Connect with us

Nawiasem Pisząc

Antypolskie szaleństwo

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Ostrzegam, że dzisiaj będzie długo, więc zróbcie sobie herbaty, zaparzcie kawki, przygotujcie cokolwiek, co lubicie mieć pod ręką przy dłuższej lekturze. Ale nie narzekajcie, błagam, bo znowu dotykam ważnego – tak mi się wydaje – tematu. A o co chodzi? A o to, jak Polska jest postrzegana za granicą. I nie, nie chodzi mi o wizytę naszego premiera w Afryce, który zaprezentował się tam jak rubaszny wujek na imprezie rodzinnej, który opowiada czerstwe dowcipy, a zabawny robi się dopiero, kiedy sobie wychyli parę głębszych. Nie, bo ten problem sięga głębiej – przecież my zawsze jakiekolwiek negocjacje prowadzimy z pozycji kolan. Wizyta Donalda Tuska w Afryce, podczas gdy reprezentanci państw europejskich debatowali na temat przywrócenia pokoju na Ukrainie i sprawach, które dotyczą także Polski, jest tego nie tylko przykładem, ale przede wszystkim konsekwencją. Konsekwencją nawet nie komunizmu, bo umówmy się, że Polacy byli już tak zmęczeni, zdesperowani i zrozpaczeni po wojnie, że ledwo mieli siłę podnieść głowę i zareagować, kiedy sojusznicy sprzedali nas w łapy Sowietów. Bardziej tego, jak w Polsce ten komunizm obalono, tej całej michnikowszczyzny i tłoczenia Polakom do głów, że powinni się wstydzić swojej narodowości. Bo gdzie tam Polsce do Zachodu – ani jednego zamachu terrorystycznego, gwałty na kobietach też na jednym z najniższych poziomów. Konsekwencją lat zwieszania głów na kwintę, kiedy atakowano Polaków za wszystko. Konsekwencją braku stanowczej reakcji na „polskie obozy śmierci”, na oskarżenia o antysemityzm, o współpracę z Niemcami, a wręcz sprowokowanie ich do ataku. Konsekwencją wkładania polskiej flagi w psie gówno na antenie jednej z najpopularniejszych „polskich” telewizji. I mamy to, co mamy. Mamy taką sytuację, że premier Polski poleciał załatwiać pokój w Europie aż do Afryki, bo wiadomo, że Afrykę najbardziej interesuje Europa, nic innego. I taką, w której Niemcy i Żydzi coraz bezczelniej próbują zrzucić winę na II wojnę światową na Polaków. A co nasi rządzący? Nie mają czasu, są zajęci ściganiem odpalających Marsz Niepodległości, o którym też pozwoliliśmy opowiadać, że jest faszystowski, rasistowski i antysemicki.

„Pamiątki” po polskich ofiarach

Bardzo niedawno zrobiło się głośno o tym, że Niemcy w domu aukcyjnym Felzmann chcieli sprzedawać prywatną kolekcję dokumentów i przedmiotów związanych z polskimi ofiarami niemieckich zbrodni z okresu II wojny światowej. Reakcja Polski była oczywiście twarda i natychmiastowa – aukcję, co prawda odwołano, ale czy odzyskaliśmy zrabowane pamiątki? A gdzie tam, one są dalej w Niemczech, tyle że w tej chwili łaskawie nie wystawiają ich na sprzedaż. Jak podejrzewam – do czasu. Kojarzycie Hannę Radziejowską? Pełniła funkcję kierownika Oddziału Instytutu Witolda Pileckiego w Niemczech. W tym czasie dyrektorem Instytutu był Krzysztof Ruchniewicz. Chciał on zorganizować seminarium na temat „zwrotu dóbr kultury przez Polskę na rzecz Niemiec”. Brzmi jak niesmaczny żart, ale żartem niestety nie jest. Radziejowska postanowiła w związku z tym interweniować w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, słusznie zauważając, że to kpina z państwa polskiego. I co się stało? Minister kultury, Marta Cienkowska, zamiast zająć się tematem, podkablowała Panią Hannę Krzysztofowi Ruchniewiczowi, w efekcie czego Radziejowska straciła pracę. Rozumiecie w ogóle ten absurd? My się nie możemy doprosić (bo na proszeniu niestety się kończy, o żadnych żądaniach mowy być nie może, prawda?) zwrotu zrabowanych przez Niemców dóbr kultury, ale ochoczo godzimy się na to, żeby te, rzekomo zrabowane przez nas dobra Niemcom oddawać. Ja przypomnę pani Marcie, na wypadek, gdyby zapomniała, że jest ministrem w POLSKIM rządzie. Nie niemieckim – polskim. Wiem, że może się mylić, jako że jej szefem jest Donald Tusk, ale mimo wszystko… I tak by to się skończyło, gdyby nie polscy obywatele i ich sprzeciw wobec tej sytuacji, w wyniku którego Ruchniewicz stracił stołek, a Pani Hanna wróciła do pracy. Podkreślam – to zwykli Polacy musieli interweniować, a nie mianowana pani minister. Ona uznała, że stosownym będzie zablokowanie sprzeciwu Radziejowskiej. Podkablowanie jej. Doprowadzenie do utraty stanowiska. Bo widzicie, jej nie uderzyło w oczy, to co uderza nas – że to absurd i zwyczajne plucie Polakom w twarz. Polska minister pomyślała, że to jest absolutnie logiczne, że to my powinniśmy oddawać „zrabowane dobra” Niemcom, a nie oni nam. Przy czym ja się cały czas zastanawiam, czym były owe zrabowane przez nas dobra? Cegłówki? Jakieś gówienka pozostawione przez nich, kiedy uciekali przed Armią Sowiecką? Nie wiem, patelnia pozostawiona przez niemiecką rodzinę z czasów wysiedleń po wojnie? Ano, okazuje się, że patelnia może być takim dobrem kulturowym – zaraz Wam to wytłumaczę, ale musimy przejść z powrotem do tej skandalicznej aukcji. Dlaczego wspomniałam o Hannie Radziejowskiej? Ponieważ to również ona zareagowała na tę aukcję, pogmerała, poszukała i podzieliła się tym, co ustaliła: Myślę, że blisko połowa kolekcji, którą usiłowano wystawić na aukcji w Niemczech, dotyczy polskich więźniów politycznych z różnych niemieckich obozów koncentracyjnych. Wiele z dokumentów to ostatnie ślady po pomordowanych. Szukałam dziś historii osób z poszczególnych listów i dokumentów, przejrzałam pod tym kątem blisko dwieście. Tutaj – Zofia Tarka z Częstochowy, zamordowana w Ravensbrueck 13.04.1942 roku. Za kilkaset euro, jako cena wywoławcza, można byłoby (gdyby aukcji nie odwołano) kupić listę rzeczy, które po niej pozostały. Jedna para drewnianych chodaków, 1 koszula, 1 biustonosz, 1 bluzka… Niewiele, skrupulatnie spisane po jej rozstrzelaniu, z adnotacją o wysyłce do jej ojca. Znalazłam jej zdjęcie i krótki biogram: „Studentka. Podczas okupacji w konspiracji. Przydzielona jako kurierka do Okręgu Kieleckiego ZWZ. Aresztowana 11 lutego 1941 roku. I znowu się Was, Drodzy Obserwujący, zapytam – dostrzegacie ten absurd, prawda? Po dziewczynie, która służyła w Związku Walki Zbrojnej (polskiej organizacji konspiracyjnej) pozostały jedynie chodaki, koszula, stanik i bluzka. To wszystko, co zostało po bohaterce, która usiłowała walczyć z okupacją niemiecką. Miała 26 lat, kiedy bezwzględnie odebrano jej życie. I co zrobili Niemcy? Oczywiście, wszystko sobie zawłaszczyli, a kilkadziesiąt lat po wojnie usiłowali sprzedać jako „cenne pamiątki”. Nóż się w kieszeni otwiera. Być może dlatego w przekonaniu pana Ruchniewicza, wspomniana przeze mnie patelnia, była dobrem kulturowym? Bo naprawdę nie rozumiem, co według niego, mamy im jeszcze oddawać, po tym co oni zrobili nam? I dlaczego my mamy im oddawać, a oni mogą sprzedawać? I jeszcze jedno – Karol Nawrocki apelował do rządu, aby ten zażądał zwrotu pamiątek (między innymi po tej kobiecie) lub je wykupił. Wykupił, rozumiecie? Jak to mawiał Rafał Trzaskowski – to się w pale nie mieści.

Przejmujący film

OK, ale co dalej, poza tym, że aukcję łaskawie odwołano, ale pozostawione po polskich ofiarach rzeczy dalej są w łapach Niemców? W sumie nic, ale za to niedługo później polska telewizja publiczna, która podobno jest w likwidacji, ale jakoś zlikwidować się jej nie można (chociaż ileś tam polskich firm rządowi już się udało, ale tego jakoś nie idzie) wyemitowała film „Wśród sąsiadów”. Obejrzałam go sobie i napiszę Wam tak: po pierwszych kilku minutach klęłam pod nosem jak menel pod alkoholowym, który nie może sobie wódki kupić, bo prohibicja. Potem było gorzej. Z każdym kolejnym fragmentem filmu ciśnienie podnosiło mi się tak, że miałam ochotę rzucać różnymi przedmiotami po mieszkaniu i zastanawiałam się, czy kota sąsiadom na ten czas nie oddać, żeby się biedak nie zaczął stresować, że mu baba zwariowała. A na sam koniec miałam ochotę wyrzucić komputer przez okno. Wszystkie te emocje zdusiłam w sobie – kot jest cały i zdrowy. Komputer też. Ale dawno nie widziałam takiego antypolskiego paszkwilu. Zaczęło się od tego, że poprzedni rząd Polski usiłował narzucić „swoją wersję historii” i każda sugestia, że Polska była współwinna Holocaustu może skończyć się karą więzienia. Po pierwsze – taka sugestia jest kłamliwa i z gruntu zasługuje na olbrzymią krytykę; po drugie nikt chyba do więzienia nie trafił. Izrael od dawna obarcza nas winą za ludobójstwo dokonane na Żydach, ale OK, Izrael to Izrael. Natomiast Gazeta Wyborcza czy der Onet spokojnie tego rodzaju brednie wypisywali i, kurczę, nie słyszałam, żeby którykolwiek z ich dziennikarzy został chociażby oskarżony. To był bardziej straszak, niż ustawa, która miałaby rzeczywistą moc sprawczą. Dla niektórych, jak widać, był to pretekst, żeby jeszcze trochę dołożyć do pieca, a co tam, niech się zajmie – zwłaszcza, że pod koniec można było oznajmić, że na szczęście obecny, polski rząd zajął się sprawą i już można dalej, bezkarnie pluć na Polskę. Najbardziej rażący jest brak jakiegokolwiek kontekstu historycznego – żydowska rodzina błąkająca się od drzwi do drzwi i Polacy odmawiający pomocy – warto byłoby wspomnieć, jakie kary groziły Polakom za chociażby poczęstowanie Żyda chlebem. Żydowski chłopiec ukrywający się na strychu, podczas gdy polskie mogły wychodzić na zewnątrz? Ten sam powód, my sobie tego nie wymyśliliśmy. Polscy szmalcownicy sprzedający Żydów w niemieckie łapy? Owszem, byli tacy, ale znowu – przyzwoitość nakazywałaby wspomnieć, że zdecydowana większość Polaków Żydom pomagała, że Armia Krajowa karała tych szmalcowników śmiercią oraz że więcej takich sprzedawczyków było pochodzenia żydowskiego. Ale nie, to Polacy zostali przedstawieni jako hieny z czerwonymi oczami (w poście wrzucam screen z tego filmu). To o Polakach trzeba było powiedzieć, że bardzo wielu z nich „ z polowania na Żydów uczyniło profesję. Zabierali nam pieniądze, kosztowności, wszystko. A później oddawali w ręce policji” – właśnie po tym miałam ochotę wyrzucić swojego poczciwego laptopa przez okno. A na sam koniec biednego, żydowskiego chłopca uratowali dobrzy Niemcy. Niemal wszyscy Polacy źli, Niemcy – dobrzy. Taki antypolski paszkwil wyemitowała polska telewizja publiczna. To już nawet nie jest śmieszne. Może niech taką tubę propagandową utrzymuje Izrael, a nie polski podatnik? Było to tak tanie, prymitywne granie na emocjach (Polacy z czerwonymi oczami, żydowska matka ze skrzydłami anioła, mały chłopiec próbujący zasłonić bijące serduszko w kształcie gwiazdy Dawida), że aż karykaturalne.

Manipulacje Yad Vashem

Ale to oczywiście nie wszystko, bo niedawno na mediach społecznościowych instytutu Jad Fashism, przepraszam – Yad Vashem – mogliśmy przeczytać, że Polska była pierwszym krajem, w którym Żydzi zostali zmuszeni do noszenia charakterystycznego znaku, aby odizolować ich od otaczającej ludności. I tyle, bez żadnego kontekstu, wyjaśnienia, choćby nawet szczątkowego wprowadzenia. Polakom odbiło i koniec. Żyliśmy sobie razem od kilkuset lat, a potem z dnia na dzień kazaliśmy im nosić opaski z gwiazdą Dawida – bo tak. Jako pierwsi na świecie na coś takiego wpadliśmy. Oczywiście minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zareagował z pełną (ekhm, ekhm) stanowczością: Sprostujcie, proszę, że Polska była pod niemiecką okupacją. Jak na niego, to i tak dużo. Czekał Radzio na odpowiedź, czekał; minął dzień, drugi, trzeci, a Yad Vashem jakoś nie prostował. Olali apele Sikorskiego kompletnie, więc nasz dyplomata zaczął się zastanawiać, czy to na pewno była pomyłka, czy może jednak prawdą jest to, co mówią antysemici, że Izrael celowo fałszuje historie polsko- żydowską – zwłaszcza, że Władysław Kosiniak-Kamysz też zwracał nieśmiało uwagę, że izraelskie muzeum pamięci ofiar Holocaustu, delikatnie pisząc, mija się z prawdą i on również nie doczekał się żadnej reakcji. Cisza trochę krępująca, więc Sikorski szybko skonsultował z żoną, czy może wezwać izraelskiego ambasadora na dywanik. Ambasador pokiwał głową i przyjął nasze niezadowolenie ze zrozumieniem, Yad Vashem opublikowało niby sprostowanie, że stało się to na polecenie władz niemieckich, dodając pobłażliwie, że przecież wyraźnie to wskazali w podlinkowanym artykule, więc o co my w ogóle aferę robimy. Ano o to, że doskonale wszyscy wiemy, że nie każdy ma czas (i chęć) czytać wszystko, co jest proponowane na mediach społecznościowych. W świat poszedł tamten wpis, który nawet nie został specjalnie zmieniony, dodano tylko informację, że to Hans Frank, gubernator Generalnego Gubernatorstwa, wydał taki rozkaz, ale tutaj już jego narodowości nie podano. Cały więc wpis mówi, ni mniej, ni więcej, że w Polsce Żydzi zostali po raz pierwsi zmuszeni do noszenia charakterystycznych opasek, a wymyślił to Hans Frank. I tak dobrze, że nie Franek Hansowski. W każdym razie przewodniczący Yad Vashem się zdenerwował, przypomniał, że informacja o niemieckiej okupacji była zawarta w tekście i koniec dyskusji. Pierwszy i kolejny wpis Yad Vashem są historycznie prawidłowe i nie widzimy powodu, żeby to dalej wyjaśniać. Ci, którzy nadal źle interpretują nasz wpis, robią to w tym momencie świadomie – napisał Dani Dayan. Czyli wpisu nie zmienimy, a jak masz z tym jakiś problem, głupi, polski goju, to jesteś antysemitą. A to niedobra jest. Jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości, czy aby na pewno była to celowa manipulacja, ten wpis powinien je rozwiać. Fajne są takie niedopowiedzenia. W opisywanym filmie zapomniano wspomnieć, że Polakom za pomoc Żydom groziła kara śmierci (i to nie tylko im, ale też ich rodzinie, a często sąsiadom), tutaj zapomniano o mało istotnej informacji, że Polska była pod okupacją, a za całym Holocaustem stali Niemcy i tylko Niemcy, bo Polacy też byli ofiarami tego ludobójstwa. Takie małe, nic nie znaczące szczegóły, kto by się tego czepiał? Chyba tylko antysemita jakiś.

Niemiecki historyk znalazł winnych Holocaustu

A na koniec niemiecki historyk, polskiego niestety pochodzenia, Grzegorz Rossoliński-Liebe popełnił książkę o tytule: „Polscy burmistrzowie i Holocaust”, która jest kolejną, jawną próbą obarczania Polski winą za niemieckie zbrodnie. Książka ta jest promowana przez instytucję „Dom polsko-niemiecki”, który rzekomo ma dbać o dobre stosunki polsko-niemieckie. Czyli jeśli dobrze rozumiem, dobre stosunki będą, jeśli będziemy godzić się na skandaliczne zakłamywanie historii, żeby naszym niemieckim bracholom przykro nie było. Jeśli nie zamkniemy pysków i nie będziemy godzić się na nową wersję historii, to się nasi sprzymierzeńcy obrażą. O ile w przypadku filmu „Wśród sąsiadów” poświęciłam półtorej godziny swojego czasu na obejrzenie tego paszkwilu, o tyle nie zamierzam tracić go więcej na lekturę ponad tysiąc-stronicowej książki, w której chyba każde zdanie jest kłamstwem. Dość napisać, że 25 listopada miała się odbyć prezentacja tej wybitnej, naukowej pozycji, ale została odwołana, ponieważ nie uzgodniono wspólnej polsko-niemieckiej wersji. Nie uzgodniono i pewnie się jej nie uzgodni – przynajmniej na pewno nie z Polakami, którzy się swojego pochodzenia nie wstydzą. Trzeba byłoby chyba do Tuska uderzać. Ogólnie cała książka opowiada o tym, że tak naprawdę winę za Holocaust ponoszą polscy burmistrzowie czy sołtysi, ale na pewno nie Niemcy. Jestem w ciężkim szoku, że takie słowa mogły wyjść spod pióra człowieka, w którego żyłach płynie polska krew. Ludobójstwo dokonane na Żydach (i Polakach, na litość Boga!) było konsekwencją wieloletniego polskiego antysemityzmu. Bo wiadomo, antysemityzm to tylko w Polsce. Szkoda, że po raz kolejny pominięto niektóre, nieistotne widocznie, szczegóły – takie chociażby jak te, że jakakolwiek odmowa czy sprzeciw wobec niemieckiej polityki skutkowałaby śmiercią takiego urzędnika. Wiecie co, ja już nawet nie mam ochoty na wnikliwą analizę, dlatego po prostu podam Wam tutaj kilka cytatów z książki. Sami to sobie oceńcie.

Dzięki współpracy z ludnością polską udało się zamordować ponad 90% wszystkich Żydów mieszkających w Generalnym Gubernatorstwem. W tym miejscu należy podkreślić, że Polacy czerpali korzyści z mordowania Żydów i nie bez powodów przyczyniali się do tego.

Oczywiście, kontekst historyczny wziął i sobie zdechł. Znowu. Ani słowa o tym, jak wyglądała ta „współpraca”. Na przykład, że była ona przymusowa, bo jej odmowa groziła śmiercią. Ale nie, o tym cicho sza, bo to niedobra jest. Wszystko jest, kurde, niedobra. Tylko opluwanie Polski jest dobra.

Polskie społeczeństwo zareagowało na deportacje w różny sposób. Polacy stali po drugiej stronie miejsca zbiórki przy kościele i krzyczeli: „To dobrze! Niech żyje Hitler!”. Niektórzy Polacy uważali deportacje za zabawne i żartowali ze skazanych na śmierć Żydów. Kiedy jeden Żyd został rozpoznany i zaprowadzony przez Polaka do deportowanych, życie uratowała mu Niemka.

Wychodzi na to, że całkiem fajnie mieliśmy podczas tej wojny. Wszyscy śmialiśmy się i dokazywaliśmy. I zwracam Wam uwagę na kolejny przykład – zły Polak, dobra Niemka. Mieliśmy już to w opisywanym wyżej filmie „Wśród sąsiadów”. Mieliśmy też Wilhelma Hosenfelda w „Pianiście”. Szkoda, że wszyscy zapominają wspomnieć o tym, że zarówno Hosenfeld, jak i dwóch „dobrych Niemców” mieli za zadanie stłumić powstanie warszawskie. Być może byli zdolni do okazania ludzkich uczuć, kiedy nikt nie patrzył, ale nie zmienia to faktu, że mieli polską krew na rękach. A ta Niemka? Nawet nie wiadomo, czy istniała, bo przytoczony fragment nie podaje żadnych szczegółów. Autor pisze, że tak było, więc tak było. Koniec dyskusji.

Obowiązek noszenia opasek z gwiazdą Dawida nie był wcześniej wprowadzony ani w Niemczech, ani gdzie indziej. Za ich wdrożenie odpowiedzialni byli burmistrzowie, starostowie, sołtysi i administracja gminna.

I tak dla własnego kaprysu tak zrobili? Nikt ich nie zmuszał, nie zastraszał, nie groził? Sami wpadli na ten pomysł, a Niemcy z radością przyklasnęli? Czy może jednak trochę oponowali zszokowani polskim antysemityzmem? Swoją drogą – ciekawa zbieżność z niedawnym wpisem Yad Vashem, prawda? Tak zupełnie przypadkiem na Polskę wylewa się cała fala oszczerstw i kłamstw, niemalże tydzień w tydzień.

Poczucie bezradności

Powiem Wam, że jestem mocno podłamana. Czuję się kompletnie bezradna. Piszę ten tekst już trzeci dzień i coraz bardziej opuszcza mnie motywacja. Czuję, że przegrywam na każdym kroku. Bo co z tego, że opublikuję ten tekst, zwracający uwagę na niemieckie i żydowskie kłamstwa historyczne? Co z tego, że opublikuję wspomnienia mojej Babci, w których bynajmniej Niemców nie wybielano, skoro Niemcy i Żydzi wiedzą lepiej? Co ja mogę wobec Yad Vashem czy niemieckiego historyka, który wypuścił knigę na tysiąc stron, udowadniającą, że to nie ja mam rację, bo to on jest historykiem i wie lepiej? I już pal sześć, że on w tej naukowej pozycji powołuje się na anonimowych świadków albo jakąś Niemkę, która nie wiadomo, jak się nazywała i gdzie miała miejsce opisywana przez niego sytuacja. Wiadomo tylko, że stał tam kościół. Przecież nie mam szans się przebić. Zamiast satysfakcji z włożonej pracy, poświęconego czasu i końcowego efektu, czuję ogromną bezradność, kompletną pustkę i absolutny brak motywacji, żeby dalej z tym świństwem walczyć. Wierzyłam, że napiszę ważny tekst, a zmierzyłam się ze ścianą, przez którą nie jestem w stanie się przebić. Szczerze, to płakać mi się chce. Mam wrażenie, że ta antypolska narracja wzbiera na siłę. Najpierw skandaliczna sytuacja w Instytucie Witolda Pileckiego, potem filmowy, antypolski, kompletnie zmanipulowany film, manipulacje Yad Vashem, a na koniec książka, która dosłownie zwala odpowiedzialność za Holocaust na Polaków. To się dzieje już od ładnych paru lat (ot, choćby „polskie obozy śmierci” – od ilu lat walczymy z tym określeniem?), ale ostatnio jest to coraz częstsze, praktycznie co kilka tygodni mamy do czynienia z kolejną manipulacją albo wręcz perfidnym, ordynarnym kłamstwem. Kiedyś ironizowałam sobie, że niedługo Polska będzie musiała płacić odszkodowanie Niemcom za amunicję, którą zużyli, strzelając do polskich powstańców; albo że Niemcy napadli na Polskę tylko i wyłącznie po to, żeby ratować Żydów przed krwiożerczym, polskim antysemityzmem, a getto warszawskie powstało po to, żeby ich chronić, bo nie wiadomo, co by Polacy z nimi zrobili. Wtedy nie przyszłoby mi do głowy, że ta gorzka ironia jakiś czas później będzie tak niepokojąco bliska prawdy.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.

Tu nie o łańcuch chodziło

Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.

Od kogo i dla kogo była ta ustawa?

No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.

Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Smutna złego końcówka

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?

Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia

Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:

– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?

– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*

– No pan podpisał tę ustawę.

– No dobrze, no, podpisałem.

– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.

– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…

– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?

– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.

Żałuje pan tego?

– Nie.

Twardym trzeba być…

Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Żenujący popis posła Treli

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa

Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.

Podwójne standardy

Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej