Connect with us

Nawiasem Pisząc

O debatach… ale nie tylko

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Wielkimi krokami zbliża się kolejna już debata prezydencka. Oglądałam wszystkie, ale nie wszystkie dałam radę Wam opisać, więc może w skrócie napiszę, jak odebrałam, wydaje mi się, że najbardziej znaczących, występy kandydatów na dwóch ostatnich. Wolałabym to robić bardziej na bieżąco, ale miałam przesyt polityki już w pewnym momencie i nie miałam ani dosyć siły, ani ochoty, ani uwagi, żeby skupić się na tym, co kto tam nawygadywał. Przepraszam. Dlatego w skrócie opiszę, jak odebrałam niektórych z kandydatów. Nawrockiego i Brauna w całej debacie oceniam pozytywnie. Ten pierwszy pokazał, że niekoniecznie jest nudny i nijaki. Braun wykorzystał to, co ma najlepsze, a nie można mu odmówić ani erudycji, ani błyskotliwości, a już na pewno nie inteligencji. Te atuty wykorzystał na ile było to możliwe. Muszę też przyznać, że Braun zyskał w moich oczach po akcji w oleśnickim szpitalu – wiele osób sugeruje, że Braun zrobił to głównie na potrzeby kampanii, bo praktyki aborcyjne i obchodzenie prawa stosuje się tam od dawna – stosowano je jeszcze przed „wytycznymi” Tuska i Leszczyny, które wprost mówiły, jak obejść istniejące prawo, bo nie ma odpowiedniej większości, żeby je zmienić. Ale dla przykładu Mentzen bardzo długo nabierał wody w usta i nie poruszał tematu. Zrobił to po jakimś czasie dopiero, kiedy sprawa już zaczęła przycichać – a skoro można sugerować, że Braun zrobił to na potrzeby kampanii, to kandydatowi Konfederacji też można, bo mam wrażenie, że jego sztabowcy najpierw chcieli temat przeczekać, a potem pod wpływem, jak podejrzewam, nacisków wyborców zdecydowali się, że lepiej będzie jednak zabrać głos, bo milczeniem nie zyska nowych sprzymierzeńców, ale może stracić tych, których już ma. Co do samego Mentzena – pierwsza z debat, które z nim widziałam, nie wyszła mu najlepiej. W każdym przemówieniu powtarzał, że to on ma największe szanse na pokonanie Rafała Trzaskowskiego w drugiej turze. Zasięgnęłam trochę języka i dowiedziałam się, że było to celowe, bo sztabowcy liczyli na internetowe memy, które potem to hasło nagłośnią; inni z kolei tłumaczyli, że debaty telewizyjne oglądają głównie starsi ludzie, bo ci młodsi raczej korzystają z Internetu, a starszym trzeba parę razy powtórzyć, żeby zapamiętali. Podobno, to nie moja słowa. Ja uważam, że jeśli wychodzili z takiego założenia, mogli zdecydować się na powtórzenie tego dwa razy – na początku i na końcu. Osobiście byłam już tym zmęczona w pewnym momencie. W drugiej debacie wypadł już dużo lepiej. Ah, i swojego rozgłosu doczekała się książka-wywiad z Rafałem Trzaskowskim. Okazuje się, że my nawet nie doceniamy jaki skarb nam się trafił – pływa z rekinami i boi się tylko troszkę; gdyby nie miłość i służba Ojczyźnie, to na pewno zostałby aktorem, bo sam osobiście odrzucił rolę Adasia Niezgódki w ekranizacji „Pana Kleksa”, a w ogóle to jest lepszym pisarzem i poetą niż Mickiewicz, Słowacki czy Norwid razem wzięci. Powiem Wam szczerze, że jak nie kupuję biografii polityków pisanych przez samych polityków albo współpracy z nimi, tak tę książkę mam ochotę sobie kupić w celach rozrywkowych. 😉

Czysta woda czy czysta propaganda?

No dobrze, a co w związku z wielką, demokratyczną debatą, która ma się odbyć 12 maja i ma być poprowadzona przez TVP, TVN24 i Polsat News? Ano, pojawiły się kontrowersje, bo większości sztabów nie spodobał się pomysł, aby miała ją poprowadzić Dorota Wysocka-Schnepf, która nie zasługuje na nazwanie ją dziennikarką, bo podobnie jak jej koleżanka, Justyna Dobrosz-Oracz, jest zwykłą, niezbyt lotną umysłowo, propagandzistką jedynej słusznej władzy. Według opowieści Krzysztofa Stanowskiego aż 8 z 10 albo 11 obecnych na spotkaniu informacyjnych sztabów, aż 8 opowiedziało się za zmianą prowadzącej TVP. Co zrobiła TVP? Bardzo długo nie chciała się zgodzić na zmianę prowadzącej, która z oczywistych względów, nie spodobała się większości sztabów. Argumentowali to różnie, ale rozpoczęła się dość burzliwa dyskusja. Podejrzewam, że TVP, żeby uciąć temat stwierdziła, że przemyśli sprawę, ale nie spodziewam się, żeby doszło do zmiany. Ewentualnie właśnie na Justynę Dobrosz-Oracz, bo linia narracyjna, nawet w demokratycznej debacie prezydenckiej musi być jedyna i słuszna. Ale, jak na razie, musimy chyba uwierzyć na słowo, że pani Dorota jest niezależna i profesjonalna, bo nic nie słyszałam o zmianach w tym temacie. Jeżeli komuś nie jest znana postać pani Wysockiej-Schnepf, to spieszę poinformować o niektórych jej wyczynach. Kiedy wróciła do Telewizji Polskiej w 2024 roku, przeprowadziła wywiad z wdową po mężczyźnie, który sam się podpalił na Placu Defilad, a niedługo później zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Na pasku na dole ekranu ukazał się wtedy napis: „Oddał życie w obronie demokracji”. Cóż, nie chcę za bardzo znęcać się nad człowiekiem, który już bronić się nie może, ale nawet jeśli w wyborach wygrywa nie ta partia, która nam się podoba, nie oznacza to z automatu, że tej demokracji nie ma. Powiedziałabym nawet, że z demokracją zaczynamy mieć problemy, od kiedy do władzy dorwał się znowu Donald Tusk, który pragnie politycznej zemsty i, żeby tylko odpowiednio nabruździć PiS-owi, każe aresztować wszystkich, którzy może mogli, a może nie mogli wiedzieć coś o aferach PiS-u, które były, ale może ich nie było. Napiszę nawet więcej – jestem zdania, że żeby podpalić się z manifestem, który brzmiał dosłownie jak program Nowoczesnej (bo KO wtedy uznała chyba, że programu mieć nie musi, a potem sama zerżnęła program od Nowoczesnej, niemalże słowo w słowo), trzeba mieć nierówno w głowie. Są różne powody, żeby popełnić samobójstwo, sama chorowałam na depresję i wiem, jakie myśli chodzą wtedy człowiekowi po głowie, ale… PiS rządził wtedy już dwa lata. Nie wiem, ja nie odczułam na własnej skórze tego, co wygadywali na temat rządów PiS-u w telewizji, żyło mi się ani lepiej, ani gorzej. Nikt mnie w niedzielę rano za włosy z mieszkania nie wywlekał na mszę; po pracy, jeśli miałam ochotę, włączałam sobie mecz i dopiero od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej dowiedziałam się, że podobno nie mam takiego prawa. Ale OK, nieważne, przecież Wysocka-Schnepf nie mogła mieć żadnego wpływu na to, jaki tytuł pojawi się na pasku, więc zostawmy to, mimo że sam wywiad był… mocno tendencyjny, delikatnie to ujmując. Później mieliśmy jeszcze debatę kandydatów do Europarlamentu, którą poprowadził wybitny duet dziennikarski, czyli pani Schnepf właśnie z Justyną Dobrosz-Oracz. Obie panie starły się wówczas z Beatą Szydło. Przepychanka słowna, która miała wtedy miejsce, nie pasuje chyba do standardów, jakie powinna utrzymywać Telewizja Publiczna. Później obie panie postanowiły nagle zmienić język na angielski, na co – nie wiedzieć, czemu – niemalże doskonale przygotowany był Borys Budka, ale to pewnie przypadek, prawda? Na słowa sprzeciwu, że przecież jesteśmy w Polsce i powinniśmy mówić po polsku, odpowiedziano, że przecież w Brukseli mówi się po angielsku. Nie, w Brukseli nie mówi się po angielsku, ale możemy się domyślać, o co chodziło. I tu niestety panie też nie trafiły, bo w Europarlamencie korzysta się już z tłumaczy, żeby te różnice językowe zniwelować. Naprawdę nie trzeba znać języków obcych, żeby zostać politykiem – te się przydają, jeśli chce się zostać kelnerem w każdym, większym polskim mieście, ale nie politykowi. Jeszcze innym razem pani Wysocka-Schnepf była łaskawa… zagłuszyć swojego gościa alarmem z telefonu, bo mówił nie tak, jak jej się podobało. Pisałam coś o standardach w Telewizji Publicznej i… muszę cofnąć te słowa, bo to zagranie było poniżej jakichkolwiek standardów. Nie wierzyłam, że to jest możliwe, ale TVP to w tym momencie jeszcze większe dno, niż za czasów PiS. Taką „czystą wodę” szanowni dziennikarze z TVP mogą spuszczać w kiblu, a nie wlewać ją na siłę ludziom do szklanek 24 godziny na dobę.

Nie było wizyty, nie było wywiadu?

A co tam się jeszcze wydarzyło ciekawego podczas majówki? Sporo, ale chciałabym się jeszcze skupić na dwóch wydarzeniach. Pierwsze to wizyta Karola Nawrockiego w USA. No, bo co to za wizyta, skoro nie było spotkania z Donaldem Trumpem? Na wycieczkę pojechał? Łatki alfonsa się nie udało przylepić, z mieszkaniem też sprawa się rypła, więc zagramy na nieudacznika – tak odczytuję motywację polityków Platformy i najwierniejszych wyborców tej partii. Zaczął się wysyp prześmiewczych memów, jak to śmiesznie i małostkowo potraktowali Karola Nawrockiego. Zdaje się, że to Tomasz Lis buńczucznie wypisywał, że jak nie ma zdjęcia, to nie ma dowodu i tym spotkaniem z Trumpem Nawrocki może mydlić oczy komu innemu, ale nie jemu. Wiecie, coś na zasadzie: „Pics or it didn’t happen”. Chciał to dostał, bo Trump nie dość, że się z Nawrockim spotkał, to jeszcze wspólnie pokazali „okejkę”. No cóż, tyłek obity, ale propaganda się sama nie zrobi, więc mainstreamowe media zaczęły się rozpisywać, że wizyta kandydata wspieranego przez PiS tak naprawdę nic nie znaczyła, była kompletnie zbędna i nieważna, a tak w ogóle to Trump jest głupi i zły, a jakby wygrała Kamala Harris to na pewno by nie przyjęła takiego chłystka, jakim podobno jest Nawrocki. Możliwe, że tak by właśnie było, ale na ich nieszczęście to nie Harris jest prezydentem, ale Trump. Ja już naprawdę nie wiem, czy te żałosne zagrywki mają służyć osłabieniu Nawrockiego, czy oni po prostu rozpaczliwie próbują z tego całego zajścia wyjść z twarzą, co w ich przypadku jest cholernie trudne, żeby nie powiedzieć, że niemożliwe, bo twarz stracili już ładnych parę lat temu. Niemniej – jest to wybitnie słabe, patrząc na to, że Tusk i Trzaskowski ładnych parę lat temu rywalizowali ze sobą, który z nich dłużej z Trumpem rozmawiał, a w obu przypadkach prezydent USA po prostu podał im rękę i zamienił parę słów, bo był umówiony na wizytę z… Andrzejem Dudą. Musi boleć. Mnie by bolało, gdybym była ślepą wyznawczynią Trzaskowskiego albo Tuska. Druga kwestia, którą chciałabym poruszyć jest „wywiad” Krzysztofa Stanowskiego z Maciejem Maciakiem. Nie ogarniam tak naprawdę, co tam się wydarzyło, bo Stanowski po pierwszej odpowiedzi przerwał rozmowę i wyszedł ze studia. Maciak próbował się jeszcze jakoś przedstawić i wyjaśnić swoje poglądy, ale redakcja Kanału Zero przypadkiem wyłączyła mu mikrofony, więc gadać on sobie mógł, ile chciał, ale niczego nie słyszeliśmy. Słabe to było. I wcale nie dlatego, że zgadzam się z Maciakiem, wręcz przeciwnie. Jest mi do jego poglądów bardzo daleko, głównie ze względu na jego podejście do wojska polskiego i zbrojenia Polski, ale nie zgadzam się również z jego podejściem do Rosji. Co prawda, ja już zostałam nazwana ruską onucą, tylko dlatego, że domagam się prawdy o Wołyniu i kilka razy wprost napisałam, że jeśli mamy być przyjaciółmi z Ukraińcami, musimy ten Wołyń rozliczyć. Tego się nie da obejść tak, jak nasze dziurawe prawo; to jest cierpienie i olbrzymia trauma dla setek tysięcy Polaków. Polaków, którzy o tym pamiętają i o tę pamięć wołają. Moja rodzina, co prawda, osobiście tego nie doświadczyła, nas bardziej poszarpali Niemcy, ale… jesteśmy narodem, który oberwał niemalże z każdej strony; jestem pewna, że jakbyśmy wspólnie usiedli i prześledzili losy naszych przodków, to każdy znajdzie kogoś w rodzinie, który ucierpiał od Niemców, Rosjan, Ukraińców… I dlatego sobie myślę, że powinniśmy trzymać się razem i wspólnie dbać o nasz interes narodowy, żeby ta Polska jakkolwiek jeszcze istniała. Żeby sama mogła o sobie decydować, bo niestety mam wrażenie, że ta decyzyjność została odebrana. I myślę sobie jeszcze, że nie po to walczyła Armia Krajowa, nie po to ludzie walczyli w Powstaniu Warszawskim, nie po to nasi przodkowie dostali wielokrotnie nożem w plecy, żebyśmy my teraz tę Polskę oddali za darmo. A to właśnie robimy. Ale do brzegu – Stanowski wręcz chwalił się na jednej z debat, kiedy słusznie zauważył, że nie była ona sprawiedliwa, bo część kandydatów nie miała możliwości dotrzeć na miejsce, że on tę możliwość wypowiedzi udzieli. I że on jest tą przestrzenią medialną, która zapewni każdemu z kandydatów swobodną wypowiedź, przynajmniej dwugodzinną. I ja naprawdę rozumiem, że pan Maciak aż tak bardzo mu nie pasował, że nie chciał z nim rozmawiać; rozumiem, że Maciak wyskoczył mu nagle jako kandydat na prezydenta jak Filip z konopii, a jemu z jego poglądami bardzo nie po drodze i nie chce dawać przestrzeni medialnej komuś takiemu, ale… słowo się rzekło. Jest oficjalnym kandydatem na prezydentem, a jak sam Stanowski wielokrotnie powtarzał, wszyscy kandydaci mają równe prawa. Tyle, że jak widać – nie u niego. Mocno mnie zawiódł pan Krzysztof, bo uważam, że robi dobrą robotę, pokazując od środka, jak ta kampania wygląda. Chętnie oglądam jego materiały, bo wydaje mi się, że facet ma łeb na karku, ale no… Nie pasowało mi to. Już chyba lepiej by wyszło, żeby go nie zapraszał w ogóle, bo po co targać faceta specjalnie do studia, żeby przerwać rozmowę po jednym pytaniu? Mam wręcz wrażenie, że Stanowski to sobie z góry ustalił, że umówi się tego i tego dnia, zada jedno konkretne pytanie, a po odpowiedzi od razu przerwie wywiad i pojedzie do domu, żeby obejrzeć mecz Barcelony. Chyba że zrobił to w jeszcze innych celach, żeby potem wyskoczyć i wskazać hipokryzję innych, jak w akcji ze Stonogą, ale nie mam żadnego pomysłu na czym ta akcja miałaby polegać. Jeśli macie inny pomysł, jak tę sprawę z Maciakiem ugryźć, dawajcie znać w komentarzach. Chętnie się zapoznam, bo mi nie przychodzi nic innego do głowy, niż to, że Stanowski po prostu popełnił błąd.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Smutna złego końcówka

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?

Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia

Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:

– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?

– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*

– No pan podpisał tę ustawę.

– No dobrze, no, podpisałem.

– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.

– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…

– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?

– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.

Żałuje pan tego?

– Nie.

Twardym trzeba być…

Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Żenujący popis posła Treli

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa

Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.

Podwójne standardy

Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Zły wpis w złym momencie

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Ten wpis Jana Grabca pojawił się już kawał czasu temu. Zapisałam go sobie z planem opublikowania w ciągu maksymalnie 2-3 dni, a że z planów wyszła figa z makiem – jeszcze raz przepraszam. Mimo to, wracam do niego, bo niesamowicie mnie on uwiera. I nie potrafię sobie odpuścić, bo to był po prostu wpis wybitnie głupi… i zły. Już nie będę odnosić się do tego, że Polska w 1939 roku sama sobie szukała wrogów (w domyśle, jak rozumiem, mam sobie dopowiedzieć: „ma co chciała”?), bo że jest to bzdura, chyba wszyscy wiemy doskonale. Świeżo po odzyskaniu niepodległości myśleliśmy sobie, jak tu się jeszcze pogrążyć. Za dobrze nam było. Koniecznie musieliśmy coś pokomplikować, no i nam się oberwało… To już tak ironicznie piszę, z czystego przyzwyczajenia, bo głupotę naszych polityków można tylko ironizować – cóż nam innego pozostało? Albo gorzkie łzy, albo pusty śmiech. Ja zresztą doskonale rozumiem, co autor miał na myśli, bo to były echa ustnej (a raczej internetowej) przepychanki Karola Nawrockiego z Donaldem Tuskiem, wynikającej z tego, że ten pierwszy powiedział parę słów na temat Powstania Wielkopolskiego, a ten drugi wściekł się, że „znowu mu Niemcy atakujo”. Klasyka, przyzwyczailiśmy się. Do tego, że politycy KO dwoją się i troją, żeby wyciągnąć swojego szefa za każdym razem, kiedy się kompromituje – też.

Nasi przyjaciele, Niemcy

Nawet niespecjalnie uwiera mnie to, że oni mają Niemców za naszych najwspanialszych, bezinteresownych przyjaciół. Nie chce mi się tłumaczyć, że podchodzenie z nieufnością i sceptycyzmem to nie to samo, co usilne szukanie sobie wroga. Kto umie patrzeć, ten widzi, że Niemcom na przyjaźni z nami akurat nie zależy. Nikt nie twierdzi, że lada dzień zaatakują nas dronami, rakietami i czołgami, ale łudzenie się, że im zależy na jakimkolwiek naszym rozwoju gospodarczym jest głupotą. Ja w ich postulatach, decyzjach i ogólnym zachowaniu dostrzegam raczej chęć zrobienia sobie z nas skupiska rzeczy niepotrzebnych. Bo te wiatraki od Siemensa nie sprzedają się tak, jakby chcieli; bo tych elektrycznych super-luksusowych samochodów z do połowy rozładowaną baterią nikt już u nich nie chce, a po co mają się marnować? Ekonomia! Ach, i tutaj nie wszyscy inżynierowie i chirurdzy się dobrze zaaklimatyzowali, więc możemy się podzielić! Tych to oddamy nawet za darmo, znajcie nasze dobre serca! Wszystko się da przecież po dobroci załatwić. Wystarczy rozmawiać, a Wy, drodzy Polacy, i wiatraczki będziecie mieć, i zużyte auta elektryczne, a w ramach promocji dorzucimy Wam chirurgów z Afryki, bo plotki jakieś chodzą, że u Was w tej ochronie zdrowia to tak nie bardzo, prawda? No, to macie, przyjmijcie. I nie narzekajcie. My to wszystko z dobrego, szczerego serca robimy. Odrobinę wdzięczności tylko wymagamy, to chyba nie za dużo? Zamienili po prostu jedną metodę na drugą.

Śmiać się, żeby nie płakać

Dobrze, bo znowu się nabijam, a temat jednak poważny. Z drugiej strony, jak tu się nie śmiać, skoro ostatnie wystąpienia premiera na arenie międzynarodowej skończyły się tak, że nie dość, że sami sobie reparacje wypłacimy, to jeszcze podarujemy je Ukraińcom w imieniu Rosjan. Tacy skuteczni jesteśmy! Śpimy na pieniądzach, Drodzy Obserwujący, i w dupach nam się poprzewracało, tyle Wam napiszę. Przyznajcie jednak szczerze – jak tu nie kpić z czegoś takiego? Ten wpis brzmi słabo z jeszcze innej strony. Reprezentanci naszego państwa pozwalają sobie na takie bezmyślne wpisy w czasie, kiedy historia jest notorycznie zakłamywana, bo państwa, które w przeszłości przelewały najwięcej krwi w imię nie wiadomo czego, dzisiaj nie bardzo chcą się do tej swojej ponurej historii przyznawać. Lepiej rozmydlać winę na inne narody. A jak jest okazja, to i nakłamać do potęgi. Przecież ten tekst powstał w czasach, kiedy nasi wspaniali sąsiedzi postawili uporać się z własną historią na swój sposób za punkt honoru.

Konsekwentne rozmydlanie win

W czasach, kiedy Niemcy nie ograniczają się tylko do tłumaczenia o złych nazistach, którzy napadli i ich zmusili – za to coraz bardziej otwarcie mówią, że Polska w sumie tę II wojnę światową sprowokowała, a w ogóle to nie przesadzajcie. Kiedy Izrael łaskawie przyznaje, że OK, Holocaust to głównie Niemcy, ale nie tylko, bo Polacy im pomagali – i gdyby nie oni, to by im się na pewno nie udało. Kiedy jakakolwiek pamięć o Wołyniu jest uciszana narracją o ruskich trollach, a w ogóle to Ukraińcy nie chcieli, ale musieli, bo Polacy im cerkwie zamykali. Takie tłumaczenie to już klasyka. I weź wytłumacz własnym rodakom, że tak barbarzyńskie tortury stosowane na Polakach być może nie są współmierną karą za zamknięcie iluś tam cerkwi. Nie wspominając już o Rosjanach, którzy za Jelcyna przyznali się do Katynia, za Putina już im się coś nie zgadza (oglądałam kiedyś materiał, w którym pytano właśnie Rosjan o Katyń – wielu z nich jest przekonanych, że ten Katyń to zbrodnia… niemiecka), ale czegokolwiek by tak naprawdę nie zrobili, powinniśmy im być wdzięczni, bo nas wyzwolili. Wyzwolili, prawda? Czas, żebyśmy przyjęli to na klatę. A to, że oni po prostu odpierali Niemców na naszym terytorium; że to wyzwolenie polegało na mordowaniu, gwałceniu, podpalaniu czy rabowaniu i że zaraz potem zniewolili nas znowu na ponad czterdzieści lat, to już trudno. Wyzwolili, to wyzwolili. Takie są fakty, a z nimi się podobno nie dyskutuje.

Kiepscy asystenci

To, że inne państwa, którym ciąży niezbyt chlubna historia, próbują się od niej odgrodzić i rozmemłać tę winę na wszystkich wokoło po równo (dbając przy okazji o to, żeby ich „równa” połowa była jak najmniejsza) niezbyt mnie dziwi. Kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie natomiast to, że nasi politycy tak bardzo ułatwiają im pracę. Wcześniej swoją bezapelacyjną mądrością popisała się Barbara Nowacka, której wymsknęły się brednie o „polskich nazistach”. Ale to tylko dlatego, że się przejęzyczyła! A że czytała z kartki? Pewnie asystent napisał. W tych kręgach nabór na asystentów trwa cały bity rok – mam wrażenie, że oni im tam służą tylko i wyłącznie jako kozły ofiarne. „Powiedziałam/em coś idiotycznego, ale to nie moja wina, tylko tego tu Areczka. To mój asystent” – tak to z reguły wygląda. Albo asystenci, albo przejęzyczenia, albo niezrozumienie zacofanych obywateli, bo przecież pan Grabiec wcale nie miał do napisania tego, co napisał, tylko coś innego. A co, to już nie może powiedzieć, spieszy mu się. Szuka akurat asystenta, żeby mu podpisał papierek o dobrowolnym rozwiązaniu umowy. I to szybciutko, zanim tusz wyschnie, później się nie liczy.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej