Nawiasem Pisząc
Co tam, panie, w polityce?
Waldemar Żurek ruszył z kopyta, próbując przywrócić praworządność, którą straciliśmy za rządów Prawa i Sprawiedliwości i wciąż jej nie odzyskaliśmy, mimo że już dwa lata rządzi Koalicja Uśmiechniętych. Włodzimierz Czarzasty udowadnia prezydentowi Nawrockiemu, że jest dokładnie tak samo ważny jak on, albo nawet bardziej, więc będzie blokował szkodliwe ustawy, zanim zdąży to zrobić Nawrocki. Prezydent jednak jest cwańszy i mimo wszystko dalej wetuje. Polityczna przepychanka trwa w najlepsze, ale my mamy się uśmiechać, bo premier Tusk był u barbera. I też z nim dyskutował o praworządności. Na szczęście znalazł sobie lepsze towarzystwo niż minister sprawiedliwości, więc może chociaż z tej dyskusji coś wyniknie? Ale spokojnie, uporządkujmy fakty.
O praworządności z niepraworządnymi
Waldemar Żurek stał się teraz czarnym koniem polskiego rządu i bojownikiem walki o praworządność, mimo że w trakcie tej walki niespecjalnie przejmuje się literą prawa. Warto jednak zaznaczyć, że absolutnie nie wolno mieć o to pretensji, bo ostrzegał przed tym Tusk, ostrzegała Ewa Wrzosek (która zresztą brała udział w tym praworządnym spotkaniu), wreszcie ostrzegał sam Waldek. Bo wiecie, rozumiecie, nie ma innej opcji, żeby to prawo przywrócić, niż poprzez jego łamanie. PiS tak nawywijał, że oni teraz muszą je łamać. Muszą, nie mają wyjścia! Z bolącym, ale mimo wszystko wciąż uśmiechniętym, pustym serduszkiem. Dlatego minister sprawiedliwości spotkał się z aktywiszczami, którzy już wcześniej o naszą praworządność walczyli, również za pomocą łamania prawa. Też nie mieli wyjścia. Same wielkie osobistości zostały na to spotkanie zaproszone, aż się dziwię, że fundamenty to wytrzymały. No bo kogo tam nie było? Na pewno nikogo normalnego, ale pozwolę sobie przytoczyć niektóre nazwiska: Bartosz Kramek, Mateusz Kijowski, Arkadiusz Szczurek, Jakub Kocjan, Marta Lempart, Katarzyna Augustynek. A o czym rozmawiało to wybitne towarzystwo? O pozwach wobec aktywistów za krytykę (podkreślam: krytykę, bo oni nic więcej nie robili poza krytykowaniem), ich doświadczeniach dotyczących protestów (bo one są dłuuuuugie i szeeeeerokie), przemocy ze strony policji (ta, jak wiadomo, dotyczy tylko jednej strony, uczestników Marszu można pałować, ile wlezie) oraz – to już się robi nudne – przywracaniu praworządności i reformie sądownictwa. Czy tylko przypadkiem Waldemar Żurek zaprosił ludzi, którzy najgłośniej, najwulgarniej i z najmniejszym poszanowaniem prawa (ale takiego prawa, jakie my rozumiemy; teraz mamy takie, które rozumie Donald Tusk)?
Lista osobistości
Bartosz Kramek zasłynął tym, że bardzo lubił przeszkadzać Straży Granicznej w pilnowaniu polskiej granicy z Białorusią. Do tego stopnia, że zwoływał grupę podobnych wariatów, żeby niszczyli zasieki na granicy polsko-białoruskiej, co by biednym uchodźcom łatwiej było imigrować. Toczyło się zresztą przeciwko niemu wieloletnie śledztwo, które zostało umorzone w 2024 roku. W celu przywracania praworządności najprawdopodobniej. Z kolei Arkadiusz Szczurek jest miłośnikiem zakłócania uroczystości smoleńskich oraz ulubieńcem nowej, apolitycznej TVP. Też uważam, że „miesięcznice” są drobnym przegięciem, ale nie aż do tego stopnia, żeby co miesiąc napierdzielać się z policją, ochroną, samym Kaczyńskim i wszystkimi, którzy nie krzyczeli wystarczająco głośno, że to Lech Kaczyński, nikt inny, jest odpowiedzialny za katastrofę smoleńską. Przeciwko niemu toczyło się chyba ponad sto postępowań sądowych, taki to fajny facet. Jakub Kocjan? To ten uśmiechnięty z „Akcji-Demokracji”. Miły chłopaczek, który regularnie cisnął gromy w stronę Karola Nawrockiego i Sławomira Mentzena, bo stanowili największą konkurencję dla Rafała Trzaskowskiego (ale to tak przypadkiem tylko). Potem się okazało, że w sumie nie wiadomo, kto to finansuje, a posłowie Koalicji, którzy masowo te bezpardonowe ataki udostępniali, tłumaczyli się, że przecież też nie wiedzieli. I w sumie sprawa dalej stoi w miejscu, bo czy to ważne, że ktoś zza granicy finansował kampanię Trzaskowskiego? Szkoda czasu, mamy przestępców od odpalania rac do ścigania. Priorytety. Mateusz Kijowski był kiedyś najbardziej wzburzony łamaniem praworządności i organizował marsze KOD-u, na których ludzie krzyczeli „Precz z komuną” razem z byłymi funkcjonariuszami SB. Na jednym z nich mogliśmy się przekonać, jak wygląda Zmartwychwstanie, bo towarzysz Diduszko umarł i wstał. O Marcie Lempart nie trzeba chyba nikomu przypominać, bo tylko ona potrafiła tak wrzeszczeć i bluzgać. Ale wiadomo, że w słusznym celu, bo co może być złego w odbieraniu życia nienarodzonemu dziecku? Moją absolutną ulubienicą jest Katarzyna Augustynek, Babcia Kasia, kandydatka na Warszawiankę Roku 2021 (zresztą chyba razem z Martą Lempart) – kobieta wulgarna i agresywna, która chyba tylko dlatego nie dostała oklepu na ulicy, że nikt nie chciał za bardzo staruszki poturbować. Swoją słabość przekuła w siłę i okładała ludzi drzewcami od flag, pluła na nich, popychała, szarpała się z nimi. Dosłownie przykład babcinej miłości. I tacy ludzie debatowali z Żurkiem, który zresztą jako niezawisły sędzia aktywnie w tych protestach uczestniczył, nad praworządnością w Polsce. To jest tak groteskowe, że Bareja po drugiej stronie bije się teraz po głowie, że to nie on na to wpadł.
Zamrożone weto
Przejdźmy teraz do sprawy wcześniejszej, czyli orędzia Włodzimierza Czarzastego. Zapowiedział on, że będzie wetował wszystkie szkodliwe dla Polski ustawy. Szkodliwe, tak jak on to rozumie, rzecz jasna. Troszkę się ludzie zdziwili, bo prawo weta przysługuje prezydentowi, a nie marszałkowi Sejmu – on sobie może co najwyżej wetować, kiedy mu żona każe naczynia pozmywać. Ja widzę tutaj całkiem udany synonim na mrożenie ustaw i uśmiecham się pod nosem. Bo pamiętacie z jakim aplauzem witano na stanowisku marszałka Szymona Hołownię za to, że obiecywał, że żadnej ustawy nie będzie mroził, wszystkie będą rozpatrywane i poddawane pod głosowanie, a zamrażarkę to on sobie wręcz z domu wyniesie? Wtedy było fajnie i demokratycznie. Szymek był fajny, błyskotliwy, dowcipny, nie mroził ustaw – chłop do rany przyłóż, dosłownie. Niestety Hołownia okazał się zdrajcą i ruską onucą, bo nie protestował po wyborze Nawrockiego i w wyniku tej karygodnej decyzji nowy prezydent został zaprzysiężony. Na domiar złego opowiadał potem w mediach, jak to niektórzy dobrzy i uśmiechnięci ludzie namawiali go do zrobienia złych i niezgodnych z prawem rzeczy, a przecież wiadomo, że tak nie było. Mimo że ci ludzie wprost wypowiadali się w mediach, że trzeba zrobić tak i tak, albo inaczej, tutaj ciachnąć nożyczkami, tam zrobić pętelkę i voila: zaprzysiężenia nie będzie. Szymon jednak obawiał się, że przez to ciachanie nożyczkami i robienie pętelek po następnych wyborach prokuratura zapuka mu do drzwi, żeby zadać pytania, na które nie chciałby odpowiadać. I właśnie w wyniku tej zdradzieckiej i tchórzliwej postawy, Mili Państwo, mamy niedobrego prezydenta. Proste? Pewnie, że proste. W każdym razie nagle – jak ręką odjął – wszystko, absolutnie wszystko, co robił Hołownia podczas swojego marszałkowania, było złe. Jak się okazuje – również tak entuzjastycznie przyjęte niemrożenie ustaw. Wtedy nie wolno było mrozić, teraz można, a nawet trzeba! I to wszystko zmieniło się na mrugnięcie oka. Moment, moment. Ja chyba wiem, gdzie należy szukać tej czarodziejskiej różdżki, którą gdzieś zawieruszyła Izabela Leszczyna…
Zasłużeni bohaterowie?
No dobra, mrożenie mrożeniem, a prezydent i tak wetuje, skubany. Karol Nawrocki odmówił na przykład zatwierdzenia wniosków o odznaczenia i ordery dla funkcjonariuszy służb specjalnych — w tym tych, którzy mieli brać udział w zwalczaniu aktów dywersji ze strony obcych służb. Odrzucił lub zawiesił również nominacje na pierwszy stopień oficerski dla funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW) i Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW). Bo chciał wcześniej się z nimi spotkać i pogadać, ale widocznie jako głowie państwa takie przywileje mu nie przysługują. Śmieszy mnie za to standardowa reakcja polityków i zwolenników KO – jak zwykle skończyło to się manipulacjami, medialnym płaczem i byciem pokrzywdzonym. Bo to są bohaterowie walki z rosyjską dywersją! A pamiętacie Pawła Rubcowa (inaczej: Pablo Gonzáleza Yagüe)? Został on schwytany w 2022 roku, czyli za czasów pisowskiego terroru, a potem już za czasów uśmiechniętej Koalicji zwrócony z powrotem Rosji. To był bardzo fajny facet, wiem, że dziennikarki zaprzyjaźnione z naszym rządem bardzo z nim lubiły… znaczy, bardzo go lubiły! I on tam sobie, między jednym lubieniem a drugim, wyciągał różne informacje i przekazywał je mateczce Rasiji. Już z tego powodu to głośne obszczekiwanie decyzji prezydenta jest śmieszne, ale przejdźmy dalej. Pamiętacie aferę ze zniszczonymi torami kolejowymi? Po uszkodzonych torach przejechało ileś tam pociągów – dzięki Bogu, żaden się nie wykoleił. Ktoś wezwał służby, służby przyjechały, nic nie znalazły i pojechały. Okazało się, że zrobili to Ukraińcy na polecenie Rosji (tak donoszą politycy i media, a ja mam za małą wiedzę w tym temacie, żeby mędrkować, czy tym razem prawdę głoszą, czy jak zwykle kłamią), którzy sobie legalnie na terytorium Polski wjechali i legalnie z niego wyjechali. Ale nasze służby nie w ciemię bite przecież, więc aresztowali pomocników tych dywersantów, przesłuchali i… wypuścili. Tych ludzi w Polsce już nie ma; za to wypływają informacje, że rzekomo mieli przy sobie aż 46 rosyjskich paszportów. Przepraszam, to jest to zwalczanie rosyjskiej dywersji? Nie to było oficjalnym powodem decyzji prezydenta, ale ja się dopytam – za co miały być wręczone te odznaczenia? Panie premierze – pan jest twarzą tej nieudolności, mimo że usiłuje pan zaklinać rzeczywistość i przekonywać, że rząd zdał egzamin. Gdzie i kiedy? Nie chcę być też przesadnie złośliwa, ale jak chcecie się zająć dywersantami, proponuję zacząć od Szczerby, Jońskiego, Sterczewskiego, Jachiry i kto tam jeszcze biegał przy granicy z Białorusią, przeszkadzając Straży Granicznej. Bo wiadomo już od dawna, że była to prowokacja Putina, której nasi obecnie rządzący radośnie się poddali. Prawda, panie Donaldzie? Było tak czy nie było?
Tragedia, której cudem uniknęliśmy
Słuchajcie, ja często podróżuję pociągami – albo do rodzinnego domu i z powrotem, albo do Poznania na studia (i też z powrotem). I naprawdę bardzo bym nie chciała, żeby jakiś pociąg wykoleił się ze mną w środku. Ogólnie nie chciałabym, żeby jakikolwiek pociąg gdziekolwiek się wykolejał, ale ze mną jako pasażerką jeszcze bardziej bym nie chciała. Chyba mam prawo, jako polska obywatelka, wymagać, żeby mi pociągu nie wykrzaczało, bo dywersja? Wypadki losowe się zdarzają, jasne, każdy człowiek się z nimi liczy, ale jeśli polski rząd uważa za sukces, że ktoś nam gdzieś rozwalił tory, a potem zwiał – budzi to jednak moje zastrzeżenia. Poznałam człowieka, który przeżył katastrofę kolejową w Szczekocinach. Tragiczny wypadek, którego można było uniknąć – tak jak w sumie każdego wypadku. On niewiele pamięta z tego wszystkiego – pamięta jedynie, że podróżował w jednym przedziale z obcą dziewczyną. Potem huk, trzask, krzyk, a później… zapamiętał, że ta dziewczyna leżała przed nim i wyciągała rękę w jego stronę, tak jakby chciała, żeby ją przytrzymał. Przynajmniej tak to odebrał, bo dziewczyna nie mogła mówić, on sam zresztą też. Chwycił jej dłoń… a ona parę chwil później umarła, rozpaczliwie ściskając jego palce. Sam miał później bardzo poważną rekonstrukcję kości w nodze. Po co o tym piszę? Nie na wszystko mamy wpływ i nie na wszystko polski rząd ma wpływ. Wypadki chodzą po ludziach, często tak tragiczne jak ten w Szczekocinach. I nie, nie uważam, że za wszystkie te wypadki odpowiada rząd, który akurat sprawuje władzę. Często to jest ludzkie niedopatrzenie, nieuwaga, bezmyślność; często też warunki pogodowe. Ale uważam, że na tego rodzaju akta dywersji nasz rząd ma, a przynajmniej powinien mieć, wpływ. I powinien im zapobiegać. A nasz rząd się cieszy, że zdał egzamin, mimo że cudem nie doszło do podobnej katastrofy. Gdzie on zdał ten egzamin? Wy Bogu dziękujcie! Bo gdyby nie On mielibyśmy więcej dziewczyn, które umierając bezgłośnie błagały o dotyk obcego człowieka i więcej chłopaków z doszczętnie poszarpaną psychiką.
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!
Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.
Tu nie o łańcuch chodziło
Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.
Od kogo i dla kogo była ta ustawa?
No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.
Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?
M.
Nawiasem Pisząc
Smutna złego końcówka
Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?
Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia
Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:
– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?
– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*
– No pan podpisał tę ustawę.
– No dobrze, no, podpisałem.
– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.
– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…
– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?
– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.
– Żałuje pan tego?
– Nie.
Twardym trzeba być…
Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.
M.
Nawiasem Pisząc
Żenujący popis posła Treli
Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa
Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.
Podwójne standardy
Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.
M.
