Nawiasem Pisząc
Nowy Czeczko? Nie do końca…
Chciałabym napisać, że mamy kolejnego Emila Czeczkę. Że znowu jakiś odklejeniec zwiał na Białoruś, że pewnie Białorusini zrobią z nim porządek, ale w sumie żadnych większych konsekwencji jako państwo nie będziemy mieli. Że w sumie nic wielkiego się nie stało, bo co może się wydarzyć, jeśli komuś się wydaje, że w Polsce reżim jest gorszy, niż na Białorusi, więc pojechał się przekonać. Ale nie mogę. Bo Tomasz Szmydt nie jest Emilem Czeczką. Czeczko był zwykłym żołnierzem, który mało o czym wiedział, mało o czym słyszał i mało o czym miał pojęcie – i nie mówię tu o jego wiedzy jako takiej, ale tej, która w niepowołanych rękach mogłaby mieć dla nas fatalny skutek. Chcę też napisać, że szanuję polskich żołnierzy, obojętnie w jakim stopniu sprawują swoją funkcję – ale akurat nie tych, którym się wydaje, że w Polsce jest dramat, zamordyzm i mordowanie obywateli, a u Łukaszenki to kraj mlekiem i miodem płynący. No, ale panu Emilowi Białorusini bardzo szybko podziękowali.
Sędzia sprawiedliwy i nieustępliwy
Ze Szmydtem sprawa jest już jednak dużo poważniejsza. Bo facet był sędzią. I to nie takim, który rozstrzyga, który sąsiad podszedł do płotu – jako że i tamten podszedł – i drugiemu szybę wybił (znowu – z całym szacunkiem, ale to też po prostu nie są informacje, które mogłyby wyrządzić nam jakąś większą szkodę), ale takim, który miał dostęp do wiadomości najbardziej tajnych i najbardziej wrażliwych. Podobno „ściśle tajnych”. I sobie wziął te wszystkie informacje i zwiał na Białoruś. I tymi danymi zapewne hojnie obdaruje Łukaszenkę (za gościnne przyjęcie, wszak wódkę ponoć nawet dostał), a tym samym i Putina. A co oni raczą z tym zrobić? Bóg jeden wie, ale chyba raczej nic takiego z czego my, jako państwo, moglibyśmy być zadowoleni. Obawiam się, że wręcz przeciwnie. Nikt nie wie, do jakich informacji Szmydt uzyskał dostęp. Nikt nie wie, ile z nich już sprzedał, nikt nie wie, ile ma jeszcze w zanadrzu i nikt nie wie, od kiedy zaczął kapować. Tak naprawdę nikt nie wie nic. Co najgorsze – nikt nie ma bladego pojęcia, jak go ściągnąć z powrotem. Facet zwiał nam sprzed nosa – podobnie jak Roman do Włoch, Gaweł do Norwegii czy Sebastian M. do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W żadnym z tych przypadków polskie służby nie są w stanie zrobić dosłownie nic, ci ludzie uniknęli odpowiedzialności. Jeden z nich zdążył już wrócić w pełni chwały i zaczął zaprowadzać sprawiedliwość nad złymi ludźmi, którzy chcieli go skazać (i nad paroma innymi przy okazji też), a co my robimy? Dywagujemy nad tym, czy pan Tomasz był bardziej propisowski czy prokoalicyjny. Bo to jest rzeczywiście najważniejsze w tym momencie. Wiszą nad nami Bóg wie, jakie konsekwencje z tego tytułu, ale nasi politycy muszą to wykorzystać, żeby udowodnić, że ta druga strona jest gorsza.
Wypominanie prorosyjskości
Nie jest wiedzą chyba tajemną, że PiS jest antyrosyjski do granic możliwości. Do przesady wręcz. Po katastrofie smoleńskiej od razu wiedzieli, kto za nią stoi i nie omieszkali poinformować o tym wszystkich. I przypominać na każdym kroku. Niestety, kiedy przyszło do okazywania dowodów, to niewiele z tego wyniknęło, ot po prostu słali jakieś „druzgocące” raporty na podstawie zabaw z parówkami i helem. I nie chcę tutaj mówić, że wiem od początku do końca, co się wydarzyło nad Smoleńskiem – po prostu uważam, że ani jedna, ani druga strona nie stanęła na wysokości zadania, żeby tę tragedię wyjaśnić i że obie – tak, jak w tym przypadku – wykorzystały ją, żeby obrzucić się wzajemnie gównem. Bo trzeba znać priorytety. Z kolei Platformę pamiętamy z tzw. „resetu” i znamiennych słów dwóch jej czołowych polityków o Putinie. Tusk, na wieść o tym, że któreś z rosyjskich, proputinowskich mediów nazwało go „naszym człowiekiem w Warszawie”, odparł, że Putina spokojnie można określić jako „naszego człowieka w Moskwie”, a pan Radosław Sikorski stwierdził, że „Rosja nie jest naszym wrogiem, a Putin to nie Stalin – jeśli morduje to detalicznie, a nie hurtowo” – więc jak rozumiem, wszystko spoko. Bo detalicznie można, ale hurtowo już nie. Ale naprawdę w tej konkretnej sytuacji nie jest ważne, która partia była bliżej ze Szmydtem, a która dalej. I na pewno nie to, która lepiej na tym całym incydencie politycznie najlepiej wyjdzie. Chociaż – wielu ludzi to podłapało i radośnie głosi w Internecie, że Szmydt to był bliżej do tamtych, niż do naszych.
Konsekwencje – nie dla wszystkich
Najważniejsze jest dobro państwa i to, czy i w jaki sposób wiedza, którą teraz pan sędzia dzieli się z Łukaszenką (a pewnie dzielił od dawna) jest dla nas zagrożeniem. Bo cholera wie, kogo znał ten facet. Cholera wie, z kim rozmawiał i o czyich słabościach wiedział. Przecież sąd stoi praktycznie ponad prawem – co pokazuje sprawa małego Kamila z Częstochowy, gdzie wszystkie osoby dalej spokojnie sprawują swój urząd, mimo że nie zrobiły nic, by ratować tego chłopca. Nie chciało im się nawet porządnie wykonywać swoich obowiązków. Było dziecko, nie ma dziecka, a kto jest winny? Tylko bezpośredni zabójca, ewentualnie jego matka, ale już nie ci, którzy tego biednego chłopca wrzucili dosłownie w paszczę lwa. Poprawność polityczna? Solidarność jajników? Zostawmy już to, i tak prawdy nie dojdziemy. Niby toczy się w tej sprawie jakieś śledztwo, niby zbierają dowody, ale dobrze wiemy, jak będzie. Wracając do głównego wątku – obawiam się, że pan Szmydt może mieć haki na niektóre wysoko postawione osoby w państwie, które potem Rosja z Białorusią radośnie wykorzystają. Nie mam pojęcia na kogo i na jaką skalę, bo to wiedza ściśle tajna, przynajmniej dla nas. Martwię się, że dla Putina i Łukaszenki już nie za bardzo. I teraz wyobraźmy sobie, że tych dwóch dżentelmenów posiadło wiedzę, że któraś z wysoko postawionych osób w Polsce ma tam coś za uszami (w sumie – kto nie ma?) i zacznie taką osobę szantażować, że powiedzą to i to, jeśli ta nie zrobi tego i tego. Nie wierzę, że wśród tych ludzi wielu będzie takich, którzy twardo powiedzą, że „trudno, róbcie, co chcecie, ja polskiej racji stanu zdradzał nie będę”.
Szwajcarski ser
Im na wyższego konia wskoczysz, tym boleśniej zderzysz się z ziemią. I ci ludzie doskonale o tym wiedzą, ale w tym momencie wolą wrzucać gówno do wentylatora i nadstawiać go w stronę przeciwników. A jak dalekie ci ludzie mają kompetencje i co są w stanie zrobić, żeby ich własne szambo nie wybiło – wolę sobie nie wyobrażać. Polskie służby są jak szwajcarski ser – tą dziurą im jeden czmychnie, tamtą drugi, a potem można tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że kurde, w sumie to szkoda. I że do kolejnych takich sytuacji na pewno dochodzić nie będzie. Na mur beton. A nam pozostaje wzruszyć ramionami i uwierzyć, że jak mówią, że nie będzie to nie będzie. Bo co nas złego może spotkać, jesteśmy w NATO, więc jesteśmy mocarni. A to, że jakieś super tajne sprawy państwowe prawdopodobnie są teraz omawiane przy wódce z Łukaszenką, to już pal sześć. To oni są winni, a nie my, a jeśli będzie groźba, że to nam może coś zaszkodzić, to się będziemy martwić. Najwyżej zrobi się drugi reset. A interesy państwa czy dobro naszych obywateli są nieważne. Umówmy się, większość tych wysoko postawionych ludzi ma je w głębokim poważaniu. Jeżeli będzie ryzyko, że spadną z konika – bez skrupułów zrzucą kogoś innego, ale na razie jest najlepszy czas na to, żeby nawalać w przeciwnika politycznego. Bo jakoś to będzie. Dla nich, być może dla nas nie?
Ogłupiony polski naród
A my radośnie tańczymy, jak oni nam grają. Bo to PiS, a nie PO (albo na odwrót). I z miłą chęcią przystępujemy do tej politycznej wojenki, bo tak się już daliśmy spolaryzować przez te dwie partie, że wszystko inne mamy w pompie. Przyznaję, nie jestem bez winy, tez się w to dałam wciągnąć (chociaż bardziej pod względem postępowości vs konserwatywności, niż w tę wojenkę polityczną). Pan Szmydt zrobił sobie zdjęcie z człowiekiem z PiS-u – oho, mamy powiązanie! Podał rękę człowiekowi z PO – no to ich ugotujemy. A jakie poniesiemy konsekwencje – jako państwo – tego, że zdrajca i szpieg pije sobie teraz gdzieś na Białorusi wódeczkę z ludźmi, którzy mają możliwości nam ten nasz spolaryzowany grajdołek zburzyć? Oj tam, oj tam. I najgorsze jest to, że to jest racja. Jesteśmy w tym momencie kompletnie bezradni. Bo jak my mamy tego człowieka odbić?! Chyba tylko najeżdżając na Białoruś, ale wszyscy wiemy, jakie byłyby tego konsekwencje. Możemy więc tylko siedzieć z założonymi rękami i czekać, co wyskoczy. Ale do tej pory jakoś to było. Zwiał Roman Giertych – ale w sumie nic mu nie udowodniono, więc luz. Pani Magdalena Adamowicz nie stawia się na kolejne wezwania prokuratury – no przecież jest chora! Rafał Gaweł robi w Norwegii za wielce rodzinnego geja, który uciekł przed polskim reżimem – trudno, może tylko pluć na Polskę, ale do tej pory nam to nie przeszkadzało, prawda? Sebastian M. spalił całą rodzinę żywcem – szkoda, że nic mu już nie zrobimy, ale prawo to prawo. Co prawda, Romek wrócił i może robić, co mu się żywnie podoba (bo ma immunitet), a pan Szmydt pije sobie wódeczkę z prezydentem Białorusi (pewnie po to, żeby się zrobił bardziej wylewny), ale… jakoś to będzie, prawda?
Zawsze jakoś było.
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
Szopka w Sejmie
W tej naszej kochanej Polsce chyba nigdy nie będzie normalnie. Przecież to, co się dzisiaj odchajzerowało w polskim Sejmie, to Święci Pańscy nie widzieli. Ludzie, którzy zostali wybrani do rządzenia krajem, najzwyczajniej w świecie robią sobie z nas jaja. I to takie najbardziej chamskie i prymitywne jaja. I tak zastanawiam się, kiedy pękła ta niewidzialna granica, po której politycy przestali nawet udawać, że traktują nas poważnie? Czy tym symbolicznym momentem była słynna debata Trzaskowskiego z Dudą, w której każdy z nich debatował w innej telewizji, czy jeszcze wcześniej? Kiedy zaczęliśmy pozwalać sobie, żeby nam się śmiali w twarz? Od którego momentu im przestało zależeć, żeby chociaż stwarzać pozory? Bo umówmy się, jeśli politycy wprost śmieją się ze swoich niezrealizowanych obietnic, bo ciemny lud to kupił i „cóż szkodzi obiecać”, to znaczy, że oni się nami w ogóle nie przejmują. Nie to, że się nie boją – oni mają centralnie na nas wszystkich wygwizdane.
Ślubowanie przed Prezydentem… bez Prezydenta
Nie to, żebym była tym specjalnie zaskoczona, bo szanowni nam panujący zdążyli nas już do tego przyzwyczaić, ale że my się tak kopać w tyłek pozwalamy jest dla mnie rzeczą niepojętą. Dzisiaj marszałek Czerworzasty postanowił publicznie pochwalić się nieprzestrzeganiem przepisów prawnych i sam sobie zorganizował ślubowanie sędziów TK. Co prawda Prezydenta RP nie było, ale za to był notariusz, który nie wiadomo na jakiej podstawie dostał prawo notyfikowania ślubowania tych sędziów. A żeby kompromitowania polskiego Sejmu stało się zadość, zarówno marszałek Sejmu, jak i nominowani sędziowie używali zwrotu „wobec prezydenta RP”. I ja nie wiem, gdzie oni widzieli prezydenta. To była naprawdę tragikomedia – chwilę się pośmialiśmy, ale jakie będą konsekwencje z tego wszystkiego, to się dopiero przekonamy. W każdym razie wypadałoby zacząć od początku, bo ta cała sytuacja jest smutną kwintesencją tego, co dzieje się w Polsce – zero rozmów, zero debaty, zero jakiejkolwiek próby dojścia do porozumienia, tylko złośliwie podstawiamy sobie nogę, wybijamy zęby, a potem brniemy w to dalej, udając, że prawo nie istnieje, a jeśli nawet istnieje, to nie dla nas, a jeśli nawet dla nas, to tylko takie, jakim my je rozumiemy. Otóż prezydent miał przyjąć nominacje sześciu sędziów, a przyjął tylko dwóch. Co do pozostałych czterech zostały zgłoszone wątpliwości, czy Sejm miał prawo wybrać tych sędziów w danym terminie – czy nie zostali wybrani za wcześnie albo na czyjeś miejsce.
Kopanie się po kostkach
I już tutaj zaczęły się spory, bo tutaj konkretnie Prezydent rzeczywiście ma niewiele do gadania – ma przyjąć i koniec. On nie jest od interpretowania i oceniania słuszności tych wyborów. Szkopuł polega na tym, ze wbrew temu, co głosi Roman Giertych (który zapowiedział dzisiaj, że skieruje sprawę przeciwko Nawrockiemu do sądu) i jemu podobni politycy, że Karol Nawrocki nie odrzucił tej czwórki nominowanych sędziów. Po prostu jeszcze tych czwórki sędziów do złożenia ślubowania nie zaprosił. I samo to można już różnie oceniać, być może mieliśmy nawet do czynienia z nadużywaniem uprawnień, bo trochę słabo to jednak wygląda, jeśli poszczególni sędziowie składają ślubowanie osobno. Ale za to dzisiaj wyglądało i słabo, i śmieszno, więc warto było. W każdym razie według ustawy do TK: „Sędzia Trybunału Konstytucyjnego składa ślubowanie wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Zgodnie z tym zapisem ślubowanie więc nie było ważne – komiczne, owszem, kiedy nominowani sędziowie zwracali się do nieobecnego Prezydenta, ale w sensie prawnym ta cała hucpa w Sejmie nie powinna mieć żadnych skutków prawnych. Dodatkowo ustawa nie wyznacza Prezydentowi terminu na odebranie ślubowania. I już widzę, że Kancelaria Prezydenta będzie teraz grała tą kartą – bo oni przecież chcieli, ale Sejm ich ubiegł, więc dalej można się nawalać. Tutaj pojawiają się też głosy, że przepis o obecności Prezydenta jest zawarty w ustawie dotyczącej Trybunału Konstytucyjnego, nie zaś w samej Konstytucji. I tutaj znowu mnogość interpretacji – jedni mówią, że skoro nie ma w Konstytucji to Prezydent nie musi być obecny, koniec tematu, można się rozejść; drudzy, że Konstytucja, owszem, jest nad ustawą, ale tylko w sytuacji, gdy ich przepisy się wykluczają – tutaj nie ma mowy o tym mowy, ustawę należy więc traktować jako uzupełnienie do zapisów z Konstytucji.
Sędziowie bez pracy
Jak widać z naszym prawem można już robić dosłownie wszystko. Kiedy zmieni się władza zacznie się pewnie poddawać w wątpliwość wyroki tych dzisiaj nie-zaślubionych sędziów. Mam nadzieję, że nie będą robić takich cyrków, jak teraz KO z tzw. neo-sędziami. Oczywiście pod warunkiem, że ci sędziowie w ogóle będą w jakiejkolwiek sprawie orzekać, ponieważ prezes TK już zapowiedział, że takiego wała. Nie mogę ich uznać za sędziów TK, bo Prezydent nie poinformował mnie, że złożyli wobec niego ślubowanie. Nie dostaną spraw ani gabinetów. Jako obywatele mogą odwiedzać TK i spotykać się w bibliotece oraz biurze podawczym – zapowiedział Bogdan Święczkowski. Czyli dalej się bierzemy za pyski, żadna ze stron gardy nie opuszcza. Ja się tylko zastanawiam, czy ci sędziowie będą otrzymywać wynagrodzenie, skoro nie dostaną żadnych spraw, więc de facto będą tam przychodzić, żeby posiedzieć w bibliotece albo nie przychodzić wcale? Czy cała ich praca skończyła się na tym, że poszli ślubować Prezydentowi, którego nie było? Już był kiedyś taki sędzia, Tuleya się nazywał. On był oczywiście męczennikiem wykorzystywanym przez totalitarne władze PiS, bo został zawieszony i nie mógł pracować. Ale to że nie pracował, wcale nie znaczy, że nie zarabiał. Obniżyli mu, co prawda, wynagrodzenie, ale prawda jest taka, że on w okresie kiedy był najbardziej terroryzowany i inwigilowany przez PiS otrzymywał wypłatę za nic nie robienie. Nie wiem, jak nazwać rzeczywistość, w jakiej się obecnie znajdujemy, bo to nawet nie jest Matrix. Takiego burdelu na kółkach, to ja nie widziałam, odkąd żyję. Będziemy się z tego jeszcze długo wygrzebywać – zakładając, oczywiście, że kiedyś w ogóle zaczniemy się wygrzebywać.
M.
Nawiasem Pisząc
Odpowiedzialność za słowa
Jakiś czas temu wpadł mi w ucho pewien francuski zespół. Muzyka niby nie z mojej bajki, bo wolę raczej ostrzejsze brzmienia, ale dobrze się słucha do pracy, albo żeby sobie leciało w tle. No i często, jak coś tam robię na komputerze, to właśnie dziewczyny tam sobie w tle śpiewają. I w pewnym momencie wskoczył mi francuski, kobiecy rap, a że ten gatunek muzyki to zupełnie nie moje klimaty, chciałam szybko przełączyć, gdy nagle usłyszałam nazwisko Romana Polańskiego, więc z ciekawości sprawdziłam, o co chodzi.
Przemoc wobec słabszych
Nie była to jednak pochwała talentu reżyserskiego tego twórcy, a piosenka traktująca o przemocy wobec kobiet. I ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, żeby takie utwory powstawały. Jak wiemy przemoc wobec kobiet się zdarza, w Polsce na szczęście rzadko, ale też nie jest to niestety zupełnie niespotykane zjawisko, więc jeśli kobieta ma ochotę wykrzyczeć swoją złość w utworze muzycznym, nie mam z tym żadnego problemu, nawet jeśli to francuska raperka. 😉 Ogólnie jestem osobą, którą brzydzi przemoc wobec słabszych. Nie znoszę, kiedy facet bije kobietę (tutaj piszę przykładowo, bo statystycznie mężczyźni są silniejsi, ale gdyby Anita Włodarczyk miała ochotę pobić Adama Małysza na przykład, to też by mi nie pasowało), dorosły znęca się nad dzieckiem albo ktoś kopie psa. Uważam, że jak jesteś taki kozak, to znajdź sobie kogoś równego sobie. Być może dlatego ta cała afera z ustawkami prezydenta Nawrockiego mnie jakoś szczególnie nie oburzyła, bo jeśli obie strony chcą, robią to na określonych zasadach i z dala od ludzi postronnych, to nie jest to mój problem. Nie twierdzę, że to dobre, chwalebne, ani że powinno być legalne (ogólnie wychodzę z założenia, że oklepywanie się po mordzie, dlatego, że kibicuje się innym drużynom jest… debilne), ale wolę to, niż żeby samej dostać w pysk, bo mam na sobie szalik nie tej drużyny.
Emocjonalne oskarżenie
Ale nieważne. Chilla, bo taki pseudonim ma ta raperka, wymieniła tam kilka nazwisk. Z Romanem Polańskim wszyscy wiemy, o co chodzi i nie ma sensu wyjaśniać. Poszperałam więc w poszukiwaniu innych nazwisk. Był Harvey Weinstein i on akurat został prawomocnie skazany za gwałty i napaści seksualne. I to całkiem ładną sumę latek dostał na siedzenie w pasiaku. Był Dominique Strauss-Kahn – to francuski polityk z partii komunistycznej. On poszedł na ugodę, wypłacił miliony euro odszkodowania, ale ostatecznie siedzieć nie poszedł. Francuzi są przekonani o jego winie i panuje tam powszechne przekonanie, że więzienia udało mu się uniknąć przez różne układy i układziki. Znamy to z naszej polskiej polityki, więc wcale bym się nie zdziwiła, ale skazany oficjalnie nie został. Ale na samym końcu wymieniony został… Kevin Spacey. Utwór jest zdaje się z 2018 roku, kiedy wszyscy byli przekonani o winie aktora (szczerze mówiąc ja też, ale ja o nic go publicznie nie oskarżałam akurat), który… został uniewinniony w 2022 roku zdaje się. I tu już pojawia mi się pewien zgrzyt, bo artystka wrzuciła Spacey’a między różnych zwyrodnialców bez wyroku sądowego. I treści piosenki do tej pory nie zmieniła, a tam wystarczyło tylko wyciąć ostatni wers, bo wymieniała go dosłownie na samym końcu, ale za to kilkukrotnie.
Uczciwość i wiarygodność
I tutaj chyba należałoby przejść do odpowiedzialności twórcy za własny utwór. Oskarżyć kogoś publicznie jest bardzo łatwo, bo skoro w mediach pisali, to coś musi być na rzeczy, prawda? I rozumiem emocje, nie przemyślała, napisała, poszło. Ale potem wypadałoby jednak przeprosić i zmienić treść. Przeglądałam sobie jej FB, żeby sprawdzić, czy na pewno takie sprostowanie nie padło i nie znalazłam. Inna sprawa, że przejrzałam tylko FB, a ona podobno bardziej aktywna jest na Instagramie, ale nie chce mi się specjalnie konta zakładać, żeby to sprawdzić, przepraszam. Możliwe więc, że gdzieś indziej takie sprostowanie padło, ale tak czy inaczej – tekst utworu wciąż jest niezmieniony. A fałszywe oskarżenia, zwłaszcza na tak obrzydliwe przestępstwa, mogą zniszczyć facetowi życie. Kevinowi Spacey’owi zniszczyły. Widzieliście go w jakimś filmie po 2022 roku? Ja nie. To jest nazwisko, które do tej pory źle się kojarzy i reżyserzy wolą nie ryzykować i nie zatrudniać go. Wątpię, żeby udało mu się odbudować swoją karierę, nie wiem nawet, czy po tym wszystkim ma jeszcze na to ochotę, skoro całe środowisko filmowe odcięło się od niego przed wyrokiem. Doczytywałam, że jakiekolwiek zmiany w utworze to ogromne pierdzielenie się z platformami, na których ten utwór został już udostępniony (np. Spotify), ale mimo wszystko.
Chilla nic by na tym nie straciła. Jedynie zyskałaby na wiarygodności. I pokazała, że dostrzega nie tylko krzywdę kobiet, ale też mężczyzn. Bo to też nie jest tak, że ona facetów nienawidzi – współpracuje z wieloma muzykami płci męskiej i nigdzie nie znalazłam informacji, żeby kogokolwiek niesłusznie oskarżyła. Dlatego uważam, że w tej konkretnej sytuacji mogłaby próbować jakkolwiek naprawić swój własny błąd.
M.
Nawiasem Pisząc
Taka tam orka na Wojewódzkim
Wszyscy o tym piszą, to ja też napiszę, a co! Tym bardziej, że już wcześniej chciałam napisać parę słów o Kanale Zero, a dzięki pewnemu wywiadowi będę mogła zmieścić to w jednym tekście. Ale zanim do tego przejdę, chciałabym Was przeprosić, że pojawiam się tutaj tak rzadko. Dużo złych i niefajnych sytuacji podziało się ostatnio w moim życiu i straciłam całą ochotę, żeby babrać się w naszej rodzimej polityce. Miałam nadzieję, że Igrzyska Olimpijskie pomogą mi zresetować umysł, ale nie do końca się udało. Ale spokojnie, powoli podnoszę się z kolan, zaraz wyjdę na prostą i wtedy ruszymy z tematem! Na razie proszę Was jeszcze o trochę wyrozumiałości i jeszcze raz przepraszam.
Naiwne wypominanie dawno wyjaśnionych spraw
Podejrzewam, że po wstępie i zdjęciu już wiecie, o czym będę pisała. Tak, chodzi o słynny już wywiad, którego Krzysztof Stanowski udzielił Jakubowi Wojewódzkiemu i Piotrowi Kędzierskiemu. Temu ostatniemu niewiele poświęcę czasu, bo podczas tej rozmowy niewiele mówił (a odnosiłam wręcz wrażenie, że był zażenowany tym, co wyprawiał jego kolega z pracy), ale Kuba znany jest z tego, że nie ma hamulców. I tym razem faktycznie nie wyhamował i wpierdzielił się z całym impetem w ścianę. Bo, Drodzy Obserwujący, co tam się nie działo! Było o Dorocie Wysockiej-Schnepf i rzekomym ataku Stanowskiego na jej syna (atak miał polegać na tym, że właściciel Kanału Zero wspomniał o tym, jak – wówczas – czternastolatek ma na imię), było o zatrudnieniu Tomasza Kammela (Wojewódzkiemu nie pasowało, że dostał pracę u Stanowskiego, ale od kiedy to jego sprawa i co takiego złego zrobił Kammel, że nie powinno się go zatrudniać?), tradycyjne już czepianie się, że do Kanału Zero zapraszane są te osoby, które nie powinny być zapraszane, przynajmniej w oczach main-streamu (Braun czy Rodacy Kamraci). Bardzo spodobała mi się odpowiedź Stana, że Wojewódzki może zapraszać do swoich wywiadów tylko i wyłącznie Krystynę Jandę i ona będzie opowiadała to, co ludzie „powinni” usłyszeć, ale to nie sprawi z automatu, że pewne zjawiska przestaną istnieć. A ja też osobiście uważam, że dziennikarz powinien zajmować się wszystkimi tematami, nie tylko takimi, które mu się podobają.
Samozaoranie Wojewódzkiego
Ale najpiękniej Wojewódzki wykaszanił się tuż pod koniec rozmowy (tak mi się wydaje, chociaż przyznam szczerze, że wywiad oglądałam partiami, bo praktycznie w całości polegał na słownych przepychankach i wchodzeniu w słowo, czego nie lubię; więc chronologia mogła mi się popierdzielić). Próbował sugerować Stanowskiemu, że na słynnych urodzinach Roberta Mazurka (a były słynne, bo Mazurek zaprosił polityków, zarówno z KO, jak i z PiS; ci politycy nie wzięli się za łby i pewna część społeczeństwa była tym bardzo zaskoczona) rozmawiał z pewnym posłem PiS-u, żeby przyjąć korzyści majątkowe na poczet swoich mediów. No i się okazało, że Stanowskiego w ogóle nie było na tych urodzinach. Fizycznie nie miał możliwości rozmawiania tam z nikim. Nawet zadzwonił do Mazurka, żeby potwierdził. Wojewódzki próbował potem i tak wszystko obrócić w ten sposób, że Stano po prostu nie szanuje swoich kolegów i olewa ich urodziny. Jak rozumiem, miał to być rozpaczliwy żart, żeby odwrócić uwagę od tej wtopy. Ja naprawdę nie rozumiem tego rodzaju weryfikacji, bo wystarczyło po prostu wcześniej zadzwonić do Mazurka i dopytać. „Król TVN-u” nie musiał w tym celu sprawdzać tajnych akt i siedzieć nad nimi godzinami, wystarczył jeden telefon. Ale nawet to było za dużo.
Niezrozumiałe zarzuty
I tym pięknym sposobem przejdziemy do tematu, który chciałam poruszyć wcześniej, ale życie prywatne mnie ostatnio nie rozpieszcza. Otóż dojdziemy do materiałów Marii Wiernikowskiej, która pojechała do Rosji, żeby pokazać, jak ten kraj wygląda „od środka”. I do których Kuba Wojewódzki też miał zarzuty. Tutaj trzeba przyznać, że Wojewódzki się przygotował, bo obejrzał aż sześć odcinków z trzyodcinkowej serii, więc „szapoba”. Ja obejrzałam tylko trzy. I naprawdę zachodzę w głowę, co w tym było prorosyjskiego? Ja, na przykład, po obejrzeniu całości doszłam do wniosku, że nigdy nie chciałabym żyć w tym kraju. Maria Wiernikowska prowadzi swoje materiały lekko, nawet jeśli dotykają poważnych tematów, bo posiada umiejętność rozmawiania z ludźmi. I z nimi rozmawia. A oni opowiadają. I naprawdę, po tym trzęsieniu ziemi, które wybuchło w Kanale Zero po publikacji tego materiału (na znak protestu odeszło stamtąd paru dziennikarzy; jeśli się nie mylę m. in. Jarosław Wolski) tracę wiarę w ludzi.
Czy wolno nam jeszcze myśleć samodzielnie?
Odnoszę bowiem wrażenie, że współczesne dziennikarstwo polega na tym, że trzeba dokładnie wskazać ludziom palcem, co jest dobre, a co złe. Że trzeba im wytłumaczyć, co mają myśleć. Kiedy widziałam Rosjan, którzy się w tym materiale wypowiadali, byłam przerażona, że można być aż tak zindoktrynowanym, tak zamkniętym w swojej bańce. Ale Maria Wiernikowska popełniła jeden, niewybaczalny błąd. Ona nie powiedziała potem widzom: „O, patrzcie, jaki zmanipulowany”. Ona po prostu pokazała te wypowiedzi, ale pozwoliła widzom samodzielnie wyciągnąć wnioski. Zastanawiam się w takim razie, kto jest bardziej prorosyjski, skoro z takiego materiału ktoś wyciągnął wnioski, że został zrobiony „ku chwale wielkiej Rosji”. Ja tego nie widziałam. Ja tym ludziom po prostu współczułam. Naprawdę.
Należy pokazywać nieprawdę?
Czytałam też zarzuty, że pokazała, że w Rosji są centra handlowe, że mają tam jakieś rozrywki i że na straganach naprawdę można coś kupić, a nie że rozstawiają je dla samego rozstawiania, a potem tam bezczynnie siedzą, bo i tak nie mają nic innego do robienia. Czyli, jak rozumiem, miała udawać, że tego nie ma? Miała przekłamać w tym materiale? Celowo chodzić po jakichś podejrzanych zaułkach, żeby udowodnić ludziom, że Rosja to nic innego, jak bieda i nędza? Czy podpalić to centrum handlowe i stragany, żeby potem powiedzieć z satysfakcją „patrzcie, jacy biedni”? A może ten materiał pokazał co innego? Że te sankcje, które Unia Europejska nakłada na Rosję, wcale nie działają. Przecież ja na samym początku wojny na Ukrainie słyszałam, że nałożyliśmy na Rosję już takie sankcje, że rok, góra dwa i Rosji praktycznie nie będzie. Tymczasem wojna trwa już cztery lata i teraz to Rosja jest bardziej dominującą stroną.
Podwójne standardy?
Okazuje się również, że Maria Wiernikowska naraża swojego operatora na niebezpieczeństwo, zmuszając go do tego wyjazdu. Nie wiem, skąd informacje o jakimkolwiek zmuszaniu? Podejrzewałam raczej, że zaproponowali konkretnemu człowiekowi takie zadanie do wykonania, a on się zgodził. Być może o czymś nie wiem. Zadaję sobie w takim razie pytanie: a co z Ukrainą? Czy kiedy dziennikarze i ich operatorzy jadą tam, żeby realizować reportaże z frontu, nie narażają się na niebezpieczeństwo? Dlaczego o tym się nie mówi? Super bezpiecznie tam na pewno też nie jest. Wtedy jest w porządku? Było też o tym, jakim cudem kobieta dostała w ogóle akredytację dziennikarską. Problem polega na tym, że wcale jej nie dostała. Nie mogła wchodzić na pałę, gdziekolwiek chciała. Ona to nagrywała z ulicy, z ogólnodostępnych miejsc albo z pociągu. Z tego co pamiętam, dostała jakąś „kartę influencera”, żeby tam wjechać, ale jakie to jej dawało uprawnienia, nie mam pojęcia. Ona też nie wiedziała.
Trzecia strona medalu
Zresztą, Maria Wiernikowska była też w Strefie Gazy. Dokładnie wtedy, kiedy wybuchło tam całe szambo, kiedy Ż dokonywali ludobójstwa na Palestyńczykach. I co, wtedy nie narażała swojego operatora na niebezpieczeństwo? Nie rozumiem tej logiki. Z tamtych materiałów mogliśmy zresztą dowiedzieć się, czarno na białym, jaki stosunek do Polaków mają obywatele Izraela. Nie, żebyśmy wcześniej o tym nie wiedzieli, ale w tamtych reportażach Wiernikowska zaczepiała przypadkowych ludzi, którzy byli przekonani, że Polacy mordowali Żydów. Na odpowiedź, że to nie Polacy, tylko Niemcy, mogliśmy usłyszeć odpowiedź: „Tak, ale Polacy im pomagali”. Ale po tamtych materiałach było jeszcze spokojniej, bomba wybuchła, kiedy dziennikarka postanowiła pokazać Rosję od środka. I widocznie to było nie do przetrawienia, bo okazało się, że Rosja wcale nie jest taką ruiną, jak nam to media przedstawiały. Nie, żeby było tam sielsko i anielsko, ale kamień na kamieniu jeszcze stoi. Sankcje nie działają, a zapewniano nas, że działają. I może o to jest ten cały raban?
M.
