Nawiasem Pisząc
Parę słów o profesjonalnym dziennikarstwie
Za każdym razem, kiedy piszę o kolejnym numerze Krzysztofa Stanowskiego, wolę podkreślić, że mam do niego ambiwalentny stosunek. Lubię oglądać jego Kanał Zero (choć oczywiście nie wszystko), lubię słuchać jego programu z Robertem Mazurkiem, czy nawet jego własne, indywidualne „Stanowisko”. Ale było wiele przypadków, kiedy nie mogłam się z nim zgodzić. Nie da się jednak ukryć, że potrafi on sprowadzić do parteru wybitnych – podobno – dziennikarzy. Dziennikarzy, którzy mają olbrzymi wpływ na opinię publiczną i którzy dzień w dzień przekazują gawiedzi istotne informacje. Parę dni temu zrobił to po raz kolejny i znowu na grubo. I po raz kolejny nie było czego zbierać. Nie mam jednak wielkich nadziei, że cokolwiek do tych naszych pismaków dojdzie, bo przecież wczoraj wrzucałam Wam tutaj post o Głuchowskim, który to był jedną z ofiar Stanowskiego, kiedy to twórca Kanału Zero postanowił odpowiedzieć GazWybowi na zarzuty, jakoby miał być seksistą, mizoginem i Bóg jeden wie, kim jeszcze.
Uczyć się na błędach
Przede wszystkim, zadziwiające jest to, że ci ludzie nie uczą się na własnych błędach. Najpierw była sprawa z Natalią Janoszek – dziewczyna wymyśliła sobie karierę, wymyśliła sobie, że jest wielką gwiazdą Bollywood i nagle wszyscy chcieli przeprowadzić z nią wywiad. A tak naprawdę wystarczyło sobie wpisać jej nazwisko w takim Filmwebie i wychodziło, że nie grała w zbyt wielu produkcjach oraz że te produkcje nie były żadnymi hitami. A jakby się jeszcze trochę pogrzebało, to można było trafić na komentarze sprzed iluś tam lat, że pani Janoszek zwyczajnie kłamie. Ale przecież nasi dziennikarze nie będą tracić czasu na jakiś tam research, przecież nie od tego są. Oni są od kłamania, manipulowania i uprawiania propagandy. I można stwierdzić, że w sumie Janoszek to jakaś tam głupiutka celebrytka, że nie ma to większego wpływu na naszą rzeczywistość, że w sumie to taka bzdurka do obśmiania. Zgadzam się z tym, ale już to pokazało, jak podchodzą do swojej pracy dzisiejsi „dziennikarze”. Wybiórcza jednak doszła do wniosku, że sprawa ich nie dotyczy, bo przecież to jakieś plotkarskie magazyny (tak, jakby Wybiórcza nie miała swoich „odnóg” o podobnej tematyce), a oni są poważnymi dziennikarzami. A poważny dziennikarz – wiadomo! – jak dostaje polecenie kogoś obsmarować, to obsmaruje, a nie będzie się skupiał na jakichś tam faktach, jakiejś weryfikacji, na czymkolwiek. Poważny dziennikarz usiądzie przed komputerem, poszuka jakichś artykułów o swojej ofierze, w żadnym wypadku nie będzie sprawdzał ich autentyczności, Boże broń, ale za to odpowiednio je przeredaguje, przekłamie i zmanipuluje. A jeśli przy okazji popierdzielą mu się daty, trudno. Nic dziwnego, że do tego zadania wytoczona Piotra Głuchowskiego, którym potem Stanowski wytarł sobie podłogę. To była totalna kompromitacja, a szefowie GazWybu uznali, że jeszcze naślą na niego trzpiotkę-idiotkę, żeby trochę popyskowała. To było jednak aż tak żenujące, że nawet twórca Kanału Zero nie bardzo chciał się nad nią znęcać. Już w tamtym momencie nasi wiarygodni „dziennikarze” otrzymali od Stanowskiego dwa ostrzegawcze plaśnięcia w pysk, ale jakoś ich to nie otrzeźwiło. Tym razem sprawa jest jednak przepyszna. Prawdziwa dieta dla osób, które dzisiejsze „dziennikarstwo” co najmniej irytuje, bo w tej chwili wygląda na to, że w poszczególnych redakcjach siedzi banda nierobów, która przeredaguje artykuły innych, albo wymyśla na szybko „listy od czytelniczek”. Coraz bardziej żenujące. I oni mają czelność robić jakieś akcje „w obronie polskich mediów”. Nie, jeżeli chodzi o tzw. „main-streamy” to jedyne, co należy zrobić, to wytrzeć nimi podłogę, a potem wyrzucić szmatę do śmieci.
Znajdziemy haki na wszystkich!
Dobrze, ale wróćmy do samej sprawy ze Stanowskim. Otóż, jak pewnie już wiecie, jakiś czas temu Zbigniew Stonoga zdecydował się opublikować SZOKUJĄCY materiał o popularnym – w tej chwili – youtuberze, który wyraźnie pokazywał, że cały Kanał Zero jest pod butem Ziobry, Kaczyńskiego i PiS-u. I że Stonoga dał się na to nabrać, to jeszcze nic dziwnego. To jest facet, któremu jad i nienawiść zalały już zdrowy rozsądek. Kiedy więc otrzymał materiał, który w 100% demaskował tego przebrzydłego Stanowskiego, nie wahał się ani chwili, żeby pokazać światu z jak bardzo sprzedajnym człowiekiem mamy do czynienia. Słuchajcie, kiedy trafiłam na to nagranie po raz pierwszy od razu mi coś nie grało. Nie dlatego, że od razu zorientowałam się, że tam się daty nie zgadzają, nawet nie dlatego, że ta cała scenka w redakcji wyglądała na sztuczną, ale dlatego, że uważam Stanowskiego za zbyt inteligentnego faceta, żeby tak łatwo dał się podejść. Umówmy się, to nie jest człowiek, którego można łatwo zrobić w jajo. Od początku węszyłam więc spisek. I dosyć szybko dziennikarz opublikował swoje oświadczenie, które wyglądało tak, że wsiadł do niebieskiego lamborghini, bo jakaś łajza go sprzedała. Złoto. A najlepsze jest to, że Stanowski dał przecież jeszcze swoim oponentom podpowiedzi. Tak oczywiste, że gdyby im się chciało odrobinę przysiąść nad tematem, to szybko by je wyłapali i napisali spokojnie Stonodze, że znowu przestrzelił. Nie zgadzała się data zdobycia przez Jagiellonię mistrzostwa Polski, nie zgadzała się sprawa z mężczyzną wciągniętym w silnik samolotu i jeszcze parę innych rzeczy. Ale po co się wysilać, mamy haki na tego przebrzydłego mizogina, dojedziemy go! Według tego, co mówił Stanowski, Zbigniew Stonoga opublikował dostarczone mu podstępnie nagranie po piętnastu minutach. A potem poszła cała fala – publikowali to znani dziennikarze, politycy i… jedna pani prokurator. Tomasza Lisa i Romana Giertycha to nawet nie ma chyba co wspominać, bo oni kompromitowali się już wielokrotnie i widocznie weszło im w nawyk. Wiejski i Piński też nie są żadnym zaskoczeniem. Ale dali się na to nabrać też „dziennikarze” TVN-u (Radomir Wit, Marcin Łuniewski), Radia Zet, Gazety Wyborczej (Wojciech Czuchnowski, zdobywca Grand Pressa, czyli należałoby sądzić, że chyba rzetelny?) i paru innych. Rzecz jasna, dał się nabrać również Bart Staszewski, ale jemu to chyba bez różnicy, bo wyspecjalizował się w kłamstwie. I właśnie wspomniana pani prokurator – Ewa Wrzosek.
Wnioski? Ale po co?
I jaki z tego morał płynie? Dla „dziennikarzy” pewnie żaden. Jestem niemal całkowicie przekonana, że jeżeli Stanowski zrobi podobny numer, to znowu się dadzą złapać na lep jak muchy. Bo oni nie myślą. Otrzymali materiał, który zgadzał się z ich linią narracyjną, otrzymali materiał, który mógł zniszczyć Kanał Zero (bo im z jakichś przyczyn zawadza) i nie pomyśleli ani pół sekundy, czy go faktycznie publikować dalej. Bo gdyby pomyśleli chociaż pół sekundy, to by zrezygnowali. Dlatego, że tam się nic nie zgadza. I tam pal sześć już daty, bo przecież wielkie tuzy dziennikarstwa polskiego nie będą sobie głowy zajmować choćby klikaniem i weryfikowaniem informacji. Ale dlatego, że Stanowski nie jest debilem. I jeśli faktycznie jego kanał na YT byłby tworzony pod dyktando Ziobry czy Kaczyńskiego, to nie ukazywałby tego przed swoimi pracownikami w sposób tak oczywisty. Nie, jeżeli faktycznie tak by było, to tematy drażliwe zrzucałby na odpowiednie osoby, a nie płaszczył się przed całą redakcją, że nie, bo zły Ziobro. To już było oczywiste, ale „dziennikarze” dali się rozsmarować po podłodze po raz kolejny. Bo może akurat teraz nam wyjdzie. Nie wyszło. O tym, że Stanowski lubi trollować było wiadomo od kiedy Najman dał mu się zrobić w jajo. Później akcja z Janoszek, która brutalnie zweryfikowała poziom dziennikarstwa w Polsce. Kilka miesięcy później twórca Kanału Zero publicznie upokorzył chociażby pana Głuchowskiego z Wyborczej, bezlitośnie punktując mu wszystkie kłamstwa, manipulacje i zwyczajną głupotę. Koledzy z GazWybu też nie chcieli się jednak nauczyć na błędach swojego kolegi. Teraz po prostu ich podsumował. Jaki z tego morał dla nas? To jedna z całego morza bredni, którą Stanowski wypunktował, a które są nam serwowane od lat. Pokazał jak na dłoni, że to nie profesjonaliści, a zwykła szarańcza, która zgnoi każdego, kto im nie po drodze. Im się nawet nie chciało zajrzeć na profil Kanału Zero, na którym były już materiały o Funduszu Sprawiedliwości. To powinna być – przede wszystkim – dla nas nauczka, że media głównego ścieku są kompletnie niewiarygodne, zakłamane i nie posiadające chociaż krztyny dziennikarskiej etyki. Tak wprawione w oszukiwaniu, że nawet kiedy ktoś im ich kłamstwa wypomni, idą w swoim cynizmie w zaparte. Tak też było w tym przypadku. Kiedy Stanowski ich zdemaskował, zaczęli się wić jak piskorz, że wcale nie, nieprawda i w dalszym ciągu Stanowski jest zły. Tylko wiecie, jak to teraz wygląda. Oni właśnie się poślizgnęli i wpadli w kupę gówna. I babrzą się w tym gównie, próbując przekonać nas, że wcale nie udowodniono im po raz kolejny, nawet nie tyle dziennikarskiej nierzetelności, co zwykłej propagandy. A my możemy tylko stać i patrzeć. I z jednej strony chciałoby się im dać po pysku za te lata kłamania i manipulacji, a z drugiej nie wypada, bo nie kopie się leżącego. Można tylko napluć, ale po co, skoro oni i tak toną po uszy w gównie?
M.
P.S.: Najlepsze jest to, że Krzysztof Stanowski wcale nie udowodnił, że nie optuje za PiS-em. Udowodnił jedynie, że większa część dziennikarzy main-streamu to idioci. Ale nawet z tym się nasze pismaki pogodzić nie mogą. Bo jak nazwie się idiotę idiotą, to – nie wiadomo czemu – idiota będzie oburzony. I, gdyby faktycznie Stanowski chodził na smyczy Ziobry czy Kaczyńskiego, to takim zabiegiem odsunął od siebie wszystkie oskarżenia, bo cokolwiek napiszą teraz te dziennikarskie prymitywy, nie będzie już wiarygodne. Szach i mat.
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Szopka w Sejmie
W tej naszej kochanej Polsce chyba nigdy nie będzie normalnie. Przecież to, co się dzisiaj odchajzerowało w polskim Sejmie, to Święci Pańscy nie widzieli. Ludzie, którzy zostali wybrani do rządzenia krajem, najzwyczajniej w świecie robią sobie z nas jaja. I to takie najbardziej chamskie i prymitywne jaja. I tak zastanawiam się, kiedy pękła ta niewidzialna granica, po której politycy przestali nawet udawać, że traktują nas poważnie? Czy tym symbolicznym momentem była słynna debata Trzaskowskiego z Dudą, w której każdy z nich debatował w innej telewizji, czy jeszcze wcześniej? Kiedy zaczęliśmy pozwalać sobie, żeby nam się śmiali w twarz? Od którego momentu im przestało zależeć, żeby chociaż stwarzać pozory? Bo umówmy się, jeśli politycy wprost śmieją się ze swoich niezrealizowanych obietnic, bo ciemny lud to kupił i „cóż szkodzi obiecać”, to znaczy, że oni się nami w ogóle nie przejmują. Nie to, że się nie boją – oni mają centralnie na nas wszystkich wygwizdane.
Ślubowanie przed Prezydentem… bez Prezydenta
Nie to, żebym była tym specjalnie zaskoczona, bo szanowni nam panujący zdążyli nas już do tego przyzwyczaić, ale że my się tak kopać w tyłek pozwalamy jest dla mnie rzeczą niepojętą. Dzisiaj marszałek Czerworzasty postanowił publicznie pochwalić się nieprzestrzeganiem przepisów prawnych i sam sobie zorganizował ślubowanie sędziów TK. Co prawda Prezydenta RP nie było, ale za to był notariusz, który nie wiadomo na jakiej podstawie dostał prawo notyfikowania ślubowania tych sędziów. A żeby kompromitowania polskiego Sejmu stało się zadość, zarówno marszałek Sejmu, jak i nominowani sędziowie używali zwrotu „wobec prezydenta RP”. I ja nie wiem, gdzie oni widzieli prezydenta. To była naprawdę tragikomedia – chwilę się pośmialiśmy, ale jakie będą konsekwencje z tego wszystkiego, to się dopiero przekonamy. W każdym razie wypadałoby zacząć od początku, bo ta cała sytuacja jest smutną kwintesencją tego, co dzieje się w Polsce – zero rozmów, zero debaty, zero jakiejkolwiek próby dojścia do porozumienia, tylko złośliwie podstawiamy sobie nogę, wybijamy zęby, a potem brniemy w to dalej, udając, że prawo nie istnieje, a jeśli nawet istnieje, to nie dla nas, a jeśli nawet dla nas, to tylko takie, jakim my je rozumiemy. Otóż prezydent miał przyjąć nominacje sześciu sędziów, a przyjął tylko dwóch. Co do pozostałych czterech zostały zgłoszone wątpliwości, czy Sejm miał prawo wybrać tych sędziów w danym terminie – czy nie zostali wybrani za wcześnie albo na czyjeś miejsce.
Kopanie się po kostkach
I już tutaj zaczęły się spory, bo tutaj konkretnie Prezydent rzeczywiście ma niewiele do gadania – ma przyjąć i koniec. On nie jest od interpretowania i oceniania słuszności tych wyborów. Szkopuł polega na tym, ze wbrew temu, co głosi Roman Giertych (który zapowiedział dzisiaj, że skieruje sprawę przeciwko Nawrockiemu do sądu) i jemu podobni politycy, że Karol Nawrocki nie odrzucił tej czwórki nominowanych sędziów. Po prostu jeszcze tych czwórki sędziów do złożenia ślubowania nie zaprosił. I samo to można już różnie oceniać, być może mieliśmy nawet do czynienia z nadużywaniem uprawnień, bo trochę słabo to jednak wygląda, jeśli poszczególni sędziowie składają ślubowanie osobno. Ale za to dzisiaj wyglądało i słabo, i śmieszno, więc warto było. W każdym razie według ustawy do TK: „Sędzia Trybunału Konstytucyjnego składa ślubowanie wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Zgodnie z tym zapisem ślubowanie więc nie było ważne – komiczne, owszem, kiedy nominowani sędziowie zwracali się do nieobecnego Prezydenta, ale w sensie prawnym ta cała hucpa w Sejmie nie powinna mieć żadnych skutków prawnych. Dodatkowo ustawa nie wyznacza Prezydentowi terminu na odebranie ślubowania. I już widzę, że Kancelaria Prezydenta będzie teraz grała tą kartą – bo oni przecież chcieli, ale Sejm ich ubiegł, więc dalej można się nawalać. Tutaj pojawiają się też głosy, że przepis o obecności Prezydenta jest zawarty w ustawie dotyczącej Trybunału Konstytucyjnego, nie zaś w samej Konstytucji. I tutaj znowu mnogość interpretacji – jedni mówią, że skoro nie ma w Konstytucji to Prezydent nie musi być obecny, koniec tematu, można się rozejść; drudzy, że Konstytucja, owszem, jest nad ustawą, ale tylko w sytuacji, gdy ich przepisy się wykluczają – tutaj nie ma mowy o tym mowy, ustawę należy więc traktować jako uzupełnienie do zapisów z Konstytucji.
Sędziowie bez pracy
Jak widać z naszym prawem można już robić dosłownie wszystko. Kiedy zmieni się władza zacznie się pewnie poddawać w wątpliwość wyroki tych dzisiaj nie-zaślubionych sędziów. Mam nadzieję, że nie będą robić takich cyrków, jak teraz KO z tzw. neo-sędziami. Oczywiście pod warunkiem, że ci sędziowie w ogóle będą w jakiejkolwiek sprawie orzekać, ponieważ prezes TK już zapowiedział, że takiego wała. Nie mogę ich uznać za sędziów TK, bo Prezydent nie poinformował mnie, że złożyli wobec niego ślubowanie. Nie dostaną spraw ani gabinetów. Jako obywatele mogą odwiedzać TK i spotykać się w bibliotece oraz biurze podawczym – zapowiedział Bogdan Święczkowski. Czyli dalej się bierzemy za pyski, żadna ze stron gardy nie opuszcza. Ja się tylko zastanawiam, czy ci sędziowie będą otrzymywać wynagrodzenie, skoro nie dostaną żadnych spraw, więc de facto będą tam przychodzić, żeby posiedzieć w bibliotece albo nie przychodzić wcale? Czy cała ich praca skończyła się na tym, że poszli ślubować Prezydentowi, którego nie było? Już był kiedyś taki sędzia, Tuleya się nazywał. On był oczywiście męczennikiem wykorzystywanym przez totalitarne władze PiS, bo został zawieszony i nie mógł pracować. Ale to że nie pracował, wcale nie znaczy, że nie zarabiał. Obniżyli mu, co prawda, wynagrodzenie, ale prawda jest taka, że on w okresie kiedy był najbardziej terroryzowany i inwigilowany przez PiS otrzymywał wypłatę za nic nie robienie. Nie wiem, jak nazwać rzeczywistość, w jakiej się obecnie znajdujemy, bo to nawet nie jest Matrix. Takiego burdelu na kółkach, to ja nie widziałam, odkąd żyję. Będziemy się z tego jeszcze długo wygrzebywać – zakładając, oczywiście, że kiedyś w ogóle zaczniemy się wygrzebywać.
M.
Nawiasem Pisząc
Odpowiedzialność za słowa
Jakiś czas temu wpadł mi w ucho pewien francuski zespół. Muzyka niby nie z mojej bajki, bo wolę raczej ostrzejsze brzmienia, ale dobrze się słucha do pracy, albo żeby sobie leciało w tle. No i często, jak coś tam robię na komputerze, to właśnie dziewczyny tam sobie w tle śpiewają. I w pewnym momencie wskoczył mi francuski, kobiecy rap, a że ten gatunek muzyki to zupełnie nie moje klimaty, chciałam szybko przełączyć, gdy nagle usłyszałam nazwisko Romana Polańskiego, więc z ciekawości sprawdziłam, o co chodzi.
Przemoc wobec słabszych
Nie była to jednak pochwała talentu reżyserskiego tego twórcy, a piosenka traktująca o przemocy wobec kobiet. I ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, żeby takie utwory powstawały. Jak wiemy przemoc wobec kobiet się zdarza, w Polsce na szczęście rzadko, ale też nie jest to niestety zupełnie niespotykane zjawisko, więc jeśli kobieta ma ochotę wykrzyczeć swoją złość w utworze muzycznym, nie mam z tym żadnego problemu, nawet jeśli to francuska raperka. 😉 Ogólnie jestem osobą, którą brzydzi przemoc wobec słabszych. Nie znoszę, kiedy facet bije kobietę (tutaj piszę przykładowo, bo statystycznie mężczyźni są silniejsi, ale gdyby Anita Włodarczyk miała ochotę pobić Adama Małysza na przykład, to też by mi nie pasowało), dorosły znęca się nad dzieckiem albo ktoś kopie psa. Uważam, że jak jesteś taki kozak, to znajdź sobie kogoś równego sobie. Być może dlatego ta cała afera z ustawkami prezydenta Nawrockiego mnie jakoś szczególnie nie oburzyła, bo jeśli obie strony chcą, robią to na określonych zasadach i z dala od ludzi postronnych, to nie jest to mój problem. Nie twierdzę, że to dobre, chwalebne, ani że powinno być legalne (ogólnie wychodzę z założenia, że oklepywanie się po mordzie, dlatego, że kibicuje się innym drużynom jest… debilne), ale wolę to, niż żeby samej dostać w pysk, bo mam na sobie szalik nie tej drużyny.
Emocjonalne oskarżenie
Ale nieważne. Chilla, bo taki pseudonim ma ta raperka, wymieniła tam kilka nazwisk. Z Romanem Polańskim wszyscy wiemy, o co chodzi i nie ma sensu wyjaśniać. Poszperałam więc w poszukiwaniu innych nazwisk. Był Harvey Weinstein i on akurat został prawomocnie skazany za gwałty i napaści seksualne. I to całkiem ładną sumę latek dostał na siedzenie w pasiaku. Był Dominique Strauss-Kahn – to francuski polityk z partii komunistycznej. On poszedł na ugodę, wypłacił miliony euro odszkodowania, ale ostatecznie siedzieć nie poszedł. Francuzi są przekonani o jego winie i panuje tam powszechne przekonanie, że więzienia udało mu się uniknąć przez różne układy i układziki. Znamy to z naszej polskiej polityki, więc wcale bym się nie zdziwiła, ale skazany oficjalnie nie został. Ale na samym końcu wymieniony został… Kevin Spacey. Utwór jest zdaje się z 2018 roku, kiedy wszyscy byli przekonani o winie aktora (szczerze mówiąc ja też, ale ja o nic go publicznie nie oskarżałam akurat), który… został uniewinniony w 2022 roku zdaje się. I tu już pojawia mi się pewien zgrzyt, bo artystka wrzuciła Spacey’a między różnych zwyrodnialców bez wyroku sądowego. I treści piosenki do tej pory nie zmieniła, a tam wystarczyło tylko wyciąć ostatni wers, bo wymieniała go dosłownie na samym końcu, ale za to kilkukrotnie.
Uczciwość i wiarygodność
I tutaj chyba należałoby przejść do odpowiedzialności twórcy za własny utwór. Oskarżyć kogoś publicznie jest bardzo łatwo, bo skoro w mediach pisali, to coś musi być na rzeczy, prawda? I rozumiem emocje, nie przemyślała, napisała, poszło. Ale potem wypadałoby jednak przeprosić i zmienić treść. Przeglądałam sobie jej FB, żeby sprawdzić, czy na pewno takie sprostowanie nie padło i nie znalazłam. Inna sprawa, że przejrzałam tylko FB, a ona podobno bardziej aktywna jest na Instagramie, ale nie chce mi się specjalnie konta zakładać, żeby to sprawdzić, przepraszam. Możliwe więc, że gdzieś indziej takie sprostowanie padło, ale tak czy inaczej – tekst utworu wciąż jest niezmieniony. A fałszywe oskarżenia, zwłaszcza na tak obrzydliwe przestępstwa, mogą zniszczyć facetowi życie. Kevinowi Spacey’owi zniszczyły. Widzieliście go w jakimś filmie po 2022 roku? Ja nie. To jest nazwisko, które do tej pory źle się kojarzy i reżyserzy wolą nie ryzykować i nie zatrudniać go. Wątpię, żeby udało mu się odbudować swoją karierę, nie wiem nawet, czy po tym wszystkim ma jeszcze na to ochotę, skoro całe środowisko filmowe odcięło się od niego przed wyrokiem. Doczytywałam, że jakiekolwiek zmiany w utworze to ogromne pierdzielenie się z platformami, na których ten utwór został już udostępniony (np. Spotify), ale mimo wszystko.
Chilla nic by na tym nie straciła. Jedynie zyskałaby na wiarygodności. I pokazała, że dostrzega nie tylko krzywdę kobiet, ale też mężczyzn. Bo to też nie jest tak, że ona facetów nienawidzi – współpracuje z wieloma muzykami płci męskiej i nigdzie nie znalazłam informacji, żeby kogokolwiek niesłusznie oskarżyła. Dlatego uważam, że w tej konkretnej sytuacji mogłaby próbować jakkolwiek naprawić swój własny błąd.
M.
Nawiasem Pisząc
Taka tam orka na Wojewódzkim
Wszyscy o tym piszą, to ja też napiszę, a co! Tym bardziej, że już wcześniej chciałam napisać parę słów o Kanale Zero, a dzięki pewnemu wywiadowi będę mogła zmieścić to w jednym tekście. Ale zanim do tego przejdę, chciałabym Was przeprosić, że pojawiam się tutaj tak rzadko. Dużo złych i niefajnych sytuacji podziało się ostatnio w moim życiu i straciłam całą ochotę, żeby babrać się w naszej rodzimej polityce. Miałam nadzieję, że Igrzyska Olimpijskie pomogą mi zresetować umysł, ale nie do końca się udało. Ale spokojnie, powoli podnoszę się z kolan, zaraz wyjdę na prostą i wtedy ruszymy z tematem! Na razie proszę Was jeszcze o trochę wyrozumiałości i jeszcze raz przepraszam.
Naiwne wypominanie dawno wyjaśnionych spraw
Podejrzewam, że po wstępie i zdjęciu już wiecie, o czym będę pisała. Tak, chodzi o słynny już wywiad, którego Krzysztof Stanowski udzielił Jakubowi Wojewódzkiemu i Piotrowi Kędzierskiemu. Temu ostatniemu niewiele poświęcę czasu, bo podczas tej rozmowy niewiele mówił (a odnosiłam wręcz wrażenie, że był zażenowany tym, co wyprawiał jego kolega z pracy), ale Kuba znany jest z tego, że nie ma hamulców. I tym razem faktycznie nie wyhamował i wpierdzielił się z całym impetem w ścianę. Bo, Drodzy Obserwujący, co tam się nie działo! Było o Dorocie Wysockiej-Schnepf i rzekomym ataku Stanowskiego na jej syna (atak miał polegać na tym, że właściciel Kanału Zero wspomniał o tym, jak – wówczas – czternastolatek ma na imię), było o zatrudnieniu Tomasza Kammela (Wojewódzkiemu nie pasowało, że dostał pracę u Stanowskiego, ale od kiedy to jego sprawa i co takiego złego zrobił Kammel, że nie powinno się go zatrudniać?), tradycyjne już czepianie się, że do Kanału Zero zapraszane są te osoby, które nie powinny być zapraszane, przynajmniej w oczach main-streamu (Braun czy Rodacy Kamraci). Bardzo spodobała mi się odpowiedź Stana, że Wojewódzki może zapraszać do swoich wywiadów tylko i wyłącznie Krystynę Jandę i ona będzie opowiadała to, co ludzie „powinni” usłyszeć, ale to nie sprawi z automatu, że pewne zjawiska przestaną istnieć. A ja też osobiście uważam, że dziennikarz powinien zajmować się wszystkimi tematami, nie tylko takimi, które mu się podobają.
Samozaoranie Wojewódzkiego
Ale najpiękniej Wojewódzki wykaszanił się tuż pod koniec rozmowy (tak mi się wydaje, chociaż przyznam szczerze, że wywiad oglądałam partiami, bo praktycznie w całości polegał na słownych przepychankach i wchodzeniu w słowo, czego nie lubię; więc chronologia mogła mi się popierdzielić). Próbował sugerować Stanowskiemu, że na słynnych urodzinach Roberta Mazurka (a były słynne, bo Mazurek zaprosił polityków, zarówno z KO, jak i z PiS; ci politycy nie wzięli się za łby i pewna część społeczeństwa była tym bardzo zaskoczona) rozmawiał z pewnym posłem PiS-u, żeby przyjąć korzyści majątkowe na poczet swoich mediów. No i się okazało, że Stanowskiego w ogóle nie było na tych urodzinach. Fizycznie nie miał możliwości rozmawiania tam z nikim. Nawet zadzwonił do Mazurka, żeby potwierdził. Wojewódzki próbował potem i tak wszystko obrócić w ten sposób, że Stano po prostu nie szanuje swoich kolegów i olewa ich urodziny. Jak rozumiem, miał to być rozpaczliwy żart, żeby odwrócić uwagę od tej wtopy. Ja naprawdę nie rozumiem tego rodzaju weryfikacji, bo wystarczyło po prostu wcześniej zadzwonić do Mazurka i dopytać. „Król TVN-u” nie musiał w tym celu sprawdzać tajnych akt i siedzieć nad nimi godzinami, wystarczył jeden telefon. Ale nawet to było za dużo.
Niezrozumiałe zarzuty
I tym pięknym sposobem przejdziemy do tematu, który chciałam poruszyć wcześniej, ale życie prywatne mnie ostatnio nie rozpieszcza. Otóż dojdziemy do materiałów Marii Wiernikowskiej, która pojechała do Rosji, żeby pokazać, jak ten kraj wygląda „od środka”. I do których Kuba Wojewódzki też miał zarzuty. Tutaj trzeba przyznać, że Wojewódzki się przygotował, bo obejrzał aż sześć odcinków z trzyodcinkowej serii, więc „szapoba”. Ja obejrzałam tylko trzy. I naprawdę zachodzę w głowę, co w tym było prorosyjskiego? Ja, na przykład, po obejrzeniu całości doszłam do wniosku, że nigdy nie chciałabym żyć w tym kraju. Maria Wiernikowska prowadzi swoje materiały lekko, nawet jeśli dotykają poważnych tematów, bo posiada umiejętność rozmawiania z ludźmi. I z nimi rozmawia. A oni opowiadają. I naprawdę, po tym trzęsieniu ziemi, które wybuchło w Kanale Zero po publikacji tego materiału (na znak protestu odeszło stamtąd paru dziennikarzy; jeśli się nie mylę m. in. Jarosław Wolski) tracę wiarę w ludzi.
Czy wolno nam jeszcze myśleć samodzielnie?
Odnoszę bowiem wrażenie, że współczesne dziennikarstwo polega na tym, że trzeba dokładnie wskazać ludziom palcem, co jest dobre, a co złe. Że trzeba im wytłumaczyć, co mają myśleć. Kiedy widziałam Rosjan, którzy się w tym materiale wypowiadali, byłam przerażona, że można być aż tak zindoktrynowanym, tak zamkniętym w swojej bańce. Ale Maria Wiernikowska popełniła jeden, niewybaczalny błąd. Ona nie powiedziała potem widzom: „O, patrzcie, jaki zmanipulowany”. Ona po prostu pokazała te wypowiedzi, ale pozwoliła widzom samodzielnie wyciągnąć wnioski. Zastanawiam się w takim razie, kto jest bardziej prorosyjski, skoro z takiego materiału ktoś wyciągnął wnioski, że został zrobiony „ku chwale wielkiej Rosji”. Ja tego nie widziałam. Ja tym ludziom po prostu współczułam. Naprawdę.
Należy pokazywać nieprawdę?
Czytałam też zarzuty, że pokazała, że w Rosji są centra handlowe, że mają tam jakieś rozrywki i że na straganach naprawdę można coś kupić, a nie że rozstawiają je dla samego rozstawiania, a potem tam bezczynnie siedzą, bo i tak nie mają nic innego do robienia. Czyli, jak rozumiem, miała udawać, że tego nie ma? Miała przekłamać w tym materiale? Celowo chodzić po jakichś podejrzanych zaułkach, żeby udowodnić ludziom, że Rosja to nic innego, jak bieda i nędza? Czy podpalić to centrum handlowe i stragany, żeby potem powiedzieć z satysfakcją „patrzcie, jacy biedni”? A może ten materiał pokazał co innego? Że te sankcje, które Unia Europejska nakłada na Rosję, wcale nie działają. Przecież ja na samym początku wojny na Ukrainie słyszałam, że nałożyliśmy na Rosję już takie sankcje, że rok, góra dwa i Rosji praktycznie nie będzie. Tymczasem wojna trwa już cztery lata i teraz to Rosja jest bardziej dominującą stroną.
Podwójne standardy?
Okazuje się również, że Maria Wiernikowska naraża swojego operatora na niebezpieczeństwo, zmuszając go do tego wyjazdu. Nie wiem, skąd informacje o jakimkolwiek zmuszaniu? Podejrzewałam raczej, że zaproponowali konkretnemu człowiekowi takie zadanie do wykonania, a on się zgodził. Być może o czymś nie wiem. Zadaję sobie w takim razie pytanie: a co z Ukrainą? Czy kiedy dziennikarze i ich operatorzy jadą tam, żeby realizować reportaże z frontu, nie narażają się na niebezpieczeństwo? Dlaczego o tym się nie mówi? Super bezpiecznie tam na pewno też nie jest. Wtedy jest w porządku? Było też o tym, jakim cudem kobieta dostała w ogóle akredytację dziennikarską. Problem polega na tym, że wcale jej nie dostała. Nie mogła wchodzić na pałę, gdziekolwiek chciała. Ona to nagrywała z ulicy, z ogólnodostępnych miejsc albo z pociągu. Z tego co pamiętam, dostała jakąś „kartę influencera”, żeby tam wjechać, ale jakie to jej dawało uprawnienia, nie mam pojęcia. Ona też nie wiedziała.
Trzecia strona medalu
Zresztą, Maria Wiernikowska była też w Strefie Gazy. Dokładnie wtedy, kiedy wybuchło tam całe szambo, kiedy Ż dokonywali ludobójstwa na Palestyńczykach. I co, wtedy nie narażała swojego operatora na niebezpieczeństwo? Nie rozumiem tej logiki. Z tamtych materiałów mogliśmy zresztą dowiedzieć się, czarno na białym, jaki stosunek do Polaków mają obywatele Izraela. Nie, żebyśmy wcześniej o tym nie wiedzieli, ale w tamtych reportażach Wiernikowska zaczepiała przypadkowych ludzi, którzy byli przekonani, że Polacy mordowali Żydów. Na odpowiedź, że to nie Polacy, tylko Niemcy, mogliśmy usłyszeć odpowiedź: „Tak, ale Polacy im pomagali”. Ale po tamtych materiałach było jeszcze spokojniej, bomba wybuchła, kiedy dziennikarka postanowiła pokazać Rosję od środka. I widocznie to było nie do przetrawienia, bo okazało się, że Rosja wcale nie jest taką ruiną, jak nam to media przedstawiały. Nie, żeby było tam sielsko i anielsko, ale kamień na kamieniu jeszcze stoi. Sankcje nie działają, a zapewniano nas, że działają. I może o to jest ten cały raban?
M.
