Connect with us

Nawiasem Pisząc

Kłamstwo Brauna czy kłamstwo mediów

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Kiedy wyszła kolejna afera z Grzegorzem Braunem, obiecałam sobie, że zanim cokolwiek napiszę, postaram się doszperać, o co faktycznie chodziło w tej jego wypowiedzi, bo niestety wyrwane z kontekstu wypowiedzi, na dodatek przerwane w pół słowa są ogólnie ciężkie do obrony, a nie o to chyba chodzi, żeby uprawiać jakąś ideologiczną nawalankę, nie słuchając nawet co autor jakiejś kontrowersyjnej wypowiedzi miał na myśli. Na szczęście nie musiałam długo czekać, bo niedługo później pojawił się obszerny wywiad z Braunem przeprowadzony przez Jana Pospieszalskiego, w którym lider Korony Polski otrzymał możliwość wyjaśnienia swoich słów. I myślę, że naprawdę warto rozbić tę całą sprawę na dwie części, a można też wspomnieć o medialnej propagandzie, która rozpętała się po słowach Brauna, że „komory gazowe w Auschwitz to był niestety fejk”.

Parę słów o współczesnym dziennikarstwie

Zanim przejdę do meritum, napiszę jedynie, że bardzo nie podoba mi się forma przekazu, stosowana coraz częściej przez dziennikarzy, czyli przerywanie wywiadów. Nie podobało mi się, kiedy zrobiła to Kolenda-Zalewska, nie podobało mi się, kiedy zrobił to Krzysztof Stanowski i nie podoba mi się teraz. Wychodzę z założenia, że dziennikarze nie są alfą i omegą tego świata i nie muszą nam, odbiorcom, aż tak klarownie tłumaczyć, co jest złe, a co nie. Ja posiadam swoje, ugruntowane wartości moralne i potrafię je dopasować do tego, co mówi polityk/aktor/sportowiec czy ktokolwiek inny, nie trzeba robić tego za mnie. Uważam, że w takiej sytuacji dziennikarz powinien dać się wypowiedzieć gościowi, a my naprawdę będziemy potrafili ocenić, czy ten człowiek mówi do rzeczy czy należy wysłać go na księżyc. Ba, napiszę więcej – jeśli dany gość głosi tezy niezgodne z prawem, to ułatwia się nawet pracę odpowiednim służbom (i nie mam tu na myśli tego konkretnie wystąpienia, ale na przykład nawoływanie do przestępstwa, chociaż w naszym prawie to zależy w dużej mierze od tego, kto nawołuje…). Tym bardziej, że ten wywiad był przerwany tak nagle, że Grzegorz Braun nie miał nawet szans dokończyć swojej myśli. Po przesłuchaniu wywiadu z kontrowersyjnym politykiem prawicy uważam, że afery (zwłaszcza tej medialnej, sztucznej) nie udałoby się uniknąć, ale wiele rzeczy by się wyklarowało, a przeciętny odbiorca miałby szansę wyrobić sobie inne zdanie o samym zainteresowanym, niż te, które narzuciły mu media. A umówmy się też, że przeciętny odbiorca bardzo często nie ma czasu, żeby weryfikować zasłyszane w mediach wiadomości, więc miał małe szanse trafić na kanał pana Pospieszalskiego – w związku z czym wyrobił sobie dokładnie taką opinię, jaką miał sobie wyrobić.

Prowokacyjnie o komorach gazowych

No dobrze, ale co z tymi komorami gazowymi? Czy to faktycznie był „fejk”? Wiele osób, tuż po tym nieszczęsnym wywiadzie, podnosiło, że faktycznie – komór gazowych w Auschwitz nie było, pojawiły się one dopiero w Birkenau. Głównie dlatego, że Auschwitz miał być obozem pracy dla Polaków (a później miejscem kaźni, bo Niemcy uznali, że mordowanie ludzi widocznie idzie im bardzo dobrze), a Birkenau postawiono już w jedynym, znanym nam celu – przede wszystkim dla społeczności żydowskiej. Te komory, które teraz można obejrzeć w Auschwitz są jedynie rekonstrukcją, która miała zobrazować nam, jak wyglądał ten niemiecki przemysł śmierci. Ja nawet przyjęłabym ten punkt widzenia, gdyby nie to, że Braun mógł to powiedzieć trochę inaczej, a – w moim odczuciu – powiedział w ten sposób, żeby sprowokować. Bo, czy to tak naprawdę ważne, w którym konkretnie miejscu ci ludzie ginęli? Z perspektywy badacza historycznego – na pewno, ale już z perspektywy innych ludzi miało to znaczenie co najmniej drugorzędne. Powiedzmy jednak, że historycznie byłby to argument do obrony. Niestety Grzegorz Braun podjął w wątpliwość w ogóle tę metodę mordu i tutaj już mamy pewną niezgodność. Mianowicie raporty Witolda Pileckiego. Zresztą, pan Grzegorz powoływał się na te raporty, wspominając, że nie ma mowy o gazowaniu ludzi w dwóch wcześniejszych, pojawiły się dopiero w raportach sporządzonych po wojnie.

Co na to Witold Pilecki?

Cóż, czytałam raporty Witolda Pileckiego, ale zabijcie mnie – nie jestem pewna, którą wersję. Wydaje mi się, że już tę powojenną, najpełniejszą. Jestem przekonana, że czytałam w nich już o komorach gazowych. Ba, jestem niemal pewna, że to właśnie po wydaniu tej książki rozgorzała ostra dyskusja – pojawiły się bowiem sugestie, że Witold Pilecki przejaskrawił trochę liczbę ofiar, które straciły życie w komorach gazowych. Że te komory nie miały mocy przerobowej na taką liczbę ludzi. Jedna strona zarzucała, że sceptycy zarzucali Pileckiemu kłamstwo; w odpowiedzi można było przeczytać, że nie jest to zarzut o kłamstwo, a jedynie dociekanie prawdy. I że nie jest to absolutnie jakikolwiek zarzut wobec jednego z największych, jeśli nie największego, bohatera Polski, a jedynie sprostowanie, ponieważ Pilecki, będąc świadkiem okrucieństwa, które miało tam miejsce mógł wyolbrzymić niektóre fakty – co jest naturalną i ludzką reakcją. Niestety książkami jestem w tej chwili tak zawalona, że nie potrafiłam odnaleźć tego konkretnego wydania – zaczęłam więc szukać gdzie indziej. Na stronie FB „Raporty Witolda Pileckiego” (FB nie pozwala mi odznaczyć tej strony) pojawiły się wyjaśnienia, że Grzegorz Braun minął się z prawdą, bo w innych raportach Witold Pilecki wprost pisał o gazowaniu ludzi. Braun miał również sugerować, że nie mamy dostępu do całości tych raportów, co według autorów wspomnianego FB też nie jest prawdą. W odpowiedzi opublikowano również kserokopie raportów Rotmistrza, w których wyraźnie pisał on o gazowaniu ludzi.

Negacja Holocaustu?

Trzeba jednak jasno napisać – Grzegorz Braun nie negował Holocaustu jako takiego. Poddawał w wątpliwość jedynie jedną z metod odbierania życia ludziom oraz liczebność ofiar, która – swoją drogą – w niektórych kręgach jest negowana od lat. Braun w żadnym momencie nie powiedział, że Holocaustu nie było, co mu się dzisiaj próbuje propagandowo zarzucić. Wiemy już, że lider Korony Polski mylił się, jeśli chodzi o komory gazowe. One były, istniały i straciło tam życie setki tysięcy ludzi. Pan Grzegorz sugerował, że prawdopodobnie liczby ofiar są zawyżone. Być może. W dalszym ciągu jednak nie jest to negacja Holocaustu. I tutaj przechodzimy do drugiej części, dotykającej bezpośrednio wolności słowa. Oraz tego, do czego dopuściliśmy. Jako naród przymykamy oko na różnego rodzaju „niedopowiedzenia” i „przejęzyczenia”, które w mniej lub bardziej bezpośredni sposób stawiały pomału, ale konsekwentnie, Polskę w roli prowokatorów II wojny światowej czy też winowajców zagłady Żydów. Spójrzcie, jakie oburzenie wywołał przerwany wywiad z Grzegorzem Braunem – po raz kolejny: odbieranie immunitety, sprawy sądowe itd., itp.

Przejęzyczenia w polskim rządzie

A co takiego stało się, kiedy Barbara Nowacka „przejęzyczyła się”, kiedy wspominała o polskich nazistach? Przyjęto za akceptowalne wytłumaczenie fakt, że minister edukacji (podkreślam: minister edukacji!) pomyliła się… czytając z kartki. Nie reagowaliśmy ani na „Nasi matki, nasi ojcowie” (ba, ten serial puszczany był w polskiej telewizji w tak zwanym „prajm tajmie”), nie zareagowaliśmy jako państwo na „polskie obozy zagłady” (robili to tak naprawdę pojedynczy ludzie, w tym – przede wszystkim – powstańcy warszawscy oraz więźniowie obozów koncentracyjnych), puszczaliśmy mimo uszu wiele innych takich sugestii, chociażby w pop-kulturze (o czym szerzej pisał Raz prozą, raz rymem – walczymy z propagandowym reżimem w swojej książce: „Tresura: Kulisy lewicowej indoktrynacji”). Nie reagowaliśmy, nie otwieraliśmy oczu, nie podnosiliśmy głosu. Prawdopodobnie przez tę naszą bierną postawę doprowadziliśmy do tego, co mamy dzisiaj. Wystąpienie Grzegorza Brauna, co by o nim nie mówić, pokazało nam dobitnie, o czym można rozmawiać i nad czym można się zastanawiać, a czego absolutnie nie wolno tykać. Nie wolno wspominać o Żydach kolaborujących z Niemcami; nie wolno też wspominać o Żydach, którzy skazywali polskich bohaterów na śmierć (często cynicznie, bo np. Emila Fieldorfa skazali na powieszenie, mimo że stosował On prośby, żeby rozstrzelano Go jako żołnierza – nie prosił o darowanie win, łaskę czy cokolwiek innego; chciał jedynie zginąć jak żołnierz – nawet to nie było Mu dane).

Na pozwalamy innym… o sobie

I z tej naszej bierności wyniknęły właśnie „polskie obozy śmierci” czy niedawna wystawa „Nasi chłopcy” w Gdańsku (wiele o tym było już napisane, więc nie chcę powielać tematu, ale nazwa wystawy mnie osobiście wydaje się mocno… nietrafiona, że pozwolę sobie na eufemizm). Z tej bierności powstał m.in. serial „Nasze matki, nasi ojcowie”. Ponieważ w pewnym momencie postanowiliśmy zamknąć pysk na kłódkę i nie domagać się tego, co nam się należy. Postanowiliśmy zamknąć pysk o pamięć. Nie wiem, czy przez wygodę, czy przez zmęczenie II wojną światową, a później komunizmem (bo już wtedy się zaczęło – określenie „polskie obozy” powstało w latach 50-tych w Niemczech). A może później – w latach 90-tych – kiedy Adam Michnik, który był wówczas panem i władcą polskich mediów – zaczął siać w polskich umysłach ziarno wstydu polskości? Nie potrafię wskazać konkretnej daty, kiedy to zaczęło się dziać – ale dziać się zaczęło. Doszło to do takich rozmiarów, że możemy pisać nieprawdopodobne kłamstwa na temat Polaków („Malowany ptak” Kosińskiego – ta powieść była reklamowana jako autobiografia!), ale też jakakolwiek prawda o współpracy żydowsko-niemieckiej jest piętnowana, „bo to niedobra jest”. I to nie tylko w Polsce – wszak prezydent USA jasno opowiedział się po stronie Izraela, mimo że ten stosuje ludobójstwo. I na dodatek rozszerza skalę.

„Niezrozumiały” wzrost poparcia

Krótko podsumuję, chociaż to i tak jak grochem o ścianę. Grzegorz Braun nie negował Holocaustu, negował jedynie sposoby mordu i liczebność ofiar, tak więc od razu tego rodzaju zarzuty powinniście odstawić do lamusa. W polskim prawie jest dokładnie opisane, że nie wolno negować Holocaustu, ale żaden przepis nie mówi o negowaniu liczebności czy sposobów mordu. To „negowanie Holocaustu” nie miało miejsca i dziwię się, że w ogóle w takiej formie zaistniało w mediach. A może już się nie dziwię, tylko zwyczajnie prostuję. Co do samego Brauna – mam do niego bardzo ambiwalentne odczucia. Odbieram jego postać jako bardzo ideologiczną, nieskłonną do kompromisów, stawiającą swoje zdanie ponad zdanie innych. Dlatego wydaje mi się, że jest on bardziej ideowcem, niż politykiem, bo polityk – chcąc, nie chcąc – musi iść na pewnego rodzaju kompromisy, sojusze, koalicje, chociażby po to, żeby przepchnąć parę swoich planów czy obietnic wyborczych. Mnie on właśnie jawi się jako taki idealista. A niestety polityka jest sztuką kompromisów, do których pan Grzegorz chyba nie jest zdolny. To nie jest przestrzeń dla idealistów. Może kiedyś była. Już nie. Grzegorz Braun wszystko stawia na jedną szalę. Dlatego jest chyba zbyt bezkompromisowy jak na politykę. Ale jeśli ktokolwiek ze zwolenników uśmiechniętej Koalicji nie może uwierzyć, że Braunowi wciąż rośnie poparcie – to właśnie dlatego. Przez wasze (i nasze) uwiązane w kaganiec pyski.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.

Tu nie o łańcuch chodziło

Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.

Od kogo i dla kogo była ta ustawa?

No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.

Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Smutna złego końcówka

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?

Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia

Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:

– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?

– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*

– No pan podpisał tę ustawę.

– No dobrze, no, podpisałem.

– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.

– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…

– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?

– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.

Żałuje pan tego?

– Nie.

Twardym trzeba być…

Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Żenujący popis posła Treli

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa

Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.

Podwójne standardy

Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej