Connect with us

Kijem w Mrowisko

Rzeczpospolita Wielu Nadziei

Czy snucie różnych teorii o rozwinięciu naszej polityki wschodniej jest zasadne? Jak najbardziej (…) W naszym interesie jest, by na tym obszarze działały polskie firmy, polskie przedsiębiorstwa czy polskie banki.

Avatar photo

Opublikowano

on

Polska myśl w geopolityce przeżywa w ostatnim czasie spory renesans. Składa się na to wiele czynników: jałowość w polityce zagranicznej i poczucie potrzeby stworzenia czegoś nowego; osoby pokroju Jacka Bartosiaka, próbujące odświeżyć myślenie o położeniu Polski czy też obecna sytuacja na arenie międzynarodowej. Pierwszym krokiem była Inicjatywa Trójmorza, przy wsparciu Stanów Zjednoczonych i Donalda Trumpa, w kwietniu tego roku natomiast pojawiła się oferta stworzenia pewnej formy unii polsko-ukraińskiej.

Zacznijmy w końcu budować politykę wschodnią!

Zanim jednak zlecą się tabuny ludzi krzyczących, że “Żadna unia! Pomyślenie o tym jest już zbrodnią!”, to zatrzymajmy się na chwilę i postarajmy się zrozumieć aktualną sytuację.
W końcu nikt nie mówi tutaj o powstaniu jednego państwa złożonego z Polski i Ukrainy i innych organizmów, bo logistycznie jest to równie trudne, co stworzenie jednego państwa z Grupy Wyszehradzkiej.

Odejdźmy jednak od dygresji i cofnijmy się w czasie o kilka lat. We wrześniu 2015 roku,
w Nowym Yorku miało miejsce uroczyste spotkanie państw Inicjatywy Trójmorza, pod patronatem USA. Widziały one w tym interes dla wbicia klina, pomiędzy dominujące w Unii Europejskiej Niemcy oraz coraz bardziej agresywną Rosję. Dla samych państw regionu również wydawała się to koncepcja słuszna: łączą nas na niektórych płaszczyznach wspólne interesy
i razem chcemy znaczyć więcej, jako wspólnota. Zamysł był jak najbardziej słuszny, a dla Polski był to pierwszy taki samodzielny odruch, na taką skalę, od czasów wcześniej wspomnianej Grupy Wyszehradzkiej. I choć projekt ten był wyszydzany przez „Gazetę Wyborczą” czy inne media liberalno-lewicowe, to istnieje nadal i ma dalej ogromny potencjał, choć niewykorzystywany.

Geografia – nasze przekleństwo i nadzieja

Nie należy jednak mylić Trójmorza z Międzymorzem i tutaj reguła jest prosta. Międzymorze rozciąga się od Zatoki Fińskiej po wybrzeża Morza Czarnego. Trójmorze jest ulokowane w trójkącie Morze Bałtyckie-Czarne-Adriatyk. Dziś skupimy się wyłącznie na temacie Międzymorza, gdyż interes państw znajdujących się na jego obszarze zdecydowanie bardziej jest we wzajemnej bliskości.

Aktualnie na tym obszarze mamy państwa bałtyckie (Litwę, Łotwę i Estonię), Białoruś, Ukrainę, Rumunię, Mołdawię oraz Polskę. Bardziej wprawne oko od razu zobaczy, że większość tego obszaru pokrywa się z granicami dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów Choć trzeba sobie wyjaśnić, że nazwa ta jest bardzo myląca – i nie jest to żaden przejaw “poprawności politycznej”, że nagle się o tym mówi. W dawnej Rzeczpospolitej Polacy stanowili około 50% populacji. Sporą część stanowili również Litwini i Rusini – były to trzy “narody” stanowiące trzon społeczeństwa, a poza nimi mieliśmy jeszcze Niemców, Łotyszy i Żydów. Rafał Ziemkiewicz kiedyś ładnie to nazwał „Unią Europejską na 400 lat przed Unią Europejską” i jest w tym trochę racji. Nie oznacza to oczywiście, że nie było wewnętrznych konfliktów, ale to temat na zupełnie inny wpis.

Skupmy się jednak na tym, jakie znaczenie ma to dla współczesnej sytuacji i dlaczego oddaje ją jedna z mądrzejszych tez Józefa Piłsudskiego, że “nasze pole działań jest na wschodzie”.

Obecnie nie jesteśmy w stanie zdominować gospodarczo czy kulturalnie państw w zachodniej czy centralnej Europie. I to jest fakt. Nasze soft power, w połączeniu z miałkimi elitami politycznymi, jest po prostu za słabe na to. Inaczej ta sytuacja wygląda jednak na Ukrainie czy nawet w państwach bałtyckich. Mało osób zdaje sobie również sprawę z tego, że w aspekcie militarnym, to obecnie Polska jest gwarantem bezpieczeństwa tych państw. Dla niektórych może to brzmieć, jako nieśmieszny żart, ale tak jest. Ponadto jesteśmy od nich, jako państwo, znacznie silniejsi demograficznie i gospodarczo.

Nie inaczej sytuacja ma się aktualnie z wcześniej wspomnianą Ukrainą. Polska jest państwem 4-5 razy bogatszym od niej oraz stała się jej głębią strategiczną w ostatnich miesiącach. Gdybyśmy przyjęli od początku wojny postawę identyczną co Niemcy, to prawdopodobnie już od dłuższego czasu mielibyśmy zamontowany rząd prorosyjski w Kijowie. To przez nas idzie lwia część wszelkich dostaw uzbrojenia, amunicji i pomocy humanitarnej na Ukrainę. To my pełnimy tutaj rolę swoistego “zaplecza” logistycznego.

Potencjał posiadamy. Potrzeba siły i woli politycznej

Ciekawy obraz otrzymujemy również gdy spoglądamy na suche dane demograficzne
i gospodarcze. I jest to oczywiście uproszczenie, natomiast daje już pewien obraz, do którego można się odnosić.
Polska – PKB 607 mld $; populacja 37,5 mln
Ukraina – 155,6 mld $; pop. 44 mln (bierzmy pod uwagę sytuację sprzed rosyjskiej inwazji)
Litwa – 56 mld $; pop. 2,79 mln
Łotwa – 33,51 mld $; pop. 1,9 mln
1,9 mln Estonii – 31,03 mld $; pop. 1,3 mln

Obszar całości to 1 091 454 km2 – czyli mniej więcej wielkościowo obszar dzisiejszej Boliwii. Historycznie niemal tyle samo, ile miała powierzchnia dawnej Rzeczpospolitej. PKB wynosiłoby 881,14 mld; populacja ~ 85,5 mln. PKB per capita 10 300 dolarów.

Dla porównania rosyjskie PKB (przed konfliktem) wynosiło 1 483 mld $, a per capita to,
w przybliżeniu, 10 tysięcy dolarów. Populacja Federacji Rosyjskiej to 144 mln ludzi,
a powierzchnia 17 100 000 km2.

A gdybyśmy dodali do tego jeszcze Rumunię (PKB 249 mld $, pop. 19,9 mln) oraz Mołdawię (11,9 mld$, pop. 2,6 mln.), które także mają w stosunku do Rosji podobne położenie, to wychodzi z tego bardzo ciekawy obraz.

Uwarunkowania geograficzne, jak i polityczne także sprzyjają potencjalnej współpracy tych wszystkich państw. Swoistym “sprawdzam” stała się wojna na Ukrainie oraz późniejsze wizyty politycznych oficjeli. Znamiennym było wspólne zdjęcie głów państw, które wchodziły w skład dawnej Rzeczpospolitej, czyli prezydentów Estonii, Łotwy, Litwy, Polski i Ukrainy.

Czy snucie różnych teorii o rozwinięciu naszej polityki wschodniej jest zasadne? Jak najbardziej. Po 2004 roku w zasadzie wszelkie długofalowe cele polityki zagranicznej obumarły, zwłaszcza za naszą wschodnią granicą. A to właśnie tam jest przestrzeń, dla której, mówiąc obrazowo, to my jesteśmy “zachodem”. Na dodatek bliskim kulturowo, jak i językowo. W naszym interesie jest, by na tym obszarze działały polskie firmy, polskie przedsiębiorstwa czy polskie banki. To od nas wyłącznie zależy czy ta strefa zgniotu, pomiędzy Niemcami
a Rosją, stanie się naszym błogosławieństwem czy przekleństwem.

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Kijem w Mrowisko

Wyciągnięcie Białorusi

Polska, Litwa, walcząca obecnie Ukraina… Do tej brydżowej rozgrywki brakuje jeszcze ostatniego, czwartego gracza – Białorusi, która pod rządami Łukaszenki zwasalizowała się względem Moskwy. Tutaj przed polską dyplomacją stoi trudne zadanie, z perspektywy geopolityki i bezpieczeństwa równie ważne co kwestia Ukrainy.

Avatar photo

Opublikowano

on

Nikt raczej nie zaprzeczy, że kwestia wojny na Ukrainie jest kluczowa dla bezpieczeństwa Polski. Mało kto również zakwestionuje fakt, że lepiej mieć neutralne, a w najlepszym wypadku przyjazne państwo ukraińskie na wschodzie, niż jego marionetkową wersję w rękach Kremla. Jednak mam wrażenie, że umyka nam sprawa innego kraju, równie istotnego
w rozgrywce w tej części świata. Mowa tu o Białorusi.

Odwieczny wzór

Adam Jerzy Czartoryski, Józef Piłsudski, Jerzy Giedroyc, Juliusz Mieroszewski… Zapewne też wielu innych, mniej lub bardziej znanych polityków i specjalistów starało się rozwiązać jeden z największych problemów polskiej polityki zagranicznej. Każdy z nich dostosowywał swoją koncepcję do współczesnych sobie realiów. Celowo należy wymienić ich, ponieważ to właśnie oni swoje idee opierali
o szeroką współpracę państw w Europie Środkowej i Wschodniej.

Czartoryski w XIX wieku proponował powstanie federacji państw, które niegdyś wchodziły w skład państwa Jagiellonów. Organizm ten stanowić miał przeciwwagę dla wpływów rosyjskich i niemieckich w tej części świata. Ówczesne uwarunkowania polityczne nie służyły jej realizacji, ale koncepcja przetrwała. Stanowiska pozostałej trójki są już zdecydowanie bliższe naszemu współczesnemu rozumieniu sytuacji międzynarodowej. Przede wszystkim tam, gdzie mowa o niepodległych państwach bałtyckich (ze szczególnym uwzględnieniem Litwy), Ukrainie i Białorusi. Piłsudski widział w tym wypchnięcie Rosji (carskiej jak
i sowieckiej) jak najdalej na wschód. To ją uważał za największe zagrożenie. Nie inaczej rozumowali Giedroyc z Mieroszewskim. Bez wolnych i demokratycznych państw ULB nie mogła istnieć w pełni suwerenna Polska. I znajduje to swoje potwierdzenie w historii bliższej jak i dalszej

Rodząca się szansa

I można powiedzieć, że realizacja tej idei stopniowo zaczęła mieć miejsce po 1991 roku. Z kremlowskiej smyczy stopniowo zaczęły się zrywać państwa bałtyckie, Ukraina oraz Białoruś. Trzy pierwsze natychmiast rozpoczęły drogę do struktur zachodnich, mniej więcej w takim samym tempie co my. Ukraina przez lata stała na rozdrożu, coraz bardziej przypominając “chorego człowieka Europy”, który zatracał się w słabych fundamentach swojej państwowości. Pomarańczowa rewolucja, później Euromajdan były pierwszymi krzykami o zmianę tego kursu. Jednak dopiero obecna wojna jednoznacznie pokazała swoiste przebudzenie się narodu ukraińskiego, co widać bardzo wyraźnie. Być może jest to też okazja, by wreszcie rozliczyć się z trudną historią polsko-ukraińską w najbliższym czasie, choć to temat na zupełnie inny wywód.

Ostatni, brakujący element

Polska, Litwa, walcząca obecnie Ukraina… Do tej brydżowej rozgrywki brakuje jeszcze ostatniego, czwartego gracza – Białorusi, która pod rządami Łukaszenki zwasalizowała się względem Moskwy. Tutaj przed polską dyplomacją stoi trudne zadanie, z perspektywy geopolityki i bezpieczeństwa równie ważne co kwestia Ukrainy. Na swoim profilu FB rozpisałem potencjalne warianty, które mogą się rozegrać w najbliższych latach na Białorusi. By chociaż je tu skrótowo wymienić:

  • Negatywny scenariusz: Białoruś zostaje całkowicie ubezwłasnowolniona i w konsekwencji inkorporowana przez Federację Rosyjską;
  • Status Quo: Białoruś nadal będzie pełnić funkcję wasala Kremla, co najmniej do zmiany władzy w Mińsku i w Moskwie;
  • Sytuacja, w której Rosja przegrywa wojnę, Putin zachowuje władzę, lecz Federacja wychodzi znacząco osłabiona z konfliktu. Wtedy może dojść do ruchów odśrodkowych na Białorusi w postaci kolorowej rewolucji;
  • Najbardziej korzystny scenariusz: Rosja wyraźnie przegrywa wojnę. Republiki wewnątrz Rosji zaczynają żyć własnym życiem i dochodzi do rozkładu państwa z jednoczesną utratą władzy przez Putina. W takiej sytuacji Łukaszenko może zostać obalony lub zacznie zgrywać “dobrego Baćkę”, który zawsze był demokratą w głębi serca, tylko ten niedobry Kreml na to nie pozwalał.

Takich możliwości jest dowolna liczba, jedne bardziej prawdopodobne, inne mniej. Gdzie jednak powinna być w tym wszystkim Polska? Przede wszystkim sami musimy zacząć zdawać sobie sprawę z tego, że “nic o nas bez nas”. Musimy odgrywać kluczową rolę czy to w formie pośrednika, czy jednego z uczestników wszelakich obrad dotyczących tego obszaru.

Więcej realnych ofert, mniej romantycznych wizji

Być może jest to myślenie życzeniowe, bo sam mam wątpliwości co do skuteczności polskiej dyplomacji, ale nie zmienia to jednak faktu, że pewne kierunki działania powinny być już obrane w tym temacie. Tym bardziej, że poza Rosją jesteśmy najsilniejszym sąsiadem Białorusi: demograficznie, militarnie czy ekonomicznie
i to jest fakt. Mamy więc pewne narzędzia, którymi możemy przyciągać do nas. Od zawiązania bliższej współpracy gospodarczej (być może nawet w trójkącie Warszawa-Kijów-Mińsk), przez kulturową po infrastrukturalną w energetyce czy transporcie. Wszystko po to, by przedstawić zdecydowanie lepszą alternatywę, niż bycie wiecznie zależnym od Kremla.

Nic łatwo nie przychodzi samo. Jeśli nie staniemy na wysokości zadania, to być może ten ważny moment w historii nam umknie. Koniec końców, to od nas zależy czy będziemy w stanie prowadzić własną politykę międzynarodową, w miarę samodzielną, za naszą wschodnią granicą. Czy też staniemy się takim Królestwem Kongresowym, które nie ma żadnej mocy sprawczej, a wszystko dziać się będzie nad naszymi głowami.

Czytaj dalej

Kijem w Mrowisko

Czy Polska może być wielka?

Nie chodzi tu o dominację, bo nie jesteśmy mocarstwem. Ale nie jesteśmy też mali. Jesteśmy państwem średnim i to nam daje możliwość realizowania naszych interesów w określonym zakresie.

Avatar photo

Opublikowano

on

Ostatnio, na niektórych zagranicznych portalach dało się znaleźć informacje o „rosnącej potędze w środku Europy”. Brzmi to trochę egzotycznie gdy dojdzie się do słów, że mowa tu o Polsce i naszych siłach zbrojnych. Faktem jednak jest, że w tej sferze odbywa się niemała rewolucja. Jednak zachowajmy chłodną głowę i nie ogłaszajmy się mocarstwem, bo takie rzeczy nigdy się dobrze nie kończą. Choć nie oznacza to wcale, że jesteśmy skazani na porażkę. Zastanówmy się też nad tym jak Polska może wykorzystać aktualną sytuację na arenie międzynarodowej. Mianowici wraz z niedawną premierą nowej książki Rafała Ziemkiewicza, należy sobie zadać pytanie: Czy Polskę stać na to, by być wielką?

Nasze interesy leżą na wschodzie

Od razu ucinając wątpliwości dotyczące tytułu: to nie jest książka o tym, że Polska ma szanse stać się potęgą od morza do morza, jak za czasów świetności Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Wręcz powiedziałbym, że odwrotnie. Ziemkiewicz stara się tutaj niektórym uświadomić nasze położenie, które nie jest dla nas korzystne, ale też nie jesteśmy w nim skazani na bycie zależnym od Rosji, Niemiec czy innych organizmów zewnętrznych pokroju Unii Europejskiej, uzurpujących sobie prawa do decydowania na coraz szerszym polu.

Nie ma tutaj mówienia o tym, że Polska jest w stanie rozgrywać wszystkich na salonach europejskich. Nie jesteśmy wielkim państwem, ale nie jesteśmy też małym. I tutaj kłania się to, co sam mówię i piszę od dawna, że nasza siła leży na wschód od naszych granic. Tam gdzie była ona przed laty. Ziemkiewicz również, za słowami Piłsudskiego, jednoznacznie stwierdza, że to tam możemy rozwinąć nasz potencjał i budować coś nowego, w oparciu o tradycje sprzed lat.

Wszyscy jesteśmy spadkobiercami Rzeczypospolitej

Bo czymże była dawna Rzeczpospolita? Był to owoc prowadzenia współpracy z naszymi wschodnimi partnerami, czyli wtedy Rusinami i Litwinami. I tu też autor podkreśla, że myśląc o współczesnych szansach dla Polski musimy sami „przerobić” naszą historię na nowo. Uświadomić sobie, że właśnie to państwo w centrum Europy było organizmem łączącym wiele narodów (choć pojęcie „narodu” jak go teraz rozumiemy pojawiło się dopiero w XIX wieku). Polacy, Rusini, Litwini, Żydzi, Tatarzy, Bałtowie, mieszkańcy Prus i wielu innych, ich spoiwem była obecna w Rzeczypospolitej wolność.

Współcześnie odtworzenie tego organizmu jest niemożliwe i każdy sobie raczej zdaje z tego sprawę. Nie oznacza to jednak, że nie można tego wspólnego dziedzictwa Rzeczypospolitej Trojga bądź Wielu Narodów (bo w sumie te nazwy najlepiej by oddały jej charakter) wykorzystać w innej formie. Tym bardziej, w obliczu tak wielkich zmian, jak wojna na Ukrainie, kryzys Federacji Rosyjskiej, kapitulacja „moralnościowej” polityki Niemiec czy powolnej erozji Unii.

Pamiętajmy, że potencjał gospodarczy Polski jest większy od Litwy, Łotwy, Estonii, Białorusi i Ukrainy razem wziętych. Demograficznie również jesteśmy tutaj najsilniejsi i należy korzystać z tych atutów. Jesteśmy również jednym z gwarantów bezpieczeństwa dla państw bałtyckich (o czym mało kto pamięta). Stanowimy także największe zaplecze dla Ukrainy, która bez naszego wsparcia już dawno by się znalazła w rękach Putina.

Nie możemy zmarnować tej szansy

Te wszystkie atuty mają nam uświadomić, że nie jesteśmy „brzydką panną bez posagu”, jak twierdził Bartoszewski. Nie jesteśmy też państwem, które „przegapiło swoją okazję by siedzieć cicho” i jego jedynym celem jest bycie gdzieś na uboczu. W całym moim wywodzie nie zabrzmi to raczej egoistycznie jeśli napiszę, że gdybyśmy odpowiednio wykorzystali nasz czas i potencjał to stalibyśmy się kluczową figurą w tej części Europy. I dalej mamy na to szansę.

Nie chodzi tu o dominację, bo nie jesteśmy mocarstwem. Ale nie jesteśmy też mali. Jesteśmy państwem średnim i to nam daje możliwość realizowania naszych interesów w określonym zakresie.

Co może nimi być? Choćby to, by polskie firmy zdobywały wschodnie rynki, by tam działały polskie banki i przedsiębiorcy. By Polacy inwestowali na Ukrainie, na Litwie czy też Białorusi. A jestem przekonany, że i Białoruś kiedyś wyrwie się spod moskiewskich wpływów, i podobnie jak Ukraina uniezależni się od Kremla. Wtedy będziemy mogli również dbać o nasze wspólne dziedzictwo, bo w końcu wszyscy żyliśmy kiedyś w jednym państwie.

Czytaj dalej

Kijem w Mrowisko

Mit Wielkiej Rosji

Gdyby ktoś nie czytał moich wpisów wcześniej, to w listopadzie zeszłego roku napisałem, że rosyjskiego ataku można się spodziewać w połowie lutego 2022 – niewiele się pomyliłem. Choć pewnie gdybym wiedział, jak w rzeczywistości wygląda stan rosyjskiej armii, to inwazję oceniłbym jako mało prawdopodobną czy wręcz absurdalną.

Avatar photo

Opublikowano

on

Przez ostatnie lata nasłuchaliśmy się od najróżniejszych domorosłych specjalistów o “rosyjskiej potędze” i “niezwyciężonej rosyjskiej armii”. Zaś o samym Putinie niektórzy wypowiadali się jako o wielkim przywódcy, katechonie i w innych tego typu superlatywach. Fakty są jednak takie, że sama Rosja nie jest wcale wielce bogatym państwem, rosyjska armia jest w stanie walczyć jedynie ze słabszymi od siebie, a Putin nie jest wielkim wodzem, a przywódcą kleptokratycznego rządu, który bardziej przypomina mafię niż rzeczywistą władzę.

Od początku wojny na bieżąco staram się analizować każdy dzień wojny na Ukrainie. I w zasadzie od razu rzuca się w oczy jedna rzecz. Całe lata słuchania o wielkości Rosji, o tym, że jest ona rzetelnym partnerem, że jej armia jest porównywalna (a nawet silniejsza) od amerykańskiej, a samo “soft power” jest lepsze od “zgniłego Zachodu”… cała ta narracja posypała się po 24 lutego tego roku.

W jej kontekście można by sparafrazować klasyka, że “na wschodzie bez zmian”. Dalej te same metody, nadal ten sam typ prowadzenia wojny, ten sam sposób rządzenia państwem i ta sama propaganda.

“Najpotężniejsza armia Eurazji” w 6 miesięcy stała się pośmiewiskiem

Gdyby ktoś nie czytał moich wpisów wcześniej, to w listopadzie zeszłego roku napisałem, że rosyjskiego ataku można się spodziewać w połowie lutego 2022 – niewiele się pomyliłem. Choć pewnie gdybym wiedział, jak w rzeczywistości wygląda stan rosyjskiej armii, to inwazję oceniłbym jako mało prawdopodobną czy wręcz absurdalną.

Jeśli ktoś jeszcze pamięta początek wojny, to może kojarzyć, że cała ta “operacja specjalna” miała potrwać 2-3 dni. Wskazywały na to artykuły przedwcześnie opublikowane na rosyjskich portalach. Oczywiście utrzymane w tryumfalnym tonie, że “operacja została zakończona sukcesem”. Potem równie szybko one zniknęły.

Braki w zaopatrzeniu, nieprzygotowanie pod kątem logistyki, słabe morale i złe dowodzenie. Te wszystkie elementy pierwszej fazy wojny, w połączeniu z licznymi nagraniami udostępnianymi przez wojskowych jak i cywili, pokazały, że rosyjska armia była kompletnie nieprzystosowana do takiej formy prowadzenia inwazji. Jedynym co mogło to zmienić, był brawurowy i zarazem nieudany desant VDV (rosyjskie siły powietrznodesantowe) na lotnisku w Hostomelu.

Kolejne co pokazywało nieprzygotowanie armii Federacji Rosyjskiej to ilość zaangażowanych żołnierzy. Była ona zbyt mała, nawet jak na ataki rajdowe. Doprowadziło to do tak zwanego “syndromu krótkiej kołdry”, przez co Rosjanie nie byli w stanie zabezpieczyć swoich pozycji.

Ukoronowaniem tej nieudolności w początkowej części wojny było okopanie się w skażonym radiacyjnie Czerwonym Lesie pod Czarnobylem oraz późniejsze błyskawiczne wycofanie się na kierunku kijowskim i charkowskim.

Aktualnie Rosjanie, pomimo ogarnięcia się w Donbasie i na kierunku chersońskim, wcale nie są na zwycięskiej pozycji. Ich postęp wciąż jest bardzo powolny (jeśli w ogóle następuje, to po bardzo dużych stratach). Sami zaś stracili prawie 1/3 wszystkich czołgów, które mogły być rzucone na front jako w pełni sprawne. To znowu kładzie kreskę na micie rosyjskiej armii jako “potędze pancernej”.

Do tego wszystkiego należy również doliczyć wojnę w powietrzu. Rosjanie, pomimo rzekomego posiadania najlepszej obrony przeciwlotniczej na ziemi (A2AD), nie są w stanie kontrolować nieba nie tylko nad terenami okupowanymi, ale również nad obszarem rdzennej Rosji. Bańki antydostępowe również okazały się w tym wypadku czymś, co działa wyłącznie na papierze.

Do tego należy doliczyć same straty w ludziach (stosunek zabitych do rannych wynosi na ten moment 1:4). Nawet te najbardziej przychylne mówią o ubytku na poziomie 70 tysięcy żołnierzy (najbardziej skrajne mówią nawet o 180 tysiącach).

Rosyjska gospodarka się zapada

Wiele jest głosów o tym, że Rosja może szantażować całą Europę surowcami energetycznymi. Wymienia się przy tym również jej zaplecze w postaci odbiorców w Azji z Chinami na czele. Do tego wielu też wspomina o rezerwach w wysokości 600mld dolarów. Dzięki tym zabiegom Federacja Rosyjska ma być odporna na jakiekolwiek sankcje.

Wszystko to jednak rozpada się pod napływem faktycznych informacji na temat kondycji rosyjskiej gospodarki. Rzetelnej analizy dokonał tutaj Uniwersytet Yale, który dokładnie wskazał, gdzie narracja rosyjska kuleje i nie ma nic wspólnego ze stanem faktycznym. Starałem się wyciągnąć z tego raportu najważniejsze fakty i oto, co otrzymujemy:

  • 43% gazu na rynku europejskim pochodzi z Rosji. Ale aż 83% eksportu gazu rosyjskiego to Europa (prawie 2-krotnie większa zależność).
  • Po raz I w historii USA przebiły Rosję w eksporcie gazu do Europy.
  • Rosja, z powodu braku odpowiedniej infrastruktury, nie jest w stanie odbić sobie strat w Europie eksportem do krajów azjatyckich. Ponadto prowadzona tam sprzedaż surowców jest zdecydowanie poniżej ceny rynkowej (nawet po śmiesznej cenie 30-40$ za baryłkę).
  • Import Rosyjski skurczył się o ~50% w stosunku do momentu sprzed wojny.
  • Sam chiński eksport do Rosji spadł o prawie 50% (z 8 do 4mld$).
  • Inflacja w granicach 20%, inflacja w sektorze zależnym od międzynarodowych łańcuchów dostaw dryfuje już pomiędzy 40 a 60%.
  • Drastycznie spadła również sprzedaż samochodów. Średnio sprzedawało się ich około 100-120 tysięcy w skali miesiąca, od początku wojny jest to około 20-27 tysięcy miesięcznie.
  • Spadły wszystkie wskaźniki dotyczące sprzedaży usług jak i najprostszych zakupów.
  • Z 600mld$ rezerw, które posiadała Rosja 300mld$ zostało już zamrożone. Kolejne 75mld$ zostało już zużyte od początku wojny.

Czy zatem Rosja jest potęgą, za którą nadal mają ją niektóre środowiska? Nie. Prosta odpowiedź. Europa, w perspektywie kilku lat, gdyby chciała, to jest w stanie uniezależnić się energetycznie od rosyjskich surowców, a to jest jej główną kartą przetargową. Poza tym, to Rosja bardziej potrzebuje Europy, niż Europa Rosji. I to widać także po rosyjskiej demografii i wielkiej emigracji, jaka nastąpiła po rozpoczęciu wojny.

Statystyk znajdziemy w tym raporcie znacznie więcej, ale jedno nie ubiega żadnej wątpliwości. Sankcje działają i doprowadzają do implozji rosyjską gospodarkę. Kluczowa będzie nadchodząca zima. Jeśli Zachód wytrzyma rosyjską presję, to jest wielce prawdopodobnym, że Federacja Rosyjska będzie musiała się zmierzyć z największym kryzysem od czasów upadku Związku Radzieckiego.

Czytaj dalej