Connect with us

Nawiasem Pisząc

„It don’t matter if you’re black or white”

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Dzisiaj chciałabym Wam opisać historię Rachel Dolezal. Historia bardzo trudna i złożona, więc postaram się to zrobić jak najbardziej obiektywnie, ale swoje zdanie na ten temat mam i też postaram się nim podzielić. Dolezal była aktywistką na rzecz czarnej społeczności, przewodniczącą NCAAP (po polsku: Krajowe Stowarzyszenie na rzecz Popierania Ludności Kolorowej) w Spokane w stanie Waszyngton, organizatorką jednych z pierwszych marszów pod hasłem „Black Lives Matter”.

Kontrowersyjni bohaterowie

Jej największym idolem działającym na rzecz czarnoskórych był Malcolm X – aktywista, muzułmanin i członek Narodu Islamu; komunista, który jawnie wspierał Koreę Północną i Kubę oraz Che Guevarę. Nawoływał do rewolucji w USA. Konkurujący i ostro krytykujący Martina Luthera Kinga, który raczej próbował rozwiązać problem dyskryminacji rasowej w sposób pokojowy. Mocno nagłaśniała zabójstwo Trayvona Martina, który podczas kłótni z policjantem, został przez niego śmiertelnie postrzelony. Sam policjant został ranny i twierdził, że strzelał w samoobronie. W wymuszonym przez czarną społeczność procesie sąd go uniewinnił. Dla porządku dodam, że policjant był Latynosem, a nie przedstawicielem „rasistowskich, białych policjantów”.

Oryginalne pomysły na walkę z rasizmem

Można chyba powiedzieć, że kobieta była prekursorką dzisiejszych sposobów na walkę ze wszelką dyskryminacją przez lewicę – można wręcz powiedzieć, że ostatnimi laty robią to nagminnie. Rozwiązanie jest proste: nabazgraj na ścianie jakieś rasistowskie/homofobiczne/ksenofobiczne/islamofobiczne (niepotrzebne skreślić) hasła i zrób medialną awanturę o wiecznie żywym faszyzmie. Miej przy tym słodką nadzieję, że policjanci okażą się kompletnymi idiotami, a kamery monitoringu akurat tego dnia zostaną wyłączone. Zazwyczaj się nie udaje, ale hej! Nie od razu tolerancję zbudowano. W każdym razie, jak z dyskryminacją rasową walczyła bohaterka tego tekstu? Otóż Dolezal złożyła sprawę na policję, twierdząc, że dostaje pogróżki na tle rasowym na skrzynkę pocztową NCAAP. Szybko jednak okazało się, że wspomniane pogróżki nie przeszły przez pocztę i musiał je podłożyć ktoś z wewnątrz organizacji. Dostęp do skrzynki pocztowej miały tylko dwie osoby – jedną z nich była Rachel. Wzbudziło to uzasadnione wątpliwości. Niestety sprawą trochę za bardzo zainteresował się pewien dziennikarz, który nabrał dużych wątpliwości co do pochodzenia kobiety. Aktywistka w pewnym momencie nie chciała jasno odpowiedzieć na proste pytanie, czy rzeczywiście jest Afroamerykanką. Dolezal podawała się bowiem za czarną kobietę. Pod wpływem tych oskarżeń wyszło na jaw kłamstwo dotyczące jej rasy, bowiem Dolezal jest tak naprawdę… biała. Kiedy okazało się, że jej rodzice są rasy kaukaskiej, twierdziła, że została adoptowana. Za ojca podawała innego mężczyznę, czarnoskórego Alberta Wilkensona.

BIAŁE mleko się rozlało

Jeff Hupmhrey, dziennikarz, który zainteresował się sprawą rzekomych gróźb i mowy nienawiści, powiedział: Stało się jasne, że Rachel, która już wcześniej miała problemy z prawdomównością, mogła kłamać także w tej kwestii. Jej oskarżenia dotyczące tego, że padła ofiarą mowy nienawiści sprawiły, że rasizm i biała supremacja wydawały się przeżywać renesans, co było nieprawdą. Z tego powodu musieliśmy ją zdemaskować. Uważała, że im bardziej będzie się wydawało, że rasizm wraca, tym więcej ludzi będzie zaangażowanych w jego zwalczanie„. No i mleko się rozlało. Dolezal musiała zrezygnować z funkcji przewodniczącej NCAAP, została też zwolniona z uniwersytetu, gdzie prowadziła wykłady z afrykanistyki. Pozostali członkowie NCAAP nie ukrywali wściekłości. Kitara Johnson, należąca do tej samej organizacji, co Rachel, przyznała, że wśród przewodniczących i członków NCAAP mieli sporo ludzi o znacznie ciemniejszej karnacji, jednak żaden z nich nigdy nie otrzymywał gróźb. Tylko Rachel. Stwierdziła, że to właśnie otworzyło jej oczy: Nie obchodzi mnie, jakiego koloru skóry ona jest, nie obchodzi mnie z kim się identyfikuje, ale nie wolno kłamać. Po prostu. Stwierdziła, że jej działania podważyły wiarygodność całej organizacji i najbardziej zaszkodziła osobom, które miała chronić. I trudno się z tym nie zgodzić. Dopiero podczas wywiadu dla show telewizyjnego „The Real” Dolezal naciskana przez inne osoby, które brały udziały w tamtym programie (jedna z kobiet zapytała jej wprost, czy wstydzi się, że jest biała – moim zdaniem trudno o lepszy komentarz), przyznała w końcu publicznie: Jestem biała, mam białych rodziców, ale identyfikuję się jako osoba czarnoskóra. Właśnie wtedy obok transpłciowości, zaczęły pojawiać się takie określenia, jak „birasowa” i „transrasowa”. Aktywistka zaczęła twierdzić, że rasa to konstrukt społeczny.

Możesz być kim chcesz… ale nie możesz być czarny

Znając logikę lewicy, to nawet mogłoby przejść, ale pamiętajmy o tym, że część przedstawicieli Afroamerykanów ma pretensje o zawłaszczanie przez białych ich kultury. Jesteś biały i śpiewasz piosenkę czarnoskórego artysty – kradniesz kulturę czarnych. Zrobisz sobie fryzurę z dredami czy warkoczykami w stylu afro – kradniesz kulturę czarnych. Jak mieli zareagować na kobietę, która twierdziła, że jest czarna i w związku z tym przez całe życie doświadczała dyskryminacji? Oczywiście w ten sposób, że kradnie doświadczenia czarnoskórych, żeby wypromować siebie. W tej jednej chwili zaczęli krytykować ją zarówno biali za to, że oskarża ich o bycie rasistami i rozprzestrzenia propagandę, jak to znęcają się nad czarnoskórymi ludźmi, jak i społeczeństwo czarnych, które oburzało się, że Dolezal na ich trudnościach i przeciwnościach, z którymi ona, jako biała kobieta, nie musiała się mierzyć, zrobiła karierę. Twierdzili oni, że celowe pudrowanie sobie twarzy, żeby nadać sobie ciemniejszy kolor skóry i dzięki temu udawać czarną, jest obraźliwe. Mógłby to ktoś powtórzyć Jackowi Hugo-Baderowi?

Prawie jak w historii o Kopciuszku

Teraz wypadałoby opisać rodzinę Rachel, bo to być może pozwoliłoby postawić tezę, dlaczego stała się ona tym, kim się stała. Otóż urodziła się jako drugie dziecko małżeństwa Ruthanne i Lawrence’a Dolezalów. Według jej opisów starszy brat był zawsze traktowany lepiej – głównie dlatego, że jego poród przebiegał bez większych problemów, zaś ona „prawie zabiła swoją matkę”. Tłumaczy takie podejście swoich rodziców ich fanatyzmem religijnym. Adoptowali potem czwórkę albo trójkę czarnoskórych dzieci. Dolezal oskarżała ich o stosowanie przemocy wobec niej – zarzuty te odpierają jej rodzice oraz starszy brat, Joshua, jednak potwierdza to jej przybrana siostra i brat, który potem został jej adoptowanym synem (jakby sprawa nie była wystarczająco pokręcona). Siostra jako dowód pokazywała blizny na swoim ciele po ranach, które jak twierdziła zadali jej rodzice, brat zaś stwierdził, że to Rachel zawsze się nim opiekowała i teraz już traktuje ją jako matkę, nie siostrę. Rachel oskarżyła również swojego biologicznego brata Joshuę o molestowanie seksualne, opisywała też, że rodzice nie dawali wiary jej skargom i kazali jej przestać kłamać. Czy jest to prawda? Trudno powiedzieć, bo sąd nie udowodnił winy jej brata. On sam wszystkiemu zaprzecza, koncentrując się na literaturze amerykańskiej, twórczej literaturze faktu, humanistyce medycznej, zrównoważonym rozwoju i kwestiach sprawiedliwości społecznej (jest profesorem zwyczajnym anglistyki w Central College. Biologiczni rodzice Rachel również nie potwierdzają doniesień aktywistki o rzekomym terrorze, który stosowali wobec niej i adoptowanych dzieci. Ani rodzicom, ani bratu Rachel nie postawiono już nigdy podobnych zarzutów. Ale wyobraźcie sobie, jaki byłby odzew, gdyby Dolezal opisała tę historię bez wmawiania wszystkim, że jest czarna. Terroryzowana przez białych rodziców dziewczynka opiekuje się młodszym, przybranym rodzeństwem o czarnym kolorze skóry, zaczyna dostrzegać trudy, z jakimi mierzy się czarnoskóra społeczność i zostaje ich bezinteresowną sojuszniczką, głośno walcząc o ich prawa. Byłaby uwielbiana! Chciałoby się dopisać „o jedno kłamstwo za daleko”, tym bardziej, że jej rodzinie nigdy nie udowodniono winy, ale pamiętajmy, że są również wspomnienia jej przybranego rodzeństwa, więc pozostańmy przy tym, że sprawa jest nierozstrzygnięta.

Kontrowersje z rasą synów

Rachel ma też trzech synów. Najstarszy, jak już pisałam był wcześniej jej przybranym bratem, ma jeszcze średniego syna, Franklina, z byłym mężem, czarnoskórym Kevinem Moore. Najmłodszy syn urodził się w 2016 roku, nie znamy nazwiska jego ojca. Podobno mężczyzna postawił sprawę jasno, kiedy dowiedział się o ciąży Rachel – małżeństwo albo aborcja. Kobieta proponowała mu, żeby wspólnie wychowywali dziecko jako przyjaciele, ale ten nie chciał się na to zgodzić, więc Rachel wychowuje dziecko samotnie. Franklin jednak ma wciąż kontakt ze swoim ojcem. Uderzyły mnie słowa Rachel, że nie dopuści do tego, żeby jej najmłodsze dziecko wychowywało się jako białe. Ale dlaczego nie? Mogłabym teraz złośliwie napisać, że przecież „biali ludzie mają lepiej”, a matka powinna chcieć dla dziecka jak najlepiej, prawda? Jeśli zarzuty Dolezal odnośnie jej rodziców są prawdą, to moglibyśmy tłumaczyć to tym, że ze względu na to, co ją spotkało, Rachel po prostu nienawidzi białych ludzi (miałoby to sens – biali rodzice i brat byli dla niej okrutni, z czarnym rodzeństwem zawsze była bardziej zżyta i mogłoby to wpłynąć na jej psychikę), ale jeśli jej oskarżenia nie są prawdziwe, to naprawdę ciężko mi zrozumieć, jakie motywy nią kierują. Dodam tylko, że cała sprawa miała miejsce, kiedy kobieta wypełniała dokumenty dziecka i nie wiedziała, co wpisać w rubryce: „rasa matki”, bo taką samą automatycznie przypisuje się dziecku. Zwykła papierologia tak naprawdę, bez większego wpływu na wychowanie syna. Żeby jednak nie było niedomówień, to dopiszę też, że dziecko jest Mulatem. Rozumiałabym, gdyby miała syna z innym białym mężczyzną, bo wtedy faktycznie białego chłopca ciężko wychowywać jako czarnego. Znaczy – nie rozumiałabym, ale wiecie, o co chodzi.

To jak z tym wybieraniem tożsamości, droga lewico?

Dolezal ma dużo żalu o to, że ludzie zapomnieli o wszystkim, czego dokonała dla czarnoskórej społeczności (walczyła głównie z policyjnymi nadużyciami). Ale tak się dzieje, kiedy ktoś kłamie. Można tu przypomnieć historię Tanii Head, która kłamała, że przeżyła zamach na WTC. Też dużo zrobiła, nagłaśniając potrzebę pomocy psychologicznej dla ofiar tego zamachu, ale kiedy kłamstwo wyszło na jaw, odeszła w niesławie. Może sprawa by ucichła, gdyby Rachel po prostu się przyznała. Ale ona dalej twierdzi, że nie kłamała, bo „rasa to konstrukt społeczny”. Chyba jednak trochę się z prawdą mijała, skoro wcześniej utrzymywała, że jej biologicznym ojcem jest inny mężczyzna, a państwo Dolezal ją adoptowali. Dopiero, kiedy te kłamstwa wyszly na jaw, aktywistka zaczęła utrzymywać, że jest „transrasowa”. Zastanawiam się, jaką opinię o Rachel ma teraz dzisiejsza lewica. Bo przecież rasa jak płeć, jesteś tym, kim się czujesz i z jakiej racji mamy traktować inaczej mężczyznę, który czuje się kobietą i białego, który czuje się czarny? To w miarę logicznie brzmi, prawda? Ale jednak tutaj odzew czarnej społeczności nie jest tak tolerancyjny, a lewica raczej nie chce się im narażać. I co mają z tym fantem zrobić? Tak czy inaczej Rachel postanowiła załagodzić sytuację, pisząc książkę, w której wyjaśniała swoje motywy, a następnie zmieniła nazwisko na Nkechi Amare Diallo, chyba po to, żeby dokręcić śrubę jeszcze bardziej.

M.

Wesprzeć nas można poprzez Patronite

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Szopka w Sejmie

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

W tej naszej kochanej Polsce chyba nigdy nie będzie normalnie. Przecież to, co się dzisiaj odchajzerowało w polskim Sejmie, to Święci Pańscy nie widzieli. Ludzie, którzy zostali wybrani do rządzenia krajem, najzwyczajniej w świecie robią sobie z nas jaja. I to takie najbardziej chamskie i prymitywne jaja. I tak zastanawiam się, kiedy pękła ta niewidzialna granica, po której politycy przestali nawet udawać, że traktują nas poważnie? Czy tym symbolicznym momentem była słynna debata Trzaskowskiego z Dudą, w której każdy z nich debatował w innej telewizji, czy jeszcze wcześniej? Kiedy zaczęliśmy pozwalać sobie, żeby nam się śmiali w twarz? Od którego momentu im przestało zależeć, żeby chociaż stwarzać pozory? Bo umówmy się, jeśli politycy wprost śmieją się ze swoich niezrealizowanych obietnic, bo ciemny lud to kupił i „cóż szkodzi obiecać”, to znaczy, że oni się nami w ogóle nie przejmują. Nie to, że się nie boją – oni mają centralnie na nas wszystkich wygwizdane.

Ślubowanie przed Prezydentem… bez Prezydenta

Nie to, żebym była tym specjalnie zaskoczona, bo szanowni nam panujący zdążyli nas już do tego przyzwyczaić, ale że my się tak kopać w tyłek pozwalamy jest dla mnie rzeczą niepojętą. Dzisiaj marszałek Czerworzasty postanowił publicznie pochwalić się nieprzestrzeganiem przepisów prawnych i sam sobie zorganizował ślubowanie sędziów TK. Co prawda Prezydenta RP nie było, ale za to był notariusz, który nie wiadomo na jakiej podstawie dostał prawo notyfikowania ślubowania tych sędziów. A żeby kompromitowania polskiego Sejmu stało się zadość, zarówno marszałek Sejmu, jak i nominowani sędziowie używali zwrotu „wobec prezydenta RP”. I ja nie wiem, gdzie oni widzieli prezydenta. To była naprawdę tragikomedia – chwilę się pośmialiśmy, ale jakie będą konsekwencje z tego wszystkiego, to się dopiero przekonamy. W każdym razie wypadałoby zacząć od początku, bo ta cała sytuacja jest smutną kwintesencją tego, co dzieje się w Polsce – zero rozmów, zero debaty, zero jakiejkolwiek próby dojścia do porozumienia, tylko złośliwie podstawiamy sobie nogę, wybijamy zęby, a potem brniemy w to dalej, udając, że prawo nie istnieje, a jeśli nawet istnieje, to nie dla nas, a jeśli nawet dla nas, to tylko takie, jakim my je rozumiemy. Otóż prezydent miał przyjąć nominacje sześciu sędziów, a przyjął tylko dwóch. Co do pozostałych czterech zostały zgłoszone wątpliwości, czy Sejm miał prawo wybrać tych sędziów w danym terminie – czy nie zostali wybrani za wcześnie albo na czyjeś miejsce.

Kopanie się po kostkach

I już tutaj zaczęły się spory, bo tutaj konkretnie Prezydent rzeczywiście ma niewiele do gadania – ma przyjąć i koniec. On nie jest od interpretowania i oceniania słuszności tych wyborów. Szkopuł polega na tym, ze wbrew temu, co głosi Roman Giertych (który zapowiedział dzisiaj, że skieruje sprawę przeciwko Nawrockiemu do sądu) i jemu podobni politycy, że Karol Nawrocki nie odrzucił tej czwórki nominowanych sędziów. Po prostu jeszcze tych czwórki sędziów do złożenia ślubowania nie zaprosił. I samo to można już różnie oceniać, być może mieliśmy nawet do czynienia z nadużywaniem uprawnień, bo trochę słabo to jednak wygląda, jeśli poszczególni sędziowie składają ślubowanie osobno. Ale za to dzisiaj wyglądało i słabo, i śmieszno, więc warto było. W każdym razie według ustawy do TK: „Sędzia Trybunału Konstytucyjnego składa ślubowanie wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Zgodnie z tym zapisem ślubowanie więc nie było ważne – komiczne, owszem, kiedy nominowani sędziowie zwracali się do nieobecnego Prezydenta, ale w sensie prawnym ta cała hucpa w Sejmie nie powinna mieć żadnych skutków prawnych. Dodatkowo ustawa nie wyznacza Prezydentowi terminu na odebranie ślubowania. I już widzę, że Kancelaria Prezydenta będzie teraz grała tą kartą – bo oni przecież chcieli, ale Sejm ich ubiegł, więc dalej można się nawalać. Tutaj pojawiają się też głosy, że przepis o obecności Prezydenta jest zawarty w ustawie dotyczącej Trybunału Konstytucyjnego, nie zaś w samej Konstytucji. I tutaj znowu mnogość interpretacji – jedni mówią, że skoro nie ma w Konstytucji to Prezydent nie musi być obecny, koniec tematu, można się rozejść; drudzy, że Konstytucja, owszem, jest nad ustawą, ale tylko w sytuacji, gdy ich przepisy się wykluczają – tutaj nie ma mowy o tym mowy, ustawę należy więc traktować jako uzupełnienie do zapisów z Konstytucji.

Sędziowie bez pracy

Jak widać z naszym prawem można już robić dosłownie wszystko. Kiedy zmieni się władza zacznie się pewnie poddawać w wątpliwość wyroki tych dzisiaj nie-zaślubionych sędziów. Mam nadzieję, że nie będą robić takich cyrków, jak teraz KO z tzw. neo-sędziami. Oczywiście pod warunkiem, że ci sędziowie w ogóle będą w jakiejkolwiek sprawie orzekać, ponieważ prezes TK już zapowiedział, że takiego wała. Nie mogę ich uznać za sędziów TK, bo Prezydent nie poinformował mnie, że złożyli wobec niego ślubowanie. Nie dostaną spraw ani gabinetów. Jako obywatele mogą odwiedzać TK i spotykać się w bibliotece oraz biurze podawczym – zapowiedział Bogdan Święczkowski. Czyli dalej się bierzemy za pyski, żadna ze stron gardy nie opuszcza. Ja się tylko zastanawiam, czy ci sędziowie będą otrzymywać wynagrodzenie, skoro nie dostaną żadnych spraw, więc de facto będą tam przychodzić, żeby posiedzieć w bibliotece albo nie przychodzić wcale? Czy cała ich praca skończyła się na tym, że poszli ślubować Prezydentowi, którego nie było? Już był kiedyś taki sędzia, Tuleya się nazywał. On był oczywiście męczennikiem wykorzystywanym przez totalitarne władze PiS, bo został zawieszony i nie mógł pracować. Ale to że nie pracował, wcale nie znaczy, że nie zarabiał. Obniżyli mu, co prawda, wynagrodzenie, ale prawda jest taka, że on w okresie kiedy był najbardziej terroryzowany i inwigilowany przez PiS otrzymywał wypłatę za nic nie robienie. Nie wiem, jak nazwać rzeczywistość, w jakiej się obecnie znajdujemy, bo to nawet nie jest Matrix. Takiego burdelu na kółkach, to ja nie widziałam, odkąd żyję. Będziemy się z tego jeszcze długo wygrzebywać – zakładając, oczywiście, że kiedyś w ogóle zaczniemy się wygrzebywać.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Odpowiedzialność za słowa

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Jakiś czas temu wpadł mi w ucho pewien francuski zespół. Muzyka niby nie z mojej bajki, bo wolę raczej ostrzejsze brzmienia, ale dobrze się słucha do pracy, albo żeby sobie leciało w tle. No i często, jak coś tam robię na komputerze, to właśnie dziewczyny tam sobie w tle śpiewają. I w pewnym momencie wskoczył mi francuski, kobiecy rap, a że ten gatunek muzyki to zupełnie nie moje klimaty, chciałam szybko przełączyć, gdy nagle usłyszałam nazwisko Romana Polańskiego, więc z ciekawości sprawdziłam, o co chodzi.

Przemoc wobec słabszych

Nie była to jednak pochwała talentu reżyserskiego tego twórcy, a piosenka traktująca o przemocy wobec kobiet. I ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, żeby takie utwory powstawały. Jak wiemy przemoc wobec kobiet się zdarza, w Polsce na szczęście rzadko, ale też nie jest to niestety zupełnie niespotykane zjawisko, więc jeśli kobieta ma ochotę wykrzyczeć swoją złość w utworze muzycznym, nie mam z tym żadnego problemu, nawet jeśli to francuska raperka. 😉 Ogólnie jestem osobą, którą brzydzi przemoc wobec słabszych. Nie znoszę, kiedy facet bije kobietę (tutaj piszę przykładowo, bo statystycznie mężczyźni są silniejsi, ale gdyby Anita Włodarczyk miała ochotę pobić Adama Małysza na przykład, to też by mi nie pasowało), dorosły znęca się nad dzieckiem albo ktoś kopie psa. Uważam, że jak jesteś taki kozak, to znajdź sobie kogoś równego sobie. Być może dlatego ta cała afera z ustawkami prezydenta Nawrockiego mnie jakoś szczególnie nie oburzyła, bo jeśli obie strony chcą, robią to na określonych zasadach i z dala od ludzi postronnych, to nie jest to mój problem. Nie twierdzę, że to dobre, chwalebne, ani że powinno być legalne (ogólnie wychodzę z założenia, że oklepywanie się po mordzie, dlatego, że kibicuje się innym drużynom jest… debilne), ale wolę to, niż żeby samej dostać w pysk, bo mam na sobie szalik nie tej drużyny.

Emocjonalne oskarżenie

Ale nieważne. Chilla, bo taki pseudonim ma ta raperka, wymieniła tam kilka nazwisk. Z Romanem Polańskim wszyscy wiemy, o co chodzi i nie ma sensu wyjaśniać. Poszperałam więc w poszukiwaniu innych nazwisk. Był Harvey Weinstein i on akurat został prawomocnie skazany za gwałty i napaści seksualne. I to całkiem ładną sumę latek dostał na siedzenie w pasiaku. Był Dominique Strauss-Kahn – to francuski polityk z partii komunistycznej. On poszedł na ugodę, wypłacił miliony euro odszkodowania, ale ostatecznie siedzieć nie poszedł. Francuzi są przekonani o jego winie i panuje tam powszechne przekonanie, że więzienia udało mu się uniknąć przez różne układy i układziki. Znamy to z naszej polskiej polityki, więc wcale bym się nie zdziwiła, ale skazany oficjalnie nie został. Ale na samym końcu wymieniony został… Kevin Spacey. Utwór jest zdaje się z 2018 roku, kiedy wszyscy byli przekonani o winie aktora (szczerze mówiąc ja też, ale ja o nic go publicznie nie oskarżałam akurat), który… został uniewinniony w 2022 roku zdaje się. I tu już pojawia mi się pewien zgrzyt, bo artystka wrzuciła Spacey’a między różnych zwyrodnialców bez wyroku sądowego. I treści piosenki do tej pory nie zmieniła, a tam wystarczyło tylko wyciąć ostatni wers, bo wymieniała go dosłownie na samym końcu, ale za to kilkukrotnie.

Uczciwość i wiarygodność

I tutaj chyba należałoby przejść do odpowiedzialności twórcy za własny utwór. Oskarżyć kogoś publicznie jest bardzo łatwo, bo skoro w mediach pisali, to coś musi być na rzeczy, prawda? I rozumiem emocje, nie przemyślała, napisała, poszło. Ale potem wypadałoby jednak przeprosić i zmienić treść. Przeglądałam sobie jej FB, żeby sprawdzić, czy na pewno takie sprostowanie nie padło i nie znalazłam. Inna sprawa, że przejrzałam tylko FB, a ona podobno bardziej aktywna jest na Instagramie, ale nie chce mi się specjalnie konta zakładać, żeby to sprawdzić, przepraszam. Możliwe więc, że gdzieś indziej takie sprostowanie padło, ale tak czy inaczej – tekst utworu wciąż jest niezmieniony. A fałszywe oskarżenia, zwłaszcza na tak obrzydliwe przestępstwa, mogą zniszczyć facetowi życie. Kevinowi Spacey’owi zniszczyły. Widzieliście go w jakimś filmie po 2022 roku? Ja nie. To jest nazwisko, które do tej pory źle się kojarzy i reżyserzy wolą nie ryzykować i nie zatrudniać go. Wątpię, żeby udało mu się odbudować swoją karierę, nie wiem nawet, czy po tym wszystkim ma jeszcze na to ochotę, skoro całe środowisko filmowe odcięło się od niego przed wyrokiem. Doczytywałam, że jakiekolwiek zmiany w utworze to ogromne pierdzielenie się z platformami, na których ten utwór został już udostępniony (np. Spotify), ale mimo wszystko.

Chilla nic by na tym nie straciła. Jedynie zyskałaby na wiarygodności. I pokazała, że dostrzega nie tylko krzywdę kobiet, ale też mężczyzn. Bo to też nie jest tak, że ona facetów nienawidzi – współpracuje z wieloma muzykami płci męskiej i nigdzie nie znalazłam informacji, żeby kogokolwiek niesłusznie oskarżyła. Dlatego uważam, że w tej konkretnej sytuacji mogłaby próbować jakkolwiek naprawić swój własny błąd.

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej

Nawiasem Pisząc

Taka tam orka na Wojewódzkim

logo nawiasem pisząc

Opublikowano

on

Wszyscy o tym piszą, to ja też napiszę, a co! Tym bardziej, że już wcześniej chciałam napisać parę słów o Kanale Zero, a dzięki pewnemu wywiadowi będę mogła zmieścić to w jednym tekście. Ale zanim do tego przejdę, chciałabym Was przeprosić, że pojawiam się tutaj tak rzadko. Dużo złych i niefajnych sytuacji podziało się ostatnio w moim życiu i straciłam całą ochotę, żeby babrać się w naszej rodzimej polityce. Miałam nadzieję, że Igrzyska Olimpijskie pomogą mi zresetować umysł, ale nie do końca się udało. Ale spokojnie, powoli podnoszę się z kolan, zaraz wyjdę na prostą i wtedy ruszymy z tematem! Na razie proszę Was jeszcze o trochę wyrozumiałości i jeszcze raz przepraszam.

Naiwne wypominanie dawno wyjaśnionych spraw

Podejrzewam, że po wstępie i zdjęciu już wiecie, o czym będę pisała. Tak, chodzi o słynny już wywiad, którego Krzysztof Stanowski udzielił Jakubowi Wojewódzkiemu i Piotrowi Kędzierskiemu. Temu ostatniemu niewiele poświęcę czasu, bo podczas tej rozmowy niewiele mówił (a odnosiłam wręcz wrażenie, że był zażenowany tym, co wyprawiał jego kolega z pracy), ale Kuba znany jest z tego, że nie ma hamulców. I tym razem faktycznie nie wyhamował i wpierdzielił się z całym impetem w ścianę. Bo, Drodzy Obserwujący, co tam się nie działo! Było o Dorocie Wysockiej-Schnepf i rzekomym ataku Stanowskiego na jej syna (atak miał polegać na tym, że właściciel Kanału Zero wspomniał o tym, jak – wówczas – czternastolatek ma na imię), było o zatrudnieniu Tomasza Kammela (Wojewódzkiemu nie pasowało, że dostał pracę u Stanowskiego, ale od kiedy to jego sprawa i co takiego złego zrobił Kammel, że nie powinno się go zatrudniać?), tradycyjne już czepianie się, że do Kanału Zero zapraszane są te osoby, które nie powinny być zapraszane, przynajmniej w oczach main-streamu (Braun czy Rodacy Kamraci). Bardzo spodobała mi się odpowiedź Stana, że Wojewódzki może zapraszać do swoich wywiadów tylko i wyłącznie Krystynę Jandę i ona będzie opowiadała to, co ludzie „powinni” usłyszeć, ale to nie sprawi z automatu, że pewne zjawiska przestaną istnieć. A ja też osobiście uważam, że dziennikarz powinien zajmować się wszystkimi tematami, nie tylko takimi, które mu się podobają.

Samozaoranie Wojewódzkiego

Ale najpiękniej Wojewódzki wykaszanił się tuż pod koniec rozmowy (tak mi się wydaje, chociaż przyznam szczerze, że wywiad oglądałam partiami, bo praktycznie w całości polegał na słownych przepychankach i wchodzeniu w słowo, czego nie lubię; więc chronologia mogła mi się popierdzielić). Próbował sugerować Stanowskiemu, że na słynnych urodzinach Roberta Mazurka (a były słynne, bo Mazurek zaprosił polityków, zarówno z KO, jak i z PiS; ci politycy nie wzięli się za łby i pewna część społeczeństwa była tym bardzo zaskoczona) rozmawiał z pewnym posłem PiS-u, żeby przyjąć korzyści majątkowe na poczet swoich mediów. No i się okazało, że Stanowskiego w ogóle nie było na tych urodzinach. Fizycznie nie miał możliwości rozmawiania tam z nikim. Nawet zadzwonił do Mazurka, żeby potwierdził. Wojewódzki próbował potem i tak wszystko obrócić w ten sposób, że Stano po prostu nie szanuje swoich kolegów i olewa ich urodziny. Jak rozumiem, miał to być rozpaczliwy żart, żeby odwrócić uwagę od tej wtopy. Ja naprawdę nie rozumiem tego rodzaju weryfikacji, bo wystarczyło po prostu wcześniej zadzwonić do Mazurka i dopytać. „Król TVN-u” nie musiał w tym celu sprawdzać tajnych akt i siedzieć nad nimi godzinami, wystarczył jeden telefon. Ale nawet to było za dużo.

Niezrozumiałe zarzuty

I tym pięknym sposobem przejdziemy do tematu, który chciałam poruszyć wcześniej, ale życie prywatne mnie ostatnio nie rozpieszcza. Otóż dojdziemy do materiałów Marii Wiernikowskiej, która pojechała do Rosji, żeby pokazać, jak ten kraj wygląda „od środka”. I do których Kuba Wojewódzki też miał zarzuty. Tutaj trzeba przyznać, że Wojewódzki się przygotował, bo obejrzał aż sześć odcinków z trzyodcinkowej serii, więc „szapoba”. Ja obejrzałam tylko trzy. I naprawdę zachodzę w głowę, co w tym było prorosyjskiego? Ja, na przykład, po obejrzeniu całości doszłam do wniosku, że nigdy nie chciałabym żyć w tym kraju. Maria Wiernikowska prowadzi swoje materiały lekko, nawet jeśli dotykają poważnych tematów, bo posiada umiejętność rozmawiania z ludźmi. I z nimi rozmawia. A oni opowiadają. I naprawdę, po tym trzęsieniu ziemi, które wybuchło w Kanale Zero po publikacji tego materiału (na znak protestu odeszło stamtąd paru dziennikarzy; jeśli się nie mylę m. in. Jarosław Wolski) tracę wiarę w ludzi.

Czy wolno nam jeszcze myśleć samodzielnie?

Odnoszę bowiem wrażenie, że współczesne dziennikarstwo polega na tym, że trzeba dokładnie wskazać ludziom palcem, co jest dobre, a co złe. Że trzeba im wytłumaczyć, co mają myśleć. Kiedy widziałam Rosjan, którzy się w tym materiale wypowiadali, byłam przerażona, że można być aż tak zindoktrynowanym, tak zamkniętym w swojej bańce. Ale Maria Wiernikowska popełniła jeden, niewybaczalny błąd. Ona nie powiedziała potem widzom: „O, patrzcie, jaki zmanipulowany”. Ona po prostu pokazała te wypowiedzi, ale pozwoliła widzom samodzielnie wyciągnąć wnioski. Zastanawiam się w takim razie, kto jest bardziej prorosyjski, skoro z takiego materiału ktoś wyciągnął wnioski, że został zrobiony „ku chwale wielkiej Rosji”. Ja tego nie widziałam. Ja tym ludziom po prostu współczułam. Naprawdę.

Należy pokazywać nieprawdę?

Czytałam też zarzuty, że pokazała, że w Rosji są centra handlowe, że mają tam jakieś rozrywki i że na straganach naprawdę można coś kupić, a nie że rozstawiają je dla samego rozstawiania, a potem tam bezczynnie siedzą, bo i tak nie mają nic innego do robienia. Czyli, jak rozumiem, miała udawać, że tego nie ma? Miała przekłamać w tym materiale? Celowo chodzić po jakichś podejrzanych zaułkach, żeby udowodnić ludziom, że Rosja to nic innego, jak bieda i nędza? Czy podpalić to centrum handlowe i stragany, żeby potem powiedzieć z satysfakcją „patrzcie, jacy biedni”? A może ten materiał pokazał co innego? Że te sankcje, które Unia Europejska nakłada na Rosję, wcale nie działają. Przecież ja na samym początku wojny na Ukrainie słyszałam, że nałożyliśmy na Rosję już takie sankcje, że rok, góra dwa i Rosji praktycznie nie będzie. Tymczasem wojna trwa już cztery lata i teraz to Rosja jest bardziej dominującą stroną.

Podwójne standardy?

Okazuje się również, że Maria Wiernikowska naraża swojego operatora na niebezpieczeństwo, zmuszając go do tego wyjazdu. Nie wiem, skąd informacje o jakimkolwiek zmuszaniu? Podejrzewałam raczej, że zaproponowali konkretnemu człowiekowi takie zadanie do wykonania, a on się zgodził. Być może o czymś nie wiem. Zadaję sobie w takim razie pytanie: a co z Ukrainą? Czy kiedy dziennikarze i ich operatorzy jadą tam, żeby realizować reportaże z frontu, nie narażają się na niebezpieczeństwo? Dlaczego o tym się nie mówi? Super bezpiecznie tam na pewno też nie jest. Wtedy jest w porządku? Było też o tym, jakim cudem kobieta dostała w ogóle akredytację dziennikarską. Problem polega na tym, że wcale jej nie dostała. Nie mogła wchodzić na pałę, gdziekolwiek chciała. Ona to nagrywała z ulicy, z ogólnodostępnych miejsc albo z pociągu. Z tego co pamiętam, dostała jakąś „kartę influencera”, żeby tam wjechać, ale jakie to jej dawało uprawnienia, nie mam pojęcia. Ona też nie wiedziała.

Trzecia strona medalu

Zresztą, Maria Wiernikowska była też w Strefie Gazy. Dokładnie wtedy, kiedy wybuchło tam całe szambo, kiedy Ż dokonywali ludobójstwa na Palestyńczykach. I co, wtedy nie narażała swojego operatora na niebezpieczeństwo? Nie rozumiem tej logiki. Z tamtych materiałów mogliśmy zresztą dowiedzieć się, czarno na białym, jaki stosunek do Polaków mają obywatele Izraela. Nie, żebyśmy wcześniej o tym nie wiedzieli, ale w tamtych reportażach Wiernikowska zaczepiała przypadkowych ludzi, którzy byli przekonani, że Polacy mordowali Żydów. Na odpowiedź, że to nie Polacy, tylko Niemcy, mogliśmy usłyszeć odpowiedź: „Tak, ale Polacy im pomagali”. Ale po tamtych materiałach było jeszcze spokojniej, bomba wybuchła, kiedy dziennikarka postanowiła pokazać Rosję od środka. I widocznie to było nie do przetrawienia, bo okazało się, że Rosja wcale nie jest taką ruiną, jak nam to media przedstawiały. Nie, żeby było tam sielsko i anielsko, ale kamień na kamieniu jeszcze stoi. Sankcje nie działają, a zapewniano nas, że działają. I może o to jest ten cały raban?

M.

https://www.facebook.com/nawiasempiszacoswiecie

Czytaj dalej