) rozmawiał z pewnym posłem PiS-u, żeby przyjąć korzyści majątkowe na poczet swoich mediów. No i się okazało, że Stanowskiego w ogóle nie było na tych urodzinach. Fizycznie nie miał możliwości rozmawiania tam z nikim. Nawet zadzwonił do Mazurka, żeby potwierdził. Wojewódzki próbował potem i tak wszystko obrócić w ten sposób, że Stano po prostu nie szanuje swoich kolegów i olewa ich urodziny. Jak rozumiem, miał to być rozpaczliwy żart, żeby odwrócić uwagę od tej wtopy. Ja naprawdę nie rozumiem tego rodzaju weryfikacji, bo wystarczyło po prostu wcześniej zadzwonić do Mazurka i dopytać. „Król TVN-u” nie musiał w tym celu sprawdzać tajnych akt i siedzieć nad nimi godzinami, wystarczył jeden telefon. Ale nawet to było za dużo.
Niezrozumiałe zarzuty
I tym pięknym sposobem przejdziemy do tematu, który chciałam poruszyć wcześniej, ale życie prywatne mnie ostatnio nie rozpieszcza. Otóż dojdziemy do materiałów Marii Wiernikowskiej, która pojechała do Rosji, żeby pokazać, jak ten kraj wygląda „od środka”. I do których Kuba Wojewódzki też miał zarzuty. Tutaj trzeba przyznać, że Wojewódzki się przygotował, bo obejrzał aż sześć odcinków z trzyodcinkowej serii, więc „szapoba”. Ja obejrzałam tylko trzy. I naprawdę zachodzę w głowę, co w tym było prorosyjskiego? Ja, na przykład, po obejrzeniu całości doszłam do wniosku, że nigdy nie chciałabym żyć w tym kraju. Maria Wiernikowska prowadzi swoje materiały lekko, nawet jeśli dotykają poważnych tematów, bo posiada umiejętność rozmawiania z ludźmi. I z nimi rozmawia. A oni opowiadają. I naprawdę, po tym trzęsieniu ziemi, które wybuchło w Kanale Zero po publikacji tego materiału (na znak protestu odeszło stamtąd paru dziennikarzy; jeśli się nie mylę m. in. Jarosław Wolski) tracę wiarę w ludzi.
Czy wolno nam jeszcze myśleć samodzielnie?
Odnoszę bowiem wrażenie, że współczesne dziennikarstwo polega na tym, że trzeba dokładnie wskazać ludziom palcem, co jest dobre, a co złe. Że trzeba im wytłumaczyć, co mają myśleć. Kiedy widziałam Rosjan, którzy się w tym materiale wypowiadali, byłam przerażona, że można być aż tak zindoktrynowanym, tak zamkniętym w swojej bańce. Ale Maria Wiernikowska popełniła jeden, niewybaczalny błąd. Ona nie powiedziała potem widzom: „O, patrzcie, jaki zmanipulowany”. Ona po prostu pokazała te wypowiedzi, ale pozwoliła widzom samodzielnie wyciągnąć wnioski. Zastanawiam się w takim razie, kto jest bardziej prorosyjski, skoro z takiego materiału ktoś wyciągnął wnioski, że został zrobiony „ku chwale wielkiej Rosji”. Ja tego nie widziałam. Ja tym ludziom po prostu współczułam. Naprawdę.
Należy pokazywać nieprawdę?
Czytałam też zarzuty, że pokazała, że w Rosji są centra handlowe, że mają tam jakieś rozrywki i że na straganach naprawdę można coś kupić, a nie że rozstawiają je dla samego rozstawiania, a potem tam bezczynnie siedzą, bo i tak nie mają nic innego do robienia. Czyli, jak rozumiem, miała udawać, że tego nie ma? Miała przekłamać w tym materiale? Celowo chodzić po jakichś podejrzanych zaułkach, żeby udowodnić ludziom, że Rosja to nic innego, jak bieda i nędza? Czy podpalić to centrum handlowe i stragany, żeby potem powiedzieć z satysfakcją „patrzcie, jacy biedni”? A może ten materiał pokazał co innego? Że te sankcje, które Unia Europejska nakłada na Rosję, wcale nie działają. Przecież ja na samym początku wojny na Ukrainie słyszałam, że nałożyliśmy na Rosję już takie sankcje, że rok, góra dwa i Rosji praktycznie nie będzie. Tymczasem wojna trwa już cztery lata i teraz to Rosja jest bardziej dominującą stroną.
Podwójne standardy?
Okazuje się również, że Maria Wiernikowska naraża swojego operatora na niebezpieczeństwo, zmuszając go do tego wyjazdu. Nie wiem, skąd informacje o jakimkolwiek zmuszaniu? Podejrzewałam raczej, że zaproponowali konkretnemu człowiekowi takie zadanie do wykonania, a on się zgodził. Być może o czymś nie wiem. Zadaję sobie w takim razie pytanie: a co z Ukrainą? Czy kiedy dziennikarze i ich operatorzy jadą tam, żeby realizować reportaże z frontu, nie narażają się na niebezpieczeństwo? Dlaczego o tym się nie mówi? Super bezpiecznie tam na pewno też nie jest. Wtedy jest w porządku? Było też o tym, jakim cudem kobieta dostała w ogóle akredytację dziennikarską. Problem polega na tym, że wcale jej nie dostała. Nie mogła wchodzić na pałę, gdziekolwiek chciała. Ona to nagrywała z ulicy, z ogólnodostępnych miejsc albo z pociągu. Z tego co pamiętam, dostała jakąś „kartę influencera”, żeby tam wjechać, ale jakie to jej dawało uprawnienia, nie mam pojęcia. Ona też nie wiedziała.
Trzecia strona medalu
Zresztą, Maria Wiernikowska była też w Strefie Gazy. Dokładnie wtedy, kiedy wybuchło tam całe szambo, kiedy Ż dokonywali ludobójstwa na Palestyńczykach. I co, wtedy nie narażała swojego operatora na niebezpieczeństwo? Nie rozumiem tej logiki. Z tamtych materiałów mogliśmy zresztą dowiedzieć się, czarno na białym, jaki stosunek do Polaków mają obywatele Izraela. Nie, żebyśmy wcześniej o tym nie wiedzieli, ale w tamtych reportażach Wiernikowska zaczepiała przypadkowych ludzi, którzy byli przekonani, że Polacy mordowali Żydów. Na odpowiedź, że to nie Polacy, tylko Niemcy, mogliśmy usłyszeć odpowiedź: „Tak, ale Polacy im pomagali”. Ale po tamtych materiałach było jeszcze spokojniej, bomba wybuchła, kiedy dziennikarka postanowiła pokazać Rosję od środka. I widocznie to było nie do przetrawienia, bo okazało się, że Rosja wcale nie jest taką ruiną, jak nam to media przedstawiały. Nie, żeby było tam sielsko i anielsko, ale kamień na kamieniu jeszcze stoi. Sankcje nie działają, a zapewniano nas, że działają. I może o to jest ten cały raban?
M.
Nawiasem Pisząc
Podwójne standardy
My jesteśmy niepodrabialni jako naród. Zdecydowanie: niepodrabialni. Bo czy wyobrażacie sobie, żeby w jakimkolwiek innym kraju, tuż po tym jak wyszły naprawdę kompromitujące fakty na temat partii rządzącej, tłum najbardziej obruszył się tym, że prezydent w końcu się zdenerwował i wytłumaczył idiocie, że jest idiotą? A u nas, proszę bardzo: jak kraść, to miliony, jak kochać, to nie tylko dzieci, ale też psy… ale podnosić głos na dziennikarza TVN-u? Skandal, nie godzi się! Pewnie teraz mu przykro. Zamknął się w łazience i od dziesięciu godzin nie chce wyjść! Mamusia mu musi jedzenie przez drzwi podawać.
Słuszne oburzenie?
Wiecie, że ta cała afera z frankami kojarzyła mi się do tej pory głównie z dwoma politykami? Z Ryszardem Petru, który zachęcał ludzi, żeby brali kredyty we frankach, bo są super pewne i bezpieczne. A potem śmiał się z tych ludzi, że co za kretyn bierze kredyty w obcej walucie i potem się dziwi, że trzeba płacić po kursie? A ci kretyni, którzy na niego głosowali, potem razem z nim śmiali się z innych kretynów, którzy na niego głosowali, ale ci pierwsi akurat w tamtym okresie nie potrzebowali kredytu. Śmiali się, że przecież trzeba było się słuchać Ryśka. Drugim takim politykiem jest Roman Giertych, który lubi od czasu do czasu (zwłaszcza od 2023 roku) odpalać się, że frankowicze wciąż czekają na pomoc, a PiS nie robi nic, podkreślam: NIC (tu należy wstawić długi ciąg wykrzykników przerywanych jedynkami, żeby to odpowiednio wybrzmiało), żeby tych ludzi w jakikolwiek sposób wesprzeć! Nic, a nic!
Nasz cyrk… nasza foka i nasz koń
Cóż, taka to rola konia, żeby od czasu do czasu rżeć, ale jednak wypadałoby zachować jakieś resztki przyzwoitości. Bo kancelaria Giertycha na tych frankach zarobiła już ponad 8 milionów złotych. I w sumie, co chłopu żałujecie, wredny PiS nie chciał pomóc, więc on przyszedł i zrobił, naturalna sprawa, prawda? Tak by było, gdyby nie fakt, że procesy frankowiczów były bardzo konsekwentnie sabotowane – przez pana Sebastiana, na którego wszyscy wołają „Foka”, a tak się składa, że to bliski kumpel Giertycha. A to składał nieprawdziwe oświadczenia, a to popełniał błędy na poziomie proceduralnym. Normalna kancelaria już by takiego gagatka wzięła na dodatkowe szkolenia, opierdzieliła, w najgorszym razie zasugerowała szukanie nowej pracy, ale Romek widocznie rozumie, że foka to foka i nie ma co od niej oczekiwać cudów. Pan Sebastian na razie jest na poziomie obracania piłki na własnym nosie przy jednoczesnym klaskaniu – uczy się więc i rozwija. A w tym czasie pan Roman może batem okładać ten wstrętny PiS, że tak ludzi zostawił bez pomocy.
Krystaliczny poseł!
W międzyczasie kasa do kieszeni strumieniem spływała, ale podobno dzielny Roman ani razu nie zemdlał w tym czasie. Każde takie opóźnienie było mu, bardzo niewygodnie, na rękę. I za każde takie opóźnienie była przyznawana premia, więc z góry widać, że to jeden, wielki przypadek. Oczywiście, od wyjaśniania i załatwiania jakichkolwiek nieprawidłowości (bo teraz mamy do czynienia z nieprawidłowościami jedynie, drodzy Państwo, gdyby to się zdarzyło w partii PiS byłaby to skandaliczna kradzież) w szeregach Platformy, jest Donald Tusk. Więc przyszedł i wyjaśnił, że w sumie ma to w poważaniu, bo on ocenia Romana Giertycha jako posła, a nie adwokata. A posłem, Drodzy Obserwujący, jest PRZE-UCZ-CI-WYM! W życiu uczciwszego nie znajdziecie.
Prywatne kontakty
Chociaż trochę się dziwię, jakim cudem taki troskliwy mąż, ojciec i dziadek aż tak nie interesuje się prawniczą działalnością swojego kolegi, bo tak się składa, że Giertych reprezentował też jego i jego rodzinę. Między innymi dlatego jego córka trafiła na nagrania z Pegasusa, a sam Tusk rozkręcił z tego powodu kolejną aferę. No, chyba że jego córka zadzwoniła tylko do wujka Romana, żeby się go zapytać, jaką szczotę następnym razem zabrać do czesania jego długiej grzywy, po tym jak tam się gdzieś wybiorą na wspólny galopik. Jeżeli teraz coś sobie niejednoznacznie wyobrażacie, to przestańcie, proszę Was. Naprawdę, przestańcie. Bo zaraz będę Wam musiała napisać, że w tej partii wcale nie jest tak źle, jak się Wam wszystkim wydaje. Jest jeszcze gorzej. I zaraz będę musiała Wam ten sielski obrazek zniszczyć.
Skomplikowane powiązania
Tak naprawdę nie wiem, od czego to niszczenie mam zacząć? Czy od tego, że prawie zawsze w takich sprawach, jakiś parszywiec dobierający się do dzieci okazuje się być związany z KO? A to Józefaciuk zapraszał jakiegoś do Sejmu, a to syn posłanki KO popełnia samobójstwo, bo ktoś opublikował jego dane… i tylko dlatego, bo w przekazie medialnym dość mocno umyka fakt, że chłopak był molestowany przez… działacza KO. Ale to by było zbyt brutalne, więc może napiszmy to jakoś lżej. Otóż, kiedy posłowie KO tak mocno krytykowali prezydenta za weto tej ustawy, co to niby tylko nie pozwalała trzymać psów na łańcuchu, to tylko i wyłącznie dlatego, że oni ze swojego całego i szczerego serca… kochają psy. A rzecz dotyczy jednej z działaczek partii, która wplątała się w związek, jaki na FB określilibyśmy jako: „To skomplikowane”.
„Czy przestał Pan…?”
Na początek, żeby być wierną wobec faktów. A więc facet tej kobiety został skazany na 25 lat więzienia za znęcanie się nad partnerką i jej dzieckiem. I tutaj nie ma co oceniać, źle trafiła na chłopa, chłop okazał się sk****lem – co jakiś czas w Polsce, niestety, słyszy się o podobnych historiach. Tylko nie tym razem, bo niestety ta pani również usłyszała wyrok – 6,5 roku. Za ukrywanie sprawcy, nie udzielenie pomocy dziecku i… zabawianie się ze zwierzętami. Był kiedyś wywiad Bogdana Rymanowskiego ze Sławomirem Mentzenem. Polityk upierał się, że nie da się odpowiedzieć na każde pytanie „tak” lub „nie”, a taki sposób odpowiedzi narzucała mu formuła tego wywiadu. Kiedy Rymanowski wciąż nalegał, że się da, Mentzen zadał mu pytanie: „Czy przestał pan już molestować swojego kota nocą w piwnicy?”. Po tym pytaniu zapadła chwila ciszy, a potem sam Rymanowski się roześmiał. Cóż, obawiam się, że gdyby takie pytanie padło w tej sytuacji, cisza mogłaby być znacznie dłuższa, a śmiech po niej dużo bardziej nerwowy.
Bardzo chcielibyśmy to nagłośnić, ale…
Oczywiście tylko na takie afery czekali dziennikarze mediów głównego ścieku. Już tylko zacierali rączki, czekając, aż znajdzie się coś stawiającego w gorszym świetle KO, stanęli na starcie, szykując się do biegu i… nic się nie stało. Obie te afery nagle się rozpłynęły, a przekazem dnia stał się wybuch gniewu Karola Nawrockiego, który po prostu podszedł do dziennikarza TVN-u, żeby mu wytłumaczyć, co mówił na konferencji, bo biedak nie zrozumiał. Wiecie pewnie, jak to jest z idiotami? Niby człowiek wie, że nie powinien się irytować, bo idiota znowu nie zrozumiał, taki się urodził, nie jego wina, trzeba wspierać, ale jednak ma się ochotę czasem na niego fuknąć, bo ile można powtarzać to samo? No właśnie. I to właśnie ten krótki wybuch złości sprawił, że… nie mamy już o czym innym mówić. Walić Giertycha, który znowu nas wali na miliony, walić panią, która być może waliła psy i walić innych zboczeńców powiązanych z KO. Teraz mamy grubą aferę. Nawrocki się wkurwił.
Cierpliwość prezydenta
Wiecie, to już nawet nie jest zabawne, bo niektórzy opisują to zdarzenie tak, jakby dziennikarz TVN-u kompletnie pobity trafił do szpitala i musiał być utrzymywany przez miesiąc w śpiączce farmakologicznej. Jakby Karol Nawrocki urządził sobie na tej konferencji ustawkę, oklepał pysk temu facetowi, a potem splunął i poszedł dalej. A ja Wam napiszę, że trochę Nawrockiego rozumiem – od kiedy został kandydatem na prezydenta, codziennie musi mierzyć się z obrzydliwymi atakami. Na siebie, na swoją żonę i na swoje dzieci. I w końcu nie wytrzymał, podszedł do dziennikarza, który zadawał mu pytanie, na które odpowiedział zresztą parę chwil wcześniej, właśnie na tej konferencji, wkurzony widocznie, że musi oczywiste rzeczy trzy razy powtarzać. Tutaj nie ma wiele więcej do dodania – poza tym, że jak będziecie wybierać się gdzieś na wakacje, to zostawiajcie swoje zwierzaki pod opieką kogoś, kto nie jest działaczem KO.
Nie twierdzę, że oni wszyscy tak mają, ale wiecie – licho nie śpi.
M.
Nawiasem Pisząc
Budowany od lat przemysł pogardy i nienawiści
Szczerze Wam napiszę, że nie przepadam za Dariuszem Michalczewskim. Ani mnie specjalnie nie ciągnęło do jego walk, kiedy zawodowo uprawiał boks, ani tym bardziej po zakończeniu kariery. Często jak się wypowiadał, zastanawiałam się, czy przypadkiem jednak za dużo w głowę nie oberwał. Głównie dlatego, że lubił wypowiadać się na tematy polityczne, a sympatyzował raczej z tym środowiskiem, do którego mi daleko. A jednak to właśnie Dariusz Michalczewski wykazał się honorem. Napisałabym, że jak ktoś jest sportowcem to honor nie jest dla niego uczuciem obcym, ale w porę przypomniałam sobie, ilu sportowców po zakończeniu kariery zapisało się do KO, więc zrezygnowałam.
Prawy sierpowy Michalczewskiego
A o co chodzi? Otóż popularny „Tiger” wyznał niedawno, że nakłaniano go do… udziału w kampanii, nie bójmy się tego słowa, nienawiści w stronę Karola Nawrockiego. Bokser miał być namawiany do opowiadania bzdur na temat ówczesnego kandydata na prezydenta. Jakich? Pewnie zarzutów o bycie alfonsem. Michalczewski nie dość, że odmówił, to jeszcze stwierdził, że Nawrocki jest „równym gościem”. To musiał być mocny cios dla salonu, z którego jednak wywodzi się pięściarz. A skoro Michalczewski odmówił, to trzeba było ratować się postacią znaną, Jackiem Murańskim. Cóż, nie wyszło im to chyba tak, jak planowali. Zastanawiam się, czy może jeszcze Marcina Najmana nie zwerbowali, bo on ostatnio też zaczął politykować. I to tak, że zęby bolą. Bardzo rozbawił mnie jego wpis: Wielki błąd Panie Prezydencie. Historia o tym nie zapomni. Starałem się to Panu wytłumaczyć. Nie udźwignął Pan tego na temat zawetowania ustawy SAFE, czyli tego kredytu, co wszyscy wokół bardzo chcą, żebyśmy wzięli. Tak bardzo chcą, że mimo prezydenckiego weta już zapowiadają, że nam go wcisną. W ten sposób niedługo cały system prawny nam pierdzielnie, bo prezydent będzie wetował, a rząd i tak zrobi, co chce.
Depresja Szymona Hołowni?
Ofiarą ich nagonki padł również Szymon Hołownia, którego oskarżono, że… choruje na depresję. Redaktor Nizinkiewicz, który dokonał tego wielkiego odkrycia, oczywiście dał do zrozumienia, że depresja to ciężka choroba i należy wspierać takie osoby, podkreślając, że dzień, w którym pisał swojego paszkwila, akurat był Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. Swój chłop, tylko że w całym artykule sugerował, że Hołownia z racji choroby i przyjmowania leków być może nie nadawał się do sprawowania funkcji marszałka Sejmu i nie wszystkie jego decyzje były rozsądne. Pił oczywiście do zaprzysiężenia prezydenta. A skąd pan „dziennikarz” czerpał informacje? Podobno z „otoczenia” ówczesnego marszałka, bo z nim samym się nie kontaktował, po co? A wiecie jak na początku zareagowało środowisko, kiedy Hołownia napisał o wszystkim na swoich mediach społecznościowych? Ano, przyznali rację Nizinkiewiczowi. Pod jego wpisem na X-ie wyrazy wsparcia widziałam tylko… z prawej strony. Aha, i Szymon Hołownia w swoim wpisie zaprzeczył jakoby chorował na depresję.
Gorzej miał Cenckiewicz
Przyznać jednak trzeba, że po tym wpisie Nizinkiewicz i cała Rzeczpospolita przeprosiła i artykuł usunęła. Co syfu zdążyli tym artykułem narobić, narobili, ale Hołownia przeprosiny oczywiście przyjął, bo to dobry chłopak jest. Szkoda tylko, że ta cała sytuacja nie dała mu do myślenia, w jakim środowisku się tak naprawdę obraca. Bo przypomnę, że Sławomir Cenckiewicz nie miał tyle szczęścia. Szczegóły jego stanu zdrowia bezlitośnie opublikowali, sugerując, że w wyniku swojej choroby nie może sprawować funkcji, którą sprawuje, bo nie powinien mieć dostępu do pewnych akt. Tam przepychanka trwała przez kilka ładnych tygodni i nikomu nie spieszyło się Cenckiewicza przepraszać. On jest niewygodny, kiedyś dokopał się do prawdy o Wałęsie, więc cholera wie, do czego może się jeszcze dokopać. Być może dlatego aż tak bardzo atakują Karola Nawrockiego, bo też się go boją. Ostatecznie pracował w IPN-ie, cholera wie, co tam się mogło na nich wszystkich znaleźć.
Dlatego aż tak nienawidzą Nawrockiego?
Bo naprawdę nie widzę innych powodów, dla których mają go aż tak nienawidzić. To już nie wygląda tylko na frustrację po przegranych wyborach. Teraz znowu się zmobilizowali w sprawie prezydenckiego weta dotyczącego programu SAFE, o którym już wcześniej pisałam. Mnie się wydaje, że jeśli bankowi bardziej zależy, żebyś wziął kredyt, niż Tobie, to widocznie jest w tym kredycie coś takiego, co sprawia, że bardziej opłaca się bankowi go udzielić, niż Tobie brać. Zresztą mam wrażenie, że kiedyś już przerabialiśmy całkiem podobną aferę z kredytami we frankach. Dotyczyła zupełnie czego innego, jasne, ale zasady były te same. Oczywiście wyszli gorący zwolennicy Tuska, żeby protestować przeciwko temu wetu, trzymając tabliczki z obraźliwymi hasłami w stronę Nawrockiego i widocznie uznali, że taka forma przekazu skłoni prezydenta do zmiany opinii. Przodowała tam, oczywiście, Babcia Kasia, która nie przepuści żadnej okazji, żeby nie zrobić zadymy na ulicy. I Joanna Szczepkowska. Już raz o niej pisałam, więcej nie chce mi się tracić więcej czasu na tę starą wariatkę. Napiszę więc tylko, że ta pani odpaliła się tak bardzo po zwycięstwie Karola Nawrockiego, że też zaczynam się zastanawiać, czy w jej stronę również nie padła delikatna sugestia, żeby zaczęła z siebie idiotkę publicznie robić.
Żonglowanie emocjami
To jest właśnie przemysł pogardy, który zbudował Donald Tusk. Jest on tak skuteczny, że ci ludzie wciąż są święcie przekonani, że to Jarosław Kaczyński jest jedynym człowiekiem, który podzielił Polaków (nie twierdzę, że tego nie robił, ale przynajmniej taką samą robotę wykonywał tutaj Tusk – a teraz wykonuje większą) i że PiS jest partią prorosyjską. To ostatnie mnie zawsze będzie śmieszyło, bo przypominam sobie czasy po tym, co działo się w Gruzji, a potem po Smoleńsku. Ale jeśli przypomnisz o tym w dyskusji, usłyszysz jedynie, że – no właśnie – „czasy się zmieniają”. Premier doskonale wie, co robi. Pobudza nie tylko emocje, ale też najbardziej prymitywne odruchy u ludzi. Dlatego z całej ustawy łańcuchowej słyszeliśmy tylko o biednych pieskach na łańcuchach, z ustawy wiatrakowej, że Nawrocki nie chce dać Polakom tańszego prądu i tak dalej, i tym podobnie. W przypadku SAFE podjudza jednak najbardziej prymitywne ludzkie emocje, jaką jest między innymi strach.
