Connect with us

Nawiasem Pisząc

Jak kłamać o Polsce, ale żeby się nie pokaleczyć

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Całkiem niedawno, zaraz po napisaniu posta o kolejnych przygodach Grzegorza z gaśnicą, jedna obserwująca wysłała mi krótki fragment wywiadu Radosława Sikorskiego z Krzysztofem Stanowskim, w którym podejmowali oni temat reparacji wojennych. I ten wywiad jest kolejnym objawem naszego wstydu polskości, którym zagraniczne media (chociaż polskojęzyczne) usiłują zatruć nam umysł od wielu lat. Kolejny, jeden z wielu objawów, które notorycznie bagatelizujemy. Zaraz przejdę do tego wywiadu i wybranych z niego fragmentów, ale najpierw może przypomnę parę podobnych sytuacji – których sama nie odszukiwałam specjalnie w czeluściach Internetu, bo zachowałam je sobie po prostu w głowie. Warto pamiętać, że zaczęło się to już jakiś czas temu. Serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, który miał sumiennie i szczerze rozliczyć Niemców za II wojnę światową, jednak dziwnym trafem najbardziej oberwało się żołnierzom Armii Krajowej, którzy zostali tam przedstawieni jako wcielenie zła. Należy wspomnieć, że większość „szczerych do bólu” produkcji filmowych, które miały rozliczyć II wojnę światową, nie za bardzo kwapiło się do rozliczania innej strony konfliktu, czyli Związku Radzieckiego. Za to bardzo wiele było takich, w których nie zabrakło czasu, aby rozliczyć Polaków. Mimo że nie było z czego. Mniejsze lub większe szpileczki były nam wbijane przy okazji „Listy Schindlera” czy „Pianisty”. Zwycięzców się nie sądzi. Zupełnym przypadkiem pojawiła się też książka „Malowany ptak”, w której Polacy byli przedstawieni jako moralne zera, totalne prostactwo – gorzej niż zwierzęta. I była to książka reklamowana jako autobiografia! Autor bardzo długo zarzekał się, że wszystko, co opisywał przeżył naprawdę i widział na własne oczy. Mówi się, że właśnie ze względu na to, że wszystko wyszło na jaw, Kosiński popełnił samobójstwo. A wiecie, dlaczego wyszło? Ktoś sobie policzył, gdzie był chłopiec podczas II wojny światowej i wyszło mu, że nawet małżeństwo Myrchów nie byłoby w stanie tyle kilometrówki wyrobić. Jak widać po upływie lat, pan Jerzy nie musiał z tego powodu odbierać sobie życia, bo sami Polacy nic nie zrobili. Do tej pory wielu z nich sądzi, że to prawdziwy opis prawdziwych zdarzeń i „każdy prawdziwy Polak powinien ją chociaż raz przeczytać”. I nawet przez myśl nikomu nie przeszło, że przecież pan Kosiński nie opisuje tam typowej polskiej wsi w okresie II wojny światowej, ba, on nie opisuje nawet typowej średniowiecznej wsi. Opis pasował bardziej do zagrody świń, które akurat były w stanie mordowania najmłodszego i najsłabszego prosiaka. Gdyby nie to, że mi się daty nie zgadzały, pomyślałabym, że to może jakiś odcinek „Z kamerą wśród zwierząt” w wersji pisanej.

Od czego się zaczęło?

A przechodząc już do czasów bardziej współczesnych. Czy my oponowaliśmy, kiedy Aleksander Kwaśniewski był łaskaw przeprosić Żydów za Jedwabne, w oczach całego świata, obarczając nas winą za tę zbrodnię? Nie, nikogo to nie zdziwiło, uznaliśmy, że skoro prezydent Kwaśniewski tak mówił, to musiała być prawda. Do dnia dzisiejszego trudno to obalić, chociaż z nadzieją przyznaję, że zaczynamy w końcu budzić się z marazmu. Boję się jednak, że za późno i ze zbyt małą stanowczością. Mniej więcej w tym samym czasie Aleksander Kwaśniewski przypisał wszystkie zasługi Witolda Pileckiego – Cyrankiewiczowi. Wtedy również nikt (albo mało kto) nie zareagował – na szczęście pamięć o Rotmistrzu zaczęła pukać w końcu od spodu i ostatecznie się przebiła. Dzięki Bogu, bo w sumie na niej zaczęliśmy, powoli, bo powoli, ale jednak budować na nowo fundamenty polskości i dumy narodowej. Witold Pilecki już od dawna nie żyje, a mimo wszystko dalej Polakom pomaga – już zza grobu. W tym momencie już naprawdę trzeba wstać z kolan. Ale dobrze, wróćmy do tematu. Borys Budka wpadł na antenie, zdaje się „Radia Zet”, że nie zna polskiego hymnu. Oficjalna wersja jest taka, że tak bardzo się wzruszył z powodu pisowskiego reżimu, że nie był w stanie, biedaczek, powtórzyć jego słów, ale w takie bzdury chyba wierzy tylko najtwardszy elektorat KO. Sprawa, według mnie, skandaliczna, bo jeśli polski polityk przez całe swoje życie nie był w stanie zapoznać się i zapamiętać tekstu Mazurka Dąbrowskiego, to jak my mamy wierzyć w jego patriotyzm i zaangażowanie w sprawy polskie? Ja nie wierzę. Potem mieliśmy sławne już wystąpienie Barbary Nowackiej o polskich nazistach, ale też bez wielkiego słowa sprzeciwu przyjęliśmy, że pani minister przejęzyczyła się, czytając z kartki. Przecież ona powinna tego samego dnia podać się do dymisji i zakopać jak najgłębiej, żeby ludzie zdążyli zapomnieć, że ktoś taki w ogóle istniał. No, ale przecież niepotrzebne są takie radykalne środki, przecież każdemu zdarza się przejęzyczyć. A owszem, mnie też się zdarza. Ale jeszcze nie tak, żeby Niemców pomylić z polskimi nazistami. Nie wiem, być może głównie dlatego, że nie szastam sformułowaniem „naziści”, tylko wprost piszę o Niemcach, bo z historii wiem, że była to wojna światowa, a te z reguły polegają na tym, że jedno państwo atakuje drugie i cała rzecz dzieje się na kuli ziemskiej, a nie na odległej planecie Nazis, czy skąd tam ci naziści pochodzą. A nie, dzięki naszej pani minister EDUKACJI już wiem. Proszę bardzo, jak ta kobieta pięknie edukuje młodzież. Również taką po trzydziestce. W tak zwanym międzyczasie mieliśmy też wyrzucenie wystawy Muzeum II Wojny Światowej o rodzinie Ulmów, św. Maksymilianie Kolbe czy właśnie Witoldzie Pileckim – jednego z największych Polaków. Pojawiła się też wystawa „Nasi chłopcy” w Muzeum Gdańska, w której sam tytuł mnie odrzuca. Doskonale rozumiem, że ta wystawa miała opowiadać o mężczyznach siłą wcielonych do armii Wermachtu, ale mimo wszystko… Już wiele osób pozwoliło sobie na takie porównania, więc będę kolejna, ale co mi tam: „Nasi chłopcy – Żydzi pomagający nazistom w unicestwianiu… Żydów”. Nie rozumiem, dlaczego miałoby to nie przejść?

Radosława Sikorskiego parę słów o wojnie

Tych parę przykładów, które wyszukałam sobie we własnej pamięci, zajęło mi już sporo miejsca, więc płyńmy do brzegu. Radosław Sikorski w programie Krzysztofa Stanowskiego wdał się w dyskusję na temat reparacji wojennych. I teraz warto przypomnieć całą aferę, kiedy PiS (będąc jeszcze u władzy) zapowiedział, że nie ma zamiaru kończyć walki o reparacje. Na co przedstawiciele KO bardzo się oburzyli, że jak to tak drążyć historię, że przecież nie ma dla nas wspanialszych przyjaciół niż Niemcy i nie psujmy sobie z nimi relacji. Dopóki nie otrzymali instrukcji, że zdecydowana większość polskiego społeczeństwa jest za tym, żeby domagać się jakiejś rekompensaty od Niemiec za szkody – a są to straty niebagatelne, bo to przez II wojnę światową potem przez kilkadziesiąt lat musieliśmy mierzyć się z komunizmem. W wykonaniu Związku Radzieckiego (przecież w Holiłódzie mówili, że to fajna armia w sumie jest, wyzwalała nas i w ogóle), więc można ironicznie powiedzieć, że to aż o dwa dobra za dużo. Dlatego też KO natychmiast zmieniła całą narrację na temat reparacji i kategorycznie stwierdziła, że reparacje będą, jak najbardziej, ale to oni muszą wygrać, bo to ich partia jest jedyną, która jest w stanie te reparacje wywalczyć. Jak to się skończyło, wszyscy pamiętamy. Usłyszeliśmy o tym od samego Donalda Tuska, który powiedział nam w lekko zawoalowany sposób, że te reparacje możemy sobie w rzyć wsadzić. To w sumie kolejny przykład, który śmiało można dodać do wcześniejszego akapitu.

OK, ale wróćmy do Radka Zdradka, bo to w sumie ciekawy wywiad. Poniżej zamieszczę Wam jego fragmenty, te najbardziej rażące:

Chodzi mi o reparacje… Pan jest ministrem spraw zagranicznych. Czy panu się podoba, jak do tego tematu podchodzą Niemcy, że na przykład…

– Chwila moment. Bo Niemcy realnie stracili.

– To mogli nie wywoływać wojny, ich sprawa.

– Dobra. Niemcy stracili na rzecz Polski 20% terytorium.

Biedni ci Niemcy. Tacy poczciwi. Przypomnę tylko, że te 20% ziem niemieckich po wojnie wyglądało niewiele lepiej niż Warszawa. Dosłownie był tam kamień na kamieniu. To, co jest teraz to już nie jest to, co nam Niemcy „łaskawie” podarowali po II wojnie światowej. To jest to, co my, Polacy, odbudowaliśmy. A że my „w zamian” straciliśmy wschodnie rubieże, to już nieważne. Przecież polski minister spraw zagranicznych powinien praktycznie zastanawiać się przede wszystkim nad tym, co stracili Niemcy i nie ma czasu kłopotać się tym, co straciła Polska, prawda?

Co dalej u Radka?

Jak zrobić, żeby sąsiad, który nam rozwalił cały kraj, poczuł się zobowiązany do tego, żeby coś nam zapłacić; dużo nam zapłacić, a nie postawić kamień w Berlinie?

Proszę mnie nie przekonywać, że Niemcy się zachowywali jak bestie i że zrujnowali nam kraj.

Czyli, jak rozumiem, Niemcy wcale się nie zachowali jak bestie i nie zrujnowali nam kraju. Hej, jak już szukamy „negowania Holocaustu”, to ja bym się zajęła tę konkretną wypowiedzią. Bo dla mnie zaganianie ludzi do zwierzęcych wagonów, w których ci często się dusili albo byli tratowani, i zawożenie (tych ocalałych) do obozów śmierci mieści się granicach zachowywania jak bestia. Wam też? Nie jestem w tym chyba osamotniona? Więc skoro nie zachowywali się jak bestia, to Holocaustu nie było, bo przecież tylko bestia mogłaby zrobić coś tak, dosłownie, bestialskiego. No, ale tam nie padło ani słowo „Holocaust”, ani słowo „Żydzi”, więc tematu nie było. Po raz kolejny mamy narrację, że w sumie podczas II wojny światowej to ucierpieli tylko Żydzi, nam się, według pana Sikorskiego, żyło jak pączkom w maśle. Ach, i w żadnym wypadku nie zrujnowali nam kraju, broń Boże. Widocznie to zdjęcie kilkunastoletniej dziewczynki pochylającej się nad swoją zastrzeloną siostrą tuż po bombardowaniach Wermachtu (z 39. roku, z września, czyli sam początek wojny), możemy sobie między bajki włożyć. Tak naprawdę Polacy sami są sobie winni, bo wywołali Powstanie Warszawskie, zamiast dalej dawać się zabijać jak psy. Bo jakby spokojnie i grzecznie się dawali zabijać, to stolica stałaby cała. Dobrze myślę? Według słów ministra Sikorskiego widocznie tak, bo naprawdę nie wiem, jak inaczej miałabym to interpretować. On potem próbował się wymigiwać od tego, że nie do końca to miał na myśli, ale przekaz jego słów był jasny: nie powinniśmy się niczego od Niemców wymagać, bo oni też stracili. A że my straciliśmy nieporównywalnie więcej, to już oj tam, oj tam. Widocznie nam, tak jak Niemcom, się należało. My straciliśmy i oni stracili. Po równo jest, prawda? No, nieprawda, ale to jest tak jasne i logiczne, że nie trzeba chyba nic więcej w tym temacie pisać. Jeśli pan minister tego nie rozumie, to jest on jedną z niewielu osób, które nie są w stanie tego pojąć. A kimże ja jestem, żeby pouczać elitę, prawda?

Nieodżałowany Maksymilian Schnepf…

Drugą sprawą, do której chciałabym się odnieść, to komentarz Instytutu Witolda Pileckiego – dzięki Lemingopedia 3.0 zapoznałam się z tą sprawą i postanowiłam ją wyróżnić w tonie innych, zjadających polskość i polską dumę, sprawach. Otóż, Instytut Pileckiego był owszem łaskawie pamiętać o obławie augostowskiej. Zamieścił nawet wpis z okazji rocznicy. Tyle tylko, że ten ich tekst sprowadzał się co jedynie do roli umniejszania zbrodni dokonanych przez Maksymiliana Schnepfa, czyli zięcia naszej wybitnej propagandystki z TVP – Doroty Wysockiej Schnepf. Otóż, Instytut Witolda Pileckiego napisał:

Porucznik Maksymilian Schnepf dowodził jednostką ludowego WP, o wielkości 110-160 żołnierzy, która zatrzymała 22 osoby, z których część nigdy nie wróciła do domu. W Obławę zaangażowanych było 45 000 żołnierzy, udział jednostki Schnepfa stanowił jedynie 2 promile tych sił.

To jest taki stos manipulacji, propagandy i zwyczajnego kłamstwa historycznego, że pozwolicie, abym odniosła się tylko do fragmentów. A zatem, odnosząc się bezpośrednio do tekstu: „z których część nigdy nie wróciła do domu”? Znaczy – co się z nimi stało? Poszli w długą? Pouciekali i założyli sobie nowe, do tej pory nieodkryte, kolonie? Czy może najzwyczajniej w świecie ktoś ich tam pomordował? Może ci ludzie nie mogli wrócić do domów, bo nie żyli? Ale uśmiechnięty Instytut Pileckiego, być może, ma inny przebieg wydarzeń. Nie wiem, ja się z góry nastawiam na złą wolę władz komunistycznych i według mnie ci ludzie zostali po prostu zabici? Bo nie wiem, jak inaczej zrozumieć to przesłanie? Nagle im się odwidziało, stwierdzili, że mają wszystko gdzieś i poszli żyć na Bieszczadach? Od Instytutu Witolda Pileckiego oczekiwałabym wprost informacji, co się z tymi ludźmi stało, zamiast lakonicznego „nie wrócili do domu”. Druga sprawa, to ta, że przecież to tylko i jedynie 2 promile. W sumie tyle, co nic, prawda? Nie ma o czym mówić – jak rozumiem, według Instytutu Pileckiego. Otóż nie, bo jak dla mnie, fakt, że pan Schnepf przyczynił się do zabicia tylko 2 promili ze wszystkich poległych osób, świadczy tylko o tym, że pan Schnepf miał iluś tam różnych odpowiedników, którzy wykonywali te same okrucieństwa i bestialstwa. Czasem większe, czasem mniejsze, nie wnikam. Ale to byli ci sami ludzie – sterowani przez tego samego kata. I tak samo posłusznie wykonujące jego rozkazy. I tutaj nie ma sensu bawienie się w tego typu liczby. Bo według mnie ci wszyscy ludzie są tak samo odpowiedzialni za tę zbrodnię. I nie ma dla mnie znaczenia, który zabił więcej, a który mniej, bo „chciałby, ale nie dał rady”. Każdego z nich czyni to odpowiedzialnym za to morderstwo.

Zastanawiam się też, dlaczego akurat nazwisko Schnepfa próbowano tu tak ocieplić? Dlaczego akurat na niego padło, skoro – jak rozumiem – osób odpowiedzialnych było więcej? I to w „różnych promilach”? Czy tylko dlatego, że pani Dorota ciągle chce być ambasadorową Polski we Włoszech? Tak tylko pytam…

 

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Nawiasem Pisząc

Smutna złego końcówka

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?

Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia

Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:

– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?

– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*

– No pan podpisał tę ustawę.

– No dobrze, no, podpisałem.

– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.

– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…

– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?

– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.

Żałuje pan tego?

– Nie.

Twardym trzeba być…

Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Żenujący popis posła Treli

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa

Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.

Podwójne standardy

Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Zły wpis w złym momencie

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Ten wpis Jana Grabca pojawił się już kawał czasu temu. Zapisałam go sobie z planem opublikowania w ciągu maksymalnie 2-3 dni, a że z planów wyszła figa z makiem – jeszcze raz przepraszam. Mimo to, wracam do niego, bo niesamowicie mnie on uwiera. I nie potrafię sobie odpuścić, bo to był po prostu wpis wybitnie głupi… i zły. Już nie będę odnosić się do tego, że Polska w 1939 roku sama sobie szukała wrogów (w domyśle, jak rozumiem, mam sobie dopowiedzieć: „ma co chciała”?), bo że jest to bzdura, chyba wszyscy wiemy doskonale. Świeżo po odzyskaniu niepodległości myśleliśmy sobie, jak tu się jeszcze pogrążyć. Za dobrze nam było. Koniecznie musieliśmy coś pokomplikować, no i nam się oberwało… To już tak ironicznie piszę, z czystego przyzwyczajenia, bo głupotę naszych polityków można tylko ironizować – cóż nam innego pozostało? Albo gorzkie łzy, albo pusty śmiech. Ja zresztą doskonale rozumiem, co autor miał na myśli, bo to były echa ustnej (a raczej internetowej) przepychanki Karola Nawrockiego z Donaldem Tuskiem, wynikającej z tego, że ten pierwszy powiedział parę słów na temat Powstania Wielkopolskiego, a ten drugi wściekł się, że „znowu mu Niemcy atakujo”. Klasyka, przyzwyczailiśmy się. Do tego, że politycy KO dwoją się i troją, żeby wyciągnąć swojego szefa za każdym razem, kiedy się kompromituje – też.

Nasi przyjaciele, Niemcy

Nawet niespecjalnie uwiera mnie to, że oni mają Niemców za naszych najwspanialszych, bezinteresownych przyjaciół. Nie chce mi się tłumaczyć, że podchodzenie z nieufnością i sceptycyzmem to nie to samo, co usilne szukanie sobie wroga. Kto umie patrzeć, ten widzi, że Niemcom na przyjaźni z nami akurat nie zależy. Nikt nie twierdzi, że lada dzień zaatakują nas dronami, rakietami i czołgami, ale łudzenie się, że im zależy na jakimkolwiek naszym rozwoju gospodarczym jest głupotą. Ja w ich postulatach, decyzjach i ogólnym zachowaniu dostrzegam raczej chęć zrobienia sobie z nas skupiska rzeczy niepotrzebnych. Bo te wiatraki od Siemensa nie sprzedają się tak, jakby chcieli; bo tych elektrycznych super-luksusowych samochodów z do połowy rozładowaną baterią nikt już u nich nie chce, a po co mają się marnować? Ekonomia! Ach, i tutaj nie wszyscy inżynierowie i chirurdzy się dobrze zaaklimatyzowali, więc możemy się podzielić! Tych to oddamy nawet za darmo, znajcie nasze dobre serca! Wszystko się da przecież po dobroci załatwić. Wystarczy rozmawiać, a Wy, drodzy Polacy, i wiatraczki będziecie mieć, i zużyte auta elektryczne, a w ramach promocji dorzucimy Wam chirurgów z Afryki, bo plotki jakieś chodzą, że u Was w tej ochronie zdrowia to tak nie bardzo, prawda? No, to macie, przyjmijcie. I nie narzekajcie. My to wszystko z dobrego, szczerego serca robimy. Odrobinę wdzięczności tylko wymagamy, to chyba nie za dużo? Zamienili po prostu jedną metodę na drugą.

Śmiać się, żeby nie płakać

Dobrze, bo znowu się nabijam, a temat jednak poważny. Z drugiej strony, jak tu się nie śmiać, skoro ostatnie wystąpienia premiera na arenie międzynarodowej skończyły się tak, że nie dość, że sami sobie reparacje wypłacimy, to jeszcze podarujemy je Ukraińcom w imieniu Rosjan. Tacy skuteczni jesteśmy! Śpimy na pieniądzach, Drodzy Obserwujący, i w dupach nam się poprzewracało, tyle Wam napiszę. Przyznajcie jednak szczerze – jak tu nie kpić z czegoś takiego? Ten wpis brzmi słabo z jeszcze innej strony. Reprezentanci naszego państwa pozwalają sobie na takie bezmyślne wpisy w czasie, kiedy historia jest notorycznie zakłamywana, bo państwa, które w przeszłości przelewały najwięcej krwi w imię nie wiadomo czego, dzisiaj nie bardzo chcą się do tej swojej ponurej historii przyznawać. Lepiej rozmydlać winę na inne narody. A jak jest okazja, to i nakłamać do potęgi. Przecież ten tekst powstał w czasach, kiedy nasi wspaniali sąsiedzi postawili uporać się z własną historią na swój sposób za punkt honoru.

Konsekwentne rozmydlanie win

W czasach, kiedy Niemcy nie ograniczają się tylko do tłumaczenia o złych nazistach, którzy napadli i ich zmusili – za to coraz bardziej otwarcie mówią, że Polska w sumie tę II wojnę światową sprowokowała, a w ogóle to nie przesadzajcie. Kiedy Izrael łaskawie przyznaje, że OK, Holocaust to głównie Niemcy, ale nie tylko, bo Polacy im pomagali – i gdyby nie oni, to by im się na pewno nie udało. Kiedy jakakolwiek pamięć o Wołyniu jest uciszana narracją o ruskich trollach, a w ogóle to Ukraińcy nie chcieli, ale musieli, bo Polacy im cerkwie zamykali. Takie tłumaczenie to już klasyka. I weź wytłumacz własnym rodakom, że tak barbarzyńskie tortury stosowane na Polakach być może nie są współmierną karą za zamknięcie iluś tam cerkwi. Nie wspominając już o Rosjanach, którzy za Jelcyna przyznali się do Katynia, za Putina już im się coś nie zgadza (oglądałam kiedyś materiał, w którym pytano właśnie Rosjan o Katyń – wielu z nich jest przekonanych, że ten Katyń to zbrodnia… niemiecka), ale czegokolwiek by tak naprawdę nie zrobili, powinniśmy im być wdzięczni, bo nas wyzwolili. Wyzwolili, prawda? Czas, żebyśmy przyjęli to na klatę. A to, że oni po prostu odpierali Niemców na naszym terytorium; że to wyzwolenie polegało na mordowaniu, gwałceniu, podpalaniu czy rabowaniu i że zaraz potem zniewolili nas znowu na ponad czterdzieści lat, to już trudno. Wyzwolili, to wyzwolili. Takie są fakty, a z nimi się podobno nie dyskutuje.

Kiepscy asystenci

To, że inne państwa, którym ciąży niezbyt chlubna historia, próbują się od niej odgrodzić i rozmemłać tę winę na wszystkich wokoło po równo (dbając przy okazji o to, żeby ich „równa” połowa była jak najmniejsza) niezbyt mnie dziwi. Kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie natomiast to, że nasi politycy tak bardzo ułatwiają im pracę. Wcześniej swoją bezapelacyjną mądrością popisała się Barbara Nowacka, której wymsknęły się brednie o „polskich nazistach”. Ale to tylko dlatego, że się przejęzyczyła! A że czytała z kartki? Pewnie asystent napisał. W tych kręgach nabór na asystentów trwa cały bity rok – mam wrażenie, że oni im tam służą tylko i wyłącznie jako kozły ofiarne. „Powiedziałam/em coś idiotycznego, ale to nie moja wina, tylko tego tu Areczka. To mój asystent” – tak to z reguły wygląda. Albo asystenci, albo przejęzyczenia, albo niezrozumienie zacofanych obywateli, bo przecież pan Grabiec wcale nie miał do napisania tego, co napisał, tylko coś innego. A co, to już nie może powiedzieć, spieszy mu się. Szuka akurat asystenta, żeby mu podpisał papierek o dobrowolnym rozwiązaniu umowy. I to szybciutko, zanim tusz wyschnie, później się nie liczy.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej