Nawiasem Pisząc
„Nieważna” historia?
Poniżej przedstawiam fragment wygłoszonego niedawno przemówienia naszego prezydenta. Zacytował on Wołodymyra Zełenskiego: „Wobec tego, co zrobili Polacy, cała historia jest nieważna”. Zastanawiałam się, jak rozumieć te słowa. Z jednej strony faktycznie – mimo wzajemnej niechęci, zaszłości historycznych i ukraińskiego stosunku do niej – kiedy Ukraińcy tego potrzebowali, wyciągnęliśmy do nich rękę, przekazywaliśmy jedzenie, ubrania, produkty medyczne, pościel i zabawki dla najmłodszych, przyjmowaliśmy ich pod swój dach. Z tą wzajemną niechęcią to też nie do końca jasna sprawa, bo niby mamy pretensje o nierozwiązane kwestie historyczne, ale wielu z nas ma ukraińskich znajomych, których lubi i z którymi często wspólnie „za kołnierz razem nie wylewa”. W każdym razie jako naród – znowu! – stanęliśmy na wysokości zadania i, parafrazując Danutę „Inkę” Siedzikównę, zwyczajnie zachowaliśmy się jak trzeba. I pokazaliśmy, że mimo tych różnic, jesteśmy przede wszystkim ludźmi, którzy nie przejdą obojętnie obok krzywdy i nieszczęścia. Nawet jeżeli dotykają one kogoś, kogo być może nie lubimy i z kim się nie zgadzamy. Czuję ogromną dumę. I przekaz w stronę świata poszedł jasny – jesteśmy dobrymi ludźmi! Mimo że niektórzy, w tym podobno polskie i wolne media, usiłowali ten obraz zakłamać.

O historii nie można zapomnieć
Nie sądzę, że prezydent Ukrainy miał coś złego na myśli. Wydaje mi się, że jest przeciwnie – po raz kolejny okazuje swoją wdzięczność i jestem przekonana, że miał na myśli „również” winy ukraińskie. Dałam w cudzysłowie, bo uważam, że ich winy były jednak „odrobinkę” większe. Ale zostawmy to. Dążę do tego, że historia nigdy nie jest nieważna. „Naród, który nie zna swojej przeszłości umiera i nie buduje swojej przyszłości” – mówił Jan Paweł II. Bardzo dosadnie wyraził się też George Santayana, amerykański pisarz i filozof: „Naród który nie zna swojej historii skazany jest na powtórne jej przeżycie”. Ciężko się z tym nie zgodzić, bo historia to lekcja i nauka na przyszłość. Bardzo bolesna, często niesprawiedliwa, wykuta wielkimi zwycięstwami, ale też olbrzymim cierpieniem i ofiarnością. Musimy ją znać i wyciągać wnioski. I my o tej historii nie możemy zapomnieć. I nie zapomnimy – nie wiem, jak rząd i prezydent, ale Polacy w dużej części będą oczekiwali zmiany ukraińskiej polityki względem UPA i Wołynia. Bo jeśli mamy dalej budować nasze przyjacielskie relacje, to tego nie może zabraknąć. A jestem pewna, że to co się teraz dzieje może wyznaczyć nasze nowe wzajemne stosunki – zbudowane nie na krzywdzie, ale właśnie na pomocy, jakiej teraz Ukraińcom udzielamy. Bardzo bym sobie tego życzyła, bo osobiście do Ukraińców nic nie mam – poza tą ich polityką historyczną. Ale poznałam ich kilku i w większości po ludzku polubiłam. Oczywiście to są moje odczucia, każdy może podchodzić do tego inaczej – moja rodzina akurat bardziej po tyłku dostała od Niemców, niż od Rosjan czy Ukraińców, rozumiem, że jeśli czyjaś rodzina doświadczyła okrucieństwa na Wołyniu, taki człowiek może mieć do tego inne podejście i ani mi w głowie przebaczać w ich imieniu. Szczerze – ja nie jestem pewna czy przebaczyłam Niemcom za to, że wykończyli siostrę mojej babci w obozie pracy (miała dwanaście lat), ale też nie wiem, czy wynika to z samej historii czy współczesnego stosunku Niemców do niej i do samej Polski.
Nieudane próby pojednania
Nie da się ukryć, że Ukraińcy także próbują do Polaków tę rękę wyciągnąć. Sprzątanie polskich cmentarzy na Wołyniu było bardzo ważnym gestem, którego nie można zignorować. Pojawiły się głosy, że robią to pod publikę, ale jeśli będziemy oceniać intencje (których przecież nie znamy), to tak naprawdę wszystkie czyny i słowa możemy podważyć. Padł taki gest i moim zdaniem należy go docenić, a jakie intencje Ukraińcom przyświecały – to już jest sprawa ich sumień. W 2014 roku, już po Majdanie, Ukraińcy wypuścili filmik: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Wtedy mnie to zapiekło, bo co oni mają nam przebaczać? Zamykanie cerkwi przed Wołyniem? Potem przyszła refleksja, że była to – niezbyt udolna, bo przedstawiająca bardziej ukraiński punkt widzenia i nie odnosząca się bezpośrednio do Wołynia (a to jest potrzebne!) – ale jednak próba wyciągnięcia ręki na zgodę. Grzegorz Motyka, autor książki „Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła” – konflikt polsko-ukraiński 1943-1947″ (polecam!) opowiadał, zdaje się na kanale Piotra Zychowicza, że właśnie w 2014 trwała na Ukrainie debata, czy dalej powinni czcić Stepana Banderę i UPA, czy może powinno się docenić Symona Petlurę (szczerze mówiąc nie do końca rozumiem, czemu Ukraińcy wybrali sobie na bohaterów ludobójców z UPA, a nie Petlurę właśnie). Jak opowiada Motyka ówczesny prezes IPN był w tym czasie na Ukrainie, ale nie przyjął zaproszenia ukraińskiego IPN-u, co podobno bardzo Ukraińców ubodło. Szczerze – nie słyszałam o tej sprawie. Być może prezes IPN wyszedł z założenia, że nie będzie dyskutował z banderowcami, ale – kto wie – może to była szansa na to, żeby przedstawić Ukrainie polski punkt widzenia na temat UPA? Ciężko oceniać, bo sprawę znam tylko z relacji pana Motyki, wujek Gugiel nie podpowiada więcej na ten temat. Jak dalej będą wyglądały stosunki polsko-ukraińskie? Też trudno cokolwiek powiedzieć – z jednej strony olbrzymia pomoc Polaków powinna coś w ukraińskiej polityce zmienić, piłeczka po zakończeniu konfliktu będzie po ich stronie. Jednak trzeba mieć na uwadze, jak chwalony i podziwiany przez Ukraińców jest pułk Azow, który wiadomo jaki ma stosunek do Bandery i UPA. W tej chwili robią to, co do nich należy i co każdy nacjonalista i patriota powinien robić – bronią swojej ojczyzny. A że znaleźli się w beznadziejnej sytuacji, wielu z nich zginęło, wielu pewnie jeszcze zginie – to będą traktowani na Ukrainie jako bohaterowie, i w sumie trudno się temu dziwić. A jak tu wyrzucić do kosza idee, które przyświecały bohaterom?
Nie da się zignorować Wołynia
Wydaje mi się, że prezydent Zełensky chciałby nasze relacje polepszyć bez roztrząsania kwestii wołyńskiej, ale tak się nie da. Już same jego słowa, że Ukraińcy nigdy nikogo nie mordowali (które mnie mocno ukłuły) świadczą o tym, że albo nie zna historii albo ma nadzieję, że reszta świata jej nie zna, bo nie wiem, jak inaczej to interpretować. Jesteśmy na dobrej drodze, żeby faktycznie nasze relacje mocno ocieplić, ale musi paść ze strony ukraińskiej jedno, fundamentalne słowo: „Przepraszamy”. Zełensky niedawno powiedział, że jeśli Polska zostanie kiedykolwiek zaatakowana, to nie będzie jej bronić 39 milionów ludzi, ale prawie 80 milionów, bo Ukraina pójdzie za nami jak w ogień. Ważne słowa, ale tylko słowa (szczerze, wolałabym, żeby skończyło się na gadaniu – dlatego, że nie chciałabym, żeby trzeba było te obietnice weryfikować, po prostu), za nimi powinny pójść jednak czyny, o których pisałam. Dochodzi do tego oczywiście kwestia Cmentarza Orląt Lwowskich. To są sprawy niezbędne, żebyśmy mogli budować potem nasze wzajemne, przyjacielskie relacje. Chciałabym, żeby do tego doszło, ale obawiam się, że ta kwestia zostanie nierozstrzygnięta – a dopóki tak się nie stanie, to między naszymi narodami zawsze będą wzajemne animozje. Polacy udowodnili, że potrafią pomagać w potrzebie, ale to nie znaczy, że zapominają. Udowodnili, że są gotowi przebaczyć, ale żeby to zrobić najpierw muszą paść przeprosiny. Nie odwrotnie.
Rozmywanie winy?
Andrzej Duda ujął to w pięknych, górnolotnych słowach, że kiedyś na wspólnych stołach leżał karabin, a teraz chleb i w ogóle dłoń na dłoni. Ogólnie się zgadzam, chociaż mam wrażenie, że w ten sposób rózmył trochę winy Ukraińców. Ale OK, rozumiem, jest wojna, giną ludzie, w tym także dzieci i cywile, Ukraińcy są mordowani w bestialski sposób. Możemy to na razie odłożyć, w porządku, ale mam nadzieję, że po wojnie, już na spokojnie, ta kwestia znowu zostanie poruszona. Jednocześnie chcę zauważyć, już tak z zupełnie innej beczki – prezydent Duda pięknie zamknął usta tym, którzy głosili, że to nie PiS pomaga Ukraińcom, tylko sami Polacy. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że PiS nie zrobił nic i to nie oni pomagają, tylko Polacy – ale faktycznie bez takiej reakcji obywateli Polski pomoc rządu nie byłaby tak widoczna – bo brakowałoby niezbędnych rzeczy na granicy; bo ci ludzie tłoczyliby się w jakichś ośrodkach dla uchodźców, a my jednak zapewniliśmy im dachy nad głową. On powiedział to wprost i skontrował w ten sposób argumenty, że „PiS zasługi Polaków bierze na siebie”. Ładna zagrywka polityczna, przyznaję.
M.
fot.: DoRzeczy.pl
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!
Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.
Tu nie o łańcuch chodziło
Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.
Od kogo i dla kogo była ta ustawa?
No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.
Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?
M.
Nawiasem Pisząc
Smutna złego końcówka
Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?
Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia
Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:
– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?
– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*
– No pan podpisał tę ustawę.
– No dobrze, no, podpisałem.
– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.
– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…
– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?
– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.
– Żałuje pan tego?
– Nie.
Twardym trzeba być…
Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.
M.
Nawiasem Pisząc
Żenujący popis posła Treli
Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa
Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.
Podwójne standardy
Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.
M.
