Nawiasem Pisząc
Amerykański sen
Zanim przejdę do podzielenia się wnioskami z amerykańskiego cudu, który polegał na tym, że Andrzej Duda i Donald Tusk wyruszyli razem na spotkanie z prezydentem Bidenem i się nie pozabijali (czego chyba wielu obserwatorów naszej sceny politycznej się obawiało), wspomnę jeszcze o tym, o czym pewnie też już słyszeliście, ale warto przypomnieć. Od kwietnia wzrosną rachunki za żywność, wraca 5% VAT. Cieszycie się? Oczywiście, wszystkie media zapewniają, że to bardzo dobra decyzja naszego nie-rządu, albo że musieli to zrobić, nie mieli wyjścia. Jednak dosyć wiarygodne ptaszki na TT/X ćwierkają, że na polską żywność będzie nałożony ten VAT, ale na zagraniczne produkty już nie. Jeżeli to prawda, to mam wrażenie, że premier chce wykończyć polskie rolnictwo, zanim na dobre wjedzie do nas unijny Zielony Ład. Tak, żeby się nikt w Unii nie musiał przemęczać.
Duda poleciał, bo tak wypadało
A teraz przechodzimy do głównego tematu, czyli wizyty naszego prezydenta i premiera w USA. Najpierw wypadałoby się zastanowić, co tam robił premier, bo dyplomacja nakazuje, aby prezydent spotykał się z prezydentem jednak. Oczywiście, zwolennicy Donalda już sobie wszystko wyjaśnili, prawdopodobnie za pomocą TVN-u, ale podobne zdanie wyrażał na przykład Włodzimierz Cimoszewicz. Biden chciał się spotkać tylko z Tuskiem, a prezydenta Dudę zaprosił, bo tak wypada. A po co chciał się spotkać z przywódcą KO? Nie wiadomo, tak naprawdę. Starsi ludzie często mają jakieś swoje zachcianki, ale jeśli mam być szczera to… Nie znam się, co prawda na mowie ciała, ale na zdjęciach z tej wizyty Biden wygląda, jakby fajniej mu się gadało z Dudą. Aha, oczywiście pojawiło się dużo złośliwych głosów, że Tusk musiał pojechać w roli tłumacza. W takim wypadku to zadanie też zawalił, bo ze Stanów Zjednoczonych wyleciał wcześniej. Ale oczywiście, wcale nie dlatego, że po prostu nie był już tam potrzebny.
Kto załatwił Donaldowi wizytę?
No właśnie, bo pojawiła się druga opinia, tym razem tych wstrętnych prawaków, że to Dońka miało w USA nie być. Że dyplomacja jest dyplomacją, więc powinny się po prostu spotkać głowy obu państw i niepotrzebny im tam jakiś lokaj, kręcący się pod nogami. I prawdopodobnie ktoś naszemu premierowi tę wizytę zwyczajnie załatwił. Kto – nie mam pojęcia, nie chcę nawet snuć domysłów, ale wydaje mi się, że ta wersja jest bliższa prawdy. Nie tylko dlatego, że niespecjalnie pałam szacunkiem do Donalda Tuska, bardziej przekonuje mnie plan dnia, jaki miał jeden i drugi. PAD tego dnia, poza rozmową z prezydentem USA, miał również w planach spotkanie z kongresmenami i senatorami, spotkanie ze spikerem Izby Reprezentantów, wizytę w elektrowni atomowej i firmach produkujących uzbrojenie m.in. dla polskiej armii oraz wywiad dla TV Bloomberg. Tusk, poza herbatką z Joe’em, miał jeszcze tylko na głowie… wywiad dla TVN. Nie trzeba chyba być ekspertem, żeby widzieć, która z tych dwóch wizyt miała większe znaczenie i była dokładniej zaplanowana. Naprawdę to wygląda, jakby Tusk poleciał tam w ostatniej chwili tylko na doczepkę, żeby polskie media mogły pisać o olbrzymim zaszczycie, bo nawet mu nie zdążyli zadań wymyślić. Zwłaszcza że pamiętamy chyba jak się zachowywał, kiedy Biden przyleciał do Polski? Z Trzaskowskim rywalizował, który dłużej porozmawia z amerykańskim gościem i zdjęcia sobie robili. W rzeczywistości ta rozmowa jednego i drugiego ograniczyła się do kurtuazyjnego powitania gdzieś w przejściu. Pewnie Biden myślał, że autografy chcą.
Potężne zakupy
Ale skoro już opisaliśmy sobie, kto, to teraz zastanówmy się: po co. Oficjalnie wszystko jest jasne: rozmowa miała dotyczyć współpracy Polski i USA w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Owocem tego spotkania ma być kredyt dla Polski, który – rzecz jasna – mamy wydać na zbrojenia. Jak podano w komunikatach ogłoszonych równocześnie z wizytą polskich przywódców w Białym Domu, Departament Stanu zatwierdził potencjalną sprzedaż 821 rakiet AGM-158B JASSM o zasięgu niemal 1000 km za cenę maksymalną 1,77 mld dolarów, 745 pocisków powietrze-powietrze AIM-120C-8 średniego zasięgu za cenę do 1,7 mld oraz 232 pocisków taktycznych krótkiego zasięgu AIM-9X Sidewinder Block II za cenę do 219 mln. W ramach pakietów wejdzie również dodatkowy, powiązany z rakietami sprzęt i wsparcie logistyczne – podaje Polska Agencja Prasowa. Pozwólcie, że nie będę oceniała słuszności tych zakupów, bo zwyczajnie się na tym nie znam. Cieszę się jednak, że coś się w tym naszym wojsku ruszyło. Trochę wstyd, że zapalnikiem do tej decyzji była wojna przy naszych granicach, a wcześniej ta nasza armia i uzbrojenie leżały odłogiem, bo już historia nam pokazywała, że nie możemy liczyć tylko i wyłącznie na pomoc sojuszników. I cieszę się, że co do tego jednego premier i prezydent są zgodni, bo martwiłam się, że Tusk po dojściu do władzy uwali dalsze nasze zakupy, tak jak CKM i Turów, który do dwóch lat ma zostać zamknięty, przez co utracimy 8% energii elektrycznej, a 5000 osób zostanie bez pracy. Ale za to klimat lubi to. Jest jeszcze jedna opcja, której się dość mocno obawiam – że dyskutowano tam nad obecnością żołnierzy NATO (w tym polskich) na Ukrainie. Zwłaszcza że Radosław Sikorski bardzo lekkomyślnie, ale to u niego akurat nic nowego, zakomunikował, że oni już tam są. Szef dyplomacji, psia mać. Mam jednak nadzieję, że takich rozmów nie było, a nawet jeśli to prezydent USA o nich szybko zapomni. Przepraszam bardzo, nie powinnam się śmiać ze starszych, schorowanych ludzi, a Biden niestety zachowuje się czasem, jakby miał demencję, więc tym bardziej to mało grzeczne z mojej strony. Zastanawiam się tylko, czy on naprawdę jest w stanie piastować to stanowisko do końca kadencji.
U prezydenta na dywaniku
Ale znowu pojawia się tutaj pytanie: po co było ich tam aż dwóch? Poza zakupowymi uzgodnieniami otrzymaliśmy tylko zapewnienia, że USA i całe NATO dają Polsce żelazną gwarancję, że w razie „W” możemy na nich liczyć i że artykuł 5 Traktatu cały czas pozostaje w mocy. Nasi politycy z kolei zapewniali, że – co prawda różnią się w wielu kwestiach – to jednak sprawa bezpieczeństwa Polski ma dla nich charakter priorytetowy. Zwykła kurtuazja, którą naprawdę mógł spokojnie odbębnić jeden z nich, dlatego pojawiła się też opinia, że cała ta rozmowa miała jeszcze jeden ukryty cel – mianowicie Biden rzekomo chciał się upewnić, że nasze wewnętrzne spory nie zagrożą Sojuszowi. I wezwał po prostu dwóch niesfornych chłopców do siebie, żeby przestali się kłócić i rzucać w siebie piaskiem w piaskownicy i niszczyć swoje babki. Prawdopodobnie też oznajmił, że ma nasze wewnętrzne spory w poważaniu, dopóki będziemy załatwiać je po cichu, a nie że robimy awanturę na pół Sojuszu. Jeżeli tak faktycznie było, to naszych panów nie spotkał żaden zaszczyt, a co najwyżej najedli się wstydu. Ale to chyba tylko Polacy tak potrafią, że będą się kłócić o wszystko, nawet kiedy mają wojnę pod nosem i dosyć realną groźbę przeniesienia jej również na nasze terytorium. To tam pikuś, Wujek Nato i Matka Unia pomogą, nie musimy się martwić, za to my teraz będziemy tu uskuteczniać jeden z większych politycznych sporów, jaki pamiętam – spór o wszystko. Bo oni dosłownie kłócą się już O WSZYSTKO. Być może Biden chciał się upewnić, że może przynajmniej jeśli chodzi o te zbrojenia są zgodni. Albo chociaż, że mają to w poważaniu, więc nie będą przeszkadzać.
Skoro już podzieliłam się z Wami opiniami krążącymi po Internecie, to czas na taką, z którą się najbardziej zgadzam – pół żartem, pół serio. Wszyscy wiemy, że Joe Biden jest starym, schorowanym człowiekiem, o czym zresztą w tym poście wspominałam. Spotkanie z przywódcą każdego państwa mogłoby być dla niego męczące, a każde z nich stwarza okazję, że znowu mógłby chlapnąć coś, z czego potem środowisko demokratów musiałoby się tłumaczyć. Dlatego postanowił, że za jednym zamachem odbębni i Polskę, i Niemcy. Przecież nie ma żadnego problemu, żeby Donald Tusk powtórzył potem wszystko Olafowi Scholzowi. Ba, spróbowałby nie! Jak już akurat obaj byli pod ręką, to Biden zdecydował się zaprosić też niemieckiego reprezentanta. Logistycznie pomyślane bardzo dobrze – oszczędność czasu i pieniędzy.
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Afera Zero
Rodacy Kamraci nie są mi ani bracia, ani swaci, dlatego nawet nie zakładałam, że obejrzę program z nimi. Dziwiłam się, że wyszedł dopiero, zdaje się, wczoraj, bo Stanowski już jakiś czas temu zapowiadał, że taka rozmowa będzie, ale że tematem się nie interesowałam, to i sprawy specjalnie nie śledziłam. Słyszałam pewną teorię dlaczego tak, a nie inaczej, ale nie mam jak jej zweryfikować, więc zostawmy to. Wczoraj wróbelki na X-ie zaczęły ćwierkać, że wydarzyła się grubsza akcja i może warto na rzucić okiem. No to rzuciłam. I szczerze Wam napiszę: co tam się odchajzerowało, to ja nawet nie…
Chęć na głęboką wodę
Przede wszystkim zdziwiłam się, że specjalnie dla Kamratów zmieniono format tych dłuższych wywiadów, bo zazwyczaj lecą one na żywo, a widzowie mają możliwość zadzwonienia i zadania własnego pytania. Dla tych gości z tego zrezygnowano i naprawdę nie wydaje mi się, żeby wymusili to Olszański z Osadowskim, bo nie wyglądają mi oni na facetów, którzy baliby się niewygodnych pytań. Zresztą, dość szybko przekonałam się, ku własnemu zaskoczeniu, że to wcale nie są jacyś skończeni durnie. Trochę ich tak odebrałam, bo kiedyś z ciekawości włączyłam sobie ich kanał i szybko doszłam do wniosku, że mam do czynienia z jakimś politycznym patostreamingiem. A oni, owszem, są w wielu kwestiach odklejeni, ale na pewno nie można ich nazwać skończonymi idiotami. Inną kwestią był wybór prowadzącego ten wywiad. Dawid Chęć jest jednym z młodszych, o ile nie najmłodszym, dziennikarzem w kanale Krzysztofa Stanowskiego i dość szybko okazało się, że chłopak nie ma doświadczenia w takich konfrontacjach. Pisząc wprost, kamraci w pewnym momencie weszli mu na głowę, a on nie bardzo wiedział, jak ma sobie z tym poradzić. Zarówno Stanowski, jak i Mazurek, wielokrotnie podkreślali, że zawód dziennikarza polega na czymś więcej niż na byciu podstawką na mikrofon. Niestety Chęć trochę taką podstawką był – starał się, żeby tak nie było, ale mam wrażenie, że zadawał tylko te pytania, które miał zaplanowane, ale kompletnie nie potrafił wejść w dyskusję (nawet bezpośrednio zagadywany, całkiem sympatycznie zresztą, przez obu panów odpowiadał krótkimi zdaniami i nie ciągnął tematu) ani pociągnąć za język. Może poza sytuacją, w której prawdopodobnie przyszedł mu na ratunek ktoś z reżyserki i podsunął materiał, gdzie Jaszczur faktycznie wyzywał kogoś od Żydów. W efekcie obaj panowie wymieniali się opiniami, a Dawid siedział obok, od czasu do czasu zadając pojedyncze pytania, na które mógł otrzymać odpowiedź, ale wcale nie musiał. Co mnie uderzyło najbardziej? Kiedy Wojciech Olszański poprosił Dawida Chęcia o przykłady ich prorosyjskości, ten odpowiedział, że jest nim chociażby ich stosunek do Ukrainy. Przepraszam, co takiego? To, że ktoś ma krytyczny stosunek do Ukrainy, chociażby ze względu na nierozliczoną zbrodnię wołyńską, nie oznacza z automatu, że jest zwolennikiem Rosji. Ja osobiście wolałabym, żeby oba te państwa trzymały się od nas jak najdalej. A zaraz, jak tylko to zrobią, byłabym bardzo wdzięczna, gdyby Niemcy poszły za ich śladem.
Wytłumaczmy widzom, co mają myśleć
Bardzo szybko otrzymałam odpowiedź na moje wątpliwości dotyczące formatu tego wywiadu, bo po każdej bardziej kontrowersyjnej wypowiedzi pojawiał się ktoś z redakcji, żeby mi wyjaśnić, co powinnam myśleć na dany temat. Czułam się trochę, jak podczas oglądania serialu „Przyjaciele”, w którym rozbawiona widownia głośnym śmiechem tłumaczy widzom, że teraz właśnie było zabawnie i należy się śmiać. I o ile zgadzałam się z Igorem Zalewskim, trochę mniej z Joanną Pinkwart, o tyle uważam, że Arleta Bojke kompletnie odpłynęła, ale do niej jeszcze przejdziemy. Stanowski wielokrotnie podkreślał, że chce stworzyć przestrzeń dla widzów, w której będą oni mogli faktycznie zapoznać się z poglądami danego człowieka, w której będą mogli samodzielnie wyrobić sobie swoją opinię i w której nikt im nie będzie mówił, co mają myśleć. Nie zawsze to się udawało, bo twórca Kanału Zero obiecywał na przykład, że porozmawia ze wszystkimi kandydatami na prezydenta, ale z Maciakiem zrobił tak, jak zrobił. Zupełnie bez sensu według mnie, bo naprawdę nie wydaje mi się, żeby zaproszenie Macieja Maciaka do studia, w którym zamienił z nim dosłownie dwa zdania, było spełnieniem tej obietnicy. Szczerzej byłoby po prostu powiedzieć widzom, że poglądy tego pana są dla niego tak niedopuszczalne, że nie chce mu oddawać ani minuty na swoim kanale, a nie ściągać faceta z Koszalina, czy skąd on tam jest, żeby go potem odesłać z kwitkiem. Miałam też duże zastrzeżenia co do jego sposobu prowadzenia rozmowy z Januszem Walusiem czy Piotrem Wielguckim. Zastanawiam się, dlaczego zdecydowano się tak to rozwiązać – być może wynikało to z faktu, że Dawid Chęć faktycznie nie udźwignął tego wywiadu, więc należało stworzyć złudę jakiejś konfrontacji, ale nagadać komuś, kiedy tego kogoś już dawno nie ma i odpowiedzieć nie może, każdy głupi potrafi. Nie rozumiem, dlaczego tej rozmowy nie poprowadzili Stanowski, Mazurek albo ktokolwiek z bardziej doświadczonej ekipy Kanału Zero. Ktoś, kto na bieżąco potrafiłby wypominać swoim gościom manipulacje czy brak konsekwencji. Wyszłoby to na pewno o wiele lepiej, niż takie pyskowanie, kiedy goście już dawno pojechali do domów. Stanowski tłumaczył to potem, że jego program nigdy nie będzie miejscem dla jakiejkolwiek rosyjskiej narracji – OK, ale dlaczego w takim razie Zalewski musiał specjalnie nagrywać swój komentarz dotyczący opinii kamratów o Unii Europejskiej? Czyżby twórca Kanału Zero także wychodził z fałszywego, według mnie, założenia, że albo Rosja, albo UE i trzeciej nogi, pardon, drogi już nie ma? Przecież sama Unia jeszcze do niedawna handlowała z Rosja, robiła z Rosjanami interesy, tylko teraz każe się nam udawać, że nic takiego nie miało miejsca, a jeśli ktoś pamięta inaczej, to jest ruskim trollem. Strasznie słabo to wyszło. Stanowski mógł wycisnąć z tej rozmowy naprawdę wiele, konfrontując się z Rodakami Kamratami na żywo i samodzielnie, a tak to zrobił dziwnie posklejany wywiad i mamy mu wierzyć na słowo, że na pewno nie wyciął niczego niewygodnego czy znaczącego. Strzelił sobie chyba w kolano, a patrząc na jego nerwowe reakcje na Twixie, chyba sam zdaje sobie z tego sprawę.
Krótka polemika z Bojke
OK, ale wróćmy jeszcze do Arlety. Pani Bojke była łaskawa wspomnieć, że kult Bandery na Ukrainie nie wynika z ludobójstwa na Wołyniu, ale z faktu, że UPA walczyło również z Armią Czerwoną. Ależ my sobie z tego doskonale zdajemy sprawę, pani Arleto. Tylko co z tego? Historia nie jest nauką, w której można sobie wymazać niewygodne kwestie i udawać, że nigdy nie miały miejsca. Tak robi Ukraina, tak robią Niemcy, tak robi Izrael i – tak, tak, pani Arleto – tak robi Rosja. Tylko że Rosja nie pcha się do Unii Europejskiej i NATO, a Ukraina chce się tam dostać, nosząc cały czas ludobójców na sztandarach. I chyba najwyższy czas wymagać od nich, żeby zdecydowali, w którą stronę chcą iść. To dorośli chłopcy już są. Ostatecznie – trzydzieści cztery lata, kawał historii. No dobrze, bez złośliwości. W jednym Arleta Bojke miała rację – na Ukrainie faktycznie się o Wołyniu nie mówi, tylko że dla mnie to nie jest żaden powód, żeby ich usprawiedliwiać. Poznałam wielu Ukraińców i mało który z nich w ogóle wiedział o ludobójstwie na Wołyniu. Ich się tam tego w szkole w ogóle nie uczy, to jest na Ukrainie temat tabu, dlatego udają, że on nie istnieje. Tak jak ten niewidzialny słoń w pokoju – człowiek czuje, że coś wisi w powietrzu, ma wrażenie, że coś za chwilę, brzydko pisząc, pierdolnie, tylko jeszcze nie wie co. I ten słoń, który ulokował się gdzieś między nami, a Ukraińcami coraz bardziej domaga się uwagi. Warto też przypomnieć, jakie inne państwa uczą swoich najmłodszych obywateli fałszywej, wymazanej wersji historii, poza Ukrainą. Niemcy, Izrael i… no, tak znowu… ta zła, niedobra Rosja.
M.
Nawiasem Pisząc
Blisko tragedii na Boże Narodzenie
W Polsce prawdopodobnie udało się udaremnić zamach terrorystyczny. 19-letni student planował zamach i od miesięcy zbierał informacje, jak samodzielnie skonstruować ładunek wybuchowy. Nie miał jednak jasno sprecyzowanego miejsca zamachu – służbom mówił, że NA PRZYKŁAD jakiś jarmark bożonarodzeniowy. Równie dobrze mogło to być centrum handlowe, dworzec, cholera go tak naprawdę wie. Dziewiętnastolatek prawdopodobnie jest konwertytą na islam, wiadomo, że utrzymywał kontakt z przedstawicielami ISIS i zamierzał do nich dołączyć. Być może udany zamach byłby jego przepustką do tego. Ciekawa jestem powodu, dla którego młody chłopak stał się tak zafascynowany islamem i organizacją terrorystyczną? Co go fascynuje w tej niby-kulturze? Do tego stopnia, że był gotów nawet zabić iluś tam ludzi, żeby się do nich przyłączyć i… dalej zabijać. A jak długo, to już zależy, kiedy by go odstrzelili albo dostał zlecenie dokonania samobójczego zamachu i pewnie wykonałby to z poczuciem olbrzymiego zaszczytu, który go spotkał. Dramat.
Medialne manipulacje
Co jednak ciekawe, nagłówki krzyczą o studencie KUL, nie o młodym mężczyźnie zafascynowanym ISIS i islamem. To już skłania do przekłamań i manipulacji, bo chociażby Alicja Defratyka zastanawiała się, co na to ultra-prawica, konfederaci i brauniarze? Ta tzw. „ultra-prawica” jest przeciwna islamowi w Polsce. Może chłopak by się tak nie zradykalizował, gdyby go u nas nie było? A może po prostu miał nie po kolei w głowie? Albo był psychopatą, któremu zachciało się zabijać ludzi i usiłował sobie do tego dopasować jakąś ideologię, a z wiarą chrześcijańską byłoby mu jakkolwiek trudno? Silni Razem też już wsiedli na swojego konika i przekonują na X-ie, że katolik chciał zabijać innych katolików na jarmarku bożonarodzeniowym. Pomijając fakt, że to bzdura, warto byłoby się dowiedzieć, że nie trzeba być osobą wierzącą, żeby starać się dostać na KUL. Rekrutacja jest całkowicie świecka – liczą się wyniki w nauce, egzaminy. Kryteria są takie, jak na każdej innej uczelni. Nie trzeba składać żadnych deklaracji religijnych. „Katolicki” w nazwie oznacza patronat i tożsamość, a nie obowiązek światopoglądowy nakładany na studentów. Student KUL-u nie oznacza więc zadeklarowanego katolika. Warto też zauważyć, że skoro ten człowiek miał dziewiętnaście lat, to studentem KUL-u był co najwyżej trzy miesiące, co zresztą potwierdza uniwersytet. Nie jest to wystarczająco długo, żeby uczelnia zdążyła wtłoczyć mu do głowy ideologię chrześcijańską – nawet zakładając, że faktycznie takie próby są tam wobec studentów podejmowane, ale nic takiego nie słyszałam. To uczelnia jak każda inna.
Stanowisko uczelni
Ósmego grudnia na Katolicki Uniwersytet Lubelski dotarło pismo z Sądu Rejonowego w Szczecinie z informacją o tymczasowym aresztowaniu, które zostało zastosowane wobec wskazanego studenta drugiego grudnia. Więc po wpływie pisma 8 grudnia student został zawieszony w prawach studenta na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Decyzja ta była, można by rzec, natychmiastowa. Dodatkowo do rzecznika dyscyplinarnego do spraw studentów i doktorantów został skierowany wniosek o zajęcie się tą sprawą – mówił Wojciech Adnrusiewicz, rzecznik prasowy uczelni – Oczywiście ubolewamy, podkreślam po dwakroć: ubolewamy, że taka sytuacja dotyczy studenta Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Na pewno jednak jest to postępowanie godne najwyższego ubolewania i pozostaje nam przeprosić, że dotyczy naszego studenta. Przyznam szczerze, że nawet ja jestem zaskoczona takimi click-baitami, bo fakt, której uczelni studentem był ten człowiek, jest w tym momencie drugorzędny. Bardziej istotne są jego motywy, a te w sposób oczywisty nie są chrześcijańskie. Doskonale wszyscy wiemy, że sporo ludzi czyta tylko nagłówki, a takie w istotny sposób wprowadzają w błąd. Po co? Tak jest bardziej poprawnie politycznie, żeby bez żadnej podstawy nawalać w katolików? Pozostaje sprawdzić dokładnie, z kim ten chłopak się kontaktował – być może pozwoli to wykryć innych takich odklejeńców. A być może tropy poprowadzą bezpośrednio do któregoś z meczetów? Nastolatek został aresztowany na co najmniej trzy miesiące.
Uważajcie na siebie.
M.
Nawiasem Pisząc
Bez chanukowych świec w Pałacu Prezydenckim
Nie wiem jak Wy, Drodzy Obserwujący, ale ja przesadnie zdziwiona taką decyzją pana Nawrockiego nie jestem. Prezydent już w trakcie kampanii deklarował, że żadnych chanukowych świec zapalał nie będzie. Ja swoje poglądy i swoje przywiązanie do wartości chrześcijańskich traktuję poważnie, więc obchodzę święta, które są bliskie mojej osobie – powiedział w wywiadzie dla Radia RMF FM. To, że nie jestem zaskoczona, nie oznacza jednak, że się nie cieszę, bo od dawna mam wrażenie, że o wiele bardziej honorujemy wartości żydowskie, niż nasze tradycyjne, chrześcijańskie. Zwłaszcza że jedna z tych wartości głosi, że goje, czyli my, mamy służyć Żydom, czyli im. Polecam Wam zresztą tekst Razprozaka (Raz prozą, raz rymem – walczymy z propagandowym reżimem) – swoją drogą jakiś uśmiechnięty demokrata napisał mi ostatnio, że jestem Razprozakiem 2.0, tyle że on to traktował jako obelgę, ja jako komplement. Wspominał coś jeszcze o napluciu mi do ryja, taki to przykład lewicowej tolerancji i miłości.

Przełomowa akcja z gaśnicą
To świętowanie Chanuki weszło w zwyczaje naszych polityków tak głęboko, że w sumie przyzwyczailiśmy się już do tego. Dopiero Grzegorz Braun musiał nam przypomnieć, że chyba coś jest nie tak, swoją akcją z gaśnicą. Ówczesny marszałek Sejmu, Szymon Hołownia, zorganizował w związku z tym kolejne obchody i próbował wymusić na Krzysztofie Bosaku, że ma wziąć w nich udział, mimo że ten tłumaczył, że jest katolikiem i obowiązuje go m.in. pierwsze Boże przykazanie: Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną. Zresztą w tej całej chanukowej szopce brały udział osoby, które najgłośniej krzyczały o zdejmowaniu krzyży z Sejmu i urzędów, bo państwo ma być świeckie. Ale hipokryzja tych ludzi nie jest chyba dla nikogo z nas nowością. W każdym razie bardzo długo spekulowano czy nowy prezydent nie ugnie się pod tą dziwną żydowską modą i jednak nie weźmie udziału w uroczystościach chanukowych, mimo jego jasnych deklaracji. Argumentowano to tym, że przecież Karol Nawrocki jest protrumpowski, z Trumpa bierze przykład, uzależnia swoją politykę od prezydenta USA i nawet ubiera się tak jak on. A Trump z kolei jest wielkim przyjacielem i sojusznikiem Izraela i premiera Natenjahu. Jest w zasadzie ucieleśnieniem popularnego skrótu „USrael”. Skoro więc polski prezydent nie chce psuć swoich relacji z przywódcą Stanów Zjednoczonych, będzie musiał zapalić świece, nie ma wyjścia.
Szacunek do wartości
No nie, nie będzie musiał. Nawrocki może jest zafascynowany Trumpem, może jest on politykiem, którym się inspiruje i z którego chce w większym lub mniejszym stopniu brać przykład, ale wszystko ma swoje granice. A tymi granicami są wartości tego człowieka, którym pozostaje wierny. Po prostu. Ja mu uwierzyłam i dlatego w końcu zagłosowałam z czystym sumieniem na konkretnego kandydata, a nie tylko po to, żeby nie wygrał ten drugi, jak było w przypadku Andrzeja Dudy. Nie sądzę, żeby przywódca USA miał z tego tytułu jakiś wielki problem, sam sobie może palić te świeczki, jeśli chce, chociaż wydaje mi się, że on jest związany z Izraelem przede wszystkim politycznie. Nieważne, Trump Trumpem. Ja się cieszę, że w końcu mamy polityka na wysokim stanowisku, który sprzeciwia się tej czołobitności wobec Żydów (bo tak to należy nazwać) i nie musi w tym celu biegać z gaśnicą. 😉 Zresztą umówmy się – musiałby być idiotą, żeby się na to zgodzić. Doskonale wie, czego oczekują od niego wyborcy i wie, że straciłby sporo zaufania, gdyby się na to zdecydował. A co do tej szopki w tytule – nie sądzę, żeby Czarzasty, mimo że komunista, odważył się aż tak denerwować chrześcijan. Szopkę zresztą stawia się wieczorem 24 grudnia, po Adwencie. Sam Czarzasty ogłosił, że będą uroczystości chanukowe w Sejmie (jakże by inaczej), ale będzie też Boże Narodzenie: Jest kontynuacja. Tu nie ma żadnej ideologii, a jedynie tradycja. Była Chanuka, to jest. Były święta Bożego Narodzenia, to są. Jeżeli ktoś się spodziewał, że będę robił rewolucję ze względu na swoje poglądy, to się zawiódł, gdyż poglądy swoje mam, ale tradycje i kontynuację szanuję.
Inna sprawa, że to dopiero marszałek Bosak zaproponował postawienie w Sejmie szopki bożonarodzeniowej i podobno była kupowana na ostatnią chwilę. Choinki są, a czy Czarzasty uzna stajenkę za tradycję, skoro pojawiła się dopiero w zeszłym roku z inicjatywy posła Konfederacji…? Zobaczymy. Inna sprawa – jak to skomentował mój przyjaciel: „Szopka i tak jest w Sejmie przez cały rok”.
M.
