Nawiasem Pisząc
Rafał Trzaskowski ustrzelony hat-trickiem
Drodzy Czytelnicy, jestem Wam winna jedno sprostowanie – otóż Dorota Wysocka-Schnepf, czego nikt z nas nie mógł się spodziewać, minęła się z prawdą podczas ostatniej debaty prezydenckiej. Krzysztof Stanowski nie był nigdy pracownikiem TVP, a jedynie sprzedawał im jeden ze swoich programów. Pani Dorota grzmiała na Twixie ileż to pieniędzy Stanowski dzięki temu zarobił; ten w odpowiedzi wyjaśnił, że za każdy program otrzymywał 4000 złotych, a pod koniec 6000 złotych, z czego większość szła na sygnał albo opłacanie pracowników, którzy w tym projekcie uczestniczyli. Zwrócił również uwagę, że dziennikarka Telewizji Publicznej poświęca mu wyjątkowo dużo uwagi i nie szczędzi, często kłamliwej krytyki, mimo że on w dalszym ciągu jest kandydatem na prezydenta. Nie startującym na poważnie, ale w dalszym ciągu kandydatem. Zostawmy już jednak w spokoju tę biedną kobietą, bo tuż przed I turą sporo bomb wybuchło Rafałowi Trzaskowskiemu prosto w tę jego śliczną buźkę. Czy będzie to tak zwany „game-changer”? Do pierwszej tury zostało już niewiele czasu, więc nie wiadomo, czy uda się temat odpowiednio nagłośnić, ale przed drugą… Kto wie? Ja ze swojej strony postaram się temu tematowi trochę pomóc.
Komu wolno robić szwindle z mieszkaniami?
Najpierw jednak zajmijmy się mniejszą aferką, bardziej lokalną, bo dotyczącą samej Warszawy, a konkretnie zabytkowej kamienicy przy ulicy Marszałkowskiej 66 i jej mieszkańców, którzy zostali eksmitowani pod pretekstem remontu, który im obiecano. Z tego, co mówią zapewniano ich, że wrócą do swoich mieszkań po zakończeniu prac. Jak się można łatwo domyślić – nie wrócili, a miasto planuje sprzedaż budynku. Argument też jest łatwy do przewidzenia – remont kamienicy ma rzekomo kosztować 50 milionów, a Warszawy nie stać na taki wydatek. Stać na olbrzymi, biały kloc, który ma być Muzeum Sztuki Nowoczesnej, natomiast z tego, co się zdążyłam zorientować, prezentowane tam „dzieła” i pokazy niewiele ze sztuką mające wspólnego. Bardziej mi się to kojarzy ze spełnianiem fantazji seksualnych pewnej grupy ludzi, którzy mają problem z udzieleniem odpowiedzi, jakiej są płci albo feministek, które przyzwyczaiły nas do tego, że swoje zdanie wyrażają za pomocą pokazywania pewnych części ciała, które przyzwoici ludzie zasłaniają. Stać też na niedziałający kibel, do którego do niedawna ciężko było się było nawet dostać, bo brodziło się w błocie po kostki – co ciekawe, bo ubikacja jest podobno dostosowana do potrzeb osób niepełnosprawnych, którzy nie bardzo mieli możliwość dotarcia w ogóle do drzwi budynku, skoro nawet ludzie w pełni sił mieli z tym problemy. Rafał jednak stanął na wysokości zadania i kazał przed wejściem wysypać trociny, żeby było ładnie. Do tej pory jednak nie wiem, czy da się już do tego kibla w ogóle wejść, bo widziałam parę reportaży na ten temat i żadnemu z prowadzących się nie udało. Być może prezydent Warszawy pozazdrościł pięknej ubikacji Białystokowi? Stać też Warszawę na strefy relaksu, które są po prostu drewnianymi paletami, ale chyba takimi luksusowymi, bo nie kosztowały tyle ile powinny kosztować drewniane palety. Stać ich również na ulicę mierzącą 300 metrów, ale za to kosztującą dużo więcej. Nie wspomnę już o różnych ozdobnikach w parkach w postaci na przykład srającego psa. Koszt pierwszej inwestycji waha się między 700 milionami (najtańsza wersja) a 1,2 miliarda, ubikacja kosztowała 650 tysięcy złotych. Jedna strefa relaksu zabrała miastu 920 tysięcy złotych, druga – 60 tysięcy złotych. Wspomniana ulica Wojciecha Fangora zaś 39 milionów złotych. Aha, Warszawę stać również na finansowanie lokum Ostatniemu Pokoleniu. I na naprawę tego wszystkiego, co zdążyli zniszczyć. Na to wszystko pieniądze były. Na remont kamienicy, w której mieszkali ludzie, już nie. Nie ma i nie będzie.
Nie tylko słowne przepychanki z mieszkańcami
Mieszkańcy zabytkowej kamienicy zaczęli protestować na wiadomość, że miasto zamierza sprzedać kamienicę za 31 milionów złotych. Obawiają się, że budynek zostanie sprzedany deweloperom, następnie rozebrany i przerobiony na jakiś super nowoczesny i mega luksusowy budynek, w którym będzie Bóg wie co. Ktoś coś mówił o akademikach, ale nie wiem, czy to te za złotówkę. Zastanawiam się tylko, jak zamierzają obejść fakt, że budynek jest wpisany do rejestru zabytków, w związku z tym takie załatwienie sprawy powinno być niemożliwe. Z drugiej strony nikt nie kupi kamienicy za 31 milionów ot tak sobie, bez możliwości zainwestowania w coś, co później będzie przynosiło zyski. Dlatego obawiam się, że urzędnicy ratusza znajdą sposób, żeby ten niewygodny fakt ominąć, bo po co Warszawie zabytkowa kamienica, jak można w tym miejscu postawić jakiś nowoczesny, super oszklony grzmot, bo w stolicy to jest właśnie miarą odpowiedniego statusu. Zresztą skoro ktoś rzeczoną kamienicę do rejestru zabytków wpisał, to ktoś inny może ją wypisać, co za problem? Wyeksmitowani ludzie zaprzeczają, że powodem eksmisji miał być nieopłacony czynsz, a na takie sugestie można trafić w Internecie. Mnie też się nie chce wierzyć, że nagle wszyscy postanowili tego czynszu nie opłacać, a przecież wynieść kazano się każdemu. Pojawiają się również informacje, że wyeksmitowana została również rodzina z sześcioletnim chłopcem, ale tutaj byłabym mocno ostrożna, bo politycy bardzo lubią grać tymi dziećmi na emocjach. Poza tym, tak postępować z ludźmi nie wypada, obojętnie w jakim by nie byli wieku. W tej kamienicy mieszkało przecież sporo ludzi starszych. Ale to nie wszystko, bo podczas ostatniej nadzwyczajnej sesji Rady Miasta, na której obradowano na temat przyszłości zabytkowego budynku, nie wpuszczono jego mieszkańców. Mało tego, zostali oni bardzo brutalnie potraktowani przez Straż Miejską, która agresywnie wypychała zdenerwowanych ludzi, nie przejmując się za bardzo, czy traktują w ten sposób kobietę czy osobę starszą. Czyli postanowiono podjąć decyzję w sprawie mieszkań bez udziału ich właścicieli, zamiast tego ich z tego posiedzenia najzwyczajniej w świecie wykopano. Baaaardzo demokratycznie. Dlatego nie mogę się nadziwić, że Platforma zdecydowała się wyciągać akurat to mieszkanie Nawrockiego, skoro sami dosłownie w tym samym czasie robią szwindle na dużo większą skalę. A tyle Trzaskowski opowiadał o obłudzie i hipokryzji. Rafał jednak, zdaje się, z powrotem stał się katolikiem, więc zapytam: Czemu widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku? Nie wypada również zapominać o gigantycznej aferze reprywatyzacyjnej za rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz, z którą obecny prezydent współpracował ani o zamieszaniu z mieszkaniem małżeństwa Myrchów, które Donald Tusk zignorował, ale wyciągał Nawrockiemu jakieś mieszkanie w Gdańsku. I nigdy nie powinniśmy zapominać o Jolancie Brzeskiej.
Tajemnicze wsparcie Rafała Trzaskowskiego
Całe to zamieszanie sympatii Rafałowi Trzaskowskiemu na pewno nie przyniosło, a tutaj już kroi się afera na skalę ogólnopolską, poddającą w wątpliwość legalność całej kampanii kandydata KO. Otóż jest sobie taka fundacja „Akcja Demokracja”, która publikowała spoty wyborcze wychwalające Trzaskowskiego i mocno atakujące Karola Nawrockiego i Sławomira Mentzena. Widziałam część tych spotów i nie pamiętam aż tak siermiężnej propagandy. Goebbels byłby dumny. Prezes tej fundacji Jakub Kocjan jeszcze parę tygodni temu pełnił funkcję asystenta jednej z posłanek PO, a swego czasu otrzymał nawet nagrodę od prezydenta Warszawy, więc wiadomo, że musiał się chłopak odwdzięczyć. Spoty wykupiono za 400 tysięcy złotych. Problem polega na tym, że nie do końca wiadomo, skąd wzięły się te pieniądze, ale bardzo możliwe, że… zza granicy. J.D. Vance tłumaczył kiedyś, że partia demokratyczna ingerowała w wybory w Polsce, żeby wygrała je właśnie KO. Unia Europejska zresztą robiła to dość jawnie. Tych przykładów było sporo, teraz mamy kolejny i naprawdę zastanawiam się, ile jeszcze ich potrzeba, żeby tych ludzi przekonać, że Donald Tusk jest wspierany przez odpowiednie opcje polityczne zza granicy i że to może niedobrze, żeby obce państwa ingerowały w demokratyczne wybory w Polsce? Żeby chociaż pojawił się w ich głowach cień refleksji, nutka wątpliwości? Nic? No dobra, to lecimy dalej. Otóż państwowy instytut badawczy NASK (podkreślam: państwowy, czyli teoretycznie nie powinien być powiązany z żadną partią polityczną, no ale TVP też jest państwowa), który został powołany do walki z dezinformacją, sam w tej dezinformacji brał udział. Ujawniono między innymi, że ich zespół Działania Przeciw Dezinformacji miał monitorować nastroje społeczne PiS i ich wyborców i analizować reakcje internautów na mniejsze lub większe aferki, które zarzuca się posłom tej partii. Mieli również zbierać dane na temat działalności opozycji czy związanych z nią dziennikarzy, a następnie grzecznie informować o wszystkim Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. Na taką „walkę z dezinformacją” rzekomo przeznaczono 19 milionów złotych ze skarbu państwa. Niedawno sami pracownicy DPD mieli pochwalić się spotkaniem z prezesem „Akcji Demokracja”, istnieją więc dosyć wysokie szanse, że współpracowali ze sobą również w sprawie tych spotów. To jest naprawdę bardzo szeroko zakrojona akcja nielegalnej ingerencji w wybory prezydenckie w Polsce, jak to ujęła Ewa Zajączkowska. I trudno się z nią nie zgodzić, bo szwindlem śmierdzi z daleka. Moim zdaniem poddaje to w wątpliwość legalność całej kampanii Rafała Trzaskowskiego i samego kandydata.
Klasyczna reakcja Platformy
Czy wyciągnięte zostaną jakieś konsekwencje, a przynajmniej wnioski? Szczerze wątpię, bo przecież Roman Giertych zupełnie jawnie organizował na Twixie swoją armię trolli, którym dokładnie tlumaczył, co i jak mają pisać. Najczęściej były to wpisy wulgarne i będące zwyczajnym kłamstwem, często były to też urojenia samego Giertycha, bo tych roi się w jego głowie naprawdę sporo. Do grup przez niego tworzonych zapisywali się ludzie o prawicowych poglądach i dokładnie wszystko analizowali, między innymi Profesor Pingwin, który jako pierwszy całą tę akcję nagłośnił. Nic się w tej sprawie jednak nie wydarzyło, a Giertych najpewniej dalej stosuje swoje sztuczki, wysyłając swoje bezmyślne owieczki do tępego i perfidnego nawalania w PiS. Zresztą facet miał też finansować „Sok z Buraka”, a większego ścieku medialnego już nie znajdziecie, mimo że żyjemy w kraju, w którym TVN, Onet czy Wybiórcza należą do najpopularniejszych mediów. Do tej pory nie usunięto z sieci żadnych spotów wspierających Rafała Trzaskowskiego i atakujących jego dwóch największych rywali. KO postanowiła zareagować na te doniesienia, jak to tylko oni potrafią – wyłgać się. Pierwszym krokiem było – a jakże! – pozwanie Sławomira Mentzena. Udało się za pierwszym razem, kiedy Szymon Hołownia pozwał go za to, że powiedział prawdę, bo przecież pamiętamy, że sam Hołownia wrzucał zdjęcia z nielegalnymi migrantami, którzy szeroko uśmiechali się do obiektywu aparatu właśnie w Sejmie. Wyjaśnienie było tak idiotyczne, że naprawdę wzbudza wątpliwości co do powagi instytucji, jaką jest (a raczej powinien być) sąd. Teraz pewnie będzie podobnie, bo nie po to KO czyściła sądy z niewygodnych sędziów i obstawiała swoimi upolitycznionymi klakierami, żeby teraz tego nie wykorzystać. Poza tym zdecydowali się na inne swoje stare sprawdzone sztuczki. Po pierwsze zaprzeczanie: oni o niczym nie wiedzieli, nie mieli pojęcia i jest im bardzo przykro. To oni są pokrzywdzeni, dlatego że opublikowane zostały spoty zgodne z ich narracją i atakujące bez pardonu Nawrockiego i Mentzena. Oni nie chcieli i im się to bardzo nie podobało. I to przecież nie ich wina, że ludzie kochają ich tak bardzo, że sami organizują takie akcje. No dobra, z tym ostatnim to przesadziłam. Dokładną analizę całej tej sprawy prowadzi zaprzyjaźniony profil Wojciech Kozioł – mikroblog, serdecznie polecam się zapoznać.
Z troski o pana Jerzego
Na sam koniec jeszcze mała drobna bombka, która też spadła ostatnio Trzaskowskiemu pod nogi i zepsuła mu humor. Otóż kandydat KO wpadł na wyjątkowo durny, nawet jak na siebie, pomysł, żeby pokazać, co takiego wręczył Karolowi Nawrockiemu w kopercie. Przy okazji pokazał też dane wrażliwe tego nieszczęsnego pana Jerzego, w związku z czym Urząd Ochrony Danych Osobowych wszczął przeciwko niemu postępowanie. UODO uznał, że choć ujawnione dane nie stanowią same w sobie danych szczególnej kategorii, to w kontekście podanych informacji oraz dużego zainteresowania mediów, dane Jerzego Ż. i jego sytuacja życiowa stały się powszechnie znane, co potwierdza fakt, że w Internecie krążą już screeny z jego prywatnego konta FB. A pamiętacie, kiedy podobny błąd popełnił Adam Niedzielski, kiedy był ministrem zdrowia? Udostępnił receptę na psychotropy, na której widniały pełne dane lekarza, który tę receptę wystawił. Ależ się wtedy wszyscy w KO oburzyli! Jak tak można, krzyczeli. To moralnie naganne, przekonywali. Naraził lekarza na poważne kłopoty, argumentowali. W efekcie Adam Niedzielski stracił stanowisko, a w 2024 roku prokuratura postawiła mu zarzuty przekroczenia uprawnień oraz ujawnienia danych wrażliwych. Ciekawe, jakie konsekwencje spotkają kandydata na prezydenta, bo w tym przypadku posłowie KO nie są już tak chętni do wydawania osądów? Przecież sprawiedliwości musi stać się zadość, skoro to było takie złe, okrutne i moralnie naganne, prawda? W tym jednak wypadku myślę, że Rafałkowi włosek z pięknej główki nie spadnie, ale bardzo liczę na to, że za kampanijne oszustwo poleci kilka głów, bo teraz praktycznie każdy może poddać w wątpliwość legalność tych wyborów.
I zobaczycie, że po tych wyborach jeszcze będą w związku z tym cyrki.
M.
Wesprzeć nas można poprzez Patronite
Nawiasem Pisząc
To absolutnie nie ma związku z ustawą łańcuchową!
Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było – Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu „motłochowi ze wsi” tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze.
Tu nie o łańcuch chodziło
Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2×2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek – jeśli nic mu się w psychice nie odwala – istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna.
Od kogo i dla kogo była ta ustawa?
No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: „Zaraz… A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc… za kasę?”. Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali – manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą – OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach – a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego.
Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom – nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?
M.
Nawiasem Pisząc
Smutna złego końcówka
Internet zalała fala memów z propozycjami nowych tytułów lektur szkolnych. „Osoba siłująca”, „O psiecku, które jeździło koleją”, „Osoby w kryzysie bezdomności”, „Mała osoba książęca” czy nawet tak absurdalne jak „O osobach niskorosłych i osobie bez opieki rodzicielskiej o imieniu Marysia”. Jest to oczywista odpowiedź internautów na absurdalną ustawę o tym, żeby ogłoszenia o pracę były neutralne płciowo. Nie wiem, czy ustawa zakłada, co pracodawca ma zrobić w sytuacji, kiedy chce zatrudnić konkretnie babę albo chłopa, ale podejrzewam, że rozwiązywanie takich problemów rządzący zrzucili już na barki tego pracodawcy. O temacie przypomniał „Teatr Wybrzeże”, który we wpisie informującym o odwołaniu spektaklu użył właśnie sformułowania „osoba aktorska”. Ale cóż mieli innego zrobić osoby pracownicze tego teatru, żeby się nie narazić na karę?
Absurdalna ustawa, absurdalne tłumaczenia
Zachodziłam w głowę, jakim cudem Karol Nawrocki podpisał tę ustawę. Wiedziałam, że to niemożliwe, że kto jak kto, ale obecny prezydent na pewno nie przepuściłby takiego farfocla. No i okazało się, że miałam rację, bo ustawę podpisał jeszcze Andrzej Duda. Zrobił to już po 1 czerwca, czyli kiedy wiadomo było, że nowym prezydentem zostanie właśnie Karol Nawrocki, ale jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Nie mam pojęcia w takim razie, dlaczego ustawa weszła w życie dopiero z końcem grudnia. Jakieś wyjątkowo długie „vacatio legis”, bo domyślny okres trwa czternaście dni, ale rozumiem, że sami rządzący doszli do wniosku, że ta ustawa jest aż tak abstrakcyjna, że polscy przedsiębiorcy będą potrzebowali więcej czasu na zapoznanie się z nią i zrozumienie, o co w tym chodzi. Byleby tylko, dla własnego dobra, nie usiłowali się połapać, po co właściwie mają wypisywać kretynizmy, zamiast normalnego ogłoszenia o pracę, bo mógłby ich szlag jasny trafić na miejscu. Miałam to sobie nawet sprawdzić, ale ostatecznie zapomniałam o temacie, dopóki nie trafiłam na wywiad z Andrzejem Dudą, w którym potwierdził, że to on podpisał tę śmieszną ustawę. A jak on się pięknie z tego wytłumaczył w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na antenie Radia Zet:
– Czy jest pan z siebie dumny, że podpisał pan ustawę, która zmusza wszystkich Polaków do pisania neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, a gdy tego nie uczynią, to mogą zostać ukarani grzywną, jak i zostać pozwani przez kandydata na pracownika do sądu, co skończyć się może dla nich karą nawet do 4800 złotych?
– Panie redaktorze… *nerwowy śmiech*
– No pan podpisał tę ustawę.
– No dobrze, no, podpisałem.
– Błąd czy nie błąd? No tak szczerze, panie prezydencie, nie jest pan już prezydentem. Proszę otwarcie powiedzieć.
– Ja powiem tak. To jest w jakimś sensie jeden z tych absurdów, które są częścią, no niestety, współczesnego świata zideologizowanego bardzo przez…
– Ale jak pan mówi, że to jest absurd, to dlaczego pan to podpisał?
– Ponieważ uważałem, że i tak dużo rzeczy blokuję i nie wszystko blokowałem. Taka jest prawda.
– Żałuje pan tego?
– Nie.
Twardym trzeba być…
Przepraszam bardzo, ale co tu się odchajzerowało? Prezydent, złośliwie i drwiąco nazywany przez rząd długopisem, twierdzi, że nie chciał im więcej już wetować, mimo że niczego im tak naprawdę nie wetował? Może właśnie wypadałoby im w tamtym momencie udowodnić, że się nie jest długopisem? Tak na zakończenie drugiej kadencji? Zwłaszcza że miał idealną okazję – trafiła mu się pod nos ustawa nieskończenie głupia i nikomu do niczego niepotrzebna. Aż prosząca się o zawetowanie i zakończenie swojej prezydentury jakoś tak… pozytywniej. I tak wielu ludzi by mu nie zapomniało błazenady związanej z Wołyniem i wręczaniem Zełeńskiemu Orderu Orła Białego, Bóg jeden wie tak naprawdę za co. Pewnie za to, że wtedy jeszcze był dozgonnie wdzięczny Polsce i pięknymi słówkami nam za wszystko dziękował. Ale on im podpisał, bo uważał, że wiele ustaw im blokował, a nie chciał jednak wetować wszystkiego, żeby… Żeby co? Żeby im przykro nie było? Ponarzekaliby najwyżej na niego w mediach, że jest homofobem, przyzwyczaił się już chyba przez te dziesięć lat. Zresztą sam mówił, że prezydent twardy musi być. A on wolał utrudnić życie milionom polskim przedsiębiorcom, bo… za mało rządowi podpisywał. Ale on niczego nie żałuje. Jak rozumiem, podpisałby te debilizmy jeszcze raz. Już tam pal sześć, że ludzie będą musieli w ogłoszeniach o pracę gw**cić język polski, najważniejsze, że i rządowi było przyjemnie, bo przepchnęli kompletny idiotyzm, i prezydentowi, bo dali mu trochę odsapnąć przed końcem prezydentury. Oni i tak już wtedy wszystkie siły kierowali na Nawrockiego. Istnieje duża szansa, że nawet by tego weta nie zauważali. Zresztą z jego wypowiedzi wynika, że ogólnie tych jego wet nie widzieli, bo podobno tyle tego było, a ja, cholera, wszystko przegapiłam. Nikt nie płakał w mediach, nikt się nie oburzał, o prezydencie Dudzie było cicho jak makiem zasiał. Nawet broniłam Andrzeja Dudę, że większym długopisem przecież był Bronisław Komorowski, który zawetował raptem może z cztery albo pięć ustaw, a Duda jednak prawie dwadzieścia, ale tutaj już nie ma czego bronić. Były prezydent postanowił pożegnać się ze swoją kiepską prezydenturą przez kopnięcie jej w tyłek. Tak że skulona siedzi teraz w kącie i skomle.
M.
Nawiasem Pisząc
Żenujący popis posła Treli
Poseł Trela po raz kolejny postanowił udowodnić wszystkim, że kiedyś się z durniem na mózgi pozamieniał. Na domiar złego przeszczep się nie przyjął. Sprawa dotyczy zawetowanej przez Karola Nawrockiego ustawy DSA, o której rząd mówi, że miała być ochroną przeciw cyberprzemocy wobec najmłodszych, a w rzeczywistości chodziło o kaganiec nałożony na pyski niepokornym. Tak jak o ustawie łańcuchowej mówiło się, żeby pieski spuścić z łańcucha, a tak naprawdę mieli obrywać rolnicy kosztem schronisk i organizacji prozwierzęcych (niektóre z nich zresztą były pomysłodawcami tej ustawy, więc ładnie nam się wszystko spina). Swoją drogą, ciekawe to czasy – pieskom zdejmujemy łańcuchy, a przy okazji jeszcze bardziej zaciskamy te, na których trzyma się obywateli.

Walka z dezinformacją czy wolnością słowa
Nikt mi nie wmówi, że ustawa, w której byle urzędnik może ocenić, czy dany wpis spełnia standardy czy nie, nie będzie prowadziła do nadużyć. W oczywisty sposób zbliżylibyśmy się do Wielkiej Brytanii, gdzie już wywieszanie flagi narodowej jest oceniane jako symbol nienawiści. Zwłaszcza że politycy rządzącej koalicji wspominają, że ta ustawa miała też przeciwdziałać dezinformacji, podczas gdy to oni produkują największą ilość kłamstw i manipulacji. I oni też, rzecz jasna, będą oceniać, co tą dezinformacją jest, a co nie. Swoją drogą, poseł Trela udowodnił, że po pierwsze jest moralnym zerem, a po drugie idiotą. Bo z jednej strony atakuje prezydenta gestami, które uważa za obrzydliwe. Widocznie pan poseł uważa je za obrzydliwe, kiedy dotykają jednych, ale całkiem dozwolone, kiedy chcemy uderzyć w kogoś innego. Za takie zachowanie powinna być co najmniej Komisja Etyki Poselskiej. Tak samo, jak w przypadku pani Jachiry, która jawnie nawoływała do wandalizmu. Z drugiej udowadnia, że rację mają ci, którzy ostrzegają, że będzie to narzędzie do kontrolowania jednych przez drugich. Bo dam sobie rękę uciąć, że właśnie za takie śmieszne memy będzie się karało osoby, które użyją ją wobec nie tych osób, co trzeba.
Podwójne standardy
Cisza, która panuje po tym żenującym wystąpieniu posła Treli mówi wystarczająco. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby podobnym wystąpieniem pochwalił się Mentzen, Braun czy Matecki? Oburzeniom nie byłoby końca. Już by się pewnie zastanawiali, jak to wykorzystać do pozbawienia immunitetu. Pamiętacie, jaką hucpę zrobili za okrzyk: „nie bać Tuska”, a jak bronili kwiat naszej młodzieży, który śpiewał o uprawianiu brutalnej miłości z PiS-em? Pierwsze było hejtem, drugie wyrazem naszej kultury, bo to jakiś przebój patologicznego rapera, który poza dziwnymi fiksacjami seksualnymi, znany jest również z tego, że lubi przyćpać. Zresztą daleko nie trzeba szukać – posłowi Myrsze wolno było złamać ciszę wyborczą. Gdyby to zrobił Kaczyński w przypadku Nawrockiego krzyczeliby do tej pory, że to zaważyło na wynikach wyborów. Skoro wg niektórych zaważył fakt, że nazwisko Nawrockiego było pierwsze, jak wynika z polskiego alfabetu. No, ale nie zrobił, więc trzeba było urządzić dramę o sfałszowanych wyborach. I oni, psia ich nać, będą oceniać, co jest dezinformacją, a co nie.
M.
